Kilka dni później siedział samotnie w archiwum rezerwatu. Za wysokimi oknami powoli zapadał zmrok, a jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę pozostawał szelest przewracanych pergaminów i cichy trzask drewna płonącego w kominku. Od rana przeglądał dokumenty, które na pierwszy rzut oka nie przedstawiały już żadnej wartości. Listy płac, ewidencje strażników, wykazy pracowników technicznych, raporty transportowe. Wiedział, że odpowiedź mogła kryć się właśnie tam, gdzie od lat nikt już nie zaglądał. Przerzucał kolejne strony niemal mechanicznie. Coraz częściej łapał się na tym, że czyta nazwiska, nie zapamiętując ich nawet przez chwilę. Dopiero kiedy jego wzrok zatrzymał się na jednym z nich, coś nie pozwoliło mu przewrócić następnej kartki.
Jurij Wołkow.
Strażnik.
Charlie zmarszczył brwi. Nazwisko wydawało się dziwnie znajome, choć nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie widział je wcześniej. Zamknął oczy i przez chwilę próbował uporządkować własne wspomnienia. Nie chodziło o rozmowę ani raport. To było jedynie krótkie mignięcie nazwiska, które musiało przemknąć mu przed oczami podczas pierwszych dni analiz. Odsunął od siebie pergamin i sięgnął po kolejne segregatory. Przez następnych kilka godzin przeszukiwał wszystko, co mogło mieć związek z dawnym ośrodkiem pod Murmańskiem. Wykazy strażników, listy zmian, raporty służbowe, ewidencję transportów i dokumentację kadrową. Im głębiej zaglądał do archiwów, tym wyraźniej dostrzegał, że historia tego miejsca urywała się nagle. Nazwisko Jurija Wołkowa pojawiało się regularnie przez jedenaście lat, po czym znikało całkowicie, jakby człowiek, który przez tyle czasu pełnił tam służbę, nigdy nie istniał.nCharlie odchylił się na oparcie krzesła i przez chwilę wpatrywał się w sufit. Nie wyglądało to jak zwykłe zakończenie pracy ani przejście na emeryturę. Zbyt wiele dokumentów kończyło się dokładnie w tym samym momencie. Ktoś zamknął historię Murmańska jednym ruchem pióra, pozostawiając po niej jedynie strzępy informacji. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Jeszcze tego samego dnia złożył wniosek o udostępnienie rosyjskich archiwów Ministerstwa Magii. Nie spodziewał się wiele. Minęło przecież tyle lat, że większość dokumentów mogła zostać utajniona albo zwyczajnie zaginąć. Mimo to kilka dni później otrzymał zgodę. Z nową teczką pod pachą niemal natychmiast wrócił do archiwum.
Przez długi czas nie znajdował niczego, czego już wcześniej by nie wiedział. Kolejne strony wypełniały urzędowe formularze, spisy ludności i meldunki administracyjne. Dopiero pod sam koniec natrafił na krótki wpis zapisany drobnym, starannym pismem.
Jurij Aleksandrowicz Wołkow.
ul. Kurkińskoje Szosse 41.
Moskwa.
Charlie przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od pożółkłego pergaminu. Delikatnie przesunął palcem po zapisanym atramentem adresie, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tam jest. Po raz pierwszy od chwili odnalezienia laboratorium pod Murmańskiem trzymał w rękach coś więcej niż kolejne nazwisko zapisane w archiwach albo urwany fragment nagrania zapisany na starej kasecie magnetofonowej. Miał człowieka. Kogoś, kto przeżył wydarzenia, o których wszyscy pozostali zdawali się już tylko milczeć. Powoli zamknął teczkę i oparł się wygodniej na krześle. W ciszy archiwum słyszał jedynie trzask ognia i cichy szelest pergaminów przewracanych przez bibliotekarkę kilka regałów dalej. Przez ostatnie tygodnie gromadził pojedyncze elementy cudzej historii, próbując ułożyć z nich spójną całość. Teraz po raz pierwszy miał szansę porozmawiać z kimś, kto nie był nazwiskiem w raporcie ani głosem zapisanym na taśmie.bNie zastanawiał się długo, decyzję podjął niemal natychmiast. Następnego ranka miał opuścić Rumunię i wyruszyć do Moskwy.
Podróż do Moskwy zajęła Charliemu większą część dnia. Kiedy w końcu wysiadł na dworcu, przez chwilę stał nieruchomo na peronie, pozwalając, by chłodne powietrze wypełniło mu płuca. Miasto było zupełnie inne od tego, do czego przywykł w Rumunii. Nie było tu gór, skalnych ścian ani odległego ryku smoków niosącego się po dolinie. Zamiast tego wszędzie słyszał rozmowy, stukot kroków, skrzypienie powozów i nawoływania ludzi spieszących w swoich sprawach. Moskwa żyła własnym rytmem, obojętna na to, że jeden z jej mieszkańców przez lata nosił w sobie wspomnienia miejsca, którego Charlie szukał.
Adres znalazł bez większego trudu. Kurkińskoje Szosse prowadziło przez północno-zachodnie obrzeża miasta, gdzie zabudowa stawała się rzadsza, a wysokie kamienice ustępowały starszym domom otoczonym ogrodami. Charlie kilkakrotnie sprawdzał numer zapisany na pergaminie, zanim zatrzymał się przed drewnianym ogrodzeniem. Dom nie wyglądał na opuszczony, ale również nie sprawiał wrażenia miejsca, do którego ktokolwiek chętnie zapraszał obcych. Za szybami nie paliło się światło, ogród był zaniedbany, a ścieżka prowadząca do drzwi zniknęła niemal całkowicie pod warstwą wilgotnych liści.
Zapukał.
Nie odpowiedział mu żaden głos. Odczekał chwilę i zapukał ponownie, tym razem mocniej. Dopiero po dłuższej chwili usłyszał za drzwiami powolne kroki. Zamek szczęknął, drzwi uchyliły się zaledwie na kilka cali, a w powstałej szczelinie pojawiła się twarz starszego mężczyzny. Jurij Wołkow wyglądał na człowieka, który postarzał się znacznie szybciej, niż powinien. Miał szerokie ramiona, posiwiałe włosy i głębokie zmarszczki wokół oczu, ale jego spojrzenie wciąż pozostawało czujne. Charlie od razu zauważył dłonie. Były duże, pokryte bliznami i zgrubiałe od pracy. Dłonie człowieka, który przez większą część życia miał do czynienia nie z papierami, lecz z ciężkimi przedmiotami i stworzeniami, których nie dało się poskromić samą siłą.
— Czego pan chce? — zapytał Jurij po rosyjsku.
Charlie odpowiedział w tym samym języku, choć z wyraźnym obcym akcentem.
— Nazywam się Charlie Weasley. Jestem smokologiem. Pracuję w rumuńskim rezerwacie.
Jurij przez moment patrzył na niego bez słowa.
— Nie interesują mnie rezerwaty.
— Wiem. Przyjechałem z powodu Murmańska.
Zmiana na twarzy starszego mężczyzny była ledwie zauważalna. Szczęka zacisnęła mu się na moment, a dłoń mocniej ścisnęła krawędź drzwi. Gdyby Charlie nie spędził tylu lat wśród smoków, prawdopodobnie w ogóle by tego nie dostrzegł.
— Nie mam nic do powiedzenia.
— Pracował pan tam przez jedenaście lat.
— Pracowało tam wielu ludzi.
— Ale niewielu przeżyło do końca.
Jurij spojrzał na niego ostrzej. Przez chwilę Charlie miał wrażenie, że drzwi zostaną zatrzaśnięte. Starszy mężczyzna jednak tylko wypuścił powoli powietrze i odsunął się o krok.
— Niech pan wraca do Anglii.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Charlie zawahał się tylko przez moment.
— Bo znalazłem coś, czego nie powinienem był znaleźć.
Jurij nie odpowiedział.
— Kasety — dodał Charlie. — Nagrania z projektu Symbion.
Tym razem reakcja była wyraźniejsza. Jurij cofnął się, jakby nazwa projektu uderzyła go fizycznie. Przez krótką chwilę patrzył gdzieś ponad ramieniem Charliego, a jego twarz straciła cały wcześniejszy chłód.
Przed oczami przemknął mu obraz sprzed wielu lat.
Korytarz oświetlony niebieskawym światłem zaklęć. Zapach spalonego metalu. Krople wody spadające z sufitu, mieszające się z czymś ciemnym na kamiennej posadzce. Pamiętał własne dłonie zaciskające się na różdżce i czyjś krzyk dochodzący zza stalowych drzwi. Pamiętał, że wtedy ktoś powiedział, żeby ich nie wypuszczać. Pamiętał również, że mimo rozkazu drzwi zaczęły się otwierać.
Jurij mrugnął i wspomnienie zniknęło. Charlie zauważył, że starszy mężczyzna pobladł.
— Pan wie, o czym mówię — powiedział cicho.
Jurij długo się nie odzywał. W końcu pokręcił głową.
— Powiedziałem, że nie mam nic do powiedzenia.
— Nie musi mi pan opowiadać wszystkiego. Potrzebuję tylko informacji o ludziach, którzy tam pracowali. O laboratorium. O Hybrydach.
— Nie.
— Nawet jeśli mogę dzięki temu zrozumieć, co dzieje się teraz?
Jurij spojrzał na niego z czymś, co przypominało gniew, lecz pod nim Charlie dostrzegł przede wszystkim strach.
— Niech pan posłucha człowieka starszego od siebie. Są rzeczy, których lepiej nie rozumieć.
Charlie nie odwrócił wzroku.
— Być może. Ale jeśli to, co widziałem w Murmańsku, ma związek z tym, co dzieje się teraz w rumuńskim rezerwacie, nie mogę udawać, że tego nie zauważyłem.
Jurij przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Potem jego spojrzenie przesunęło się na skórzaną torbę przewieszoną przez ramię Charliego.
— Ma pan te kasety?
— Tak.
— Proszę je wyrzucić.
— Nie.
Odpowiedź padła spokojnie, bez prowokacji. Jurij chyba właśnie tego się nie spodziewał.
— Uparty z pana człowiek.
Charlie pozwolił sobie na cień uśmiechu.
— Często to słyszę.
— To nie jest powód do dumy.
— W tym przypadku może być.
Starszy mężczyzna przez moment wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć, lecz ostatecznie tylko pokręcił głową. Wtedy zza domu dobiegł odgłos otwieranych drzwi.
Charlie odwrócił głowę. Młoda kobieta stała kilka metrów dalej przy drewnianej komórce. Miała ciemne włosy związane niedbale na karku i gruby płaszcz narzucony na ramiona. W jednej dłoni trzymała kosz z drewnem. Zatrzymała się, widząc obcego mężczyznę rozmawiającego z jej wujem. Jurij również ją zauważył.
— Nadieżda, idź do domu.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok przesunął się z wuja na Charliego, a potem na skórzaną torbę, którą trzymał przy sobie. Wyraźnie próbowała zrozumieć, co sprowadziło go aż tutaj.
— To ten smokolog z Rumunii? — zapytała.
Jurij zmarszczył brwi.
— Skąd wiesz?
— Widziałam go wcześniej w mieście.
Charlie spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale Nadieżda tylko uśmiechnęła się pod nosem i odłożyła kosz przy ścianie.
— Nie przeszkadzajcie sobie — powiedziała spokojnie, po czym ruszyła w stronę domu.
Charlie odprowadził ją wzrokiem tylko przez chwilę. W jego głowie wciąż znajdowało się Murmańsk, Symbion i kasety. Nie zwrócił więc uwagi na to, że dziewczyna obejrzała się za nim jeszcze raz. Jurij tymczasem nadal stał w drzwiach.
— Niczego pan ode mnie nie dostanie.
— Rozumiem.
— Naprawdę?
— Nie. Ale szanuję pana decyzję.
Starszy mężczyzna zmrużył oczy, jakby po raz pierwszy nie wiedział, co odpowiedzieć. Charlie odwrócił się i ruszył ścieżką prowadzącą do bramy. Nie zdobył ani jednego nazwiska, ani jednej konkretnej informacji. Mimo to nie uważał wizyty za stratę czasu. Jurij zareagował na nazwę Symbion. Znał kasety. I coś ukrywał.
Za mało, by napisać raport, lecz wystarczająco dużo, by nie odpuścić.
Kiedy Charlie zniknął za zakrętem, Nadieżda wróciła do przedpokoju. Oparła się plecami o ścianę i przez chwilę milczała, słuchając kroków oddalającego się mężczyzny.
— Nie powinieneś był z nim rozmawiać — powiedziała cicho.
Jurij spojrzał na nią ponuro.
— Nie rozmawiałem.
— Jak na ciebie to była bardzo długa rozmowa.
Starszy mężczyzna nie odpowiedział. Nadieżda podeszła do okna i odsunęła firankę. Charlie był już daleko, lecz nadal mogła dostrzec jego sylwetkę.
— On wróci — powiedziała.
— Nie wróci.
— Wróci.
Jurij westchnął ciężko.
— Skąd ta pewność?
Nadieżda odwróciła się do niego z lekkim uśmiechem.
— Bo patrzył na ciebie dokładnie tak, jak ty patrzyłeś na mnie, kiedy byłam mała i pytałam o Murmańsk.
Jurij zesztywniał.
Dziewczyna nic więcej nie dodała. Podeszła do starej szafy stojącej przy ścianie, otworzyła dolną szufladę i przez chwilę szukała czegoś pod stertą pożółkłych gazet. Po chwili jej palce zatrzymały się na drewnianej okładce Albumu, którego Jurij nie widział od wielu lat.
Nadieżda wyjęła go ostrożnie i przycisnęła do piersi. Pamiętała, jak kilka lat wcześniej znalazła go wśród rzeczy przeznaczonych do spalenia. Nie wiedziała wtedy, co przedstawiały fotografie ani dlaczego jej wuj próbował się ich pozbyć. Wiedziała tylko, że kiedy przypadkiem otworzyła album, zobaczyła na pierwszym zdjęciu młodego Jurija stojącego przed ogrodzeniem dawnego ośrodka, a za nim, na drugim planie, znajdował się smok, którego Charlie z pewnością rozpoznałby natychmiast. Nadieżda nie otworzyła albumu od razu. Przez chwilę trzymała go w dłoniach, patrząc na zamkniętą okładkę z takim skupieniem, jakby sama obecność tego przedmiotu mogła sprowadzić do domu wszystko, o czym jej wuj przez lata nie chciał mówić. Okładka była wytarta na krawędziach, skóra popękała od wilgoci i wieku, a mosiężne zapięcie pokrywała cienka warstwa ciemnego nalotu. W prawym dolnym rogu wciąż można było dostrzec ledwie widoczne litery, których większość dawno się starła. Nadieżda pamiętała dzień, w którym znalazła album w starej skrzyni przeznaczonej do spalenia. Jurij nie zauważył wtedy, że jedna z rzeczy, które wrzucił na stos, wypadła na ziemię. Ona podniosła ją później, zaciekawiona fotografiami wystającymi spomiędzy kart. Nie rozumiała wtedy, dlaczego wuj chciał pozbyć się czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zwykła pamiątka po młodości. Dopiero po latach zaczęła rozpoznawać miejsca i ludzi, których wcześniej znała wyłącznie z jego milczenia.
— Nie powinnaś tego wyciągać — odezwał się Jurij zza jej pleców.
Nadieżda spojrzała na niego przez ramię.
— A jednak właśnie to zrobiłam.
— Odłóż.
— Nie zrobię tego.
W głosie dziewczyny nie było buntu. Była za to spokojna pewność, której Jurij nauczył ją przez lata, choć prawdopodobnie nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Westchnął ciężko i odsunął się od okna. Nie próbował zabrać jej albumu. Wiedział, że jeśli teraz to zrobi, tylko utwierdzi ją w przekonaniu, że kryje w nim coś, czego powinna szukać.
— Ten człowiek nie powinien tego oglądać — powiedział po chwili.
— Być może.
— Nadieżda...
— Wujku, on i tak będzie szukał dalej.
Jurij spojrzał na nią z irytacją.
— Nie znasz go.
— Widziałam, jak patrzył na ciebie.
Starszy mężczyzna milczał.
— Nie patrzył jak ktoś, kto chce zrobić ci krzywdę — dodała spokojniej. — Patrzył jak ktoś, kto naprawdę chce wiedzieć.
Jurij pokręcił głową.
— Ciekawość nie wystarczy.
— Jemu chyba wystarczy upór.
Tym razem na twarzy Jurija pojawił się cień uśmiechu, choć szybko zniknął. Odwrócił się i podszedł do kominka. Przez chwilę patrzył na ogień, jakby próbował znaleźć w nim odpowiedź, której nie potrafił udzielić człowiekowi stojącemu kilka minut wcześniej przed jego domem.
— Nie wiesz, czego szuka — powiedział w końcu.
— Wiem, że szuka kontaktu.
— To nie jest takie proste.
— Wiem.
Nadieżda otworzyła album. Pierwsze fotografie były niemal całkowicie wyblakłe. Niektóre miały poszarpane brzegi, inne nosiły ślady wilgoci, a kilka zostało sklejonych ze sobą tak mocno, że próba ich rozdzielenia mogłaby zniszczyć papier. Na jednej z pierwszych stron znajdowała się grupa młodych pracowników stojących przed drewnianym barakiem. Nadieżda rozpoznała Jurija niemal od razu. Był wtedy znacznie młodszy, miał ciemne włosy i twarz pozbawioną zmarszczek, które dziś sprawiały, że wyglądał na człowieka starszego o całe pokolenie. Stał nieco z boku, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzył w stronę fotografa z wyrazem lekkiego rozbawienia.
Dziewczyna przesunęła palcem po fotografii.
— To było przed pierwszym incydentem?
Jurij nie odpowiedział.
— Wujku.
— Nie pamiętam.
Nadieżda spojrzała na niego uważnie. Wiedziała, kiedy kłamał. Nie dlatego, że robił to źle, lecz dlatego, że przy pytaniach dotyczących Murmańska zawsze odpowiadał w ten sam sposób. Mówił, że nie pamięta, choć czasami przez długie godziny potrafił opowiadać o najdrobniejszych rzeczach ze swojej młodości. Pamiętał pierwszą pracę, pierwszy lot na smoku, który nigdy nie powinien był zostać dopuszczony do hodowli, pamiętał nawet imiona ludzi, których nie widział od czterdziestu lat. Tylko Murmańsk znikał z jego pamięci zawsze wtedy, gdy ktoś próbował o nim zapytać.
Przewróciła kartkę, a na kolejnej fotografii znajdował się wybieg. Za metalowym ogrodzeniem stały dwa smoki. Jeden z nich był duży i masywny, drugi wyraźnie młodszy. Nadieżda nie znała ich gatunków. Dla niej były po prostu smokami. Nie potrafiła dostrzec różnicy w kształcie skrzydeł, proporcjach łusek czy budowie czaszki. Charlie prawdopodobnie potrzebowałby na to kilku sekund.
Na następnym zdjęciu jeden ze smoków odwrócił głowę w stronę fotografa.
Nadieżda zatrzymała palec na krawędzi kartki.
— Ten wygląda inaczej.
Jurij podniósł wzrok.
— Co?
— Nie wiem. Po prostu inaczej.
Starszy mężczyzna spojrzał na fotografię i przez moment jego twarz znów stężała.
— To zwykły smok.
— Jesteś pewien?
— Tak.
Nadieżda nie odpowiedziała. Zamknęła album i spojrzała na niego z ukosa.
— A ten Anglik potrafiłby powiedzieć, co w nim jest nie tak?
Jurij odwrócił się w stronę kominka.
— Jeśli jest smokologiem, pewnie tak.
— Właśnie.
Następnego dnia Charlie wrócił do domu Jurija.
Nie spodziewał się, że drzwi otworzy mu Nadieżda. Stała w progu z kubkiem gorącej herbaty w dłoni i przez krótką chwilę wyglądała na zaskoczoną, choć uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, zdradzał coś zupełnie innego.
— Wiedziałam, że wrócisz.
Charlie spojrzał na nią, a potem na dom.
— Twój wuj powiedział mi wczoraj, żebym więcej nie przychodził.
— Wuj mówi wiele rzeczy, kiedy chce, żeby ludzie dali mu spokój.
Charlie parsknął cicho śmiechem.
— To akurat zauważyłem.
Nadieżda odsunęła się, robiąc mu miejsce.
— Wejdź.
Charlie zawahał się.
— Pan Wołkow wie, że tu jestem?
— Jeszcze nie.
— To chyba powinienem najpierw z nim porozmawiać.
— Jeśli zaczniesz od niego, znowu cię wyrzuci.
Spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem.
— Skąd ta pewność?
— Bo znam go od urodzenia.
Charlie wszedł do środka. Nadieżda zamknęła za nim drzwi i przez chwilę szła obok niego w milczeniu. Dopiero kiedy znaleźli się w niewielkim salonie, wskazała mu krzesło stojące przy stole.
— Usiądź.
Charlie zrobił to, choć nadal nie wiedział, czego właściwie od niego oczekuje. Nadieżda zniknęła na moment w sąsiednim pomieszczeniu, a kiedy wróciła, trzymała pod pachą stary album.
Położyła go przed nim.
Charlie spojrzał na okładkę i natychmiast spoważniał.
— Co to jest?
— Murmańsk.
Jego palce zatrzymały się kilka centymetrów nad albumem.
— Skąd to masz?
— Znalazłam kilka lat temu. Wuj chciał to spalić.
Charlie spojrzał na nią uważnie.
— Dlaczego mi to pokazujesz?
Nadieżda wzruszyła ramionami, choć odpowiedź była znacznie bardziej osobista, niż chciała przyznać.
— Bo od wczoraj myślę o tym, co powiedziałeś. I chyba chcę się dowiedzieć, dlaczego ktoś taki jak ty przyjeżdża aż do Moskwy, żeby pytać o miejsce, o którym Rosyjscy czarodzieje chcą jak najszybciej zapomnieć.
Charlie nie odpowiedział od razu. Otworzył album. Pierwsze fotografie nie powiedziały mu niczego. Widoki baraków, ogrodzeń, śniegu i ludzi w grubych ubraniach mogły przedstawiać dowolny ośrodek na północy Rosji. Dopiero przy kolejnych stronach jego spojrzenie zaczęło zatrzymywać się na szczegółach, których Nadieżda wcześniej nawet nie zauważyła.
Charlie przesunął palcem po jednej z fotografii.
— Poczekaj.
Przybliżył ją do światła.
Na zdjęciu znajdował się młody Jurij stojący przy ogrodzeniu. Za nim widać było smoka, którego większość ciała zasłaniał cień.
— Coś nie tak? — zapytała Nadieżda.
Charlie pokręcił głową.
— Nie wiem jeszcze.
Przewrócił stronę. Na kolejnej fotografii ten sam smok znajdował się bliżej ogrodzenia. Tym razem widać było fragment szyi i przednią część skrzydła.
Charlie pochylił się nad zdjęciem.
— To nie jest ten sam osobnik.
Nadieżda spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Przecież wygląda tak samo.
— Właśnie dlatego większość ludzi tego nie zauważy.
Sięgnął po kolejną fotografię.
— Spójrz na lewą stronę pyska.
Nadieżda zmrużyła oczy.
— Nic nie widzę.
— Jest tam niewielkie pęknięcie łuski. Stare, zagojone. Na pierwszym zdjęciu go nie ma. Przewrócił kolejną kartkę.
— A tutaj jest.
Nadieżda patrzyła na niego coraz uważniej. Charlie nie zwracał uwagi na jej spojrzenie. Całą uwagę skupiał na fotografiach. W jego głowie zaczynały układać się obrazy, których wcześniej nie potrafił połączyć. Murmańsk, Hybrydy, ich nietypowa budowa, różnice w zachowaniu, a przede wszystkim coś, co od początku wydawało mu się znajome, choć nie potrafił tego nazwać - na jednej z fotografii zauważył fragment metalowej tabliczki przymocowanej do ogrodzenia.Od razu przybliżył zdjęcie do oczu.
— Nadieżda, czy twój wuj znał ludzi z tego sektora?
— Nie wiem.
— Muszę z nim porozmawiać.
— Powiedziałam ci, że nie będzie chciał.
Charlie zamknął album.
— W takim razie będę musiał znaleźć inny sposób.
Nadieżda uśmiechnęła się lekko.
— Może już znalazłeś.
Charlie spojrzał na nią pytająco, a
dziewczyna położyła dłoń na okładce albumu.
— Nie wszystkie fotografie są takie same. Niektóre zostały zrobione przez mojego wuja. Inne przez ludzi, których nazwisk nawet nie znam. Jeśli naprawdę potrafisz rozpoznać te stworzenia, może znajdziesz w nich coś, czego mój nie chce ci powiedzieć.
Charlie spojrzał na nią z wdzięcznością, ale jego myśli znów wróciły do fotografii. Nie zauważył więc, że kiedy podziękował jej i pochylił się ponownie nad albumem, Nadieżda uśmiechnęła się szerzej, niż zamierzała. Po raz pierwszy od wielu lat ktoś patrzył na zdjęcia z Murmańska nie jak na wspomnienia, których należy się pozbyć, lecz jak na ślady prowadzące do prawdy. Wtedy też postanowiła mu pomóc, gdyż wiedziała, że tylko tak ściągnie z barków wuja odpowiedzialność za wszytko co mogło wydarzyć się w Murmańsku.
~~~
Pewnego dnia poranne obowiązki przeciągały się dłużej, niż Annabel planowała. Na stole piętrzyły się pergaminy wymagające jej pieczęci, dwa kolejne dekrety czekały na ostateczne poprawki, a spór pomiędzy rybakami z północnego wybrzeża i właścicielami portowych magazynów utknął w miejscu, ponieważ żadna ze stron nie zamierzała ustąpić nawet o krok. Królowa odsunęła ostatni zwój i przetarła zmęczone oczy. Odkąd objęła tron, coraz częściej łapała się na tym, że dzień mijał jej pomiędzy atramentem, mapami i podpisami, choć jeszcze nie tak dawno wydawało jej się, że największym ciężarem władcy będą bitwy. Agatha postawiła przed nią kubek gorącego naparu, lecz zanim Annabel zdążyła po niego sięgnąć, drzwi sali otworzyły się gwałtownie. Sir Euan wszedł szybkim krokiem, zatrzymał się kilka kroków od stołu i skłonił głowę tak pospiesznie, że niemal stracił równowagę.
— Wasza Wysokość... wybaczcie. Nie chciałem przerywać.
Annabel uniosła wzrok znad pergaminów.
— Skoro mimo to przerywasz, zakładam, że masz dobry powód.
Mężczyzna zawahał się. Nie wyglądał na przestraszonego. Bardziej na człowieka, który nie potrafił ubrać w słowa tego, co zobaczył.
— Myślę... nie. Jestem pewien, że powinniście zobaczyć to osobiście.
Królowa przez krótką chwilę wpatrywała się w jego twarz. Sir Euan nigdy nie należał do ludzi, którzy tracili głowę z powodu plotek czy kilku pijanych awanturników. Jeżeli przyszedł po nią osobiście, musiało wydarzyć się coś, czego nie dało się opowiedzieć w kilku zdaniach. Bez słowa odsunęła krzesło.
— Agatho.
— Tak, Pani.
Nie zabrała ze sobą większej straży niż kilku ludzi. Nie chciała, by przejście królowej przez miasto wyglądało jak wojskowy przemarsz. Ruszyli przez główną bramę, mijając mieszkańców, którzy na ich widok schylali głowy zgodnie z dawnym zwyczajem. Wszystko wydawało się takie jak zawsze. Przekupka targowała się z rybakiem o cenę dorszy, dzieci biegały pomiędzy straganami, a z piekarni dochodził zapach świeżego chleba. Dopiero gdy skręcili w jedną z ulic prowadzących ku targowisku, sir Euan zwolnił.
— Tam.
Annabel podniosła wzrok.
Na kamiennym murze ktoś namalował ogromny symbol. Czarna smoła wsiąkła głęboko pomiędzy szczeliny skały, tworząc obraz tak wyraźny, jakby powstał wiele dni wcześniej, a nie podczas jednej nocy. Smok o rozłożonych skrzydłach został opleciony ciężkim łańcuchem. Ogniwa wbijały się w jego szyję i skrzydła, zaciskając się z każdym kolejnym splotem, aż w końcu cała sylwetka zdawała się niknąć pod zimnym żelazem. Pod rysunkiem zaś widniały tylko dwa słowa.
Łańcuch chroni.
Annabel nie odezwała się ani słowem. Podeszła bliżej, przyglądając się śladom smoły. Dotknęła kamienia opuszkami palców. Była już zimna.
— Kiedy?
— Musieli zrobić to w nocy. Patrol przechodził tędy tuż przed świtem. Ściana była czysta.
Agatha również podeszła bliżej, lecz nie patrzyła na symbol. Doświadczenie kazało jej obserwować ludzi. Po drugiej stronie ulicy starszy mężczyzna zatrzymał się z koszem drewna pod pachą. Spojrzał na malunek, potem na królową i po chwili odszedł, nie spuszczając wzroku z ziemi. Kilku młodych chłopaków stojących przy studni przerwało rozmowę. Jeden z nich uśmiechnął się ledwie zauważalnie, drugi szturchnął go łokciem i obaj ruszyli dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
— To nie jedyny — odezwał się strażnik. — Znaleźliśmy następne.
Ruszyli dalej.
Na ścianie starego spichlerza widniało pojedyncze ogniwo łańcucha zamknięte w okręgu przypominającym herb. Kilkadziesiąt kroków dalej ktoś namalował ludzką dłoń zaciskającą się na zerwanym łańcuchu, a pod nią krótki napis:
LUDZIE PONAD BESTIAMI.
Annabel zatrzymała się ponownie. Tym razem nie podeszła do ściany. Jej wzrok powędrował w stronę ulicy. Młoda kobieta z małą dziewczynką przyspieszyła kroku, odciągając dziecko od muru. Dwóch kupców stało naprzeciw siebie i rozmawiało półgłosem, raz po raz zerkając na symbol. Starsza zielarka pokręciła głową z dezaprobatą, lecz nie powiedziała ani słowa. Za to brodaty rybak, którego Annabel dobrze pamiętała z jednej z wcześniejszych audiencji, zatrzymał się przed malunkiem na dłużej. Obejrzał go uważnie, po czym odszedł z rękami splecionymi za plecami. Nie było okrzyków, zamieszek ani tłumu. Jedynie spojrzenia, które zaniepokoiły Annabel bardziej niż sama smoła na murach.
— Ilu?
— Na razie doliczyliśmy się dwudziestu trzech symboli. Meldunki nadal spływają.
— Wszystkie takie same?
— Nie.
Euan pokręcił głową.
— Podobne. Każdy trochę inny.
Annabel zmarszczyła brwi. Nie wyglądało to na dzieło jednego człowieka. Jeden malował smoka, drugi ograniczał się do samego łańcucha, ktoś inny pisał wyłącznie hasła. Różniły się wykonaniem, wielkością i miejscem, lecz wszystkie prowadziły do tej samej myśli.
Agatha dostrzegła, jak Annabel powoli odwraca wzrok od ściany.
— O czym myślisz?
Królowa nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w ulicę, po której zwyczajnym krokiem szli ludzie wracający z porannych zakupów. Mijali symbole, jakby były częścią miasta od zawsze. Jedni odwracali wzrok, inni spoglądali na nie z zaciekawieniem, jeszcze inni zwalniali tylko na moment.
— Nie malowali ich dla mnie.
Agatha spojrzała na nią pytająco.
— Malowali je dla nich.
Annabel skinęła lekko głową w stronę przechodniów.
— I to właśnie jest najgorsze.
Przez dłuższą chwilę żadna z nich się nie odezwała. Gwar targowiska trwał dalej, lecz coś w nim się zmieniło. Ludzie wykonywali te same czynności co każdego poranka, tylko częściej spoglądali na siebie nawzajem. Jakby każdy próbował odgadnąć, co myśli ten drugi.
Sir Euan odchrząknął cicho.
— Rozkażecie nam je usunąć?
Annabel podeszła jeszcze bliżej muru i przesunęła dłonią po chropowatym kamieniu. Nawet jeśli straż zeskrobie smołę przed południem, ślady pozostaną przez długie tygodnie.
— Tak.
Strażnik skinął głową.
— Natychmiast.
— Ale spokojnie.
Spojrzał na nią pytająco.
— Nie chcę widzieć wyciągniętych mieczy ani uzbrojonych patroli otaczających ludzi tylko dlatego, że ktoś pomazał mur. Jeżeli wokół któregoś symbolu zbierze się tłum, odejdźcie. Wrócicie później.
— Wasza Wysokość... jeśli pozwolimy im zostać choćby do wieczora...
— To nie symbole są problemem.
Odpowiedziała cicho, ale w jej głosie nie było wahania.
— Problemem jest to, że ktoś uznał, iż może je namalować, nie obawiając się reakcji własnych sąsiadów.
Sir Euan zamilkł, gdyż zrozumiał, co próbowała mu przekazać. Agatha zaś odprowadziła go wzrokiem, po czym zbliżyła się do Annabel.
— Myślisz, że to ludzie Hörëna?
Królowa przez chwilę obserwowała dwóch chłopców stojących po przeciwnej stronie ulicy. Jeden wskazał palcem na smoka oplecionego łańcuchem i coś powiedział. Drugi wzruszył ramionami. Po chwili obaj pobiegli dalej, śmiejąc się z czegoś zupełnie innego.
— Część pewnie tak.
— A pozostali?
Annabel westchnęła.
— Pozostali nie potrzebują już Hörëna.
Jej głos był cichszy niż wcześniej.
— Wystarczy, że się boją.
Ruszyły dalej ulicą. Co kilkadziesiąt kroków odnajdywały kolejny znak. Niektóre wykonano starannie, jakby autor poświęcił im wiele godzin. Inne wyglądały na pospieszne, nierówne, pozostawione przez kogoś, kto bardziej chciał zaznaczyć swoją obecność niż stworzyć dzieło. Wszystkie jednak miały jedną wspólną cechę. Każdy, kto je zobaczył, wiedział, po której stronie miał stanąć.
Przy wejściu do portu strażnicy próbowali właśnie zeskrobać jeden z malunków. Dwóch przechodniów przyglądało się ich pracy w milczeniu. Starsza kobieta splunęła pod nogi i ruszyła dalej. Młody cieśla odwrócił się bez słowa. Za to mężczyzna oparty o beczki z soloną rybą pokręcił głową z wyraźnym niezadowoleniem.
— Zostawiliby przynajmniej do wieczora — mruknął na tyle głośno, że usłyszał go stojący obok kupiec.
— Po co?
— Żeby każdy zobaczył.
Kupiec nie odpowiedział. Po prostu odszedł.
Annabel nie odwróciła głowy. Udawała, że nie usłyszała tej krótkiej wymiany zdań, choć każde słowo zapadło jej w pamięć.
— Widzisz? — odezwała się cicho do Agathy. — Jeszcze tydzień temu pokłóciliby się o cenę beczek. Dzisiaj spierają się o znak na ścianie.
Agatha skinęła głową.
— Chcesz znaleźć tych, którzy to zrobili.
— Oczywiście.
— Ale nie to martwi cię najbardziej.
Annabel uśmiechnęła się blado.
— Nie.
Przystanęła na skraju placu i jeszcze raz spojrzała na miasto. Strażnicy wykonywali jej rozkazy, kilka ulic dalej dzieci bawiły się drewnianą obręczą, jakby nic się nie wydarzyło. Kupcy otwierali kolejne skrzynie z towarem. Rybacy rozładowywali sieci. Na pierwszy rzut oka Islay wyglądało dokładnie tak samo jak wczoraj. A jednak nie było już takie samo.
— Znajdziemy ludzi, którzy malowali po murach — powiedziała cicho. — To kwestia czasu.
Agatha spojrzała na nią uważnie.
— Ale nie znajdziemy wszystkich, którzy zaczęli myśleć w ten sam sposób.
Annabel nie odpowiedziała. Wiedziała, że Agatha wypowiedziała na głos myśl, od której sama próbowała uciec od chwili, gdy zobaczyła pierwszego smoka oplecionego żelaznym łańcuchem.
Przez następne dni życie na Islay pozornie wróciło do dawnego rytmu. Strażnicy zeskrobali smołę z kamiennych murów, cieśle wymienili deski pokryte napisami, a mieszkańcy szybko przywykli do widoku oczyszczonych ulic. Tylko Annabel nie potrafiła uwierzyć, że wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Symbole zniknęły, lecz rozmowy o nich nie. Coraz częściej łapała pojedyncze urywki zdań, kiedy przechodziła przez miasto lub wysłuchiwała próśb mieszkańców. Nie były to otwarte oskarżenia ani buntownicze okrzyki. Raczej półgłosy wypowiadane przy straganach, w portowych szynkach i na progach domów.
„Mówią, że królowa chce chronić smoki.”
„A kto ochroni nas?”
„Bestia zawsze pozostanie bestią.”
Większość z tych ludzi nigdy w życiu nie widziała smoka. Znali je wyłącznie z opowieści przekazywanych przez rodziców i dziadków, w których zawsze przynosiły śmierć, ogień i zniszczenie. Strach był starszy od nich samych, a właśnie dlatego tak łatwo było go obudzić. Annabel słuchała tych szeptów z rosnącym niepokojem. Nie wierzyła, że mieszkańcy odwrócą się od niej z dnia na dzień. Wiedziała jednak, że plotka, której nikt nie zatrzyma w porę, z czasem zaczyna uchodzić za prawdę.
Kilka dni później sir Euan ponownie zapukał do drzwi jej gabinetu. Tym razem nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. Annabel odłożyła pióro, zanim zdążył się odezwać.
— Stało się coś jeszcze?
Strażnik skinął głową.
— Tak, Wasza Wysokość.
Zawahał się.
— Tym razem nie chodzi o symbole.
Annabel narzuciła płaszcz na ramiona i bez zbędnych pytań ruszyła za nim.
Nie kierowali się ku targowisku. Euan prowadził ją przez węższe uliczki miasta, omijając główny plac, aż w końcu zatrzymał się przy starej kamiennej studni, z której od pokoleń korzystali mieszkańcy tej części osady.
Gdy dotarli na miejsce, Annabel zobaczyła łańcuch. Grube żelazne ogniwa opleciono wokół cembrowiny z taką starannością, jakby ktoś poświęcił na to całą noc. Nie wyglądał na porzucony przypadkiem. Został zawieszony równo, niemal uroczyście, a ciężka kłódka spoczywała na kamieniu niczym pieczęć. Annabel podeszła bliżej. Wyciągnęła dłoń i uniosła jedno z ogniw. Żelazo było zimne i ciężkie.
— Znaleźliśmy go o świcie — odezwał się sir Euan. — Początkowo sądziliśmy, że to tylko tutaj, ale...
Urwał. Nie musiał już kończyć. Kilka kroków dalej na drewnianej balustradzie niewielkiego mostu zwisał następny łańcuch. Kolejny oplatał słup, na którym zazwyczaj wieszano królewskie obwieszczenia. Jeszcze jeden spoczywał u stóp pomnika dawnego władcy Islay.
Tym razem nie było smoków, ani napisów. Były tylko łańcuchy. I właśnie dlatego wyglądały gorzej. Przy studni zebrało się już kilkunastu mieszkańców. Nie tworzyli tłumu. Stali w niewielkich grupach, rozmawiając półgłosem. Gdy pojawiła się Annabel, rozmowy ucichły niemal natychmiast. Starsza kobieta ścisnęła mocniej koszyk z warzywami, młody rybak stojący obok niej odwrócił wzrok, a dwóch mężczyzn spacerujących nieco dalej wymieniło krótkie spojrzenia. Jeden z nich skinął głową, jakby potwierdzał coś, o czym rozmawiali jeszcze przed chwilą. Agatha, która pojawiła się u boku królowej chwilę później, obserwowała ich uważnie. Nie wyglądali na przestraszonych, to nie dawało jej spokoju.
— Zdjąć? — zapytał sir Euan.
Annabel długo nie odpowiadała. Patrzyła na ludzi, potem na łańcuch i znowu na ludzi.
— Tak.
Strażnicy ruszyli w stronę studni. Nie zdążyli jednak nawet dotknąć żelaza, gdy z tłumu odezwał się spokojny głos.
— Dlaczego?
Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Mężczyzna, który zadał pytanie, nie wyglądał na awanturnika. Był zwyczajnie ubranym rzemieślnikiem, jednym z wielu ludzi, których Annabel mogła minąć każdego dnia na ulicy.
— Nikomu nie przeszkadza — powiedział, rozkładając ręce. — Nikogo nie obraża. —
Wskazał na łańcuch. — To tylko kawałek żelaza.
Kilku mieszkańców skinęło głowami. Inni patrzyli na niego z wyraźnym zakłopotaniem. Annabel zrobiła kilka kroków w jego stronę.
— Gdyby ktoś zawiesił tutaj koronę, również powiedziałbyś, że to tylko kawałek metalu?
Mężczyzna zamilkł, gdy Królowa spojrzała na łańcuch.
— Symbole nigdy nie są tylko tym, z czego zostały wykonane. Ktoś zawiesił go tutaj z konkretnego powodu. Nie po to, żeby ozdobić studnię.
Nikt już nie odpowiedział. Strażnicy zdjęli łańcuch ostrożnie i odłożyli go na wóz. Annabel odprowadziła go wzrokiem, lecz nie poczuła ulgi. Przeciwnie. Im dłużej patrzyła na pustą cembrowinę studni, tym wyraźniej rozumiała, że usunięcie żelaza niczego nie rozwiązało. W drodze powrotnej do zamku minęli jeszcze trzy miejsca, w których ktoś zostawił podobne znaki.
Jeden wisiał na drzwiach pustego magazynu, drugi przywiązano do starego dębu na skraju miasta, a trzeci znaleziono na kamieniu wyznaczającym granicę królewskich ziem.
Annabel zatrzymała się dopiero przy ostatnim. Nie był nowy. Ktoś musiał zawiesić go kilka godzin wcześniej, może nawet poprzedniej nocy. Żelazo było wilgotne od morskiej mgły, a na jednym z ogniw pozostała cienka smuga czarnej smoły. Annabel przyjrzała się jej przez chwilę. Potem podniosła wzrok. Na wzgórzu ponad miastem stał zamek. Za jego murami ludzie wracali do swoich obowiązków, kucharze przygotowywali wieczerzę, strażnicy zmieniali warty, a służba zapalała pierwsze świece. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno. Tylko na dole, pomiędzy domami i portem, ktoś właśnie nauczył mieszkańców nowego słowa.
Łańcuch.
Annabel zacisnęła dłoń na krawędzi płaszcza. Nie bała się tego, kto zawiesił pierwszy. Bała się tego, ilu następnych zrobi to samo, nawet jeśli nigdy nie poznają jego imienia. Odwróciła się od znaku i ruszyła w stronę zamku, a za jej plecami morze uderzało o kamienne nabrzeże, a gdzieś wśród wąskich uliczek zabrzmiał śmiech dzieci.
Islay nadal żyło, lecz niebezpieczeństwo dopiero się zaczynało.
Charlie i Annabel równocześnie próbują rozwikłać tajemnice problemów, z którymi się mierzą. Teraz pytanie, kto upora się ze swoimi pierwszy. Szkoda, że muszą robić to osobno. Annabel przynajmniej ma Agathę (Sir Euan'a nie liczę) jako zaufane wsparcie, którego mam nadzieję, już jej w żaden sposób nie odbiorą.
OdpowiedzUsuńCo tu dużo mówić. "Źle się dzieje w państwie duńskim." Tyle w temacie Islay na tą chwilę.
Nadieżda - jedno z moich ulubionych (mieści się nawet w top 3) żeńskich imion. Doceniam wybór ;)
Zdrowia i weny!