środa, 26 kwietnia 2023

XVI



Stali tak wpa­trzeni i star­szą Panią, która obej­mo­wała ich wzro­kiem wni­kli­wie. Jej oce­nia­jący wzrok raz po raz wędro­wał po chło­paka, a póź­niej natych­miast prze­niósł się na zzięb­niętą już lekko pół­nagą Anna­bel, okrytą jedy­nie płó­cien­nym płasz­czem Char­liego. Gdyby nie fakt, że sta­ruszka jako jedyna z całej wio­ski paster­skiej, do któ­rej dotarli po kil­ku­go­dzin­nym wałę­sa­niu się po lesie Hoia Baciu, sta­nęła naprze­ciw nich i zain­te­re­so­wała się ich losem, dziew­czyna odwró­ci­łaby się na pię­cie w poszu­ki­wa­niu pomocy u kogoś innego, który bez zbęd­nych pytań mógłby cho­ciażby rzu­cić im kawa­łek chleba. 

Anna­bel mogła jedy­nie podej­rze­wać, co dzieje się w jej umy­śle i jakie zbe­reźne przy­pusz­cze­nia może w nim tkać. Sama pew­nie zacho­wa­łaby się w podobny spo­sób, śmie­jąc się jed­no­cze­śnie z komicz­no­ści tej sytu­acji. Oglą­dała się dookoła i czę­sto krzy­żo­wała swoje spoj­rze­nie z spoj­rze­niami pro­stych chło­pów, zapewne w więk­szo­ści znu­dzo­nymi swo­imi zha­ro­wa­nymi i szybko sta­rze­ją­cymi się fizycz­nie żonami, dla któ­rych widok, mło­dej szczu­płej dziew­czyny, o bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­nych rysach twa­rzy pra­wie nagiej jest wido­kiem, który budzi ich pier­wotne instynkty. Z dru­giej zaś strony takie zacho­wa­nie jest dla niej nie­spo­dzianką, wyobra­ża­jąc sobie, że mogliby po pro­stu na jej widok zacząć pluć na zie­mię i wołać na nią okre­śle­niem kobiety lek­kich oby­cza­jów. Char­liemu zaś głowę zaprzą­tała jedna myśl - czy smo­kom, zamie­nio­nym przez Anna­bel w zawieszki do naszyj­nika na czas ich powrotu do Rezer­watu nic się nie sta­nie i czy będzie mogła je ona ponow­nie odmie­nić do ich natu­ral­nej formy już na miej­scu. Chło­pak mino tego iż wie­dział, że dziew­czyna jest bar­dzo uzdol­nioną cza­row­nicą, o nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ściach trans­mu­ta­cyj­nych mar­twił się o ich los. Co chwilę grze­bał w kie­szeni i wyszu­ki­wał pal­cami ich kształtu, upew­nia­jąc się, że dalej tam są bez­piecz­nie scho­wa­nie. 
– Hoia Baciu to bar­dzo nie­bez­pieczny las. Wilki w nim nie są naj­więk­szym zagro­że­niem. – odparła po chwili. – Pro­szę za mną. – zachę­ciła ich ręką. – Legendy gło­szą, że pewien pasterz z wio­ski nie­da­leko stąd, chciał sprze­dać stado dwu­stu owiec. Leśna ścieżka, którą miał zamiar popro­wa­dzić stado była czę­sto uczęsz­czaną przez miej­sco­wych drogą do tar­go­wi­ska, ale poga­nia­jąc nią zwie­rzęta, mimo dobrej zna­jo­mo­ści szlaku, ni­gdzie już nie dotarł. Dokładne poszu­ki­wa­nia na nic się zdały, nikomu las nie wydał ani ciała Baciu*, ani żad­nej z jego owiec. Oko­liczni miesz­kańcy uwa­żają, że las jest pełen dia­bel­skich mocy, wiele osób póź­niej tam ginęło. Mie­li­ście szczę­ście. Oto moja chata. – zakoń­czyła weso­łym akcen­tem. 

Przed Char­liem i Anna­bel wyro­sła jakby zni­kąd nie­wielka drew­niana chatka, która swoim wyglą­dem róż­niła się znacz­nie od innych domostw tej wio­ski. Była zadbana i dobrze obu­do­wa­nia. Dorodna sta­ruszka, odziana w gruby swe­ter, praw­do­po­dob­nie uszyty ręcz­nie i długą do kostek czarną spód­nicę prze­szła przez ogro­dze­nie, spe­cjal­nie prze­zna­czoną do tego zdep­taną ścieżkę i otwo­rzyła drzwi, zapra­sza­jąc gości do sie­bie. – Bar­dzo dzię­ku­jemy Pani… – Chi­riac, ale mów­cie mi pro­szę Ilinka. 
– Ilinko jeste­śmy dozgon­nie wdzięczni za gościn­ność. – odparł szar­mancko Char­lie, prze­pusz­cza­jąc Anna­bel w wej­ściu. 
Gdzieś tam w kącie sie­działa nie­spełna 10-let­nia, brą­zo­wo­oka dziew­czynka z grzywką, która czy­tała książkę. Anna­bel nie zdo­łała doj­rzeć jej tytułu, ale zdu­miała ją jej gru­bość. Brą­zowa okładka, praw­do­po­dob­nie z imi­ta­cji brą­zo­wej skóry wyglą­dała na solidną, skry­wa­jącą około 800 stron.
– Tshi­labo, mamy gości – Ilinka zwró­ciła się do swo­jej wnuczki. – Pro­szę odłóż książkę, nie czas na to. Zapro­wadź Panią do pokoju Bogny. I wybierz jej jakieś odzie­nie, niech się na Boga okryje. 
Dziew­czynka posłusz­nie chwy­ciła Anna­bel za rękę i pocią­gnęła ją za sobą, nie zanie­dbu­jąc spo­sob­no­ści spy­ta­nia jej, czemu nie ma na sobie odpo­wied­niego ubra­nia.

– Bogna to moja naj­star­sza wnuczka, wyje­chała do mia­sta „speł­niać marze­nia”. – odparła dumna bab­cia – Jeśli chciał­byś się obmyć z brudu, to tam za tam­tymi drzwiami jest łazienka, tylko trzeba zagrzać szyb­ciej wodę. – cią­gnęła suge­styw­nie.

– Nie dzię­kuję Ilinko, ale chęt­nie bym coś zjadł. – naj­wy­raź­niej nie do końca wie­dział o co jej cho­dziło. – Cały dzień nic nie mia­łem w ustach.

Tym­cza­sem w pokoju, na stry­chu, do któ­rego ku jej nie­po­cie­sze­niu wcho­dziło się scho­dami, Anna­bel sie­działa na sta­ran­nie zaście­lo­nym łóżku, w pokoju i roz­glą­dała się po typowo urzą­dzo­nym pokoju mło­dej ambit­nej dziew­czyny. Naj­więk­szym ele­men­tem sta­no­wiła ogromna kolek­cja podnisz­czo­nych ksią­żek, uło­żona od naj­mniej­szej do naj­więk­szej w spo­rej wiel­ko­ści wie­ko­wej biblio­teczce, która przy­wo­dziła Anna­bel na myśl jej ulu­bione miej­sce w zamku, gdzie tłu­mów ni­gdy nie było i gdzie potra­fiła odciąć się od swo­ich opie­ku­nów. Dru­gim wiel­ko­ściowo ele­men­tem było lustro, które nie­zbyt paso­wało swoim wyglą­dem do reszty mebli w pokoju. Wyda­wało się dro­gie, ale mimo wszystko zacho­wała tą uwagę dla sie­bie i podno­sząc się na pro­ste nogi spoj­rzała na swoje odbi­cie w lustrze. Widząc je, wzdry­gnęła się. Rozma­zany maki­jaż oczu i sucha, brudna skóra nie napa­wały ją opty­mi­zmem. Zaczęła się zasta­na­wiać, czy wcze­śniej­sze spoj­rze­nia wie­śnia­ków nie miały jed­nak innego powodu niż, ten który obsta­wiała wcze­śniej.

– Nie martw się, tutaj nikt nie wygląda dobrze. – zacze­piła ją dziew­czynka, zauwa­żając jej zatro­skaną minę. – Nie jesteś stąd, pocho­dzisz z dużego mia­sta, tak? – mówiąc to wró­ciła do prze­szu­ki­wa­nia szafy swo­jej star­szej sio­stry. – Ta sukienka powinna być odpo­wied­nia. Moja sio­stra nie­gdyś dostała ją od jed­nego ze swo­ich oblu­bień­ców.

Anna­bel schy­liła się, nie miała ochoty na żadne roz­mowy, ale gdy tylko dotknęła szaty stwier­dziła, że przede wszyst­kim była pro­sta i prak­tyczna. Zabar­wiona na mocny nie­bie­ski kolor, wąska w tali, ale sze­roka w dodat­kowo wydłu­żo­nych ręka­wach. Wyróż­niały ją wszyte na dole sukni złote nici, które na Islay świad­czyły o kla­sie śred­niej wła­ści­ciela odzie­nia.

– Twoja sio­stra mie­wała wielu aman­tów?

– Wielu. Głów­nie z mia­sta, była piękna i miała nie­ty­pową urodę. – odwie­siła sukienkę na drzwi od szafy. – Tutaj nawet krą­żyły pogło­ski, że zain­te­re­so­wała sobą pew­nego szlach­cica. W każ­dym razie od zawsze pró­bo­wała uciec z tej wsi. Pro­szę, sukienka długo leżała w sza­fie, ale jest zdatna do nosze­nia. Dziew­czynka ukło­niła się nisko i ruszyła w stronę scho­dów, a Anna­bel zdą­żyła rzu­cić do niej tylko zdaw­kowe dzię­kuję.

Prze­bi­ja­jąc się przez gęste lasy i nie­wy­dep­tane wcze­śniej ścieżki, bie­gnąc na psami, które zdo­łały wyczuć zapach księż­niczki Anna­bel jeden z nich upadł poty­ka­jąc się o długi korzeń wyra­sta­jący z ziemi. Chwilę leżał, pró­bu­jąc zła­pać oddech, co dodat­kowo utrud­niały inni mu podobni, zde­ter­mi­no­wani łowcy, dep­cząc go jeden po dru­gim. W końcu wstał, otrze­pał ubra­nie i z tru­dem ruszył przed sie­bie. Nagle roz­brzmiał zna­jomy mu dźwięk, który infor­mo­wał o tym, że ważny trop został pod­jęty. Zatrzy­mał się i prze­ci­ska­jąc się przez tłum dostrzegł na ziemi zma­sa­kro­wa­nie ciało jed­nego z wil­ków, zamiesz­ku­ją­cych watahą pobli­skie tereny. Od razu je roz­po­znał, mimo iż bra­ko­wało znacz­nej czę­ści tuło­wia zwie­rzę­cia i kawałka nad­gry­zio­nej szyi.

Psy rów­nież zgu­biły trop i wyczu­wa­jąc zwłoki zaczęły pod­gry­zać pozo­sta­ło­ści. Były czę­sto gło­dzone, ponie­waż miały być wtedy sku­tecz­niej­sze w znaj­do­wa­niu owych zwłok, które świad­czyły o prze­by­wa­niu w pobliżu mło­dych, nie­uważ­nych smo­ków.

– Byli tutaj nie­dawno. – odparł przy­wódca oddziału, kuca­jąc nad zwło­kami. – Szczęki mają podobny roz­staw, a dłu­go­ści pomię­dzy sie­ka­czami zga­dzają się z naszymi danymi doty­czą­cymi alti*. 

– Sze­fie, mamy krew, ale to raczej nie wilka. – zawo­łał jeden z nich, który naj­praw­do­po­dob­niej znu­dzony za dłu­gimi oglę­dzi­nami ciała, poszedł na stronę.

Więk­szość z łow­ców spoj­rzało w jego stronę, po czym odsu­wa­jąc się na bok prze­pu­ścili tego naj­waż­niej­szego, który oglą­dał nie­wielką kałużę krwi z zain­te­re­so­wa­niem. Grupa była bar­dzo dobrze wyszko­lona i dosko­nale wie­działa jak ma się zacho­wać w róż­nych sytu­acjach. Sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wana z osób, które speł­niały ocze­ki­wa­nia i które jak nikt inny zda­wały sobie sprawę z bogac­twa i sławy jakie można uzy­skać w dzi­siej­szych cza­sach, poka­zu­jąc coś nie­na­tu­ral­nego i coś co wyda­wa­łoby się nie ma prawa bytu ist­nie­nia. Aż strach pomy­śleć jak bar­dzo ta hołota musiała się roz­wi­nąć na całym świe­cie, nie tylko w Rumu­nii.

– Czy zwia­dowcy mają infor­ma­cję na temat wio­sek znaj­du­ją­cych się w pobliżu? – ten naj­waż­niej­szy zwró­cił się kogoś podob­nie kla­sy­fi­ko­wa­nego do sie­bie.

– Sir, w prze­ciągu trzy­dzie­stu kilo­me­trów stąd znaj­duje się tylko jedna nie­wielka osada zaj­mu­jąca się głów­nie wypa­sem owiec. Mimo zgu­bio­nego przez psy tropu, przy­wódca już wie­dział, że mogli się udać jedy­nie w tamtą stronę.

 

Kró­lew­ska maniera Anna­bel obja­wiała się bar­dzo czę­sto w naj­mniej oso­bli­wych sytu­acjach, tak samo jak wtedy, gdy przy­odziaw­szy suk­nię poda­ro­waną jej przez Tshi­labę i względ­nym ogar­nię­ciu swo­jej twa­rzy, oraz fry­zury, scho­dziła kur­tu­azyj­nie z dłu­gich scho­dów. Na ten widok Char­lie spo­ży­wa­jący zupę nie­mal wypluł połowę na stół. Widy­wał czę­sto swoją przy­ja­ciółkę (bo tak ją zawsze trak­to­wał) w wielu ory­gi­nal­nych, ale jed­no­cze­śnie ele­ganc­kich stro­jach, lecz ni­gdy nie było mu dane spoj­rzeć na nią zupeł­nie ina­czej.

– Wyglą­dasz jak praw­dziwa dama. – rze­kła dźwięcz­nie Ilinka. Była zachwy­cona tym wido­kiem, i omal uro­niła łzę, co by ozna­czało że czci­godna sta­ruszka musiała naprawdę tęsk­nić za swoją naj­star­szą wnuczką. – Jak myślisz mło­dzień­cze?

– Tak, wygląda dobrze. – mruk­nął pod nosem i odwró­cił wzrok w drugą stronę, zaja­da­jąc się zupą cebu­lową. Wyglą­dał tak, jakby chciał coś jesz­cze dodać, ale nic, po za bułką nie potra­fiło przejść mu przez gar­dło.

– Bar­dzo dzię­ku­jemy za gościn­ność w tak nie­sprzy­ja­ją­cych warun­kach. – odparła nie­cier­pli­wie Anna­bel – Jed­nak będziemy musieli już ruszyć w dal­szą drogę. Na pewno bli­scy się o nas mar­twią, nie dali­śmy im znaku życia od kilku godzin.

Dzie­się­cio­latka musiała bar­dzo polu­bić An­na­bel, ponie­waż zła­pała jej rękę i spoj­rzała na nią pro­szą­cym wzro­kiem. Naj­wy­raź­niej pró­bóując zatrzy­mać dwójkę smo­ko­lo­gów na dłu­żej. Czarownica była jed­nak nie­ubła­gana, dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, że ich wizyta tutaj naraża miesz­kań­ców tej spo­koj­nej wio­ski na nie­bez­pie­czeń­stwo. Han­dla­rze byli nie­ustę­pliwi w swo­ich dzia­ła­niach, a jeśli dodat­kowo poznali jej toż­sa­mość to nawet nie chciała sobie wyobra­żać jaki chory plan powstał w ich gło­wach.

Coś huk­nęło na dwo­rze, co nie­mal od razu przy­kuło ulotną uwagę dziew­czynki. Pobie­gła do okna i sta­nąw­szy na pal­cach wyj­rzała przez szybę. – Bab­ciu, tam się coś dzieje. Char­lie zro­bił to samo, po czym pod­biegł do Anna­bel i szep­nął jej na ucho, że muszą ucie­kać. Ruszyli w stronę drzwi, mija­jąc sko­ło­wa­ciałą sta­ruszkę, która zare­ago­wała na uwagę swo­jej wnuczki i błą­dziła wzro­kiem po szy­bie pró­bu­jąc odszu­kać źró­dło zakłó­ceń. W tym momen­cie cisze prze­ciął czyiś krzyk docho­dzący z sąsiedz­twa. – Nie jest dobrze Fouley. – mruk­nął Char­lie i spoj­rzał jesz­cze raz na dziew­czynę, która wła­śnie wycią­gnęła różdżkę z rękawa i wyce­lo­wała nią w okno, przy którym cza­to­wała sta­ruszka z wnuczką. – Obli­viate. Zaklę­cie zapo­mnie­nia w zamy­śle Anna­bel miało zapo­biec moż­li­wo­ści dotar­cia do nich przez osoby trze­cie, a także uchro­nić przed nie­przy­jem­no­ściami i zagro­że­niem dla rodziny ze strony han­dla­rzy. – Eva­ne­sco. – Tym razem ze stołu znik­nęły naczy­nia z kró­tych Char­lie spo­ży­łał posi­łek i zanim Pani Chi­rac zdo­łała się odwró­cić tej dwójki już nie było.

Wyszli tyl­nim wyj­ściem, które pro­wa­dziło bez­po­śred­nio na pole wypasu owiec oto­czone przez drew­niany niski płot, rozej­rzeli się dookoła, a dostrze­ga­jąc grupkę han­dla­rzy która toro­wała sobie prze­mocą drogę i siłą odcią­gała bez­bron­nych miesz­kań­ców od ich domostw cof­nęli się zapobiegawczo do tyłu.

– Gdy­by­śmy mieli dwie różdżki. – żach­nęła Anna­bel.

– Da się zała­twić. – Zaraz po tych sło­wach Char­lie popro­sił Anna­bel o różdżkę i rzu­cił na sie­bie zaklę­cie kame­le­ona, po czym pod­kradł się do jed­nego z nich – tego naj­da­lej odsu­nię­tego od reszty. 

Dziew­czyna wodziła za nim wzro­kiem, jed­no­cze­śnie obser­wu­jąc kłu­sow­ni­ków*, kró­rzy według niej krą­żyli zdru­zgo­tani po całej wio­sce, co zmu­szało ich do coraz bru­tal­niej­szych zacho­wań

 – Petri­fi­cus tota­lus. Męż­czyzn runął jak długi na zie­mięugodzony zaklęciem Charliego, zasko­czony i pozba­wiony jakiej­ko­wiek formy ochrony. – Tak! – nie­mal krzyk­nęła w myślach Anna­bel, pod­czas gdy jej kom­pan prze­szu­ki­wał nie­przy­tom­nego han­dla­rza.

– Co się tam dzieje? – jeden z han­dla­rzy, ubrany w złotą maskę z rogami, przy­po­mi­na­ją­cymi har­pię, naj­wy­raź­niej po to, by ukryć swoją toż­sa­mość, zaczął nie­bez­piecz­nie zbli­żać się do Char­liego, wykry­wa­jąc dziwne zakrzy­wie­nie świa­tła nie­da­leko sie­bie. Anna­bel miała wra­że­nie, że skądś znała tą maskę.

– Cho­lera. – mruk­nął cicho chło­pak - Jak mnie wykrył z takiej odle­gło­ści. Char­lie nie mógł tak po protu uciec bez dru­giej różdżki, dosk­nale zda­wał sobie sprawę z tego, że nie­przy­tomny han­dlarz, ugo­dzony zaklę­ciem para­li­żu­ją­cym co było widać gołym okiem mógłby zaalar­mo­wać resztę o prze­by­wa­niu tu nie­mu­gol­skej osoby, a w dal­szym roz­woju wyda­rzeń wywo­łać poje­dy­nek, który w poje­dynkę mógłby się dla nich skoń­czyć porażką. – No dalej. – ręka zaczęła mu drżeć w rytm zbli­ża­ją­cych się kro­ków, ale w pew­nym momen­cie jego palec dotknął cze­goś drew­nia­nego i zakrzy­wio­nego. Była to różdżka, chło­pak zawi­nął ją do sie­bie i zaczął biec w stronę Anna­bel, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że jego ruch spo­wo­do­wał zwię­koszną wykry­wal­ność.

Wtem zaklę­cie pognało w jego stronę, Char­lie w ostat­nim momen­cie zdo­łał użyć tar­czy, uka­zu­jąc swoją obec­ność. Potężna tar­cza odbiła zaklę­cie, a chło­pak w odwe­cie rzu­cił drę­twotę na zama­sko­wa­niego osob­nika, ten także ją odbił.

Póź­niej wszystko działo się szybko. Annabel zła­pała różdżkę handlarza rzu­coną jej przez Char­liego i zaczęła bom­bar­do­wać zaklę­ciami prze­ciw­nika, który bez więk­szego pro­blemu odbi­jał każde z nich, oto­czony przez wiernie chroniąca go tar­czę.

– Ktoś bar­dzo chciałby Cię poznać, cza­row­nico. – zama­sko­wany spoj­rzał na Anna­bel. Był to potężny cza­ro­dziej, jed­nak jakość w tym wypadku ustę­puje przed ilo­ścią. Char­lie wraz z Anna­bel sto­jąc bli­sko sie­bie napie­rali ata­kami na męż­czy­znę, który był zmu­so­zny ulec tej dwójce i zro­bić kilka kro­ków w tył. 

Nie­stety, było to tylko złu­dze­nie, odbi­jane zaklę­cia tra­fiały w chatki robiąc spore zanie­sza­nie, a odgłosy walki zwa­biły do nich innych han­dla­rzy. Nie minęła minuta, a odcięto im drogę ucieczki, zostali oto­czeni, już nie byli w sta­nie ata­ko­wać, więc prze­szli w defen­sywę – Mamy jakiś plan? Dziew­czyna czuła jak nara­sta w niej nie­po­kój, a jej smo­cze obli­cze pra­gnęło wyrwać się na powierzch­nię i spa­lić wszyst­kich na popiół. To uczu­cie nasi­lało się z każdą sekundą, ale Anna­bel musiała trzy­mać swoje dzie­dzic­two w gar­ści, dosko­nale wie­działa, że mogłaby stra­cić nad sobą kon­trolę. Char­lie rów­nież coraz bar­dziej tra­cił na sile, nie było nikogo kto mógłby im pomóc. Ludzie z wio­ski ucie­kli prze­ra­żeni dotrze­ga­jąc nie­co­dzienne zja­wi­sko uży­wa­nia magii, nie żeby mugole w jakiś spo­sób mogliby im pomóc.

Depulso – Zaklę­cie odpy­cha­jące dosię­gnęło Anna­bel, prze­biło jej tar­cze, a ona sama odle­ciała do tyłu, pro­sto w ręce kłu­sow­ni­ków, wyglą­dała tak, jakby stra­ciła przy­tom­ność.

– Nie! – krzyk­nął Char­lie po czym obe­rwał uro­kiem Incan­ce­rous. Lina oto­czyła jego ciało i skrę­po­wała je, tak że nie mógł się ruszyć, a każda cho­ciaż naj­mniejsza próba wydo­sta­nia się z niej dusiła go coraz bar­dziej.

– Głu­pie dzie­ciaki. – mruk­nął zama­sko­wany – Nie spo­dzie­wa­li­ście się chyba wyj­dzie­cie cało z tej maskarady.

– Czego od nas chce­cie? – zapy­tał chło­pak odda­jąc się w pełni linie, co umoż­li­wiło mu polu­zo­wa­nie ści­sku.

– Smo­ków. – ode­zwał się jeden z kłu­sow­ni­ków wystę­pu­jąc przed sze­reg. – Gdzie je ukry­li­ście?

– Myślisz, że ci powiem? – spy­tał reto­rycz­nie chło­pak, tarza­jąc się po podło­dze. – Porzu­ci­li­ście je, dla­czego teraz chce­cie je odzy­skać? Wśród han­dla­rzy roz­szedł się drwiący śmiech.

– Zostały nam skra­dzione, nie my je wyrzu­ci­li­śmy.

– Zamilcz głup­cze. - wszedł mu w słowo zama­sko­wany i popchnął kłu­sow­nika na bok. – Nie sądzisz chłop­cze, że to nie ty jesteś tutaj w pozy­cji do zada­wa­nia pytań?

Anna­bel odzy­skała świa­do­mość, ale gdy tylko dostrze­gła w jakiej sytu­acji znaj­dują sie z Char­liem pró­bo­wała wydo­stać się z sil­nego chw­tytu han­dla­rzy, ale ich siła była dla niej nie do przej­ścia. Głowa pul­so­wała jej z bólu, co jesz­cze bar­dziej sta­wiało ją w pozy­cji ofiary. Szarp­nęła się jesz­cze raz, ale męskie ramię zda­wało się nie odpusz­cać.

– Kto do nas wró­cił? Nasza śpiąca kró­lewna. – zama­sko­wany męż­czy­zna utra­cił zain­te­re­so­wa­nie Weasley'em i z zadzior­nym uśmiesz­kiem pod­szedł do Anna­bel.

– Nawet nie wie­cie jak bar­dzo duży błąd w tym momen­cie popeł­ni­li­ście. – zagro­ziła Anna­bel pełną deter­mi­na­cją w gło­sie.

– Oczy­wi­ście, że wiemy, wiemy wszystko księż­niczko.

– Księż­niczko? – zabrzmiał pełen bólu głos Char­liego.

– Czyżby twój towa­rzysz nie­doli o niczym nie wie­dział?

– Jak to nie wie­dział, co nie wie­dział, Anna­bel?

– Nie będziemy teraz o tym roz­ma­wiać Weasley. – odparła Anna­bel, wie­dząc że tym razem nie będzie w sta­nie wymy­ślić niczego, co tłu­ma­czy­łoby wyda­rze­nia, przez które chło­pak wpa­ko­wał się w takie nie­bez­pie­czeń­stwo. – Wiem kim jesteś, wiem skąd pocho­dzisz – Anna­bel zwró­ciła się teraz do zama­sko­wa­nego, a co ten skwi­to­wał to tylko jed­nym sło­wem – Doprawdy?

– Nie zależy ci na smo­kach, tam­tym zależy, nie zależy ci na Char­liem, zależy ci na mnie więc masz czego chcia­łeś, wypuść go w tym momencie.

– Nim zaj­mie się ktoś inny, a na cie­bie czeka bar­dzo wysoko posta­wiony czło­wiek ofe­ru­jący nie­małą for­tunę za twoją głowę. Anna­bel znów zaczęła się szar­pać. – Czy żywą, czy mar­twą.

– Zaś twoje tru­chło nie będzie warte zła­manego knuta. – odgry­zła się Anna­bel, a jej oczy zaja­rzyły się błę­kitną poświatą, zwia­stu­jącą poja­wie­nie się smoka. Nastała mię­dzy nimi chwi­lowa cisza, dziew­czyna bez mru­gnię­cia okiem spo­glą­dała na męż­czy­znę, jed­nak maska którą nosił zakry­wała jego obecny wyraz twa­rzy i Annabel nie była w stanie stwierdzić, czy zdołała w jakiś sposób przerazić mężczyznę. Wtem poczuła ude­rze­nie, ręka han­dla­rza osu­nęła się na policzku dziew­czyny z dużą pręd­ko­ścią. Upa­dła na kolana, czu­jąc swój pie­kący poli­czek. Po czym zama­sko­wany wyszar­pał Anna­bel do góry jak zwy­klą chłopką, bez krzty szacunku i objął pal­cami jej twarz.

– No dalej Księż­niczko. Zamień się w tą łusko­watą bestię, spal mnie na popiół, chyba że nie potra­fisz.

W isto­cie nie potra­fiła, ból spo­wo­do­wany zaklę­ciem depulso dawał się jej we znaki, stra­piona podróżą, nie mająca w ustach nic od dłuż­szego czasu i poza­bwiona rege­ne­ru­ją­cego snu była bez­silna. Cho­ciaż pró­bo­wała z całych sił wyglą­dać na zdolną do prze­miany zama­sko­wany cza­ro­dziej bez­błęd­nie oce­nił jej poło­że­nie. Anna­bel jed­nak kątem oka dostrze­gła strugę magii, która usu­nęła linę opla­ta­jącą Char­liego.

– Expe­liar­mus! –krzyk­nął chło­pak i powa­lił na zie­mię nic nie spo­dzie­wa­ją­cego się zama­sko­wa­nego, zaraz potem bły­ska­wicz­nie odrzu­cił od dziew­czyny dwóch trzy­ma­ją­cych ją han­dla­rzy. Dobiegł do Anna­bel nim upa­dła na kolana i objął ją ramie­niem, trzy­ma­jąc brodę na jej gło­wie. Ta znowu zła­pała go w pasie i wtu­liła się w jego tors czu­jąc jak opada z sił. Różne zaklę­cia mio­tane z nie­wi­do­mych miejsc dosię­gały resztę han­dla­rzy, więk­szość zdo­łała uciec, ale część udało się unie­ru­cho­mić. Char­lie wie­dział co się wyda­rzyło, ojciec nie raz opo­wa­dał mu jak wyglą­dają stan­dar­dowe pro­ce­dury auro­rów w przy­padku poje­dyn­ków na obsza­rach mugol­skich, a przed nimi poja­wił się jeden z nich. Był to męż­czy­zna w śred­nim wieku ubrany w beżowy płaszcz i czarne spodnie.

– Wszystko w porządku? – spy­tał

– Że mną tak, ale Anna­bel obe­rwała sil­nym zaklę­ciem trzeba jej pomocy medyka. – odpowie­dział Char­lie i wypu­ścił ją w objęć tak, żeby auror mógł udzie­lić jej szyb­kiej pomocy. Dziew­czyna spoj­rzała na chło­paka.

– Char­lie, jeśli cho­dzi o tamto…– odparła sła­bym gło­sem.

– Jak sama słusz­nie zauwa­ży­łaś nie będziemy o tym teraz roz­ma­wiać. – odpowie­dział jej, ale Anna­bel miała wra­że­nie, że w jego gło­sie ukryła się nutka gory­czy, jakiej wcze­śniej u niego nie sły­szała.

 Zaraz świat zawirował. A ona apr­to­wała się z auro­rem do Świę­tego Munga, zostwa­ia­jąc Char­liego pod opieką innych auro­rów.


---.----

Baciu* - Pasterz, który niegdy nie wrócił do domu.

Alti* - inny* z języka Rumuńskiego. Kłusownicy często nazywają tak smoki, które nie wpisywały się w kanony znanych im gatunków smoków.

Kłusownicy* - zatrudniani przed handlarzy specjaliści w tropieniu i łapaniu niebezpiecznych magicznych bestii 

czwartek, 17 marca 2022

XV

 Ciem­ność spo­wiła całą jaski­nię, a przynaj­mniej tak mu się wyda­wało.

Ivan Dumi­tru – mogłoby się wyda­wać prawa ręka szefa bandy Rumuń­skich pory­wa­czy smo­ków stał przed swoim bos­sem, kiedy ten znie­cier­pli­wiony krą­żył oczyma po kartce per­ga­minu. Stał z nogami jak z waty, na­dal oszo­ło­miony tym, co jego pod­władni usta­lili na temat ich nie­daw­nej prze­trzy­my­wa­nej.

Nagle szef wyle­ciał na niego, przy­bi­ja­jąc Ivana do ściany z całych sił. Zabo­lało go tak, że nie mógł się obro­nić, spoj­rzał w górę, dostrzegł usta uło­żone w gry­mas wście­kło­ści, a z ich kąci­ków wydo­było się kilka stró­żek śliny.

– Mie­li­śmy tutaj członka rodziny kró­lew­skiej, do tego z takimi moż­li­wo­ściami, a wy matoły pozwo­li­li­ście jej uciec?! – krzyk­nął – Czy wiesz co wła­śnie stra­ci­li­śmy? Ile pie­nię­dzy?!

– Nikt z nas nie mógł tego wie­dzieć, sir. – odparł roz­go­ry­czony

Rozluź­nił uścisk w taki spo­sób, że Ivan mógł w końcu ode­tchnąć peł­nym płu­cem. Zgiął się w pół i łapiąc oddech spoj­rzał na bossa, który wędro­wał dookoła jego biura. Biuro oczy­wi­ście to było za dużo powie­dziane, bar­dziej ciemna jaski­nia, gdzie jedy­nym źró­dłem świa­tła były pochod­nie poroz­wie­szane gdzie­nie­gdzie na ścia­nach. Było tutaj wil­gotno i pomi­ja­jąc szum wygię­tych drzew, wpro­wa­dzo­nych w ruch przez szorst­kie Rumuń­skie powie­trze - gene­ral­nie cicho. Boss zawsze uwiel­biał ciszę, mógł wtedy skon­cen­tro­wać się na swo­ich dzia­ła­niach, które w znacz­nym stop­niu stwo­rzyły Mię­dzy­na­ro­dową Orga­ni­za­cję Prze­stęp­czą Szu­ka­nia i Sprze­da­wa­nia Smo­ków (MOPSiSS) budu­jąc ją cegiełkę po cegiełce na prze­strzeni kil­ku­na­stu lat.

– Możemy podwoić poszu­ki­wa­nia i roz­sze­rzyć je na prze­strzeń po za Hoia Baciu, sir – odparł odzy­sku­jąc głos – dziew­czyna może i potrafi zamie­niać się w smoka, ale mogłaby zwró­cić na sie­bie nie­chcianą uwagę, po za tym nie zary­zy­kuje prze­miany na otwar­tej prze­strzeni więc nie ucie­kła daleko.

– Tak też powin­ni­ście zro­bić Dumi­tru, chcę ją tu jak naj­szyb­ciej dostać. Musimy zamie­nić kilka słów. – odparł Boss i poki­wał ręką w gest zezwo­le­nia na odej­ście.

Chwilę póź­niej obser­wu­jąc jak jego pod­władny opusz­cza pomiesz­cze­nie. Boss wziął do ręki pióro i macza­jąc jego koń­cówkę w atra­men­cie naba­zgro­lił dwa słowa wstępu do obszer­nego listu z pro­po­zy­cją współ­pracy. – „Drogi Anthony…”

Wiedział, że sam z tymi pajacami nie wygra tej walki z całym królestwem wyspy Islay, więc postanowił sięgnąć do swoich znajomości i urządzić największy skok w jego karierze - jednak tym razem nie na smoka, a kogoś o wiele bardziej cennego.

Sztukę skra­da­nia się pomię­dzy strażą, oraz wyj­ście nie­po­strze­że­nie z zamku Chr­si­tine miała opa­no­waną do per­fek­cji. Ubrana w czer­wony płaszcz z kap­tu­rem - tak inten­sywny pod wzglę­dem barwy oraz kroju wymknęła się z zamku. Naj­pierw zręcz­nie omi­nęła straż, a póź­niej pod płasz­czy­kiem tajem­ni­czo­ści opu­ściła Dres­den na swoim koniu. Mrok od zawsze obda­rzał ją pewną mistyczną aurą, dostrze­galną gołym okiem przez każ­dego, który mijał ją po dro­dze.

Dosia­da­jąc konia skie­ro­wała się w stronę sta­rych ruin zamku obron­nego Duny­vaig w miej­sco­wo­ści Agryll na brzegu zatoki Laga­vu­lin na połu­dniu wyspy Islay. Było to miej­sce odda­lone od Dres­den kil­ku­na­stoma kilo­me­trami - odpo­wied­nią odle­gło­ścią, aby móc bez­piecznie odbyć podróż samot­nej kobie­cie, a wystar­cza­jąco dale­kie, aby straż nie podą­żała przy­pad­kowo jej tro­pem.

Dotarła w odpo­wied­nie miej­sce przy zatoce cze­kając na kogoś szcze­gól­nego. Popra­wiła swój płaszcz i wygła­dziła włosy, sia­da­jąc na kamie­niu. Spoj­rzała na ruiny zamku, które z całą pew­no­ścią można było nazwać jego gru­zami, ale ze względu na swoją histo­rię zostało w XVII wieku zaapro­bo­wane jako zaby­tek przez ówcze­snego Króla, a przodka Chri­stine. 

Miejsce, które stanowiło jedyną bezpieczną przystań dla spotkań tej dwójki okazała ta zagma­twana plą­ta­nina, na wpół ukryta w listo­wiu i pozor­nie wto­piona w skałę cypla - ruiny. Przy­lą­dek był nie­wielki, zaj­mu­jąc powierzch­nię zale­d­wie około 200 metrów kwa­dra­to­wych. Jed­nak tyle miej­sca w zupełności im wystar­czało, gdy skupiali się jedynie na sobie.

W pew­nym momen­cie wzrok Chri­stine powę­dro­wał w miej­sce, gdzie woda zaczęła się nie­na­tu­ral­nie ukła­dać w fale. Wyostrzyła wzrok w spoj­rzała na ogromną cho­rą­giew, którą odz­na­czały się statki han­dlowe, pły­wa­jące po wodach w pobliżu Wysp Hybryd Wew­nętrz­nych. Jed­nak osoba, która po krót­kim cza­sie wysia­dła z niewiel­kiego statku z całą pew­no­ścią nie była han­dla­rzem, ani tym bar­dziej bied­nym mary­na­rzem, a czło­wie­kiem dobrze zbu­do­wa­nym, odzia­nym w czarną koszulę, z krę­co­nymi wło­sami. Był nim oczywiście Shi­loh Floc­khart - drugi najstar­szy syn władcy Jury, Anthony’ego Floc­kharta, który wypowie­dział wojnę wyspie Islay.

Shi­loh pod­szedł do Chri­stine dziar­skim kro­kiem i uca­ło­wał ją w dłoń.

– Witaj nie­wia­sto. Jak zawsze pięk­nie ci w czer­wieni. – odparł dostrze­ga­jąc ten sam czer­wony płaszcz, który Chri­stine zakłada tylko i wyłącz­nie na spo­tka­nia z chło­pakiem. – Czy zaszczy­cisz mnie swoją obec­no­ścią w ten cudowny wie­czór?

– Shi­loh jak zawsze szar­mancki i przy każ­dym spo­tka­niu coraz bar­dziej. – odparła przy­ty­ka­jąc niczym praw­dziwa dama. Po czym roze­śmiała się gło­śno, a w krok za nią zro­bił to jej towa­rzysz. Było to ich stan­dar­dowe przy­wi­ta­nie według „etyk kró­lew­skich”, które wpa­jano im od dziecka, a które z coraz częst­szymi spo­tka­niami tej dwójki sta­wało się zbędne.

Ich spo­tka­nia miały miej­sce wtedy, gdy „wyklu­czony” z swo­jej rodziny poprzez brak magicz­nych zdol­no­ści Shi­loh został okrzyk­nięty przez swo­jego ojca opie­ku­nem łodzi han­dlo­wych, było to zaję­cie co naj­mniej nie­godne jego rodziny, ale dzięki temu mógł legal­nie i bez zbęd­nych pro­ble­mów pły­wać po wodach mórz, a co za tym idzie spo­ty­kać się tak czę­sto z osobą, którą darzył tym szcze­gól­nym uczu­ciem. Jed­nak mimo to bariera intym­no­ści fizycz­nej nigdy nie została mię­dzy nimi prze­ła­mana. Młod­szy Floc­khart wie­dział bowiem, że jest ona prze­zna­czona komuś innemu, wiele razy chciał zre­zy­gno­wać z tej rela­cji, ale ni­gdy nie miał tyle sił, aby tego doko­nać. Ona rów­nież nie raz nie kryła roz­go­ry­cze­nia z tego powodu, ale oby­dwoje obie­cali sobie wza­jem­nie, że póki wojna trwa, póty ich rela­cja zosta­nie nie­wy­kryta i nie zagrozi życiem żad­nego z nich będą na­dal trwać w tej bez­na­dziej­nej sytu­acji, razem.

Spa­ce­ro­wali więc tak brze­giem zatoki, trzy­ma­jąc się za ręce. Z daleka można było wykryć tą che­mię, która jakby zamy­kała ich w koko­nie i oddzie­lała od reszty świata oraz tej nie­wy­god­nej świa­do­mo­ści, że to spo­tka­nie, ze względu na wojnę pomię­dzy ich rodami może być ich ostat­nim. Rozmowy zako­cha­nych trwały nie­mal przez całą wizytę Shi­loha na Islay, jed­no­cze­śnie omi­ja­jąc tematy, które mogłyby zepsuć atmos­ferę, nagromadzoną mię­dzy nimi. Było to cięż­kim wyzwa­niem, ale war­tym każ­dej chwili ich wza­jem­nych uśmie­chów i doka­zy­wa­nia sobie nawza­jem, jak grupka zwy­czajnych nasto­lat­ków, która naiw­nie poszu­kuje tej pierw­szej, jedy­nej miło­ści w mrocz­nych cza­sach walk i okru­cień­stwa. A było to prze­cież tylko nie­winne uczu­cie, które w kon­se­kwen­cji miało wywołać ogromny wpływ na wyda­rze­nia w przy­szło­ści oby­dwu wal­czą­cych mię­dzy sobą wysp. 

 

 

Gdzieś tam w półmroku dwójka mło­dych doro­słych, któ­rzy dopiero co wydo­stali się z nie­woli u Han­dla­rzy prze­mie­rzała szybko las, ucie­kając przed zagro­że­niem.

– Anna­bel cze­kaj, to boli. – zatrzy­mał się, zmu­sza­jąc rów­nież cią­gnącą go dziew­czynę do zaprze­sta­nia tego nie­kon­tro­lo­wa­nego biegu – Spró­buj może mi wyja­śnić, dla­czego ucie­kamy, zamiast zacho­wy­wać się jak wariatka.

– Nie­da­leko stąd jest grupka, która nas szuka. – odparła naprędce i ponowne zaci­snęła swoją dłoń na jego pokie­re­szo­wa­nym ramie­niu Char­liego.

Smoki leciały przed nimi, jakby ści­ga­jąc się ze sobą, kom­plet­nie nie­świa­dome tego, co wła­śnie na nich czyha. Z jed­nej strony ich płyn­ność skrzy­deł napa­wała ją dumą, z dru­giej zaś oba­wiała się, że pod­czas tej sytu­acji znikną jej z pola widze­nia i wpa­kują się w jesz­cze więk­sze kło­poty niż teraz. Nie spo­dzie­wała się, że kil­ku­mie­sięczne smoki tak dobrze opa­nują sztukę lata­nia, wbrew prze­słan­kom star­szych smo­ko­lo­gów, że aku­rat w ich przy­padku (smo­ków-hybryd - zro­dzo­nych z dwóch róż­nych gatun­ków sma­ków) nastąpi to tak wcze­śnie. Z resztą nie świad­czyło to o nie­kom­pe­ten­cji pra­cow­ni­ków rezer­watu, tylko o zasa­dzie w myśl któ­rej takie osobniki zda­rzały się wów­czas bar­dzo rzadko i ciężko było zde­fi­nio­wać ich cykl dora­sta­nia, oraz zacho­wa­nia, cha­rak­te­ry­styczne dla takiej mie­szanki gatun­ko­wej. Dla­tego wła­śnie roz­ka­zano Anna­bel i Char­liemu dogłębną obser­wa­cję, oraz o noto­wa­nie spo­strze­żeń doty­czącą wszel­kich uchy­bień w roz­woju gatun­ko­wym Ase­riela i Lumini’ego.

– Może to zabrzmi dziw­nie, ale czy pod­czas tych prze­mian zacho­wujesz część zmy­słów smo­czych? – zapy­tał, koja­rząc sytu­ację z jej prze­mianą, a tym, że potrafi usły­szeć coś z dal­szej odle­gło­ści niż zwy­czajny czło­wiek.

Anna­bel zwol­niła kroku, będąc prze­ko­naną, że udało jej się dopro­wa­dzić do zgu­bie­nia prze­śla­dow­ców.

– Bre­dzisz Weasley, czy zauwa­ży­łeś kie­dyś, żeby pro­fe­sor McGo­na­gall miała dziwny pociąg do myszy, przez to, że zamie­nia się w kota? – spy­tała iro­nicz­nie.

– Czę­sto kazała nam trans­mu­to­wać szczura w kie­lich, albo koty w coś innego. – odparł pół żar­tem na jej zaczepkę.

– Nie sądzę, żeby to miało za duży zwią­zek z jej zdol­no­ściami. – żach­nęła się i przy­sta­nęła w miej­scu, pró­bu­jąc nieco ode­chnąć. – Chyba już jeste­śmy bez­pieczni. Ase­riel, Lumini, gdzie jeste­ście?

Jeden z dru­gim okrę­ciły się nad jej głową i zle­ciały na zie­mię, wyda­jąc z sie­bie smo­czy odgłos i spoj­rzaw­szy wdzięcz­nie na swo­ich opie­ku­nów.

– Rozu­miesz te ich dziwne odgłosy? – spy­tał Char­lie, cały czas wra­ca­jąc do tak nie­wy­god­nego dla dziew­czyny tematu, na co Anna­bel prych­nęła pod nosem, że nie. Spo­dzie­wała się, że gdy ujawni swoje obli­cze, będzie bom­bar­do­wana pyta­niami na jego temat. Jed­nak nie sądziła, że sta­nie się w to w warun­kach zagra­ża­ją­cych ich życiu. Cho­ciaż czego innego mogła spo­dzie­wać się po chło­paku od lat zafa­scy­no­wa­nym smo­kami i ich histo­rią. Sama rów­nież dosko­nale to rozu­miała - gdy była dziec­kiem doświad­czyła cze­goś podob­nego.

 
Kilka lat wcze­śniej
(klasa trans­mu­ta­cji)
 
Gdy tylko unio­sła chudą rękę i zaczęła wypo­wia­dać for­mułkę zaklę­cia, które miało prze­mie­nić szczura w kocio­łek, ten pode­rwał się szybko do góry i spło­szony wysko­czył za biurko, wyczu­wa­jąc coś nie­po­ko­ją­cego w nie­spełna 12-let­niej Anna­bel. Zwie­rzę to ucie­kło przez szparę w drzwiach, któ­rych ktoś nie domknął.
– Hej. Nie ucie­kaj! – krzyk­nęła za nim, a po kla­sie roz­szedł się cichy chi­chot dzieci z jej klasy, któ­rzy jak dotąd sku­pieni na swoim zada­niu zacie­ka­wieni jej reak­cją spoj­rzeli na dziew­czynę, która w tym momen­cie zro­biła się czer­wona jak burak.
– Cisza dzieci. – kla­snęła w ręce pro­fe­sor McGo­na­gall, dopro­wa­dza­jąc je do spo­koju. – Zwie­rzęta bywają pło­chliwe, panno Foutley, wystarczy jeden nieuważny ruch.
– Bar­dzo prze­pra­szam – odparła skru­szona, pewna że musiała przy­pad­kowo za gwał­tow­nie ruszyć różdżką i prze­stra­szyć zwie­rzę. – Zaraz je znajdę.
– Pan Filch je znaj­dzie, nie musisz się o nie mar­twić. Koniec zajęć dzieci, pro­szę rozejdź­cie się na kory­tarz w ciszy.
Dziew­czynka posłusz­nie wyko­nała pole­ce­nie swo­jej nauczy­cielki, jed­nak do końca zajęć nie potra­fiła usie­dzieć w miej­scu – nie dość, że po raz kolejny nie­winne zwie­rzę od niej ucieka, bo zro­biła coś nie tak, to jesz­cze mar­twiła się, że może mu się zro­bić krzywda, gdy trafi na kogoś nie­od­po­wied­niego. Dla­tego wła­śnie zaraz po zaję­ciach udała się do woź­nego, cho­ciaż się go naj­zwy­czaj­niej w świe­cie bała i nie­śmiało wpa­tru­jąc się w swoje buty spy­tała o tego bied­nego szczura, któ­rym wcze­śniej tak się brzy­dziła. Filch nie odpo­wie­dział jej od razu, spoj­rzał na prze­ra­żoną dziew­czynkę, a dopiero po chwili, mruk­nął pod nosem coś, co miało ozna­czać, że nie ma na to czasu i odszedł. Anna­bel wzięła głę­boki oddech, tak, że wyglą­dała jak napu­szona wie­wiórka, która napchała sobie pysz­czek orze­chami i pomy­ślała, że tylko ona może go odna­leźć, więc tak uczy­niła.
Poszu­ki­wa­nia nie trwały długo.
– Mam Cię potworku. – mruk­nęła, celu­jąc w niego różdżką. – Win­gar­dium Leviosa.
Zwie­rzę unio­sło się do góry, było prze­ra­żone, pró­bo­wało się uwol­nić na wszel­kie spo­soby, ale nie miało dość siły aby przebić się przez to zaklęcie.
– Przy­kro mi, ale dla two­jego dobra muszę to zro­bić. Zaraz będziesz bez­pieczny w swo­jej klatce. – odparła śpiew­nym gło­sem i ruszyła do klasy trans­mu­ta­cji, aby speł­nić swoją obiet­nicę.
Gdy tylko weszła do środka i odło­żyła szczura do jedy­nej pustej klatki, która tam była. W pewnym momencie dostrze­gła w kącie nie­ty­powo wyglą­da­jącą szarą, ogromną kocicę. Lubiła koty, nawet bar­dzo. Więk­szość z nich poru­szała się z gra­cją i miała ten „kró­lew­ski dryg”, który według niej świadczył o dostojności tych istot. Zro­biła więc krok do przodu, ale uświa­do­miła sobie, że i ona może od niej uciec. zatrzy­mała się w miej­scu i bijąc się z myślami spo­glą­dała raz po raz na drzwi, przez które powinna wyjść, żeby wię­cej nie nabroić. Była już bli­ska decy­zji o wyj­ściu z klasy, gdy nagle kocica skie­ro­wała na nią swój surowy wzrok. Wtem wokół niej zaczęło świe­cić jasne świa­tło, a na miej­scu, gdzie stała kocica, poja­wiła się Mine­rva McGo­na­gall.
– Nie powin­naś sama wcho­dzić do tej klasy po za zaję­ciami Panno Foutley. – odparła.
– Ja, ja prze­pra­szam bar­dzo. Zna­la­złam szczura, bo Pan Filch nie zamie­rzał się tym zająć. – odpo­wie­działa, gdy tylko wyszła z szoku. Dla nor­mal­nego cza­ro­dzieja, takie rze­czy wydają się zwy­czajne, jed­nak dla Anna­bel nie. Gdzieś tam, w sercu dziew­czynki zapa­liła się nadzieja, że nie jest jedyną osobą, która potrafi zmie­niać się w zwie­rzę.
– Rozu­miem, ale żebyś wie­działa na przy­szłość, powtó­rzę jesz­cze raz. Ucz­niom nie wolno samym krę­cić się po kla­sie po zaję­ciach. Chcę, abyś to dobrze zro­zu­miała.
– A więc Pani też to potrafi? – spy­tała nauczy­cielkę szybko.
– Zmie­niać się w zwie­rzę, oczy­wi­ście. Dla cza­ro­dzieja o wyso­kich moż­li­wo­ściach magicz­nych, sztuka zamie­nia­nia się w zwie­rzę, nie jest wiel­kim pro­ble­mem.
– Ani­mag, tak? – powtó­rzyła
– Co ma ozna­czać, że ja „też to potra­fię”?
Anna­bel zaczer­wie­niła się na pytanie mentorki. Naraz przy­po­mniała sobie, że ostrze­gano ją, aby nikomu nie mówiła o swo­ich moż­li­wo­ściach. Taką prawdę znał jedy­nie pro­fe­sor Dum­ble­dore, oraz jej naj­bliż­sza rodzina i wybrani członkowie Ministerstwa, tak też miało zostać.
– Moja mama też to potra­fiła, prak­tycz­nie od uro­dze­nia. – odpo­wie­działa nauczy­cielce ostroż­nie, aby wybadać odpowiednio grunt.
– To niemożliwe, panno Foutley. Anima­gia to nie­zwy­kle trudna i nie­bez­pieczna sztuka wyma­ga­jąca wielu lat testów, egza­mi­nów i for­mal­no­ści. Ani­ma­giem zaś może zostać cza­ro­dziej, który opa­no­wał ten jeden z odłamów trans­mu­ta­cji do per­fek­cji. Nie­mowlę nie mogło mieć moż­li­wo­ści.
– A cza­ro­dziej prze­mie­niony w zwie­rzę – czy ma zmysł zwie­rzęcia czy zacho­wuje swój ludzki zmysł? – cią­gnęła, uda­jąc zacie­ka­wie­nie tym tema­tem. Gdzieś w głębi miała nadzieję, że jed­nak pro­fe­sor McGo­na­gall nie wie­działa wszyst­kiego i musiała upew­nić się, czy sama jest ani­ma­giem, czy po pro­stu jest dzi­wa­dłem, które nad sobą nie panuje.
- Kiedy znaj­dują się w sta­nie prze­miany, zacho­wują więk­szość umie­jęt­no­ści ludz­kiego myśle­nia, poczu­cia wła­snej toż­sa­mo­ści, a także wspo­mnień. Nawet jeśli przyj­mują zwie­rzęcą formę dość czę­sto, dłu­gość ich życia nie ule­gnie zmia­nom. – odparła, zasta­na­wia­jąc się chwilkę. – Jak­kol­wiek, ich uczu­cia i emo­cje będą uprosz­czone oraz odczują wiele zwie­rzęcych potrzeb, odpo­wied­nich dla gatunku zwie­rzęcia w jakie się prze­mie­niają. Może to być cho­ciażby potrzeba zje­dze­nia tego, czym żywi się ich ani­ma­giczna forma.
– Rozu­miem, dzię­kuję bar­dzo za wyja­śnie­nie. – odparła smutno, dosko­nale zda­wa­jąc sobie sprawę z tego, że ni­gdy nie miała ochoty zjeść suro­wego mięsa, oraz z tego, że nie mogła w pełni kon­tro­lo­wać swo­jej smo­czej formy, roz­e­mo­cjo­no­wa­nej jakimś nie­przy­jem­nym doświad­cze­niem.
– Twoja mama może i potra­fiła zmie­niać się w zwie­rzę, ale jeśli tak, to musiała być nie­za­re­je­stro­wana w Reje­strze Ani­ma­gów. Ponie­waż takich zare­je­stro­wa­nych cza­ro­dzie­jów jest o ile dobrze pamię­tam sie­dem. A każda z tych osób jest mi dobrze znana.
– Czyli nie każdy musi się reje­stro­wać?
– Jak naj­bar­dziej, acz nie wpi­sa­nie się do Reje­stru grozi w najgorszymi wypadku zesła­niem do Azka­banu.
Dziew­czynka zro­biła duże oczy, po czym ukło­niła się nisko i szybko wybie­gła z klasy trans­mu­ta­cji z jesz­cze więk­szym mętli­kiem w gło­wie, niż wcze­śniej. 
 
 
– Anna­bel, zejdź na zie­mię. – odparł Char­lie, potrzą­sa­jąc ramię dziew­czyny. – Chyba mamy towa­rzy­stwo.
– Znowu oni?
– Coś gor­szego. O ile dobrze widzę, to wataha wil­ków chyba wpa­dła na kola­cję.
Spoj­rzała w miej­sce wska­zane przez Char­liego, gdzie rze­czy­wi­ście grupka czte­rech, albo pię­ciu (według Anna­bel) wil­ków zmie­rzała cicho w ich stronę, jakby gotowa do ataku.
– Zmy­wajmy się stąd jak naj­szyb­ciej. – odparła naprędce.
– Osza­la­łaś, one są szyb­sze. Dogo­nią nas. – odparł uno­sząc ręce i macha­jąc nimi w powie­trzu.
– Co ty robisz?
– Roz­prze­strze­niam zapach. – odpo­wie­dział szybko, ale to nic nie dawało. Wilki były coraz bli­żej, Anna­bel w tym momen­cie wycią­gała różdżkę z rękawa, ale Char­lie sta­nął przed nią, jakby chciał zro­bić z sie­bie żywą tar­czę i zaczął wyda­wać z sie­bie krzyki ostrym tonem, aby mogły zorien­to­wać się, że mają do czy­nie­nia z czło­wie­kiem i że nie mają tutaj czego szu­kać.
Wilki nagle przy­sta­nęły w miej­scu, ale w dal­szym ciągu nie spusz­czały z nich wzroku.
Wtem chło­pak przy­kuc­nął powoli i rzu­cił w nie gru­dami ziemi.
Naj­wy­raź­niej spo­sób Char­liego zadzia­łał, ponie­waż zaczęły się wyco­fy­wać jeden po dru­gim. Jed­nak Anna­bel sły­sząc jed­nego z tych war­czących agre­so­rów gdzieś z boku popchnęła Char­liego, po czym dama upadła na bok, w ostat­nim momen­cie, bro­niąc się przed kłami, które z pew­no­ścią, mogły zato­pić się głę­boko w jej skó­rze.
Leżeli tak na ziemi i w bez­de­chu przy­glą­dali się wście­kłej, spro­wo­ko­wa­nej czymś nie­wia­do­mym isto­cie, która pró­bo­wała w poje­dynkę okrą­żyć swoje ofiary, gło­śno na nie war­cząc. Wraz rzu­ciła się na Anna­bel, która po raz kolejny zdo­łała unik­nąć ugry­zie­nia i przy­biła się do drzewa, chciała wal­czyć w agre­syw­nym wil­kiem, który naj­wy­raź­niej wyczuł w niej zagro­że­nie i pró­bo­wał ochro­nić swoje tery­to­rium, ale pod­czas uniku różdżka wypa­dła z jej dłoni. Leżała za daleko, aby móc ją szybko podnieść. Spoj­rzała bła­gal­nie na Char­liego, aby ten coś zro­bił, jed­nak przy upadku na zie­mię, naru­szył swoje ramię, które mimo zaklę­cia nie było do końca sprawne, zwijając się z bólu. Spo­strze­gł ed­nak, że Anna­bel grozi wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo pró­bo­wał się­gnąć różdżki, ale wilk w tym samym cza­sie po raz kolejny wysko­czył na dziew­czynę, która scho­wała twarz w dło­niach. Wtem znad jej ramie­nia zafru­nął Ase­riel, który swo­imi pazu­rami odbił wilka, bro­niąc swo­jej opie­kunki. Ten dostrze­ga­jąc to co się stało zawar­czał rów­nież na smoka, który zro­bił to samo. War­czały na sie­bie przez chwilę, przy­go­to­wu­jąc się do ataku, gdy od tyłu Lumini zaszedł wilka i zio­nął na niego ogniem. Póź­niej to samo zro­bił jego star­szy brat. Młode smoki nie były jesz­cze tak dobrze wpra­wione w celo­wa­nie ogniem, ale ich żar, od razu odgo­nił napast­nika, który zauwa­ża­jąc, że nie ma szans uciekł z pod­ku­lo­nym ogo­nem wgłąb lasu.
Nie­stety smoki, dzięki swoim wza­jem­nym zaba­wom potra­fiły być naprawdę szyb­kie - dogo­niły agre­sora, przy­pa­liły go, a gdy prze­stał się ruszać, zaczęły go poże­rać. Musiały już odpo­wied­nio zgłod­nieć. Anna­bel nie widziała całej akcji, ale rów­nież wyczuła siłę tego ognia. Prze­ra­żona, ale i pełna dumy za to, że ich ogień zaczyna robić się coraz sil­niej­szy i za chwilę będzie sta­no­wić ich naj­sil­niej­szą broń, pobie­gła w stronę Char­liego, aby pomóc mu wstać. Z małą pomocą sta­nął na swoje nogi, ale nie trzy­mał się na nich za pew­nie. Dziew­czyna prze­ło­żyła jego rękę za swoją szyję i powę­dro­wali razem w miej­sce, gdzie z nie­da­leka Anna­bel mogła dostrzec już wyj­ście z lasu. Oczy­wi­ście ich pod­opieczni, pełni dumy, trzy­ma­jąc w pazu­rach swoją zdo­bycz, poleciały za nimi.
– Jesteś głup­cem Weasley. – mruk­nęła dziew­czyna, matczynym tonrm. – Jak mogłeś tak ryzy­ko­wać wysta­wie­niem się wil­kom.
Wilki z natury są pło­chliwe i uni­kają kon­taktu z ludźmi, a nawet, jeśli zbli­żają się bli­sko, to jest to sprawka ich natu­ral­nego instynktu, któ­rym kie­rują się w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Naj­czę­ściej, nawet nie wie­dzą, że zbli­żają się do ludzi. Dobrze jest im to wtedy uświa­do­mić. – odparł Char­lie, pró­bu­jąc kuś­ty­kać powoli na nogach.
– Ten jeden chyba miał inne zda­nie.
– Musiał być zmę­czony, albo chory. Nie zaata­ko­wałby bez powodu. Kto mieszka bli­sko lasów o tym wie. 
"Tak" mruknęła w myślach dziewczyna, uświadamiając sobie, że nie jest całkowicie człowiekiem, co mogło sprowokować atak.
Char­lie zaś poczuł nie­przy­jemne ukłu­cie w oko­licy żołądka. Przez to, że tyle razy ostat­nio otarł się o śmierć, a przy­naj­mniej trwałe kalectwo, że zechciał zadzwo­nić, albo nawet odwie­dzić rodzi­ców i rodzień­stwo, uświa­da­mia­jąc sobie, że od dawna tego nie robił.
– Młode same „upo­lo­wały” sobie jedze­nie. – dziew­czyna spoj­rzała na smoki, które krzyknęły z radości. – Całe szczę­ście, że praw­do­po­dob­nie nie­da­leko stąd jest wyj­ście z lasu. Może kogoś spo­tkamy po dru­giej stro­nie, kogoś kto nam pomoże trafić do Rezerwatu.
– Ale co zro­bimy z Lumi­nim i Ase­rie­lem?
– Mam plan. – odparła Anna­bel uśmie­cha­jąc się chytrze.

sobota, 26 lutego 2022

XIV

 

Po raz kolejny poczuł ten szar­pany ból w oko­li­cach ucha, rzą­dek małych i ostrych kłów wbił mu się w mał­żo­winę uszną. Nie­mal natych­miast otwo­rzył oczy, a pierw­sze co zoba­czył to pro­mie­nie sła­bego wio­sen­nego słońca pró­bu­jące na gwałt prze­bić się przez gałę­zie drzew, poczuł rów­nież nie­po­ko­jący chłód, który nacie­rał na jego roze­dr­ganą skórę przez dziury w ubra­niach, które najprawdopodob­niej były wyni­kiem poprzed­niej sytu­acji. Usiadł nieco sko­ło­wany i poczuł ból w oko­licy ramie­nia, skrzy­wił się, a jego zdrowa ręka powę­dro­wała w oko­lice miej­sca, gdzie ból pro­mie­nio­wał naj­bar­dziej. W ten moment czyiś cień zasło­nił słabo pada­jące na niego słońce.

– Twoja kość ramienna. – Anna­bel potur­bo­wana bar­dziej od niego i mająca na sobie jedy­nie jego płaszcz pochy­liła się nad nim i jak ni­gdy nic ujęła w brudną i wymar­z­niętą dłoń jego rękę. – Musi być zła­mana.

Weasley był bar­dziej sko­ło­wany niż wcze­śniej, musiała minąć chwila zanim przy­po­mniał sobie co tak naprawdę wyda­rzyło się przed momen­tem, w któ­rym stra­cił przy­tom­ność.

– Jesteś smo­kiem. – rzekł odkryw­czo wciąż pół­świa­domy. – Jak?

– To nie jest najlep­szy moment na wyja­śnie­nia. Musimy się stąd zabie­rać, zanim tamci wyślą za nami swo­ich ludzi. – Wycią­gnęła różdżkę, którą zdą­żyła zabrać jed­nemu mar­twemu han­dla­rzowi i unio­sła ją w taki spo­sób, aby czu­bek był ide­al­nie rów­no­le­gły z jego ramie­niem. – Epi­skey.

Poczuł jak jakaś deli­katna siła prze­cho­dzi przez jego ramię, chło­dząc ranę i powoli usu­wa­jąc uciąż­liwy ból. Skóra w poła­ma­nym miej­scu zaczy­nała rege­ne­ro­wać się sama, usu­wa­jąc sini­znę i wra­ca­jąc do nor­mal­nego odcie­nia skóry. Char­lie niczym dziecko z podzi­wem patrzył na to co się z nim działo, tak jakby widział to pierw­szy raz w życiu, co oczy­wi­ście było non­sen­sem. Wtem jego wzrok powę­dro­wał w miej­sce, gdzie lekki wiatr prze­su­nął nieco jego zgniło zie­lony płaszcz i odkrył kawa­łek lewej piersi Anna­bel.

– Jesteś cał­ko­wi­cie naga pod spodem? – to pyta­nie brzmiało bar­dziej jak twier­dze­nie.

Anna­bel obar­czyła go suro­wym wzro­kiem. W nor­mal­nych warun­kach nazwała od naj­gor­szych. Jed­nak była zbyt wyczer­pana trans­for­ma­cją, żeby móc się z nim spie­rać.

– Ubra­nia nie zmie­niają się razem ze mną. – odpowie­działa spo­koj­nie. – Wyobraź sobie groź­nego smoka ubra­nego w jedwab. – Zażar­to­wała, jed­nak uświa­da­mia­jąc sobie, że tym tak naprawdę jest i w żad­nym wypadku nie był to powód do żar­tów.

– Jesteś ani­ma­giem, prawda? Pew­nie nie zare­je­stro­wa­nym skoro pra­cu­jesz z smo­kami.

– Można tak powie­dzieć. – mruk­nęła cicho pod nosem. – Chyba ręka już jest cała.

Chło­pak był zdzi­wiony zacho­wa­niem Anna­bel, nie była to prze­cież dziew­czyna która potra­fiła zacho­wać spo­kój w naj­gor­szych sytu­acjach. Jej zacho­wa­nie przy­wo­dziło mu na myśl anioła, który jest dobry, a jed­no­cze­śnie surowy. Jej wybu­chowy cha­rak­ter wraz zmie­nił się o 180 stopni, nie wie­dział na jak długo. Wcze­śniej nauczył się, że przy niej nie warto mówić wszyst­kiego, co mu ślina na język przy­nie­sie, jed­nak nie­świa­do­mie nie zawsze.

– Chcesz moją koszulę? – spy­tał chło­pak, raz po razie zmie­nia­jąc temat na jej nagie ciało, zacho­wu­jąc się jak mło­dzik, który pierw­szy raz w życiu widział walory nagiej kobiety. – Może jest tro­chę znisz­czona i brudna, ale myślę, że się nada.

Anna­bel spoj­rzała na niego męt­nymi oczyma i poki­wała lekko głową, była w nie najlep­szym sta­nie, wprost prze­ciw­nie do Char­liego, na któ­rego prze­cież spa­dło tonę kamieni, a który był nakrę­cony jak zabaw­kowy drew­niany bączek, któ­rym dziew­czyna tak bar­dzo lubiła się bawić w dzie­ciń­stwie.

– Masz jakiś pomysł, jak szybko dotrzeć do Rezer­watu?

Char­liemu zaświe­ciły się oczy, od razu myśli o pół­na­giej Anna­bel wyparła chęć ujrze­nia raz jesz­cze jej smo­czego obli­cza i trans­for­ma­cji, którą prze­ga­pił.

– Może pole­cimy. Zmień się raz jesz­cze, będziemy tam w try­miga.

– Nikt nie może się o o mnie dowie­dzieć. Tak? – spy­tała surowo. – Jak niby mia­ła­bym ukryć fakt, że dolecę do obozu i na oczach wszyst­kich pra­cow­ni­ków zmie­nię się w smo­czycę?

Anna­bel spoj­rzała na niego z wyrzu­tem. Wła­śnie takich sytu­acji zawsze wolała uni­kać. Miała uraz do oka­zy­wa­nia wła­snego dru­giego obli­cza, od czasu gdy jako małe dziecko wędru­jąc po zaka­za­nych czę­ściach zamku w poszu­ki­wa­niu ghuli, które rze­komo miały się poja­wić w naj­bar­dziej odle­głych czę­ściach jej domu zoba­czyła coś, co na zawsze zmie­niło jej życie. W jed­nej z ciem­nych kom­nat zauwa­żyła swoją matkę, która wła­śnie prze­cho­dziła trans­for­ma­cję w smoka. Dziew­czynka wów­czas nie była świa­doma tego, jaką moc posiada jej rodzi­cielka i co wkrótce miała jej prze­ka­zać, prze­stra­szyła się. Ucie­kła z krzy­kiem do jed­nego z straż­ników, który w tym wła­śnie momen­cie zwa­biony dziw­nymi wrza­skami z odle­głych kom­nat zabiegł jej drogę. Wsko­czyła mu w ramiona zapła­kana i zaczęła szlo­chać. –”S-s…smok, smok pożarł mamę”– powta­rzała w kółko. Straż­nik zanie­po­ko­jony jej zacho­wa­niem, rów­nież nie­świa­domy mocy monar­chini zapro­wa­dził ją do króla. Wtem kilka dni póź­niej mama znik­nęła. Opu­ściła zamek i jej uko­chaną córeczkę, która została pod opieką ojca. Dopiero po dwóch latach od tego wyda­rze­nia Anna­bel dowie­działa się prawdy, gdy i jej moce zaczęły się ujaw­niać. Jej matka – Louiza została okrzyk­nięta wiedźmą, a łowcy raz po raz nasta­wali na jej życie, z nadzieją, że odkryją jej praw­dziwe wcie­le­nie i wzbo­gacą się na nim. Ówcze­sny król jed­nak znał prawdę o swo­jej sio­strze, jak i o magicz­nych mocach ich przod­ków, któ­rych on ni­gdy nie otrzy­mał. Trak­to­wał to jako naj­więk­szą tajem­nicę dworu, oraz nie­oce­nioną pomoc w wielu kon­flik­tach, dla­tego też publicz­nie kla­sy­fi­ko­wał oskar­że­nia jako plotki i gro­ził pod­da­nym, któ­rzy je roz­po­wszech­niają lochem. Dopiero póź­niej, gdy nastroje na wyspie pogar­szały się, a Lady Louiza omal nie zgi­nęła przez zachłan­ność ludzką posta­no­wiła odejść, żegna­jąc się z córką rykiem, który tylko ona mogła usły­szeć.

– Jeśli znaj­dziemy hipo­gryfy, lub coś co potrafi latać i da się dosiąść, to nie będzie z tym pro­blemu. A Twój sekret będzie bez­pieczny.

– „Jeśli znaj­dziemy”, nawet nie wiemy jak daleko nas wywieźli.

– Bez obaw Anna­bel, już raz byli­śmy w takiej sytu­acji. – odparł Char­lie przy­glą­da­jąc się wni­kli­wie oto­cze­niu w poszu­ki­wa­niu jakiejś wska­zówki.

– Pamię­tam, pamię­tam rów­nież, że był to las w pobliżu obozu, a nie losowe miej­sce „gdzieś w Rumu­nii” – odparła ugi­na­jąc dwa palce w obu dło­niach – lub już nawet nie.

Char­lie spoj­rzał wymow­nie na dziew­czynę, po czym jego wzrok spo­czął na jed­nym z drzew, któ­rego Anna­bel wcze­śnie nie zauwa­żyła, a któ­rego pień był mocno wykrzy­wiony. Jego wzrok się­gnął dalej. Zro­bił kilka kro­ków do przodu, ale nic nie mówił. Dziew­czyna dostrze­ga­jąc jego dziwne zacho­wa­nie, rów­nież spoj­rzała w tamto miej­sce, a że jej wzrok był o wiele lep­szy niż ten ludzki, potra­fiła objąć nim więk­szą odle­głość, niż któ­ry­kol­wiek czło­wiek.

– Co się stało z tymi drze­wami? – spy­tała, pod­bie­ga­jąc do jed­nego z nich.

Za nim cią­gnęło się pasmo kilku podob­nie zde­for­mo­wa­nych drzew, usta­wio­nych losowo, prze­wi­jały się mię­dzy nimi te zwy­czajne, ale im dalej Anna­bel potra­fiła spoj­rzeć, tym rosło ich wię­cej. Ich pnie wybrzu­szone pośrodku, wyglą­dały jak napięte łuki, a znaj­du­jące się na nich zwę­glone ślady i liczne prze­ro­sty do złu­dze­nia wyglą­da­jące ja ludz­kie twa­rze napa­wały ją nie­znaną eks­cy­ta­cją i nie­po­ko­jem.

– Chyba wiem, gdzie jeste­śmy – odparł zanie­po­ko­jony Char­lie. – Ojciec kie­dyś mówił nam o tym miej­scu. Ina­czej – opo­wia­dał o nim histo­rie. Kilka lat temu, gdy jesz­cze Bill z nami miesz­kał, a Ron i Ginny byli za mali, by wszystko rozu­mieć Mini­ster­stwo orga­ni­zo­wało wycieczki dla swo­ich pra­cow­ni­ków. Wśród nich była wła­śnie Tran­syl­wa­nia, gdzie uczono się o nowych zacho­wa­niach wam­pi­rów. Były to czasy, kiedy wam­pi­rów poja­wiało się naprawdę wiele i uczono się o nowych spo­so­bach obrony przed nimi. – prze­rwał na chwilę, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na reak­cję dziew­czyny. – Wra­ca­jąc, na jed­nym z takich spo­tkań, ojciec zbłą­dził raz do pew­nej mugol­skiej karczmy i usły­szał histo­rię o pew­nym miej­scu, nazy­wało się jakoś dziw­nie. Chyba Hoia-Baciu, według mugol­skich opo­wie­ści jest to nawie­dzony las, gdzie swo­jego czasu zni­kało sporo mugoli. Na samym początku ociec zna­jąc zami­ło­wa­nie do mugol­skich hor­ro­rów stwier­dził, że jest to na pewno jakaś legenda i nie zagłę­biał się w tą histo­rię. Pamię­tam, że rok póź­niej po tej wycieczce, zachę­cony ową histo­rią pewien cza­ro­dziej, który sam na sie­bie mówił „Odkrywca” twier­dził, że jakieś nie­znane dotąd cza­ro­dzie­jom stwo­rze­nie porywa mugoli wła­śnie w oko­li­cach tego lasu. Miał to być ponoć gigan­tyczny mał­po­lud, pil­nu­jący lasu. Nie wiem skąd czer­pał swoje prze­ko­na­nia, skoro Mini­ster­stwo kilka razy odma­wiało mu pomocy swo­ich magio­zo­olo­gów z powodu braku jakich­kol­wiek dowo­dów na ist­nie­nie tego mon­strum, ale w końcu znie­cier­pli­wiony i zgnę­biony posta­no­wił samot­nie dowieść swo­jej racji, uda­jąc się w to miej­sce. Nie­stety znik­nął bez śladu, a Mini­ster­stwo dopiero wów­czas wtedy wysłało kilku auro­rów na poszu­ki­wa­nia. Ci zaś stwier­dzili, że ow­szem było to nie­po­ko­jące miej­sce, a drzewa były nie­na­tu­ral­nie powy­gi­nane, ale nie odkryli nic, co mogłoby dowo­dzić racji tego cza­ro­dzieja – jego samego rów­nież. W mię­dzycza­sie popu­larny w tam­tych cza­sach pismak dowie­dział się o całej sytu­acji i posta­no­wił zro­bić z tego nie lada sen­sa­cję, która stała się przedmio­tem wielu docie­kań. Pow­stało wiele teo­rii spi­sko­wych, a sam las zyskał przy­do­mek „Rumuń­ski Trój­kąt Ber­mudzki”. Nastroje bywały różne, a póź­niej zaczęły tam ginąć bez śladu kolejne osoby. Bez­pieczne dotąd miej­sce z dnia na dzień stało się postra­chem oko­licy, a wśród zagi­nio­nych byli nawet cza­ro­dzieje. Mini­ster­stwo nie miało wyj­ścia, musiało wyci­szyć tą sprawę, tak sku­tecz­nie roz­sie­waną wtedy przez gazety. Powie­dziano, że Hoia-Baciu to rejon czę­stego wystę­po­wa­nia smo­ków, że był to ich teren lęgowy, a dowo­dem miały być te wygięte pnie, dopro­wa­dzone do tego stanu przez młode smoki, bawiące się na tym tere­nie. Zagi­nieni zaś mieli być paleni żyw­cem przez smoki w geście obron­nym. Nie­wielu ludzi wtedy w to uwie­rzyło, ale z bie­giem czasu, sku­teczne tuszo­wa­nie przez Mini­stra Magii tej sprawy dało efekty, a na dzień dzi­siej­szy tylko garstka osób wie­rzy w wystę­po­wa­nie tam bar­dzo dziw­nych i nie­zba­da­nych zja­wisk fizycz­nych.

– Więc śmiesz twier­dzić, że to jest wła­śnie ten okrop­nie zły las, który zacznie poże­rać nasze dusze? – spy­tała iro­nicz­nie Anna­bel.

– Czy tylko tyle zro­zu­mia­łaś z mojej opo­wie­ści? Na Twoim miej­scu nie żar­to­wał­bym sobie z tego miej­sca, może nie jest złe i okropne, ale jest to spory las, z któ­rego bar­dzo ciężko jest wyjść.

– Dobra, więc jaki masz plan?

– Na całe szczę­ście jeste­śmy w Rumu­nii, więc daleko nas nie wywieźli. Z tego co pamię­tam z opo­wie­ści ojca w pobliżu lasu znaj­duje się skan­sen Romu­lus Vuia i sta­no­wi­sko arche­olo­giczne, a dookoła lasu znaj­duje się kilka wsi, zamiesz­ki­wa­nych przez gospo­da­rzy, któ­rzy zaj­mują się hodowlą owiec. Może oni będą w sta­nie nam pomóc.

– Więc wystar­czy, że smoki zgłod­nieją, a same dzięki swo­jemu instynk­towi dopro­wa­dzą nas do wyj­ścia, tak?

– Plan ska­zy­wa­nia bied­nych owiec na śmierć, jest za mocny, nawet dla Cie­bie, Anna­bel, ale masz nie­stety rację, ina­czej mogli­by­śmy błą­dzić tu w nie­skoń­czo­ność. Jed­nak lepiej już stąd chodźmy, podej­rze­wam, że han­dla­rze już nas szu­kają, a lepiej żeby­śmy na nich nie cze­kali.

– Co ma ozna­czać „za mocny” i „nawet jak na Cie­bie” Weasley?! – krzyk­nęła do chło­paka, wyprze­dza­ją­cego ją o kil­ka­na­ście kro­ków z oby­dwoma smo­kami, które obsia­dły jego ramiona. – To prze­cież natu­ralna kolej rze­czy, że sil­niejsi żywią się tymi słab­szymi!

Mury mia­sta Dres­den roz­sz­czel­niły się lekko. W oddali dało się dosły­szeć stu­kot koń­skich kopyt prze­mie­rza­jących dziel­nicę monar­chii i uda­ją­cych się wprost na plac zam­kowy. Książę Skye – Jeremy jechał jako pierw­szy na swoim dum­nym gnia­dym ogie­rze, prze­wo­dząc szla­chet­nym ryce­rzom Wyspy Mgieł. Za nim jechał jeden z jego wier­niej­szych Gene­ra­łów – Rolf, dum­nie trzy­ma­jący w ręce herb hrab­stwa Inver­ness-shire.

W tym samym cza­sie na placu zam­ko­wym prze­by­wał Król Vic­tor w towa­rzy­stwie kilku ryce­rzy oraz naj­lep­szych i ostroż­nie wyse­lek­cjo­no­wa­nych medy­ków z całej wyspy. Nie­spełna kil­ka­na­ście godzin temu dostał infor­ma­cję od swo­ich sojusz­ni­ków o odna­le­zie­niu zwia­dow­ców wyspy z szcze­gólną prośbą o przy­go­to­wa­nie łóżek leżą­cych dla ran­nych, któ­rych było tak wielu. Chwiał się na nogach, nie prze­spaw­szy całej nocy, ale mimo porad swo­jego namiest­nika

– Wasza Wyso­kość – odrzekł książę Jeremy, scho­dząc ze swo­jego zmę­czo­nego szyb­kim galo­pem rumaka. – Nie wszyst­kich udało się ura­to­wać, ponie­waż wróg cze­kał już na nas w poło­wie drogi do Dres­den. Szczę­śli­wie udało nam się unik­nąć kon­fron­ta­cji prze­mie­rza­jąc mało uczęsz­czaną kotlinę nad sze­roką zatoką, ale nie bez strat. Ranni muszą być natych­miast hospi­ta­li­zo­wani.

Król roz­ka­zał zapro­wa­dzić ran­nych do spe­cjal­nych kom­nat, a gdzieś tam pośród medy­ków krę­ciła się także Chri­stine, która dzięki swo­jej wro­dzo­nej empa­tii potra­fiła uspo­koić nawet naj­bar­dziej wystra­szo­nego żoł­nie­rza. Tym razem jed­nak zgo­dziła się pomóc medy­kom i naj­mniej godny księż­niczki spo­sób opa­try­wała pora­nio­nych ludzi. Krę­ciła się od pacjenta, do pacjenta w akom­pa­nia­men­cie krzy­ków i cięż­kich wyde­chów. Robiła to na prze­kór roz­ka­zom swo­jego brata. Sza­no­wała go, ale ni­gdy nie mogła patrzeć na krzywdę ludzką sto­jąc z zało­żo­nymi rękami. Ten zaś widząc jej poczy­na­nia posta­no­wił zga­nić ją za zacho­wa­nie nie­godne Rodziny Kró­lew­skiej.

– Jeśli wywo­łasz wojnę wbrew woli naszego ojca, Ci ryce­rze będą potrzebni, a ofiar będzie jesz­cze wię­cej i to z poważ­niej­szymi ranami, nawet śmier­tel­nymi. – odparła mu i wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków, co bar­dzo spodo­bało się jej przy­szłemu mężowi. Książę Jeremy był zauro­czony osobą księż­niczki. Była wraż­liwa na cudzą krzywdę i z całą pew­no­ścią skry­wała coś wyjąt­ko­wego, co bar­dzo go intry­go­wało. Nie­stety nie wie­dział o niej zbyt wiele, ale to co zdo­łał poznać w zupeł­no­ści wystar­czyło, aby w pełni poprzeć lud Islay w woj­nie prze­ciwko dwa razy od niej mniej­szą Jurę, ale z bar­dzo potęż­nymi sojusz­ni­kami. Niek­tó­rzy mówili nawet, że to przez wzgląd na swoją sio­strę, Król Vic­tor I zdo­łał zdo­być tak potęż­nego sojusz­nika.

Tego samego dnia wie­czo­rem, emo­cje po powro­cie zwia­dow­ców Islay do Dres­den nieco opa­dły. Tak samo jak Chri­stine, która całą swoją ener­gię poświę­ciła na pomoc medy­kom. Było to dla niej, tak emo­cjo­nalne prze­ży­cie, że w pew­nym momen­cie doświad­czyła kolej­nej wizji – ataku opo­nen­tów na naj­więk­szą arenę bitewną w Dres­den, widziała to samo co zawsze – krwawą bitwę i boga­czy raz po raz zabi­ja­nych przez ludzi w zło­tych maskach z rogami. Nie­stety nie była w sta­nie okre­ślić kim oni byli, ale na pewno nie żoł­nie­rzami Jury.

Krę­ciła się po kom­na­tach w poszu­ki­wa­niu swo­jego brata, aby powia­do­mić go o swo­jej wizji – tak jak zawsze to robiła doświad­cza­jąc tego prze­ży­cia, ale nie potra­fiła go odna­leźć, wyszła więc na dzie­dzi­niec i prze­szła do ogrodu, w któ­rym Król zazwy­czaj prze­by­wał, by móc zła­pać oddech bo wyda­rze­niach dnia obec­nego. Nie­stety i tam go nie było, zanie­po­ko­jona powia­do­miła żoł­nie­rza, który stał nie­opo­dal przy wyj­ściu o swo­ich oba­wach, na co tej jej odparł, że nie powinna bać o swo­jego brata bo jest on bez­pieczny z swo­imi dorad­cami i obecny na nie­spo­dzie­wa­nie prze­pro­wa­dzo­nym „spo­tka­niu bitew­nym” z sojusz­ni­kami. Odetch­nęła w ulgą i spoj­rzała na niebo – zachwy­cił ją widok tak wielu gwiazd na czy­stym nie­bie (co rzadko się zda­rza koń­cem lutego). Gdzieś tam dostrze­gła pas Oriona – aste­ryzm utwo­rzony przez trzy jasne gwiazdy Alni­tak, Alni­lam i Min­taka. Podą­żyła tym śla­dem i usia­dła na jed­nej z ławek, tak aby uzy­skać jak naj­lep­szą widocz­ność. Sie­działa chwilę, gdy nagle na jej ramie­niu usiadł czarny kruk z bia­łym koł­nie­rzy­kiem piór pod szyją. Uśmiech­nęła się sze­roko, pogła­skała go pod szyją i ode­brała krótką notkę, przy­wią­zaną do jej nóżki.

Spo­tkajmy się o pół­nocy w tym samym miej­scu.

czwartek, 25 lutego 2021

XIII

 

 - Nie jest dobrze Weasley, musimy się stąd wydostać jak najszybciej.
- Staram się. - mruknął Charlie, próbując usilnie otworzyć kajdanki, oplatające jego kostkę kawałkiem szczerbionego smoczego kła.
- Chowaj to, wracają. - odparła Annabel naprędce usłyszawszy zbliżające się nieopodal ciężkie kroki.
- No dalej. Puść!

W sekundzie powietrze przecięła niewielka kula ognia, która przeciskając się przez jedną z krat ruszyła wprost na przedmiot, który miał pomóc uwolnić ich z kajdanek paląc go do żywego i nawet zahaczając o dwa palce Charliego. Chłopak syknął czując ten żar piekący go w dłoń. Wstał i żwawo poruszał ręką, próbując ulżyć sobie w cierpieniu, jednocześnie posyłając mordercze spojrzenie człowiekowi, który zniszczył ostatnią rzecz, dającą im nadzieję na ucieczkę.
- Chyba któryś smok musiał usilnie próbować się stąd wydostać. - odparł złośliwie.- Takimi rzeczami nie powinniście się bawić. Jeszcze krzywdę sobie zrobicie.
Annabel zmarszczyła brwi, przy wejściu stał ten sam mężczyzna, z którym zdążyła już zadrzeć na samym początku i który próbował ustalić jej prawdziwą tożsamość. Poczuła się zagrożona, a jej zmysły odczuwać nowe jak dotąd nieznane uczucia. Jednak musiała zdusić je w zarodku i podejść do sprawy dyplomatycznie nie skupiając na sobie większej uwagi. Król zawsze powtarzał, że w przypadku jakiegokolwiek uwięzienia najlepiej jest nie ukazywać słabości, ani żadnej skruchy i pozwolić rozsądkowi działać. Chcąc, czy nie chcąc przytaczając wspomnienia a Królu Williamie, przytoczyła je również na temat swojego kuzyna, który najprawdopodobniej dowiedziawszy o jej porwaniu kazałby spalić całą tą jaskinię i później zażądać od niej wdzięczności za wolność w postaci zakończenia wojny na Islay. Wtem coś do niej dotarło. -  Jestem smokiem. - pomyślała, a do głowy wpadł jej ryzykowny pomysł.
- Jak długo zamierzasz nas tutaj trzymać? - spytała bez emocji.
- Ten tam dopóki będzie potrzebny. Jednak ty moja droga panno, jesteś o wiele cenniejsza, a przynajmniej ja mam wrażenie, że jesteś kimś innym niż się przedstawiasz.
- Annabel, jestem Annabel Foutley. Absolwentka Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Teraz młodszy smokolog. - dziewczyna starała się, żeby jej głos brzmiał najnaturalniej na świecie, jednak to co powiedziała i w jaki sposób mogło wydać się nazbyt wyczulonej osobie nieco podejrzanie.
- Oczywiście, a skąd pochodzisz?
- Z Szkocji.
- A dokładniej?
Dziewczyna zagryzła usta i przez chwilę milczała. Wlepiała swoje oczy w mężczyznę, a w myślach przewinął jej się obraz ognia, który na wskroś przeszywa handlarza i pali go na pyłek.
- Z Islay...- ucięła
Charlie spojrzał na nią zdziwiony, acz nie szczególnie zaskoczony. Mógł podejrzewać to od dawna, skoro Annabel dysponowała niezmierzoną wiedzą na temat stworzeń magicznych mogącej zawstydzić samego Kettleburna. Islay zaś uchodziła za wyspę jedyną w swoim rodzaju, gdzie 80% powierzchni to lasy z jednymi z najdzikszych i zarazem najrzadszych magicznych istot, które świat czarodziejów widział. Jednak było to miejsce głównie zamieszkałe przez mugoli, nie zdających sobie sprawy z piękna, które je otacza, dlatego właśnie odbywało się tam wiele wycieczek edukacyjnych młodych czarodziejów z różnych zakątków świata. Charlie od dziecka marzył, aby zwiedzić to miejsce, jednak sytuacja materialna jego rodziny nigdy mu na to nie pozwalała.
- Sądziłem, że z Edynburga.- palnął, zanim zdążył się ugryźć w język. - Tak mówiłaś.
- Weasley, czy ty masz korę zamiast mózgu? - spytała zirytowana i zwróciła się w stronę chłopaka.- Dlaczego mu to mówisz?
Annabel obdarzyła chłopaka zimnym spojrzeniem,a potem spojrzała na mężczyznę, który kłaniając się nisko zniknął jej z pola widzenia. Rozpoznała w tym swoją szansę, uklękła i przyjęła pozę, która w żaden sposób nie pozwalała Charliemu podejrzeć co planuje zrobić.
- Okłamałaś mnie?
Dziewczyna zignorowała niezwykle trafne spekulacje towarzysza i nachyliła się nisko nad łańcuchem, a z jej ust wydobyło się kilka silnych, aczkolwiek delikatnych płomieni, które niestety, sprawiły Annabel ból nagrzewając się do cna i parząc ją w miejsce objęte obręczą. Były ognioodporne, niczego innego nie mogła się spodziewać po przestępcach handlujących istotami ziejącymi ogniem. Skarciła swoją głupotę w myślach, ale to jedyny pomysł, który w pośpiechu zdołała mieć.
- Nie jęcz tyle. Porozmawiamy o tym później. Musimy jak najszybciej się stąd wydostać zanim...
- Zanim..?
Oczywiście mógł istnieć tylko jeden sposób na wydostanie się z tego miejsca. Wymagał on ujawnienia Charliemu jednego z swoich największych sekretów, po to, aby móc ratować inny sekret prawdopodobnie bardziej niebezpieczny... dla niego. Niestety musiała działać szybko, zanim ten mężczyzna wróci z powrotem z informacją na temat całego jej jestestwa. Przeprowadziła szybką analizę w myślach i w razie większej potrzeby wymyśliła plan, który miałaby wcielić w życie gdyby Weasley okazał się nieugięty w swojej ciekawości. Mimo to, miała nadzieję, że podczas swojej przemiany chłopak doznając ogromnego szoku i zemdleje, a ona mogłaby mówić, że cała ta sytuacja była wynikiem jego potencjalnego uderzenia w głowę. Taki obrót wydarzeń wydawałby się jej najlepszy.
- Odsuń się ode mnie najdalej jak tylko zdołasz. - odparła zwracając się do chłopaka.
- Nie rozumiem...
- Zrób to!- krzyknęła wniebogłosy i bezprecedensowo popchnęła chłopaka na bok w taki sposób, aż upadł na kolana dwa metry dalej. Weasley znał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć że nie należy jej drażnić i się z nią spierać, nawet jeśli zachowuję się w tak niewytłumaczalny sposób dla niego sposób. Nie spodziewał się tylko tego, że dziewczyna posiada tyle siły, ani tego co stało się sekundę później.  

Ciało Annabel zaczęło jarzyć się srebrno-błękitnym światłem, które wydobywszy się z źródła drażniło jego oczy i oślepiło go na kilka sekund. Jednak nie na tyle, by nie zauważyć co stało się później. Było to coś niesamowitego. Najbardziej magiczna rzecz, której kiedykolwiek doświadczył, a był do nich przyzwyczajony od niemowlęcia. W oka mgnieniu rozmiar jej ciała powiększył się kilkukrotnie, na jej bladej skórze zaczęły pojawiać się czarne jak granat łuski, z pleców wyrastały, ogromne i potężne skrzydła, a kształt jej zębów zaczął przypominać przerośnięte, ostre igły. Nie mógł przyglądać się tej przemianie dłużej - chociaż bardzo tego chciał, ponieważ w miarę jej rozrostu jaskinia, w której się znajdowali, zaczęła się walić, a ogromne kamienie odczepione od konstrukcji zaczęły sypać się mu na głowę. Weasley zaczął krzyczeć, a smoczyca w całej swej posturze, zauważając to, okryła go skrzydłem. Nie minęło kilka sekund, a jej róg rozbił górną część jaskini.
Smoczyca wyczuwając zimne, wiosenne powietrze na swoim ciele, stwierdziła, że droga ku wolności jest przed nią. Zrzuciła ze skrzydła głazy i spojrzała w dół. Chłopak leżał na ziemi, nie była przekonana, czy jeszcze żył, jednak chwyciła go delikatnie w łapy, chowając pazury i już planowała wzbić się w powietrze, gdy handlarze zszokowani zaczęli okładać ją bolesnymi zaklęciami. Zawyła głośno, a w jej głowie usłyszała głos- zabij. Nie chciała tego robić, zamierzała jedynie uciec, ale nie potrafiła oprzeć się tej emocji. Jej instynkt zadziałał. Zionęła błękitnym ogniem i paląc linę, którą ktoś wypuścił w jej stronę zaklęciem incarcerous dosięgnął przeciwników, zamieniając ich w proch.
Zionęła raz jeszcze, rozwaliła pazurem klatki, w których znajdowały się młode i zawarczała do nich, aby ruszyli za nią. Zrobiły to niemal od razu, jakby bezmyślnie ciesząc się tym, że wreszcie to zobaczyły.
 



Matei nigdy nie potrafił pogodzić się z demonami przeszłości. Jego dawna służba Czarnemu Panu prześladowała go w każdym aspekcie jego życia, a praca w kraju na drugim końcu kontynentu, wcale nie sprawiała, że nie widział już krwi na swoich rękach podczas ich codziennego mycia. Siedział więc na swoim krześle i wciąż próbował otrząsnąć się z niedawnej wizyty wysłannika z Brytyjskiego Ministerstwa Magii, do czasu gdy u wejścia do swojego namiotu dostrzegł  Ilie­scu - nadzorcę straży rezerwatu, który skinął głową. Nareszcie dobra wiadomość - pomyślał Matei, wiedząc, że ten sygnał oznacza trop, który być może pomoże w odnalezieniu handlarzy.
Wyszedł więc w namiotu i podążając za strażnikiem rozglądał się dookoła. Zamieszanie spowodowane wdarciem się do rezerwatu najeźdźców znikło, a smokolodzy wrócili do swoich codziennych zajęć. Gdzieś tam zauważył Hut­che­anance'a, który zajmował się swoim podopiecznym. Mężczyzna na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że Hiryu to smok, który już od jakiegoś czasu powinien już zostać wypuszczony na swoje tereny, a nie widzieć czemu dalej przebywa w Rezerwacie. Damon, dostrzegając zaś swojego szefa kiwnął na powitanie, niczym do starego przyjaciela i odkładając ogromną misę z mięsem podszedł do Matei'a.
- Czy Hiryu nie powinien już zostać wypuszczony?- spytał chłopaka, nie oczekując odpowiedzi.
- Nie sir. - skrzywił się lekko.- Zauważyłem poważne ubytki w jego sposobie polowania na pożywienie. Nie jestem przekonany, czy poradzi sobie z codziennym samodzielnym polowaniu.
Matei spojrzał na posturę smoka, co prawda nie brał udziału w jego szkoleniach, ale parząc na jego prezencję, nie mógłby się spodziewać, że ten akurat samiec miałby problemu z upolowaniem czegokolwiek. Musiał się bliżej przyjrzeć tej sprawie,
- Rozumiem Hut­che­anance, proszę za mną.
Starszy smokolog kiwnął głową posłusznie, ale rozumiejąc o co chodzi swojemu szefowi udał się za nim do budynku, który w tajemnicy z Annabel odwiedził zeszłej nocy.
- Widać ślady pojedynku.- odezwał się Ilie­scu, ukazując swojemu przełożonemu ubytki, wyżłobione w ścianę, gdzie najprawdopodobniej trafiło zaklęcie jednego z handlarzy. - Wnioskując po ilości rzuconych zaklęć, było ich co najmniej czterech.- podeszli dalej.- To obicie jest inne, większe. Znaleziono w nim kawałki magnezji, którymi smokolodzy często nacierają swoje spalone rany.
- Czyli to ślad naszych.
Nadzorca kiwnął głową. - Prawdopodobnie Pan Weasley i Panna Foutley, znajdując się w nie najlepszym momencie stanęli naprzeciw nim i nie zdołali się ochronić.
Damon miał wyrzuty sumienia. Tak bardzo bał się utracić swojej pracy, że zostawił Annabel na pastwę najeźdźców nie udzielając jej pomocy. Charliego nie było mu aż ta szkoda, nigdy za nim nie przepadał, jego niczym nie uzasadniony optymizm kłócił się z zimnym spojrzeniem na rzeczywistość Damona. Nadal nie rozumiał też, dlaczego Matei kazał mu za sobą iść. Obawiał się, że mężczyzna mógł wiedzieć o jego nocnej eskapadzie. Jednak dlaczego ciągał go tutaj, mógł go przecież przesłuchać gdzie bądź.
- Nie mogli im nic zrobić. - odezwał się.- Jeśli rzeczywiście w obozie jest kret, handlarze wiedzieli, że tylko oni potrafią nakarmić młode. Tak, czy siak, jeśli zależało im na żywych smokach, obydwoje byli w niebezpieczeństwie.
Matei zgodził z się z Damonem, który podczas swojej wypowiedzi brzmiał tak, jakby bardziej chciał przekonać do tych słów siebie, niż wszystkich innych.
- Mamy jeszcze coś. - przerwał im jeden z strażników, trzymając w dłoniach kawałek bliżej nie zidentyfikowanej stali toledańskiej zakopanej w połowie w ziemi. - Musiał wypaść z odzienia podczas walki.
- Kawałek zbroi? - spytał Matei zaciekawiony.
- Bardziej kolczugi. - Podał kawałek materiału swojemu dowódcy.
- Grawer - odezwał się Ilescu, wnikliwie obserwując stal. - Część skrzydła orła. Panie Matei, zdaje mi się, że nasi handlarze mają coś wspólnego z jedną wyspą u wybrzeży Szkocji - Jurą.
- Jak najszybciej muszę powiadomić o tym Brytyjskie Ministerstwo Magii - wystrzelił jak z procy mężczyzna. - Zdaje mi się, że to już ich rewir.  Hut­che­anance, zostań tutaj i pilnuj klatek, kilka z nich zostało uszkodzonych przez zaklęcia. Młode mogłyby uciec, a tego nam teraz nie potrzeba.
- Tak jest. - odparł Damon.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

XII


Sie­działa w naj­da­lej odsu­nię­tym kącie celi, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad sobą. W jed­nym momen­cie oba głosy – jak jej się wyda­wało jej wła­sny i drugi, skrze­czący brzmiący teraz jakby wydo­by­wał się z innego świata wypeł­niał każdą komórkę w jej mózgu. Ku nie­zro­zu­mie­niu swo­jego współ­to­wa­rzy­sza nie­doli odkąd po jaskini zabrzmiały odgłosy tak dobrze im znane cho­wała swoją głowę mię­dzy nogami, głę­biej i głę­biej.
Tylko ona rozu­miała, że były to piski stra­chu.
Char­lie rów­nież je sły­szał, ale nie mógł pojąć jak bar­dzo żało­śnie one brzmią. Chciał się na nich sku­pić, ale widok tak nie­co­dzien­nie zacho­wu­ją­cej się Anna­bel po sto­kroć bar­dziej odwra­cał jego uwagę. Pró­bo­wał do niej podejść już z trzy razy, ale a każ­dym razem czu­jąc aurę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czył sta­wał w pół kroku i stał zdę­biały niczym naj­star­sze drzewo w naj­więk­szych lasach Rumu­nii.
Pod­czas kiedy ona wal­czyła ze smo­kiem gnież­dżą­cym się wewnątrz niej. Woła­jące o pomoc piski Ase­riela i Lumi­niego sta­wały się coraz dono­śniej­sze, wier­cąc ogromną dziurę w brzu­chu dziew­czyny. Wtedy też, jej zmysł słu­chu wzmoc­nił się o pra­wie połowę, przez co zerwała się z miej­sca i strą­ca­jąc po dro­dze Char­liego pod­bie­gła po krat i wyściu­biła nos na zewnątrz.
Kilka sekund póź­niej, przy celi zna­lazł się męż­czy­zna. Był ubrany w czarną, nieco pod­pa­laną szatę, która nie­wąt­pli­wie świad­czyła o jego sta­no­wi­sku. Na gło­wie nosił kap­tur, z któ­rego wyróż­niały się jedy­nie mocno wysta­jące kości policz­kowe, a także zimny wzrok pozba­wiony emo­cji. Był o głowę wyż­szy od Anna­bel i z całą pew­no­ścią od niej chud­szy. Jego pele­ryna lekko powie­wała w różne strony, co jedy­nie pod­kre­ślało jego lichą syl­wetkę.
– Natych­miast nas stąd wypuść. – roz­ka­zała tonem, któ­rego nie powsty­dzi­łaby się nawet jej rodzina.
Męż­czy­zna w odwe­cie zaśmiał się kpiąco.
– Nie sądzę, bym mógł to zro­bić.
– Ty chyba nie wiesz z kim masz do czy­nie­nia.
– Z dwójką zło­dziei, któ­rzy poła­sili się na cudze zdo­by­cze, oczy­wi­ście. – roz­cią­gnął usta w obrzy­dli­wym uśmie­chu.
– Lumini i Ase­riel nie są niczyją wła­sno­ścią, a tym bar­dziej ludzi któ­rzy zosta­wili je na śmierć, o ile można was tak nazwać. – ode­zwał się Char­lie w dal­szym ciągu nie zbli­ża­jąc się do Anna­bel.
 – Dam wam radę na przy­szłość o ile takowa na Was jesz­cze czeka. Nigdy nie przy­wią­zuj się do nikogo, ani niczego, prę­dzej czy póź­niej i tak to utra­cisz.
– Nie obcho­dzi nas Twoja histo­ria, cza­ro­dzieju. – Anna­bel wypro­sto­wała się dum­nie. – Możesz wie­rzyć, lub nie w cokol­wiek chcesz, ale Twój głos nie zosta­nie wysłu­chany.
Przez chwilę po twa­rzy męż­czy­zny prze­le­ciała nurka roz­go­ry­cze­nia.
– Wyda­wało mi się, że to wy jeste­ście uwię­zieni i że to wła­śnie Wy powin­ni­ście bła­gać o litość.
– Tylko fizycz­nie, ale z tej celi da się uciec. – Unio­sła głowę nie oka­zu­jąc żad­nego stra­chu. – Psy­chiczne wię­zie­nie i zni­koma moral­ność zawsze pro­wa­dzą do zguby.
– Kimże ty jesteś, żeby tak pochop­nie oce­niać inne osoby?
– Kimś, kogo ni­gdy nie powi­nie­neś spo­ty­kać na swo­jej dro­dze.
Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi. Przez chwilę można było odnieść wra­że­nie, że słowa Anna­bel w jakimś stop­niu do niego dotarły, ale był to zgubny trop. Jego usta roz­cią­gnęły się w jesz­cze szer­szym szy­der­czym uśmie­chu, odwró­cił się na pię­cie i roz­ba­wiony znik­nął za ścianą, co zanie­po­ko­iło przysłu­chującego się tej nie­przy­jem­nej wymia­nie zdań Char­liego.
– Anna­bel słu­chaj, nie powin­naś się z nimi spie­rać, przy­naj­mniej do czasu, póki nie będziemy mieć kon­kret­nego planu, jak stąd wyjść. – zwró­cił się do niej, ale nie uzy­skał żad­nej odpo­wie­dzi, więc pod­szedł do niej i poło­żył rękę na jej ramie­niu. – Nie możemy się teraz wychy­lać, mogą nam coś zro­bić, albo co gor­sza mło­dym.
Brwi dziew­czyny ści­snęły się, a na jej czole poja­wiły się zmarszczki, któ­rymi mogłaby się poszczy­cić osoba dwa razy star­sza niż Anna­bel.
– Wiem co robię. – mruk­nęła posęp­nie i strze­pała rękę chło­paka z swo­jego ramie­nia.
– Czyżby…
Puściła tę znie­wagę mimo uszu i przy­bli­żyła się bar­dziej do krat. Char­lie miał wra­że­nie, że ta odle­głość jest taka nie­wielka, że jeśliby tylko skró­cić dystans pomię­dzy jej cia­łem, a kratką, odgra­dza­jącą ich od wyj­ścia o mili­metr mogłaby dosłow­nie przez nią przejść.
– Anna­bel, ja… wła­ści­wie co ty pla­nu­jesz?
Towa­rzyszka nie­doli kiw­nęła ręką, na wznak, że ma być cicho i wysta­wiła ucho za kratę.
Zamknęła oczy, aby dodat­kowo wyostrzyć już swój i tak doskonały słuch, a sekundę póź­niej do jej ucha dobiegł dźwięk dia­logu toczą­cego się około kilo­me­tra dalej.
– Młode znowu nie chcą nic zjeść, zanim znaj­dziemy na nie odpo­wied­niego kupca, zmar­nieją w oczach i odstra­szą poten­cjal­nych klien­tów. – ode­zwał się jeden głos.
– Jak myślisz kre­ty­nie, że po nam była tamta dwójka. – odpo­wie­dział mu drugi, w któ­rym Anna­bel roz­po­znała tego, z któ­rym przed chwilą roz­ma­wiała.
– Ale sze­fie, jak mamy ich zmu­sić do tego?
– Sami na to pójdą, zdaje się, że zdą­żyli już się do nich przy­wią­zać. – odpo­wie­dział, pra­wie wyplu­wa­jąc to ostat­nie słowo.
Anna­bel pomy­ślała, że męż­czy­zna musiał mieć naprawdę nie­przy­jemną prze­szłość, skoro wypo­wiada się w taki sposób o przy­wią­za­niu do cze­go­kol­wiek.
– Jesz­cze jedno Arde­lean, sprawdź mi co to za cza­row­nica. Chcę wie­dzieć o niej wszystko – skąd pocho­dzi, kim byli jej rodzice, przy­ja­ciele, nawet jaki roz­miar buta nosi. Wszystko jasne? – głos na chwilę ucichł, zapewne jego wła­ści­ciel cze­kał na potwier­dze­nie. – Jesz­cze jedno, nie roz­ma­wiaj o tym z nikim, tylko od razu przyjdź do mnie.
Rozmowa uci­chła, a Anna­bel zna­cząco pobla­dła po twa­rzy. Wie­działa, że jej toż­sa­mość jest bar­dzo dobrze ukryta przez Mini­ster­stwo, ba nawet na potrzeby nauki w szkole Magii i Cza­ro­dziej­stwa, jej życio­rys uległ ogrom­nej zmia­nie, tak aby była mak­sy­mal­nie chro­niona, ale nie miała pew­no­ści czego mogła się spo­dzie­wać po naj­więk­szej gru­pie han­dlu­ją­cej smo­kami na świe­cie i jak daleko się­gają ich zna­jo­mo­ści. W jed­nym momen­cie pod­dała w wąt­pli­wość to, że na­dal może pozo­stać tą samą zwy­czajną Anna­bel Fou­tley, którą tak odda­nie grała przez połowę swo­jego życia, a w jej gło­wie zaczęły się plą­sać sce­na­riu­sze, w któ­rych zostaje ujaw­niona jesz­cze jedna – nawet wię­cej zna­cząca prawda o jej pocho­dze­niu.



Tym­cza­sem nad obóz smo­ko­lo­gów w Rumu­nii zawi­sły czarne chmury, pierw­szy raz od ponad trzy­dzie­stu lat komu­kol­wiek udało się prze­bić przez potężną barierę, ochra­nia­jącą cały obóz. Co wię­cej han­dla­rzom udało się por­wać kil­koro mło­dych smo­ków, a także dwójkę spra­wu­ją­cych nad nim opiekę cza­ro­dzie­jów.
– Kent, do godziny chcę mieć wypeł­niony raport doty­czący zagi­nio­nych smo­ków. – odparł Matei, który w tym momen­cie został oto­czony przez swo­ich pod­wład­nych, obej­mu­ją­cych waż­niej­sze funk­cje w obo­zie.
Star­szy męż­czy­zna o nieco przy­gar­bio­nej syl­wetce i mocno zary­so­wa­nej szczęce ukło­nił się nisko i odszedł w stronę budynku, w któ­rym swą ostoje miały naj­młod­sze z bestii zamiesz­ku­ją­cych rezer­wat.
– Ilie­scu. – tym razem Matei zwró­cił się do Cza­ro­dzieja na oko czter­dzie­sto­let­niego, o sze­ro­kich bar­kach, nie­mal nie­wia­ry­god­nym wcię­ciem w tali, oraz o spo­koj­nych, ale suro­wych oczach. – Zbierz swo­ich ludzi. Straż­nicy któ­rzy nie ucier­pieli w walce przy­da­dzą się do stwo­rze­nia nowej, o wiele moc­niej­szej bariery, ale nie takiej chu­sty jak wcze­śniej.
– Sze­fie…– prze­rwał mu nie­mal piskli­wym gło­sem młody asy­stent, który zazwy­czaj swoją rolę ogra­ni­czał do przy­nieś podaj poza­mia­taj.– Depar­ta­ment Mię­dzy­na­ro­do­wej Współ­pracy Cza­ro­dzie­jów przy­słał do nas swo­jego przed­sta­wi­ciela z Bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa Magii, chce zadać Panu kilka pytań doty­czących dwójki pra­cow­ni­ków, por­wa­nych pod­czas ataku.
– I tak póź­niej niż zazwy­czaj. – syk­nął zmę­cze­nie cza­ro­dziej, po czym przy­jaź­nie pogła­dził po ramie­niu Nadzorcę straży w Rezer­wa­cie.

Gdy tylko Matei wszedł do swo­jego namiotu od razu spo­strzegł zna­jomą syl­wetkę.
– Vla­di­mir Ena­che; Depar­ta­ment Mię­dzy­na­ro­do­wej Współ­pracy Cza­ro­dzie­jów. – prze­sta­wił się męż­czy­zna, ubrany w nie­tu­zin­kowy, bogaty jak na te czasy gar­ni­tur i wycią­gnął rękę,
– Wiem kim jesteś. – odparł Vasille, który z nie­ukry­waną nie­chę­cią do swo­jego roz­mówcy, udał się w stronę biurka, igno­ru­jąc jego dłoń.
Vla­di­mir odchrząk­nął, po czym zajął miej­sce naprze­ciwko Matei’a.
– Oczy­wi­ście, że wiesz, ale pro­ce­dury. Sam rozu­miesz. – uśmiech­nął się nie­mal przy­ja­ciel­sko.
Każdy czło­wiek miał histo­rię ze swo­jej prze­szło­ści, o któ­rej chciałby jak naj­szyb­ciej zapo­mnieć. Matei rów­nież miał swoje tajem­nice, a tak bli­ska obec­ność tego kon­kret­nego męż­czy­zny przy­po­mi­nała mu o naj­gor­szym. O cza­sach, gdy ugiął się pod naci­skami Czar­nego Pana i stał się jed­nym z jego poplecz­ni­ków nie wie­dząc z tym to się wiąże, a ten czło­wiek ści­gał go tyle lat.
– Myśla­łem, że przy­ślą kogoś, mniej jed­no­stron­nego. – odparł krzy­wiąc się lekko.
– Pamię­tliwy a cie­bie czło­wiek, Matei. – oczy mu się zaświe­ciły. – Ale bez obaw, czasy naszych sprze­czek skoń­czyły się jede­na­ście lat temu.
– Dla mnie są wieczne żywe, Ena­che. Twoja twarz prze­śla­duje mnie co noc… – mruk­nął sucho. – … w naj­gor­szych kosz­ma­rach.
Cza­ro­dziej ciu­mknął ustami.
– To nie moja twarz cię prze­śla­duje, przy­ja­cielu. Tylko obli­cza tych, któ­rych skrzyw­dzi­łeś… ja oczy­wi­ście jestem tylko skrom­nym pośred­ni­kiem. – uśmiech­nął się zja­dli­wie, po czym wyjął z kie­szeni pióro, naskro­bał coś na per­ga­mi­nie i ponow­nie spoj­rzał na prze­słu­chi­wa­nego. – Wra­ca­jąc do powodu mojej wizyty tutaj chciał­bym wie­dzieć, jak to się stało, że dwójka stu­diu­ją­cych tutaj życie smo­ków cza­ro­dzie­jów zostało upro­wa­dzo­nych z tak dobrze strze­żo­nego obozu?
Matei skie­ro­wał oczy na biurko, a póź­niej na roz­mówcę, a potem znowu na biurko.
– Han­dla­rze znali zaklę­cia, które mogły uszko­dzić naszą tar­czę, wie­dzieli dokład­nie gdzie znaj­dują się młode smoki. Nie­wy­klu­czone, że ktoś z obozu z nimi współ­pra­cuje.
– Nie­dawno wska­zał Pan nie­jaką Anna­bel Foutley jako podej­rzaną bez żad­nych powo­dów, teraz ona była jedną z dwójki por­wa­nych osób, czy na­dal utrzy­mu­jesz, że to ona mogła być tą osobą?
Matei wraz spoj­rzał na twarz swo­jego roz­mówcy, który na­dal noto­wał coś na swoim per­ga­mi­nie.
– Nie twier­dzi­łem, że jest podej­rzana, wspo­mnia­łem jedy­nie o tym, że jej urlop pokrył się nie­spo­dzie­wa­nie z pierw­szym najaz­dem na obóz. Pro­szę nie prze­krę­cać moich słów.
– Panna Anna­bel, tak samo jak i Pan Char­les Wesley dostali pod swoją opiekę smoki, co nie jest do końca zgodne z zasa­dami Rezer­watu. – zigno­ro­wał go. – Dla­czego?
– Tutej­sze Mini­ster­stwo wie, że był to jedyny spo­sób, aby dobro­wol­nie kar­mić młode. Panna Foutley, tak samo jak i Pan Weasley, zna­leźli te młode. Podej­rze­wam, że mogły wcze­śniej znaj­do­wać się pod opieką kogoś innego. Nie do końca wiem, co prze­żyły będąc tam, ale począt­kowo były bar­dzo nie­ufne, nie przyj­mo­wały poży­wie­nia z rąk innych opie­ku­nów. Smoki zapa­mię­tują twa­rze, lepiej niż ludzie, czy inne istoty, po pro­stu musiały sko­ja­rzyć ich twa­rze z wol­no­ścią, dla­tego oso­bi­ście zawia­do­mi­łem tutej­sze wła­dze o koniecz­no­ści wdro­że­nia ich do pro­jektu, zarze­ka­jąc się jed­no­cze­śnie o wzmo­żo­nej kon­troli ich poczy­nań.
– Rozu­miem. – mruk­nął pochy­la­jąc się nad per­ga­mi­nem i obej­mu­jąc tekst napi­sany na nim wzro­kiem. – Ase­riel i Lumini, bo tam ma tutaj napi­sane. Jak dobrze sko­ja­rzy­łem były jedy­nymi mło­dymi, które zostały por­wane. Jak więc wyja­śni Pan fakt, że mając obok resztę pod­opiecz­nych, te zostały zigno­ro­wane przez naj­więk­szą grupę han­dla­rzy smo­kami w tej czę­ści świata?
– Tego nie potra­fię wyja­śnić, nie zauwa­ży­łem żeby były one spe­cjal­nie wyjąt­kowe. Cho­ciaż ich sto­su­nek do sie­bie jest bar­dzo spe­cy­ficzny, tak jakby wycho­wy­wały się ze sobą od naj­młod­szych lat.
– Pro­szę zasta­no­wić się dokład­nie, mogło coś wam umknąć i zapewne tak było. – Ena­che spoj­rzał w końcu na swo­jego roz­mówcę, a dostrze­ga­jąc na jego twa­rzy nutkę znie­cier­pli­wie­nia, roz­cią­gnął usta w sze­ro­kim, a jed­no­cze­śnie kpią­cym uśmie­chu.
Chwila ciszy, na zewnątrz było sły­chać głosy które jed­no­cze­śnie świad­czyły, że na zewnątrz zro­biło się więk­sze zamie­sza­nie, niż wtedy kiedy wycho­dził, mimo to przy­po­mniał sobie jedną rzecz.
– Ase­riel na początku nie potra­fił ziać ogniem, miał z tym nie małe pro­blemy co było dziwne patrząc na to, że Hebrydz­kie uczą się tej sztuczki o wiele szyb­ciej niż przed­sta­wi­ciele innych ras. Poza tym jego cechy cha­rak­te­ry­styczne w jakimś stop­niu róż­niły się od cech mło­dego Hebrydz­kiego, jed­nak nauka zna takie przy­padki, kiedy to róż­nice pomię­dzy gatun­kami pogłę­biały się wraz z wie­kiem…– prze­rwał sły­sząc jak har­mi­der w Rezer­wa­cie zro­bił się więk­szy.– Czy możemy już skoń­czyć to prze­słu­cha­nie, moi pra­cow­nicy muszą…– wstał, ale pio­ru­nu­jący wzrok wysłan­nika Bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa Magii przy­gwo­ździł go z powro­tem do krze­sła.
– Pań­scy pra­cow­nicy na pewno zro­zu­mieją, że zagi­nię­cie dwójki z nich to poważna sprawa i z całą pew­no­ścią pora­dzą sobie jesz­cze chwilę, czy dwie. – odparł lodo­wato, aż Matei w pew­nym momen­cie poczuł się mniej pew­nie niż zwy­kle w jego towa­rzy­stwie. – Odnaj­duję tu jesz­cze kilka nie­ści­sło­ści, które mam nadzieję zostaną dzi­siaj wyja­śnione.



Zoba­czyli naj­pierw kawa­łek klatki, a sekundę póź­niej jeden z nie­zna­nych im han­dla­rzy prze­niósł przez drzwi Ase­riela, który jakby wyczu­wa­jąc obec­ność jego opie­kunki zaskrze­czał i wyściu­bił nos przez klatkę. Był prze­ra­żony.
Anna­bel rów­nież dostrze­ga­jąc mło­dego pomniej­szo­nego o pra­wie połowę jego wyso­ko­ści w bar­dzo cia­snej klatce, zupeł­nie nie przy­sto­so­wa­nej do prze­trzy­my­wa­nia mło­dych smo­ków, zerwała się na rów­nie nogi i kom­plet­nie zapo­mi­na­jąc o łań­cu­chu, który ogra­ni­czał im dystans do mini­mum krzyk­nęła z bólu.
– Gdzie Lumini? – spy­tał sucho Weasley, orien­tu­jąc się, że w klatce znaj­duje się tylko Hebrydzki.
Młody chło­pak o wiel­kich zie­lo­nych oczach wpa­trzo­nych gdzieś w prze­strzeń, nie odpo­wie­dział, pamię­ta­jąc o zaka­zie komu­ni­ko­wa­nia się z kim­kol­wiek.
– Ase­riel. – odparła Anna­bel, nacie­ra­jąc na kratę tak bar­dzo jak tylko było to moż­liwe. – Nie martw się, jestem tutaj.
Na te słowa młody pró­bo­wał jak naj­szyb­ciej wydo­stać się z klatki i despe­racko ude­rzył główką o jeden z jej żela­znych prę­tów.
– Nie, nie rób tak. Musisz być dzielny. Czy ty nie widzisz, co on robi? – zwró­ciła się do chło­paka. – Zrobi sobie krzywdę, jeśli go do mnie nie przy­bli­żysz.
Ase­riel zaskrze­czał ponow­nie. Chło­pak jakby igno­ru­jąc jej słowa uniósł czer­wone, obite wia­derko drugą ręką i odparł:
– Pora kar­mie­nia. – poło­żył go tak bli­sko kraty, żeby Anna­bel mogła spo­koj­nie ope­ro­wać ręką, a obok rzu­cił klatką z smo­kiem z wiel­kim hukiem, zaraz póź­niej pod­szedł do wrót i przy­niósł Lumi­niego w oddziel­nej klatce tak samo pomniej­szo­nego jak Ase­riela, na co Weasley wyrósł obok dziew­czyny jak spod ziemi.
– Spo­kojne Ase­riel. – mruk­nęła łagod­nie cza­row­nica i opusz­kiem palca wska­zu­ją­cego pogła­dziła prze­ra­żo­nego pod­opiecz­nego pod brodą. – Uwol­nię nas stąd, obie­cuję.
– To chyba nawet obok mięsa nie leżało. – odparł z obrzy­dze­niem Char­lie, wącha­jąc to czym mieli kar­mić młode.
Dopiero teraz Foutley zdała sobie sprawę z tego, po co tak naprawdę przy­nie­siono im smoki i praw­do­po­dob­nie to co było przy­czyną ich por­wa­nia, co jesz­cze bar­dziej utwier­dzało ją w prze­ko­na­niu, że ktoś sabo­tuje cały Rezer­wat.
Chwy­ciła w dło­nie coś co miało imi­to­wać mięso, jed­nak nie było to za świeże, o czym świad­czył nie tylko zapach, a także biała narośl zaj­mu­jąca 1/4 kawałka. Z obrzy­dze­niem ści­snęła to w dłoni, wyobra­ża­jąc sobie, że wci­ska to w gar­dło han­dla­rzy i przy­su­nęła do pyszczka mło­dego, na co ten ener­gicz­nie pokrę­cił nim na boki.
– Wiem, ze nie jest to zbyt dobre Ase­riel, ale musisz to zjeść, żeby mieć wię­cej siły. – zwró­ciła się do niego, a co ten żało­śnie zapisz­czał. – Char­lie, jak je…
– Niech sobie to pod­grzeje, na pewno zmieni to zapach, co do smaku nie mogę obie­cać.
Spoj­rzała na Char­liego, który w tym momen­cie uśmie­chał się do niej pokrze­pia­jąco, poczuła lekką ulgę i łagodny ścisk gdzieś w oko­licy żołądka. Mimo­wol­nie oddała mu uśmiech, a sekundę póź­niej coś gorą­cego dotarło do jej pal­ców. Spoj­rzała szybko w stronę mło­dego i pochwa­liła go, za uży­wa­nie logicz­nego myśle­nia, pod­czas gdy niektó­rzy - ona poczuła się odro­binę bez­silna.
Dopiero póź­niej gdy Ase­riel odwró­cił się, aby obrać dogodną pozę do pod­grza­nia więk­szego kawałka mięsa zauwa­żyła jakiś dziwny napis, jakby wypa­lony czymś na lewym udzie Ase­riela.
Już wie­działa, że posu­nęli za daleko w swo­ich dzia­ła­niach.