środa, 5 sierpnia 2026

III.V

Poranne mgły coraz dłużej spowijały klify, morze stawało się cięższe i ciemniejsze, a wiatr niósł ze sobą zapach soli oraz mokrego wrzosu, który wdzierał się do niewielkiej kamiennej chaty nawet przez szczelnie zamknięte okiennice. Dla większości mieszkańców wyspy był to po prostu kolejny sezon sztormów, rybackich wypraw i długich wieczorów spędzanych przy kominku. Dla Christine i Sliloha oznaczał coś znacznie cenniejszego. Siedem miesięcy. Tyle czasu minęło od chwili, gdy po dramatycznym spotkaniu z Edriciem musieli zniknąć z swojej kryjówki, zanim ludzie Anthony'ego zdążyliby zamknąć wokół nich pierścień. To właśnie Edric, ryzykując wszystko, co jeszcze posiadał, wynajął tę chatę na własne nazwisko, przedstawiając ich miejscowym jako dalekich krewnych, którzy potrzebują spokoju po śmierci bliskiej osoby. Nie oczekiwał za to wdzięczności, powiedział tylko, że przez całe życie wykonywał cudze rozkazy, a jeśli choć raz ma podjąć decyzję zgodną z własnym sumieniem, to właśnie teraz. Sliloh długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego kuzyn zdecydował się na taki krok. Dopiero z czasem pojął, że Edric nie ratował wyłącznie ich. Ratował również resztki samego siebie. Christine również często wracała myślami do tamtej nocy. Do przemokniętego płaszcza Edrica, do zmęczenia wymalowanego na jego twarzy i do słów, które brzmiały bardziej jak wyrok niż ostrzeżenie. Pamiętała też chwilę, gdy po raz pierwszy przekroczyli próg tej chaty. Była skromna, chłodna i zupełnie pusta. Stał w niej jedynie drewniany stół, dwa krzesła, stare łóżko oraz kamienny kominek, w którym od dawna nie płonął ogień. W tamtym momencie wydała jej się najpiękniejszym miejscem na świecie, bo po raz pierwszy od wielu miesięcy mogła zamknąć za sobą drzwi i nie zastanawiać się, czy za chwilę ktoś zacznie je wyważać. Z czasem też dom zaczął nabierać życia. Na parapecie pojawiły się gliniane doniczki z ziołami, które Christine z uporem pielęgnowała, choć wiatr nieustannie próbował połamać ich kruche łodygi. Na ścianie zawisł płaszcz Sliloha, zawsze jeszcze wilgotny od porannej mgły, obok niego suszyły się rybackie sieci pozostawione przez poprzedniego właściciela, a w kącie stała drewniana skrzynia, do której Christine chowała wszystko, co przez te miesiące udało im się zgromadzić. Niewiele tego było – kilka naczyń, koce, zapasy suszonego mięsa, książka o szkockich ziołach kupiona od wędrownego handlarza i stary kubek z wyszczerbionym uchem, z którego Sliloh uparcie pił każdego ranka, choć Christine od dawna próbowała przekonać go, by wyrzucił go do morza. On za każdym razem odpowiadał z tym samym spokojnym rozbawieniem, że skoro kubek przetrwał więcej niż niejeden człowiek, zasłużył na odrobinę szacunku. Nie wiedziała, czy naprawdę tak uważa, czy po prostu lubił patrzeć, jak przewraca oczami i udaje oburzenie. Były również chwile, kiedy niemal zapominała, że żyją w ukryciu. Zdarzało się, że w pogodniejsze dni schodzili razem ku niewielkiej zatoczce, gdzie miejscowi rybacy naprawiali łodzie. Starsze kobiety pozdrawiały Christine z serdecznością, której nigdy nie doświadczała na królewskim dworze. Nie widziały w niej księżniczki ani kobiety, od której zależą polityczne sojusze. Widziały młodą dziewczynę, która zawsze zatrzymywała się, by zapytać o zdrowie, pomagała nieść kosze z rybami, słuchała opowieści o dzieciach i wnukach z taką samą uwagą, z jaką kiedyś słuchała wykładów swoich nauczycieli. Wystarczyło jej kilka miesięcy, by mieszkańcy wyspy zaczęli zostawiać pod ich drzwiami bochenek świeżego chleba, koszyk jabłek albo słoik miodu. Christine za każdym razem czuła się z tym niezręcznie, lecz Sliloh nigdy nie protestował. Wiedział, że ludzie nie pomagają dlatego, że ich żałują. Pomagali dlatego, że ona sprawiała, iż chcieli być lepsi. Sam nigdy nie posiadał podobnego daru. Kiedy pojawiał się w porcie, rozmowy milkły na kilka krótkich chwil. Nie że strachu przed Królewskim potomkiem, po prostu biła od niego ostrożność, której nie potrafił nigdy ukryć. Nawet kupując chleb, ustawiał się tak, by widzieć wejście do piekarni. Gdy siadał przy stole, zawsze wybierał miejsce pod ścianą. Wracając do domu, ani razu nie szedł tą samą drogą dwa dni z rzędu. Christine próbowała kiedyś zwrócić mu uwagę, że mieszkańcy Ilony są dobrymi ludźmi i nikt nie zamierza ich skrzywdzić. Odpowiedział wtedy tylko, że właśnie tacy ludzie najczęściej płacą najwyższą cenę za cudzą naiwność. Nie rozwijał tej myśli, lecz od tamtej chwili przestała namawiać go do większego spokoju. Zrozumiała, że nie jest to kwestia charakteru. To były lata życia, których nie dało się wymazać jednym bezpiecznym miejscem.

Tamtego popołudnia siedziała na niskim kamiennym murku przed domem, trzymając na kolanach płaszcz Sliloha. Rozdarł go kilka dni wcześniej, kiedy wspinał się po ostrych skałach nad zatoką, próbując odnaleźć zagubioną kozę jednego z sąsiadów. Wrócił wtedy przemoczony, z rozciętą dłonią i zwierzęciem prowadzonym na prowizorycznej linie, jakby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Dopiero wieczorem dowiedziała się od wdzięcznego gospodarza, że za podobną przysługę na wyspie zwykle płaci się pieniędzmi. Sliloh nie przyjął nawet kawałka sera, tłumacząc, że i tak szedł tamtędy. Christine znała go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że skłamał. Nigdy nie wybierał drogi przypadkiem. Odłożyła igłę, którą próbowała zacerować rozdarcie i spojrzała w jego stronę. Kilka kroków dalej siedział pod starym jesionem, ostrząc miecz z cierpliwością człowieka, który nie traktował broni jak narzędzia walki, lecz jak część samego siebie. Światło zachodzącego słońca odbijało się od ostrza, ale jego spojrzenie ani razu nie spoczęło na stali. Co kilka chwil unosił głowę i przesuwał wzrokiem po ścieżce prowadzącej przez las, po klifach i po zatoce, jakby nawet teraz układał w myślach drogę ucieczki, choć od miesięcy nikt nie dawał im powodów do niepokoju. Christine obserwowała go długo, z mieszaniną czułości i smutku. Czasami odnosiła wrażenie, że tylko ona dostrzega, jak wiele kosztuje go nieustanne czuwanie. Mieszkańcy wyspy widzieli silnego, opanowanego mężczyznę. Ona widziała człowieka, który od siedmiu miesięcy ani razu nie przespał spokojnie całej nocy.
— Wiesz... — odezwała się cicho, nie odrywając od niego wzroku. — Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego Edric tak bardzo się o ciebie bał.
Sliloh uniósł głowę, odkładając osełkę na bok.
— Dlaczego akurat teraz o nim myślisz?
— Bo gdyby nie on, nigdy byśmy tutaj nie trafili.
Na jego twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny cień zadumy. Nie odpowiedział od razu. Zrobił to dopiero po dłuższej chwili, jakby ważył każde słowo.
— Gdy ostatni raz go widziałem przed tamtą nocą, był jeszcze człowiekiem, który wierzył, że rodzinę można naprawić. Kiedy przyjechał do nas na Jurę... zobaczyłem kogoś zupełnie innego.
Christine opuściła wzrok na materiał płaszcza.
— Myślisz, że żałuje swojej decyzji?
— Jeśli jeszcze żyje... to nie.
Nie była pewna, czy bardziej zabolały ją jego słowa, czy sposób, w jaki je wypowiedział. Bez dramatyzmu. Bez złudzeń. Jak człowiek, który od dawna pogodził się z tym, że w ich świecie za każdy dobry uczynek prędzej czy później trzeba zapłacić. Przez ogród przemknął wtedy chłodniejszy podmuch wiatru. Christine odruchowo otuliła ramiona szalem i spojrzała na ciemniejące niebo. Nad morzem zbierały się ciężkie chmury, a mewy krążyły niżej niż zwykle, jakby przeczuwały nadchodzący sztorm. Miała powiedzieć coś jeszcze, gdy gdzieś w oddali rozległ się głuchy odgłos końskich kopyt, z początku niemal zagłuszony przez szum fal. Sliloh zamarł. Nie było w tym gwałtowności ani nerwowości. Po prostu w jednej chwili zniknął człowiek siedzący pod jesionem, a jego miejsce zajął wojownik, którego instynkt nigdy nie pozwalał sobie na pomyłkę. Christine znała to spojrzenie aż za dobrze i poczuła, jak coś ściska ją w żołądku, choć sama nie potrafiła jeszcze powiedzieć dlaczego. Jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że jesień na Ilonie będzie wyglądała jak wszystkie poprzednie dni. Nagle po raz pierwszy od wielu miesięcy przyszło jej do głowy, że nawet najbezpieczniejsze schronienie jest tylko schronieniem, a nie domem.
Sliloh podniósł się powoli, nie spuszczając wzroku z drogi prowadzącej ku niewielkiemu zagajnikowi oddzielającemu ich dom od reszty wyspy. Nie sięgnął od razu po miecz. Christine znała ten odruch aż nazbyt dobrze. Gdyby zrobił to natychmiast, oznaczałoby to, że dostrzegł niebezpieczeństwo. Teraz natomiast próbował je dopiero rozpoznać. Stał nieruchomo, wsłuchując się w rytm kopyt, który raz przyspieszał, raz zwalniał, jakby jeździec zmuszał wyczerpanego konia do ostatniego wysiłku. Wiatr niósł od morza słoną wilgoć, lecz pod nią dało się wyczuć jeszcze coś – zapach mokrej ziemi i piany rozbryzganej spod końskich podków. Christine odłożyła płaszcz na kamienny murek i również wstała, choć instynkt podpowiadał jej, by schować się w domu. Zamiast tego zrobiła kilka kroków w stronę Sliloha. Nie dlatego, że mogła mu pomóc. Po prostu wiedziała, że jeśli nadchodziło coś złego, chciała stanąć obok niego, a nie za jego plecami. Jeździec wyłonił się zza zakrętu tak nagle, że przez krótką chwilę widać było jedynie sylwetkę konia, którego boki pokrywała biała piana. Zwierzę niemal ślizgało się na mokrych kamieniach, a mimo to jego jeździec nie zwalniał. Dopiero kiedy znalazł się bliżej, Christine rozpoznała znajomy płaszcz i jasne włosy wymykające się spod kaptura. W tej samej chwili zauważyła również coś, co sprawiło, że serce ścisnęło jej się z niepokoju. Edric zawsze wyglądał nienagannie, nawet wtedy, gdy podróżował przez kilka dni. Tym razem przypominał człowieka, który nie zatrzymał się ani na chwilę od chwili opuszczenia portu. Płaszcz miał oblepiony błotem, twarz wychudzoną i poszarzałą, a pod oczami rysowały się głębokie cienie. Zeskoczył z konia tak gwałtownie, że zachwiał się na nogach i tylko dzięki temu, że Sliloh podszedł do niego o krok, nie upadł na ziemię.
— Edric... — głos Sliloha zabrzmiał spokojnie, ale Christine usłyszała w nim napięcie, którego nie wychwyciłby nikt obcy. — Co się stało?
Edric przez chwilę nie odpowiadał. Oparł dłoń o kark zmęczonego konia, jakby chciał uspokoić nie tylko zwierzę, lecz również samego siebie. Dopiero po dłuższej chwili spojrzał na kuzyna. W jego oczach nie było już śladu człowieka, który przed siedmioma miesiącami próbował przekonać ich, że istnieje jeszcze jakaś nadzieja. Było tylko zmęczenie i poczucie nieuchronności.
— Wejdźmy do środka.
To nie była prośba. Sliloh skinął głową bez słowa. Chwycił wodze, odprowadził konia za dom i jednym spojrzeniem ocenił, że zwierzę ledwo trzyma się na nogach. Kiedy wrócił, Edric stał już przy kominku, ogrzewając zmarznięte dłonie nad ogniem. Christine postawiła przed nim kubek gorącego naparu z wrzosu i mięty. Przyjął go z wdzięcznością, lecz nawet nie spróbował. Trzymał naczynie tak mocno, że pobielały mu knykcie. Przez kilka chwil nikt się nie odezwał. Cisza nie była jednak niezręczna. Była ciężka, jak cisza ludzi, którzy wiedzą, że za chwilę padną słowa zdolne odmienić wszystko. Christine spoglądała kolejno na obu kuzynów i po raz pierwszy uderzyło ją, jak bardzo byli do siebie podobni. Nie rysami twarzy ani sposobem poruszania się, lecz spojrzeniem. Obaj nosili w sobie ten sam ciężar, choć każdy dźwigał go z innego powodu. Sliloh od dawna pogodził się z utratą domu, a Edric dopiero zaczynał rozumieć, że sam odciął się od świata, w którym się wychował.
— Pamiętasz, co ci powiedziałem tamtej nocy na Jurze? — zapytał w końcu cicho.
Sliloh nie odwrócił wzroku.
— Powiedziałeś wiele rzeczy.
— Mówiłem, że Synowie Nomadu tkają własną rzeczywistość. Że prędzej czy później dosięgną każdego, kto stanie im na drodze.
— Pamiętam.
Edric zamknął oczy. Wyglądał, jakby każde następne słowo kosztowało go więcej niż wielogodzinna podróż przez wzburzone morze.
— Miałem nadzieję, że się pomylę.
Christine poczuła, jak zimno przebiega jej po plecach.
— Co się wydarzyło?
Edric długo patrzył w płomień kominka, zanim odpowiedział.
— Twój ojciec wie.
W izbie zapadła cisza tak głęboka, że słychać było jedynie trzask drewna i odległy szum fal. Christine odruchowo spojrzała na Sliloha. Nie poruszył się nawet o cal. Tylko jego dłoń zacisnęła się mocniej na oparciu krzesła.
— Skąd? — zapytał spokojnie.
— Nie wiem. Gdybym wiedział, przyjechałbym z odpowiedzią, a nie tylko z ostrzeżeniem. Wiem natomiast, że od kilku dni na Jurze nikt już nie mówi o tym, że zaginąłeś. Twój ojciec jest pewien, że żyjesz. Wie również, że przez wszystkie te miesiące ukrywałeś Christine. Nie znał konkretnego miejsca na Ilonie. Jeszcze nie, ale zaczął szukać ludzi, którzy wiedzieliby cośkolwiek o Twoim zaginięciu. — Edric urwał i ciężko odetchnął.— Wczoraj dowiedziałem się, że wypytywano o mnie.
Sliloh zmarszczył brwi.
— O ciebie?
— To ja wynająłem ten dom. Na własne nazwisko. Myślałem, że nikt nigdy nie połączy tych faktów. Byłem głupcem. — Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech, który bardziej przypominał grymas bólu.
— Zawsze wierzyłem, że jeśli zrobi się coś wystarczająco ostrożnie, można oszukać ludzi. Zapomniałem tylko, że Synowie Nomadu nie szukają dowodów. Szukają słabości. A moja okazała się większa, niż przypuszczałem.
Christine usiadła powoli naprzeciwko niego.
— To nie twoja wina.
Edric pokręcił głową.
— Właśnie moja. Gdybym nie przyjechał wtedy do was... gdybym nie próbował was ratować... może wybralibyście inne miejsce. Mniej oczywiste. Dalej od ludzi, którzy mnie znają.
Sliloh spojrzał na niego długo, z wyraźnym spokojem.
— Nie.
Edric uniósł głowę.
— Gdyby nie ty, nigdy nie dotarlibyśmy na tą części Ilony. Nigdy nie mielibyśmy tych siedmiu miesięcy. Nie odbieraj nam ich tylko dlatego, że się skończyły. 
Słowa zawisły pomiędzy nimi, a Christine po raz pierwszy zobaczyła, jak w oczach Edrica pojawia się wilgoć, którą natychmiast próbował ukryć. Był człowiekiem wychowanym w przekonaniu, że słabość jest grzechem. Teraz siedział przed nimi z ciężarem winy, którego nie potrafił udźwignąć, i chyba po raz pierwszy od wielu lat nie musiał już udawać silniejszego, niż był naprawdę.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. W kominku cicho trzaskało drewno, a wiatr coraz mocniej uderzał w ściany chaty, jakby chciał dostać się do środka i usłyszeć to, czego oni sami bali się jeszcze wypowiedzieć. Christine siedziała nieruchomo, wpatrując się w płomień, lecz myślami była daleko stąd. Jeszcze przed godziną zastanawiała się, czy przed nadejściem zimy uda jej się naprawić dach nad drewutnią i posadzić cebulki kwiatów, które starsza sąsiadka podarowała jej kilka dni wcześniej. Kobieta śmiała się wtedy, że na wiosnę cały ogród zakwitnie na niebiesko. Christine przyjęła ten drobny podarunek z dziecięcą radością i przez moment naprawdę uwierzyła, że doczekają tej wiosny właśnie tutaj. Teraz nagle wszystko straciło znaczenie. Kwiaty, ogród, sad, ścieżka prowadząca ku klifom, znajome twarze mieszkańców wyspy... uświadomiła sobie z bolesną wyrazistością, że od samego początku nie były to rzeczy należące do nich. Były jedynie pożyczonym szczęściem. Edric w końcu odłożył kubek, którego nawet nie spróbował. Drżącą dłonią przetarł twarz i spojrzał na Sliloha z wyczerpaniem człowieka, który od wielu dni nie zaznał ani chwili odpoczynku. 
– Gdy tylko usłyszałem, że zaczęli zadawać pytania o mnie, zrozumiałem, że nie zostało nam wiele czasu. Anthony nie działa już sam. Ma wokół siebie ludzi gotowych zrobić wszystko, by odzyskać jego względy, a Synowie Nomadu tylko czekają, aż wskaże im właściwy kierunek. Nie muszą wiedzieć, gdzie jesteście. Wystarczy, że zaczną iść po śladach. Po moich śladach. – Zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu knykcie. – Wynająłem tę chatę pod własnym nazwiskiem. Zapłaciłem z własnych pieniędzy. To miało być najbezpieczniejsze rozwiązanie, bo nikt nie znał mojego związku z wami. Nie przewidziałem tylko jednego... że kiedy zaczną szukać zdrajców, najpierw spojrzą na tych, którzy mieli coś do stracenia.
Sliloh słuchał go bez słowa. Nie przerywał, nie próbował go uspokajać. Christine znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że właśnie teraz układał w myślach kolejne kroki. Tak było zawsze. Podczas gdy inni jeszcze próbowali zrozumieć, co się wydarzyło, on zastanawiał się już, którędy prowadzi najbezpieczniejsza droga, ile zapasów zdołają zabrać i ile godzin dzieli ich od ludzi, którzy mogą nadejść. Nie była to obojętność. Wręcz przeciwnie. Gdyby pozwolił sobie na rozpacz, nie potrafiłby ochronić tych, których kochał.
– Ilu ich jest? – zapytał w końcu.
– Nie wiem. Widziałem pięciu. Ale oni nigdy nie wysyłają tylko pięciu.
– Kiedy mogą tu dotrzeć?
Edric zawahał się. To jedno krótkie milczenie powiedziało więcej niż odpowiedź.
– Jeśli dopisze im pogoda... jutro wieczorem. Jeżeli morze będzie wzburzone, może pojutrze. Ale nie liczyłbym na sztorm. Anthony nie zostawia takich rzeczy przypadkowi.
Christine poczuła, że coś zaciska się wokół jej serca. Jeszcze przed chwilą czas płynął powoli, odmierzany trzaskiem drewna i szumem fal. Teraz każda godzina nagle nabrała ceny.
– Nie możemy narażać mieszkańców wyspy – odezwała się cicho.
Edric spojrzał na nią z wdzięcznością, ale również z wyraźnym bólem.
– Właśnie dlatego tu przyjechałem. Gdybym myślał tylko o sobie, uciekłbym znacznie dalej. Zostawiłbym wszystko za plecami i pozwolił, żeby los sam zdecydował, co z wami będzie. Ale ci ludzie... – odwrócił głowę w stronę niewielkiego okna, za którym powoli zapadał zmierzch. – Oni niczemu nie zawinili. Stary Hamish, który co tydzień przynosi wam ryby. Pani Morag zostawiająca Christine świeżo upieczony chleb. Chłopcy z portu, którzy pomagali ci naprawiać łódź. Oni uwierzyli, że jesteście zwykłym młodym małżeństwem szukającym spokojnego życia. Jeśli ludzie Anthony'ego postawią stopę na tej wyspie, zaczną zadawać pytania. A kiedy nie usłyszą odpowiedzi, zacznią je wymuszać. Znam tych ludzi... i wiem, że dla niego nie będzie miało znaczenia, kto jest winny, a kto po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu.
Christine opuściła wzrok. Przed oczami stanęły jej twarze ludzi, których zdążyła pokochać. Stara Morag, śmiejąca się, że zima na Ionie uczy cierpliwości lepiej niż niejeden nauczyciel. Hamish, który uparcie twierdził, że Sliloh trzyma wiosło jak ktoś wychowany na morzu, nie wiedząc ile ma w tym racji. Mała Somi przynosząca co kilka dni bukiety wrzosów tylko dlatego, że „dom bez kwiatów wygląda smutno”. Każde z tych wspomnień bolało coraz bardziej, bo nagle uświadomiła sobie, że być może widzi tych ludzi po raz ostatni. Sliloh teraz wstał od stołu i podszedł do niewielkiego okna. Przez chwilę patrzył na ciemniejące morze, a potem cicho westchnął. Christine od razu wiedziała, co oznacza ten oddech. Nie był oznaką bezradności. Był pożegnaniem z miejscem, które przez krótką chwilę odważył się nazwać domem. Nigdy nie przywiązywał się do budynków ani ziemi, ale przez ostatnie miesiące pozwolił sobie na coś znacznie bardziej niebezpiecznego – uwierzył, że każdego ranka będzie budził się obok niej w tym samym miejscu, chociaż było to złudnym marzeniem. Teraz ta nadzieja rozpadała się równie cicho jak popiół osuwający się z płonącego drewna. Odwrócił się dopiero po dłuższej chwili. W jego twarzy nie było już śladu zawahania.
– Wyruszamy po zmroku.
Christine nie zaprotestowała. Wiedziała, że decyzja zapadła w tej samej chwili, w której Edric przekroczył próg chaty. Mimo to poczuła nagłą potrzebę spojrzenia jeszcze raz na wnętrze domu. Na stół, przy którym codziennie jedli wspólne posiłki. Na półkę z książką, którą czytała wieczorami. Na płaszcz Sliloha wiszący przy drzwiach. Na drobiazgi, których wartość dla kogokolwiek innego byłaby znikoma, lecz dla niej stanowiły dowód, że przez osiem miesięcy naprawdę żyli, a nie tylko uciekali. W ciszy, która zapadła po jego słowach, zrozumiała, że najtrudniejsze nie będzie opuszczenie wyspy. Najtrudniejsze okaże się pozostawienie za sobą życia, którego nawet nie zdążyli nazwać swoim.

~~~

Annabel pojawiła się w swojej komnacie niemal bezgłośnie. Magia aportacji zgasła równie szybko, jak się pojawiła, lecz ona sama nie zdołała utrzymać równowagi. Przez ułamek sekundy próbowała zrobić jeszcze jeden krok, jakby chciała przekonać własne ciało, że wszystko jest w porządku. Bezskutecznie. Kolana ugięły się pod nią, a dłoń z całej siły uderzyła o kamienną ścianę. Nie krzyknęła. Jedynie zamknęła oczy i zacisnęła szczękę tak mocno, że zabolały ją skronie. Trwała tak przez dłuższą chwilę, oparta czołem o zimny mur. Zawsze wracała zmęczona. Każda przemiana odbierała siły, zostawiała mięśnie napięte i ciężkie, lecz nigdy nie doprowadzała jej do stanu, w którym najprostszą czynnością stawało się utrzymanie się na nogach. Powinna była od razu się podnieść,tymczasem ciało odmawiało posłuszeństwa z uporem, który budził w niej lęk większy niż sam ból.
Powoli odsunęła się od ściany i spojrzała na własne dłonie. Drżały tak, jakby każda z nich żyła własnym życiem. Zacisnęła palce w pięść. Odpowiedziały bólem. Rozprostowała je ponownie i dopiero wtedy zauważyła cienkie, ciemne smugi zaschniętej krwi pod paznokciami. Przez krótką chwilę nie potrafiła zrozumieć, skąd się tam wzięły. Dopiero gdy przesunęła opuszkami po przedramieniu, poczuła pod rozdartym rękawem kilka długich rozcięć. Zmarszczyła brwi i ostrożnie odchyliła materiał. W świetle dogasającej świecy rany wyglądały jeszcze ciemniej. Nie były głębokie, lecz ciągnęły się niemal równolegle, jakby pozostawiły je ostre pazury. Odruchowo przesunęła po nich opuszkami palców, próbując sobie przypomnieć moment, w którym mogły powstać.
Na klifie?
Nie.
Pamiętała każdą chwilę lotu. Nie zahaczyła o skały. Nie lądowała gwałtownie. Aseriel nawet się do niej nie zbliżył.
Jej oddech stał się płytszy.
Powoli odwróciła drugą rękę. Na nadgarstku dostrzegła kolejne zadrapanie, krótsze, lecz równie równe. Potem jeszcze jedno, tuż przy łokciu. Dotknęła go ostrożnie. Zabolało, ale nie sam ból sprawił, że cofnęła dłoń.
To nie wyglądało jak rana.
Wyglądało tak, jakby skóra pękła od środka.
Serce zabiło jej mocniej, a każde kolejne uderzenie zdawało się rozchodzić po całym ciele, przypominając o mięśniach, które jeszcze przed chwilą należały do kogoś innego.
— Nie... — szepnęła bardziej do siebie niż do pustej komnaty.
Próbowała przypomnieć sobie poprzednie przemiany. Dziesiątki, może setki razy budziła się zmęczona, obolała, czasem z poszarpanym rękawem albo błotem na butach. Nigdy jednak nie wracała z ranami. Nigdy nie musiała zastanawiać się, czy ciało naprawdę zakończyło przemianę. Przymknęła oczy. Jeszcze raz, bardzo powoli, wzięła głęboki oddech. Tak samo robiła od lat, gdy chciała uspokoić smoczą naturę. Zawsze wystarczało kilka spokojnych oddechów, by poczuć, jak wszystko wraca na swoje miejsce.
Tym razem nie wróciło.
Nie potrafiła tego nazwać. To nie był ból ani zmęczenie. Raczej ciche, nieustępliwe wrażenie, że gdzieś głęboko pod skórą wciąż czai się coś, co nie powinno już tam być. Jakby przemiana dobiegła końca tylko dlatego, że ciało przestało ją udźwignąć, a nie dlatego, że naprawdę się zakończyła. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat Annabel przestraszyła się nie tego, czym mogłaby się stać, przestraszyła się, że to dopiero początek klątwy która powoli ją zmienia. Nie usłyszała przez to pukania.
Drzwi uchyliły się niemal bezgłośnie, wpuszczając do komnaty chłodne powietrze pachnące wilgotnym kamieniem i morzem. Annabel stała przed lustrem, opierając obie dłonie o ciężką, dębową toaletkę. Oddech miała już spokojniejszy niż kilka chwil wcześniej, lecz ciało wciąż nie chciało jej słuchać. Palce drżały tak nieznacznie, że każdy inny uznałby to za zwykłe zmęczenie. Agatha dostrzegła jednak więcej. Zauważyła rozdarty rękaw koszuli, zaschniętą krew pod paznokciami i sposób, w jaki królowa próbowała utrzymać prostą postawę, raz po raz przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jakby każdy ruch sprawiał jej trudność.
Nie odezwała się od razu. Zamknęła drzwi, odstawiła tacę z gorącym naparem na stolik przy kominku i spokojnie podeszła bliżej. Schyliła się po srebrną misę, która leżała na kamiennej posadzce, obejrzała ją przelotnie i odłożyła na miejsce. Dopiero wtedy spojrzała na Annabel.
— Od kiedy?
Królowa przez chwilę milczała. Wpatrywała się we własne odbicie, jakby szukała w nim odpowiedzi, której sama nie potrafiła sobie udzielić. W końcu opuściła wzrok i bardzo cicho odpowiedziała:
— Dzisiejszej nocy.
Agatha skinęła głową. Nie zapytała o nic więcej. Wiedziała, że wszystkie odpowiedzi znajdują się przed nią, wystarczyło uważnie patrzeć. Delikatnie ujęła nadgarstek Annabel i odsunęła rozdarty materiał. Wąskie rozcięcia przecinały skórę długimi, równoległymi liniami. Nie były głębokie, lecz wyglądały tak, jakby powstały od wewnątrz, a nie pod wpływem zewnętrznego ciosu. Agatha przesunęła po jednej z ran opuszkami palców i westchnęła niemal niedosłyszalnie.
— Nigdy wcześniej ich nie było.
— Wiem.
To jedno słowo zabrzmiało ciężko, jakby kosztowało Annabel więcej sił niż cała noc spędzona nad morzem. Agatha nie cofnęła dłoni. Jej spojrzenie spoczywało na poranionej skórze, lecz myślami była już gdzie indziej. Wspomnienia wróciły z taką wyrazistością, jakby minęło zaledwie kilka dni, a nie długie lata. Przed oczami znów stanęła tamta komnata. Pachniała tymi samymi ziołami, w kominku trzaskał ogień, a za oknami również szumiało morze. Siedziała wtedy przy łóżku matki Annabel, zmieniając opatrunki i przykładając chłodne okłady do rozpalonej skóry. Pamiętała jej dłonie — silne, pewne i zawsze gotowe nieść pomoc innym. Pamiętała także chwile, gdy te same dłonie zaczynały drżeć z wysiłku, choć ich właścicielka uparcie udawała, że nic się nie dzieje.
Jocelyn była królową, o której mieszkańcy Islay mówili z prawdziwą miłością. Nie zamykała się za murami zamku, gdy wyspie groziło niebezpieczeństwo. Jeżeli trzeba było chwycić za broń, stawała ramię w ramię z wojownikami, poruszając się z niezwykłą lekkością, jakby wiatr prowadził każdy jej krok. Miała słuch i wzrok, których nie potrafiono wyjaśnić, dostrzegała rzeczy umykające innym i nieraz wyprzedzała wydarzenia o kilka uderzeń serca. Potrafiła być wyniosła i zamknięta w sobie, często znikała na długie godziny, szukając samotności na klifach, lecz ci, którzy znali ją naprawdę, wiedzieli, że właśnie wtedy walczyła z przeciwnikiem, którego nie dało się pokonać mieczem. Kochała również w sposób osobliwy. Nigdy nie zasypywała męża czułymi słowami, nie była kobietą, która z łatwością mówiła o uczuciach. Zamiast tego poprawiała mu płaszcz przed podróżą, siadała obok niego w ciszy albo zostawiała na stole kubek gorącego naparu, zanim jeszcze zdążył poprosić. Dla niej miłość zawsze wyrażała się w czynach.
Agatha pamiętała dzień, w którym zdjęła koronę równie dobrze, jak dzień jej koronacji. Nie uczyniła tego dlatego, że zabrakło jej odwagi. Wręcz przeciwnie. Potrzeba było jej więcej niż kiedykolwiek wcześniej, aby spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że Maledictus zaczyna odbierać jej panowanie nad własnym ciałem. Nie chciała dopuścić do chwili, w której los całego królestwa zależałby od kaprysu klątwy. Tron przekazała bratu, a sama odeszła z godnością, z jaką przez lata go sprawowała.
Nigdy już nie wróciła.
Jedni twierdzili, że zginęła daleko na północy. Inni przysięgali, że podczas zimowych nocy widywali samotnego smoka szybującego wysoko ponad Szkocją. Agatha nigdy nie próbowała dociec, która z tych opowieści była prawdziwa. Wystarczyło jej wspomnienie kobiety, której nie zdołała uratować.
Teraz patrzyła na Annabel i czuła, jak ten sam lęk powraca z całą swoją siłą.
— Myślałam, że już nigdy więcej tego nie zobaczę — powiedziała cicho.
Annabel uniosła na nią wzrok. W jej oczach nie było buntu ani gniewu, lecz zmęczenie, jakiego Agatha nie pamiętała nawet z najtrudniejszych dni wojny.
— Ja też.
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Nie było ono niezręczne. Obie potrzebowały go bardziej niż pocieszających słów. Agatha otworzyła niewielką skrzynię stojącą pod oknem i wyjęła z niej bandaże, lniane płótno oraz słoiczek z maścią. Usiadła naprzeciw Annabel i zaczęła powoli oczyszczać rany. Jej ruchy były spokojne i pewne, jakby chciała przekazać królowej choć odrobinę własnego opanowania. Kiedy chłodne płótno dotknęło rozciętej skóry, Annabel zacisnęła szczękę, lecz nie cofnęła ręki.
— Boli bardziej niż dawniej? — zapytała Agatha, nie odrywając wzroku od opatrunku.
— Nie.
Nie spojrzała na nią. Wiedziała jednak, że Agatha czeka, a po kilku długich oddechach opuściła głowę.
— Tak.
Agatha nie skomentowała odpowiedzi. Znała Annabel na tyle dobrze, by wiedzieć, ile kosztowało ją wypowiedzenie tego jednego słowa. Kiedy skończyła opatrywać przedramię, ostrożnie odsunęła kołnierz rozdartej koszuli.
— Mogę?
Annabel skinęła głową.
Na ramieniu i obojczyku widniały kolejne ślady. Agatha przez chwilę przyglądała się im w milczeniu, po czym sięgnęła po maść.
— Jeżeli zechcesz, mogę użyć magii.
Annabel pokręciła głową.
— Jeszcze nie.
Nie nalegała. Dobrze pamiętała prośbę, którą usłyszała wiele lat wcześniej. Agatha nie chciała, by magia stawała się odpowiedzią na każdy ból. Miała być ostatecznością.
Gdy ostatni bandaż został zawiązany, odłożyła opatrunki i spojrzała na królową.
— Jak długo?
Annabel zrozumiała pytanie od razu. Nie chodziło o rany, ani ból.
— Nie wiem — odpowiedziała po długiej chwili. — I właśnie to przeraża mnie najbardziej. Do tej pory zawsze wiedziałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna smok. Dzisiaj... po raz pierwszy nie jestem tego pewna.
Agatha podeszła do szafy i wyjęła ciemną suknię z wysokim kołnierzem. Starannie rozłożyła ją na łóżku, dobrała płaszcz i rękawiczki, po czym pomogła Annabel się ubrać. Nie mówiły już prawie nic. Każdy gest był znajomy, wyćwiczony przez lata wspólnego życia. Agatha zapięła srebrną broszę pod szyją królowej, wygładziła materiał na ramionach i odsunęła się o krok, uważnie przyglądając się efektowi swojej pracy.
— Teraz nikt niczego nie zauważy.
Annabel spojrzała w lustro. Patrzyła długo na odbicie kobiety, która za kilka chwil miała wyjść do swoich lordów, wysłuchać próśb poddanych i udawać, że nic się nie zmieniło. Korona wciąż należała do niej. Postawa nadal była wyprostowana. Twarz pozostała spokojna.
Tylko dwie osoby w tej komnacie wiedziały, że pod ciemnym materiałem ukryte są nie tylko rany. Ukryty był również strach, którego żadna z nich nie chciała na razie nazwać.

~~~

Burgess szedł przed siebie bez wyraźnego celu, odpowiadając jedynie zdawkowym skinieniem głowy na ukłony mijanych strażników. Odkąd opuścił komnatę ojca, nie potrafił uwolnić się od ciężaru rozmowy. Raporty leżące na dębowym stole, rozrysowane szlaki wokół Iony i jedno imię, którego od lat nikt nie odważył się wypowiedzieć głośno, nieustannie powracały do niego z uporczywością, jakiej nie pamiętał od bardzo dawna. Sam nie wiedział, dlaczego jego kroki poniosły go do starej sali ćwiczeń. Dawniej tętniła życiem od świtu do zmierzchu. Dziś o tej porze panowała w niej cisza, a jedynym świadectwem codziennych treningów były porozrzucane drewniane miecze, wypolerowane od setek dłoni i wyszczerbione od niezliczonych uderzeń. Burgess zatrzymał się przy stojaku, przez chwilę wodził wzrokiem po starym orężu, po czym odruchowo sięgnął po jeden z nich. Drewno zaskrzypiało cicho pod jego dłonią. Ciężar był znajomy. Tak znajomy, że zanim zdążył o tym pomyśleć, stanął w pozycji, której uczono go jeszcze jako chłopca.
Wykonał pierwsze cięcie. Potem drugie. Trzecie poprowadził szerokim łukiem, dokładnie tak, jak przed laty wymagał od niego ojciec. Instynktownie zrobił krok naprzód, zamierzając zakończyć wymianę mocnym uderzeniem z góry, lecz w tej samej chwili zatrzymał broń w pół ruchu. Przed oczami stanął mu Sliloh. Nie taki, jakim widział go ostatnio na Ionie, lecz znacznie młodszy. Chłopak o wiecznie potarganych włosach i twarzy, na której zbyt często malował się ten spokojny uśmiech, doprowadzający Burgessa do furii. Wystarczyło kilka chwil, by wspomnienie ożyło z całą wyrazistością. Było gorące lato. Ojciec od świtu kazał im ćwiczyć walkę drewnianymi mieczami, sam obserwując ich z kamiennego krużganka. Burgess, starszy o kilka lat i zdecydowanie silniejszy, nie miał najmniejszych wątpliwości, jak zakończy się ten trening. Ruszył pierwszy, pewny, że jednym zdecydowanym natarciem zmusi brata do odwrotu. Sliloh jednak nie próbował odpowiadać siłą. Ustępował o pół kroku, pozwalał, by kolejne uderzenia przecinały powietrze tuż przed nim, a jego spojrzenie przez cały czas pozostawało dziwnie spokojne. Nie spieszył się. Czekał. Burgess pamiętał własną irytację narastającą z każdym kolejnym atakiem. Im mocniej nacierał, tym bardziej miał wrażenie, że młodszy brat prowadzi go dokładnie tam, gdzie od początku zamierzał. W końcu wystarczył jeden zbyt szeroki zamach. Sliloh odsunął się zaledwie o krok, lekko obrócił nadgarstek i drewniany miecz Burgessa z głuchym stuknięciem potoczył się po kamiennym dziedzińcu.
Nie powiedział ani słowa. Po prostu cofnął się o krok i opuścił broń.
Burgess podniósł wtedy miecz z przekonaniem, że był to zwykły przypadek. Drugi pojedynek zakończył się identycznie. Trzeci również. Dopiero po piątym cisnął drewnianą broń o bruk i odwrócił się plecami do brata, nie chcąc słuchać kolejnych uwag ojca.
Anthony zszedł wtedy z krużganka, podniósł miecz i podał go starszemu synowi.
– Człowiek, który polega wyłącznie na własnej sile, prędzej czy później spotka silniejszego od siebie. Nigdy nie patrz na ostrze. Patrz na człowieka. To on wyprowadza cios, nie stal.
Burgess pamiętał, że tamtego dnia odebrał te słowa wyłącznie jako kolejną lekcję. Był przekonany, że następnym razem wygra i wszystko wróci do dawnego porządku. Dopiero teraz zrozumiał, że ojciec, sam o tym nie wiedząc, opisał największą siłę Sliloha. Młodszy brat nie zwyciężał dlatego, że był szybszy czy sprawniejszy. Wygrywał, ponieważ cierpliwie obserwował ludzi. Nie walczył z ich bronią. Walczył z ich decyzjami. Burgess opuścił drewniany miecz i przez chwilę obracał go w dłoniach. Wspomnienie pociągnęło za sobą następne. Kiedy dorastali, ojciec coraz częściej zabierał go na narady, uczył prowadzenia ludzi i zarządzania majątkiem rodu. Sliloh znikał wtedy na długie godziny. Nikt nie pytał, dokąd chodził. Wracał zawsze o właściwej porze, spokojny jak człowiek, który od dawna pogodził się z własnym losem. Burgess nigdy nie uznał tego za nic niezwykłego. Łatwiej było uwierzyć, że młodszy brat zwyczajnie szuka zajęcia, niż zastanowić się, dlaczego człowiek, którego wszyscy pozostawili samemu sobie, nigdy nie okazywał ani gniewu, ani zazdrości. Teraz wiedział, że przez cały ten czas Sliloh uczył się czegoś znacznie cenniejszego.
Cierpliwości.
Przez trzy lata potrafił prowadzić podwójne życie tuż pod nosem ludzi, którzy szczycili się najlepszą siatką zwiadowców na Hebrydach. Każdy jego rejs był przemyślany, każde słowo wypowiedziane podczas spotkania na Ionie odmierzone z taką samą precyzją, z jaką przed laty czekał na najmniejszy błąd starszego brata podczas ćwiczeń na dziedzińcu. Burgess dopiero teraz dostrzegł, że tamten chłopiec z drewnianym mieczem nigdy się nie zmienił. Zmieniła się jedynie stawka, o jaką przyszło mu walczyć. Odłożył broń na stojak i jeszcze przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie myślał o Slilohu jak o młodszym bracie, któremu los odmówił darów, lecz jak o człowieku, którego przez całe życie oceniał zbyt pochopnie. Nie potrafił jeszcze przyznać tego na głos, nawet przed samym sobą, jednak coraz trudniej było mu uciec od jednej, uporczywie powracającej myśli.
Być może spośród wszystkich synów Anthony'ego Flockharta to właśnie ten, którego najłatwiej było przeoczyć, nauczył się prowadzić najtrudniejszą z wojen.

~~~

Nie wiedział, kiedy ciemność przestała być snem, a stała się świadomością. Nie było chwili przebudzenia, jednego gwałtownego oddechu ani nagłego otwarcia oczu. Wszystko wracało powoli, z oporem, jak przypływ, który centymetr po centymetrze odzyskuje brzeg. Najpierw poczuł chłód. Kamień oddawał go z każdej strony, przenikając przez materac, przez kości i przez skórę, jakby całe pomieszczenie od wielu dni pozostawało pozbawione ludzkiego ciepła. Potem przyszła cisza. Tak głęboka, że niemal bolała. Nie słyszał rozmów, kroków ani szelestu szat. Jedynie gdzieś daleko wiatr przeciskał się przez uchylone okno, poruszając płomień świecy, którego nikłe światło przebijało się przez ciężar zamkniętych powiek. Spróbował je unieść. Z początku wydawało mu się, że są zbyt ciężkie, jakby ktoś obciążył je ołowiem, lecz po długiej chwili ustąpiły. Nad sobą zobaczył kamienny strop. Nieruchomy. Obojętny. Obcy. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w niego bezmyślnie, próbując zrozumieć, dlaczego wszystko wydaje się tak odległe, aż wreszcie zapragnął odwrócić głowę. Wtedy po raz pierwszy poczuł prawdziwy strach. Nie wydarzyło się nic. Żaden mięsień nie odpowiedział na jego wolę. Spróbował jeszcze raz, tym razem z większą siłą, a kiedy i to nie przyniosło skutku, całą uwagę skupił na dłoni. Wystarczyło poruszyć jednym palcem. Jednym, najmniejszym ruchem udowodnić sobie, że wciąż nad sobą panuje. Palce jednak pozostały nieruchome. To samo spotkało drugą dłoń. Potem nogi. Każda kolejna próba odbierała mu oddech, a jednocześnie nie przynosiła najmniejszego rezultatu. Miał wrażenie, jakby jego ciało przestało do niego należeć, jakby leżał zamknięty wewnątrz kamiennego posągu, czując wszystko z przerażającą dokładnością, lecz nie mogąc uczynić absolutnie nic. Dopiero wtedy nadszedł ból. Nie był gwałtowny ani ostry. Nie przypominał bólu rany, którą można opatrzyć i przeczekać. Rodził się głęboko pod żebrami, powoli rozlewając się po całym ciele niczym trucizna, która wciąż pamiętała drogę do każdego organu. Każdy oddech zdawał się rozdzierać wnętrze klatki piersiowej, jakby płuca ocierały się o szkło. Serce biło ciężko, z wysiłkiem, a jego każde uderzenie rozchodziło się tętym pulsowaniem aż po skronie. W ustach czuł smak żelaza i gorzkich eliksirów, choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz cokolwiek pił. Zamknął oczy, chcąc odgonić ból, lecz wtedy powróciły obrazy. Nie układały się w całość. Były jedynie urwanymi błyskami: morze wzburzone przez burzę, czarne żagle na horyzoncie, krzyki ludzi, blask zaklęć odbijający się od mokrego kamienia, maska pozbawiona twarzy, błysk ostrza i nagłe pieczenie rozchodzące się po żyłach, tak potężne, że zdawało się wypalać go od środka. Potem wszystko zalał złoty blask. Ciepły. Czysty. Na krótką chwilę przynoszący ulgę. Nie pamiętał skąd się wziął, lecz instynktownie czuł, że właśnie on wydarł go śmierci. Nie potrafił jednak naprawić tego, co śmierć zdążyła zniszczyć.
Po jego skroni powoli spłynęła łza, zatrzymując się na poduszce. Nie płakał dlatego, że cierpiał. Nie dlatego, że się bał. Płakał, ponieważ po raz pierwszy w życiu zrozumiał, jak niewyobrażalnie okrutne potrafi być ocalenie.
Victor Isbell odzyskał przytomność.

1 komentarz:

  1. Nie zdziwiłoby mnie, jakby ta Jocelyn się pojawiła (niekoniecznie na jawie), a zważywszy na okoliczności, byłoby to dla Annabel pomocne. Smoki żyją długo. No chyba, że coś innego niż czas, je uśmierci.
    Charlie oczywiście służyłby wsparciem, cokolwiek by się z nią nie działo, o ile ona zdecyduje się go też w to wszystko wtajemniczyć. Powinna, bo wygląda to nieciekawie i wychodzi na to, że lada chwila (konkretniej przy następnej takiej przemianie w smoka) może zatracić doszczętnie swoje człowieczeństwo i "zesmoczyć się" na amen. Jedno możliwe zakończenie już jest xD
    Z innej beczki, mam od dawna przeczucie, że Christine i Sliloh zostaną wreszcie pojmani (nie życzę im, żeby nie było), a teraz jeszcze, że zdradzeni przez kogoś zaufanego. Nie da się tak uciekać i kryć w nieskończoność i jak słusznie dało się tu odczuć, to nie jest życie, którego by chcieli.
    Skoro o życiu mowa, to jest jedna postać, której śmierci (jeśli tu nastąpi) nie wybaczę. Dałam w przeszłości dość wskazówek, żeby dało się jej domyślić.

    Zdrowia i weny!

    OdpowiedzUsuń