wtorek, 4 czerwca 2019

VI

Wybiła godzina wieczerzy. Jadalnia, zwykle wypełniona mieszkańcami zamku, tym razem sprawiała wrażenie niemal opustoszałej. Przy wielkim, dębowym stole siedziały tylko dwie osoby – brat i siostra. Rodzeństwo, bliższe sobie już być nie mogło. Kiedyś gotowi byli skoczyć za sobą w ogień, dziś z trudem potrafili spojrzeć sobie w oczy.
Oboje niecierpliwie wyczekiwali pojawienia się gościa, który przerwie niezręczną ciszę. Co chwilę zerkali na stojący pod ścianą zegar, którego miarowe tykanie było jedynymdźwiękiem rozbrzmiewającym w sali.
Pięć minut.
Dziesięć.
Piętnaście.
Król z coraz większą irytacją wystukiwał ciężkim, mosiężnym pierścieniem rytm o blat stołu. Nie znosił spóźnialskich. Aby dać temu wyraz, sam zawsze pojawiał się na miejscu przed wyznaczoną godziną.
Jedno było pewne – jeszcze nigdy nikt nie kazał mu czekać tak długo.
Z każdą chwilą uderzenia stawały się głośniejsze i częstsze. Choć na jego twarzy wciąż malował się spokój, Christine znała brata aż nazbyt dobrze. Nieśmiało zerknęła w jego stronę. Odpowiedział jej uśmiechem, który wydał się jej chłodny i wymuszony.
– Jak minęło spotkanie z księciem Skye, Christine? – odezwał się w końcu Victor, najwyraźniej chcąc przerwać ciszę.
– Skye jest bardzo piękną wyspą, Wasza Wysokość. Książę okazał się niezwykle uprzejmy, a jego poddani przyjęli mnie z ogromną serdecznością.
Christine mówiła ostrożnie, ograniczając się do najbardziej ogólnych informacji. Nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo niepokoją ją decyzje brata związane z wojną. Wysłanie jej w ramiona obcego mężczyzny w imię politycznego sojuszu było dla niej ceną zbyt wysoką.
Od dziecka uczono ją posłuszeństwa. Najpierw wobec króla, później wobec przyszłego męża. Nieważne, że miała własny rozum i własne pragnienia. Miała być ozdobą u boku wybranego dla niej mężczyzny, a z czasem królową i matką następcy tronu. Choć czuła się sprzedana niczym element politycznej układanki, nie potrafiła sprzeciwić się własnemu losowi. Nigdy nie przygotowano jej do samodzielnego życia.
– Jeremy wydawał się zachwycony twoją urodą, siostro. – Victor upił łyk wina. – Napisał mi nawet, że z niecierpliwością wyczekuje dnia waszego ślubu.
Christine mimowolnie zadrżała.
Doskonale wiedziała, co oznacza małżeństwo. Nie chciała o tym myśleć. Liczyła na cud. Na zakończenie wojny. Albo na kogoś, kto odważy się przemówić królowi do rozsądku, nie obawiając się jego gniewu.
W tej samej chwili drzwi jadalni otworzyły się i do środka weszła Annabel.
Była lekko zadyszana, choć usilnie starała się to ukryć. Zatrzymała się kilka kroków od stołu, skłoniła się nisko i uśmiechnęła z uprzejmością.
– Proszę wybaczyć spóźnienie, Wasza Wysokość. Zgubiłam drogę w ogrodach. Ich piękno okazało się... wyjątkowo zwodnicze.
– Martwiliśmy się o ciebie, kuzynko. – Victor zmarszczył brwi. – Sir Euan powinien przez cały czas pozostawać do twojej dyspozycji. Nie powinien dopuścić do podobnej sytuacji.
– Sir Euan wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu, Wasza Wysokość. To ja poprosiłam go, by zostawił mnie samą, a później nierozważnie oddaliłam się zbyt daleko.
Nie zamierzała wplątywać rycerza w swoje sprawy. Od pierwszego dnia sprawiał wrażenie bezgranicznie lojalnego wobec króla i trudno byłoby komukolwiek uwierzyć, że zaniedbał swoje obowiązki. Poza tym nie wiedział nic o jej wcześniejszej wyprawie poza granice Dresden. Gdyby został przesłuchany, mógłby nieświadomie zaszkodzić bardziej sobie niż jej.
Dlatego bez wahania wzięła całą winę na siebie, przekonana, że Victor i tak nie zdecyduje się jej ukarać.
– Annabel...
Usłyszała cichy głos.
Dopiero wtedy spojrzała na osobę siedzącą naprzeciwko.
Na moment zabrakło jej tchu.
Jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem ukochanej kuzynki, z którą dzieliła najpiękniejsze wspomnienia dzieciństwa. Całkowicie zapomniała o królu. Istniała już tylko Christine.
Przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.
Wyrosła na niezwykle piękną kobietę. Jej twarz zachowała delikatne rysy, cera była niemal nieskazitelna, a jasne włosy połyskiwały w świetle świec niczym jedwab. Już jako dziecko uchodziła za najpiękniejszą dziewczynkę w całym królestwie. Teraz jej uroda wydawała się jeszcze bardziej olśniewająca.
Jednak to nie ona przyciągała uwagę Annabel.
Najwięcej mówiły oczy.
A oczy Christine przepełniał ból.
Nawet starannie ukryte cienie pod nimi nie były w stanie zamaskować zmęczenia i cierpienia, które od pierwszej chwili dostrzegła kuzynka.
– Christine...
Księżniczka poderwała się z miejsca i bez chwili wahania podbiegła do Annabel. Objęła ją z całej siły, jak dziecko odnajdujące po latach najbliższą sobie osobę.
Annabel odwzajemniła uścisk.
Nie zamierzała go przerywać.
Doskonale rozumiała, jak wiele musiała przeżyć Christine. Wojna odcisnęła swoje piętno również na niej, a atmosfera panująca w zamku tylko pogłębiała rany, których nie było widać gołym okiem.
– Myliłam się... – szepnęła jej do ucha. – Jesteś silniejsza ode mnie, Christine.
Księżniczka nic nie odpowiedziała.
Przytuliła ją jeszcze mocniej.
– Fizycznie również... – dodała Annabel z rozbawieniem, z trudem łapiąc oddech.
Christine natychmiast odsunęła się od niej i spojrzała z zakłopotaniem.
Annabel odpowiedziała jej ciepłym uśmiechem.
Po chwili obie wybuchnęły szczerym śmiechem.Victor obserwował je przez chwilę w milczeniu. Na jego twarzy pojawił się cień dawnego uśmiechu, tego samego, którym niegdyś witał je po dziecięcych psotach. Wstał od stołu i z właściwą sobie dworską elegancją podszedł do obu kuzynek.
– Chodźcie. Kolacja wystygnie szybciej, niż zdążymy nadrobić wszystkie lata rozłąki.
Ujął obie pod ramiona i odprowadził je do stołu. Najpierw odsunął krzesło Christine, potem Annabel, dopiero na końcu sam zajął swoje miejsce u szczytu stołu.
Przez dłuższy czas jedynym dźwiękiem pozostawał cichy stuk sztućców i trzask drewna płonącego w kominku. Potrawy przygotowane przez królewskich kucharzy nie przypominały skromnych posiłków, do których Annabel przywykła w Rumunii. Pachniały rozmarynem, pieczonym mięsem i świeżym chlebem. Przez krótką chwilę mogła niemal uwierzyć, że nic się nie zmieniło, że wojna nie dotarła jeszcze na Islay, a oni znów byli tylko trójką dzieci wychowujących się pod jednym dachem.
Rozmowa toczyła się spokojnie. Wspominali dawne zabawy w zamkowych ogrodach, lekcje etykiety, przed którymi wszyscy troje próbowali uciekać, i liczne psoty, za które później odpowiadali przed królową. Victor nawet kilka razy się roześmiał, a Christine na krótką chwilę odzyskała dawny blask w oczach.
Jednak pod tą pozorną normalnością kryło się napięcie.
Annabel zauważyła je niemal od razu.
Ilekroć Victor zwracał się do siostry, Christine odpowiadała krótko i uprzejmie, nie podnosząc wzroku znad talerza. Z kolei król niemal ostentacyjnie unikał patrzenia jej w oczy. Ich słowa były poprawne, lecz całkowicie pozbawione rodzinnego ciepła.
Siedząc pomiędzy nimi, Annabel czuła się coraz bardziej nieswojo.
Kilkakrotnie przenosiła spojrzenie z jednego na drugie, licząc, że któreś z nich zdradzi choćby najmniejszy ślad tego, co wydarzyło się podczas jej nieobecności.
Bezskutecznie.
Victor jedynie uśmiechał się z uprzejmością i od czasu do czasu unosił kielich z winem.
Christine odpowiadała jej krótkimi spojrzeniami, w których kryła się wyraźna prośba.
Nie teraz.
Nie przy nim.
Po pewnym czasie rozmowa zeszła na Rumunię.
Rodzeństwo z zainteresowaniem wypytywało Annabel o życie w rezerwacie, o ludzi, których tam poznała, i o smoki, którymi się opiekowała. Słuchali z prawdziwym zdumieniem, gdy opowiadała o codziennych obowiązkach smokologa i o dwóch młodych smokach, które przypadły jej pod opiekę.
Dla nich nie było tajemnicą, kim naprawdę była.
Znali jej drugą naturę.
Wiedzieli również, że plotki o magicznych zdolnościach jej matki nie były jedynie dworskimi wymysłami. To właśnie przez nie królowa przed laty została zmuszona do opuszczenia Islay, pozostawiając rodzinę i znikając bez śladu.
Annabel odpowiadała spokojnie na kolejne pytania, lecz coraz trudniej było jej skupić się na rozmowie.
Od chwili przyjazdu na wyspę nosiła w sobie jedno pytanie, które nie dawało jej spokoju.
Obraz zniszczonych wiosek.
Przerażonych mieszkańców.
Rycerza, którego spotkała poza murami miasta.
I słowa o wojnie, która pochłaniała coraz więcej istnień.Wszystko to wracało do niej z każdą kolejną minutą. Nie potrafiła już dłużej udawać, że nic się nie dzieje.
– Kuzynko, cieszy mnie to, jak dobrze odnalazłaś się w Rumunii. – Victor odłożył kielich i spojrzał na nią z łagodnym uśmiechem. – Przyznam jednak, że wolałbym widywać cię częściej i mieć pewność, że nic ci nie zagraża.

– To bardzo miłe z twojej strony, Wasza Wysokość. Mogę cię jednak zapewnić, że potrafię o siebie zadbać. W Rumunii jestem bezpieczniejsza niż w wielu innych miejscach.
– W to akurat nie wątpię. Zawsze byłaś wyjątkowa.
Sposób, w jaki wypowiedział ostatnie zdanie, sprawił, że Annabel mimowolnie zmarszczyła brwi. W jego głosie zabrzmiała dziwna oficjalność, zupełnie niepasująca do rodzinnej kolacji. Spojrzała pytająco na Christine, lecz ta jedynie bezradnie wzruszyła ramionami.
– Tam naprawdę niczego mi nie brakuje. – Annabel mówiła spokojnie, choć uważnie obserwowała kuzyna. – Ale skoro już rozmawiamy o bezpieczeństwie... martwi mnie sytuacja na Islay. Dochodzą do mnie bardzo niepokojące wieści.
Victor powoli wstał od stołu i zaczął przechadzać się po sali.
– Większość z tych opowieści to zwykłe plotki. – Jego głos pozostawał opanowany. – A przecież doskonale wiesz, jak łatwo plotki potrafią zniszczyć człowieka.
Słowa te uderzyły Annabel mocniej, niż przypuszczał. Przed oczami natychmiast stanęła jej matka. To właśnie plotki doprowadziły kiedyś do jej abdykacji.
– Tak... wiem. – Przerwała na chwilę. – Ale zastanawia mnie coś innego. Skąd bierzecie środki na utrzymanie tak licznej armii?
Victor zatrzymał się.
Przez krótką chwilę w sali panowała całkowita cisza. Król odwrócił się powoli i spojrzał na nią uważnie.
– To sprawa państwowa, Annabel.
– Wiem. Ale ludzie mówią...
– Od kiedy zaczęłaś wierzyć ludziom bardziej niż własnej rodzinie? – przerwał jej chłodno.
Annabel zamilkła.
Nie spodziewała się tak ostrej odpowiedzi.
– Już ci powiedziałem. Plotki należy traktować z dużym dystansem.
Tym razem w jego głosie zabrzmiał wyraźny rozkaz.Dziewczyna opuściła wzrok.
Jeszcze kilka lat wcześniej odpowiedziałaby bez wahania. Pokłóciłaby się z nim, próbowałaby przekonać go do swoich racji, być może nawet obraziła się i wyszła z sali.
Teraz było inaczej. Nie rozmawiała z kuzynem, a z królem. Słowa monarchy ważyły znacznie więcej niż słowa chłopca, z którym niegdyś biegała po zamkowych korytarzach.
Victor westchnął ciężko. Najwyraźniej sam uznał, że posunął się o krok za daleko.
Podszedł do Annabel i wyciągnął w jej stronę dłoń.Dziewczyna uniosła wzrok. Na jego twarzy nie było już chłodu, lecz szczery żal.
Zawahała się tylko przez moment, po czym ujęła jego rękę i wstała od stołu.
Victor delikatnie zamknął jej dłonie w swoich i zgodnie z dawnym dworskim zwyczajem ucałował je.
– Wybacz mi, kuzynko. Nie powinienem był odpowiadać w ten sposób. Rozumiem, że martwisz się o Islay. Po tylu latach rozłąki masz do tego pełne prawo.
Annabel poczuła ukłucie wyrzutów sumienia.
Może rzeczywiście posunęła się za daleko.
Może osądziła go zbyt pochopnie, opierając się wyłącznie na słowach obcego człowieka i własnych podejrzeniach.
Już chciała odpowiedzieć, gdy ciszę rozdarł gwałtowny trzask zamykanych drzwi.
Oboje odwrócili głowy. Christine zniknęła.
Annabel natychmiast spojrzała na Victora. Król odprowadził wzrokiem zamknięte drzwi, po czym jedynie ciężko westchnął.
– Musisz wybaczyć jej zachowanie. – Uśmiechnął się blado. – Nie najlepiej znosi myśl o zbliżającym się ślubie.
Annabel nie odpowiedziała od razu. Coś w sposobie, w jaki to powiedział, wydało jej się nienaturalne.
– Wasza Wysokość... czy mogłabym już odejść? Chciałabym porozmawiać z Christine.
Victor przez chwilę przyglądał się jej uważnie, jakby rozważał, czy powinien się zgodzić. Ostatecznie skinął głową.
– Oczywiście.
Nie czekając ani chwili dłużej, Annabel opuściła jadalnię.
Na zamkowych korytarzach panowała cisza. Jedynie echo jej kroków odbijało się od kamiennych ścian. Nie wiedziała, dokąd pobiegła Christine, lecz dzięki sir Euanowi szybko odnalazła komnaty księżniczki.
Zapukała cicho. Nie usłyszała odpowiedzi. Po chwili ostrożnie nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Christine siedziała na łóżku, pochylona nad niewielkim, błyszczącym przedmiotem, który obracała w dłoniach z niezwykłą ostrożnością.
Annabel od razu go rozpoznała.
– Christine... – odezwała się cicho. – Mogę wejść?
Księżniczka drgnęła.
Szybko wsunęła przedmiot pod poduszkę, otarła rękawem policzki i spróbowała opanować drżący oddech.
Dopiero wtedy Annabel zauważyła ślady łez na jej twarzy.
Odwróciła się jeszcze do sir Euana.
– Zaczekaj przed drzwiami. I nie wpuszczaj nikogo, dopóki cię nie zawołam.
Rycerz skinął głową.
Annabel zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok kuzynki.
– Nie musiałaś tego przede mną chować.
Christine spuściła wzrok.
– Nie chciałam, żebyś mnie oceniała. Pewnie myślisz, że już dawno o nim zapomniałam.
– Nie powiedziałabym tego. – Annabel uśmiechnęła się smutno. – Choć rzeczywiście... dość niezwykłe jest przechowywanie prezentu od innego mężczyzny, kiedy jest się zaręczoną.
Na twarzy Christine pojawiło się poczucie winy.
Annabel westchnęła cicho.
Od dziecka wiedziała, komu naprawdę oddała serce jej kuzynka.
– Dlaczego ukrywasz swoje uczucia przed królem? – zapytała cicho.
Pytanie było właściwie retoryczne. Odpowiedź znała od dawna. Christine gorzko się uśmiechnęła.
– Chyba z tego samego powodu, dla którego ty wymykasz się z zamku bez wiedzy mojego brata.
Annabel znieruchomiała. Zmarszczyła brwi. Skąd Christine mogła o tym wiedzieć?
Przecież przez kilka dni nie było jej na wyspie.
Czy jej dar jasnowidzenia rozwinął się jeszcze bardziej?
Przez chwilę milczała.
Nie widziała sensu okłamywać jedynej osoby, której nadal ufała.
– Christine... próbowałam dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się na Islay. Chciałam zrozumieć, dlaczego wszyscy są tak przerażeni. Zamiast odpowiedzi narobiłam tylko więcej zamieszania.
– Wieści rozchodzą się po Dresten szybciej, niż myślisz. – Christine spojrzała na nią ze smutkiem. – Ludzie już zaczynają mówić o tobie tak samo, jak kiedyś mówili o twojej matce. Powinnaś była wezwać strażników, a nie działać sama. Nachyliła się bliżej i niemal wyszeptała:
– Jeśli będziesz postępować w ten sposób... ludzie zaczną się ciebie bać.
– Wiem. – Annabel opuściła wzrok. – To nie było rozsądne. Ale nie mogłam pozwolić, żeby tamta rodzina zginęła.
Po chwili podniosła głowę.
– Powiedz mi tylko jedno. Czy strażnicy naprawdę okradają ubogich z rozkazu Victora?
Christine parsknęła cichym, gorzkim śmiechem. Reakcja kuzynki całkowicie wybiła Annabel z rytmu. Dziewczyna milczała, wpatrując się w nią z narastającym niepokojem.
– Wiem, że pod tą maską chłodu i dystansu kryje się osoba o dobrym sercu, Annabel. – Christine mówiła łagodnie. – Ale czasami potrafisz być naiwna jak dziecko.
Annabel spuściła wzrok.
– Znasz mojego brata równie dobrze jak ja. A może nawet lepiej. Naprawdę uwierzyłaś, że świadomie rozkazałby swoim ludziom okradać własnych poddanych?
– Ja...
– Victorowi można zarzucić wiele. – Christine westchnęła ciężko. – Nie rządzi tak, jak powinien. Bywa porywczy, uparty i zbyt łatwo daje się ponieść emocjom. Ale nie dopuściłby się czegoś takiego... przynajmniej nie świadomie.
– Co masz na myśli?
– To, że często przymyka oczy na sprawy, którymi powinien się zająć. Całą uwagę poświęca wojnie. Chce ją wygrać za wszelką cenę i przez to nie dostrzega wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Annabel zamilkła. Tego nie brała pod uwagę. Jeżeli Christine miała rację, Victor nie musiał wydawać podobnych rozkazów osobiście. Wystarczyło, że przestał kontrolować ludzi działających w jego imieniu.
– Czyli uważasz, że pragnie ochronić wyspę... ale zatraca się w tym celu?
– Właśnie tak.
Zapadła długa cisza.
Christine nagle chwyciła Annabel za ramiona.
Jej jasne, nienaturalnie błękitne oczy ponownie zaszkliły się od łez.
– Proszę cię... wyjedź stąd jak najszybciej.
Annabel spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Dopiero przyjechałam.
– Właśnie dlatego.
Christine puściła jej ramiona i usiadła z powrotem na łóżku. Przez chwilę wpatrywała się w błyszczący przedmiot, który znów obracała w dłoniach.
– Mój brat nie zaprosił cię tutaj bez powodu.
Serce Annabel zabiło mocniej.
Od początku czuła, że za tym zaproszeniem kryje się coś więcej.
– Wiesz, o co chodzi.
Christine nie odpowiedziała.
– Wiesz... prawda?
– Victor sam powinien ci to powiedzieć. – Jej głos był ledwie słyszalny. – I tak powiedziałam już zbyt wiele.
Annabel gwałtownie wstała. Gniew, niepokój i poczucie wykorzystania narastały z każdą chwilą.
– Sama z niego to wyciągnę.
Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem opuściła komnatę. Za jej plecami Christine nie próbowała jej zatrzymać.
Siedziała nieruchomo na łóżku, zaciskając w dłoni niewielki przedmiot ukryty wcześniej pod poduszką. Doskonale wiedziała, że od tej chwili nic już nie będzie takie jak dawniej.