poniedziałek, 5 października 2026

III.VII

Annabel zamknęła za sobą drzwi najciszej, jak potrafiła. Uzdrowiciel i strażnik opuścili komnatę bez słowa, świadomi, że kiedy przychodziła tutaj sama, nie życzyła sobie świadków. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo przy łóżku, przyglądając się twarzy Victora. Spał spokojniej niż podczas jej poprzedniej wizyty. Zniknęło gorączkowe napięcie, które jeszcze niedawno nie opuszczało jego twarzy, a oddech stał się równy i głęboki, jakby organizm wreszcie przestał walczyć o każdą kolejną chwilę. A jednak jego widok ściskał ją w piersi w sposób, którego nie potrafiła nazwać. Victor, którego pamiętała, zawsze wydawał się człowiekiem, którego nie sposób było zatrzymać — wyprostowanym, pewnym siebie, z tym irytującym błyskiem w oku, jakby cały świat był jedynie kolejną zagadką czekającą na rozwiązanie. Teraz leżał bezbronny, blady i nieruchomy, z rysami twarzy ostrzejszymi niż dawniej, jakby choroba odebrała mu nie tylko siły, lecz także część tej dawnej, niemal zuchwałej pewności siebie. Usiadła dopiero po kilku minutach, opierając dłonie na kolanach. Nie przyszła tutaj z żadnym planem. Nie miała przygotowanych słów ani spraw, które należało omówić. Po prostu któregoś wieczoru, gdy kolejne raporty przestały przynosić cokolwiek poza nowymi powodami do niepokoju, znalazła się przed drzwiami jego komnaty i nie bardzo wiedziała, dlaczego właściwie weszła. Może dlatego, że Victor zawsze miał coś do powiedzenia. Nawet wtedy, gdy nikt nie pytał go o zdanie. Teraz po raz pierwszy od dawna milczał, a ona, ku własnemu zdziwieniu, zaczynała tę ciszę wykorzystywać.
— Uzdrowiciele uparcie twierdzą, że mnie słyszysz. Mam nadzieję, że chociaż raz się mylą. Jeśli jednak rzeczywiście słyszysz każde moje słowo, z pewnością wykorzystasz je przeciwko mnie, gdy tylko wstaniesz. Zawsze miałeś irytujący talent do wydobywania z ludzi rzeczy, o których sami woleliby zapomnieć. — Na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Zniknął szybko, lecz wystarczająco późno, by przez moment zobaczyła przed sobą dawnego Victora, a nie człowieka leżącego nieruchomo pod ciężkim kocem. — Założyłam koronę. Nie patrz na mnie w ten sposób. Doskonale wiem, co byś teraz powiedział. Że i tak było to nieuniknione. Że można uciekać przed obowiązkiem latami, ale on w końcu i tak człowieka dopadnie. Nadal uważam, że wtedy brzmiałeś okropnie zarozumiale. I wiesz co? Wciąż brzmisz odrobinę podobnie, nawet jeśli leżysz tutaj i udajesz, że nie masz z tym nic wspólnego.
Przesunęła dłonią po drewnianym podłokietniku krzesła, pozwalając palcom powoli przesuwać się po gładkim drewnie. Korona, której przez tyle lat nie chciała nawet dotknąć, teraz każdego ranka czekała na nią w tych samych komnatach, przypominając o obowiązkach, od których nie dało się już odejść. Początkowo wydawało jej się, że najtrudniejsze będzie samo podjęcie decyzji. Później szybko odkryła, że prawdziwy ciężar zaczynał się dopiero wtedy, gdy człowiek musiał z tą decyzją żyć. 
— Myślałam, że kiedy już zostanę królową, wszystko stanie się prostsze. Że człowiek zaczyna rozumieć więcej, widzi dalej i podejmuje decyzje z większą pewnością. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Im dłużej noszę tę koronę, tym mniej mam odpowiedzi. Za to pytań tylko przybywa. I co gorsza, każde z nich ma więcej niż jedną możliwą odpowiedź.
Jej spojrzenie powędrowało ku oknu. Za szybą noc powoli ustępowała miejsca bladym światłom poranka, a Islay przez kilka krótkich chwil wyglądała tak spokojnie, jakby wszystkie jej problemy mogły jeszcze poczekać. Annabel wiedziała jednak, że nie mogą. Wystarczyło kilka godzin, by znów przyniesiono jej kolejne meldunki. Następny list. Następne nazwisko. Następny problem, którego nie dało się po prostu odłożyć na bok.
 — Mam Hörëna. Właściwie bardziej niż kiedykolwiek. Moi zwiadowcy znaleźli ludzi, którzy zaczęli mówić, dokumenty, ślady pieniędzy i powiązania z rodami, o których nawet nie podejrzewałam, że od dawna stoją po jego stronie. Wystarczyłoby rozłożyć to wszystko na stole i nikt rozsądny nie miałby wątpliwości, że od miesięcy przygotowywał grunt pod to, co dzieje się teraz. A jednak wciąż brakuje mi jednego elementu, który pozwoliłby mi zamknąć tę sprawę bez wywoływania wojny. — Urwała, obracając sygnet na palcu. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, jakby odpowiedź mogła kryć się w samym metalu, po czym oparła łokcie na kolanach i pochyliła się lekko do przodu. — Tylko co z tego? Nie mogę go po prostu aresztować. Nie jest zbójem napadającym na kupców ani rycerzem, który wyciągnął miecz przeciwko własnemu władcy. Jest królem Mull. Jeśli uderzę pierwsza, pozostali nazwą mnie tyranem, jeśli go wygnam, uczynię z niego męczennika, a jeśli pozwolę mu działać dalej, któregoś dnia obudzę się i odkryję, że połowa Islay wierzy bardziej jemu niż mnie. I to nawet nie jest najgorsze. — Zamilkła na moment, wpatrując się w nieruchomą twarz kuzyna. — Jeśli coś mu się stanie z mojej ręki albo choćby z mojego rozkazu, Mull nie będzie czekało na wyjaśnienia. Nie wiem, czy jego ludzie mnie lubią, czy nienawidzą, i szczerze mówiąc, nie ma to większego znaczenia. Mają króla. Jeśli zostanie zabity albo uwięziony na Islay, będą mieli powód, by ruszyć przeciwko nam. I wtedy nie będę już miała problemu z jednym człowiekiem i kilkoma rodami.
W jej głosie nie było paniki. Tylko zmęczenie człowieka, który zbyt długo obracał ten sam problem w głowie i za każdym razem dochodził do identycznego wniosku. 
— Mogłabym ją wygrać. Prawdopodobnie. Ale nie wiem, czym miałabym za nią zapłacić. Islay nie jest przygotowane na kolejną wojnę, Victorze. Ledwie zaczęliśmy odbudowywać to, co pozostało po poprzednich konfliktach, a te przecież się jeszcze nie skończyły. Porty, drogi, magazyny — wszystko kosztuje. Wojsko kosztuje. Ludzie kosztują. Nawet pokój kosztuje, tylko nikt nie lubi o tym mówić. A jeśli teraz zacznę zbroić się przeciwko Mull, nasze finanse nie wytrzymają tego bez konsekwencji. Mogę postawić więcej żołnierzy na granicach, kupić broń, sprowadzić najemników, zabezpieczyć wybrzeże… tylko potem zostanę z królestwem, którego nie będzie stać na utrzymanie własnego zwycięstwa. — Pokręciła lekko głową, a jej wzrok na moment uciekł gdzieś w bok. — Wiesz, co jest najgorsze? Że czasami mam wrażenie, iż Hören doskonale o tym wie. Nie musi mnie pokonać. Wystarczy, że będzie mnie popychał wystarczająco długo, aż sama zrobię coś, czego później nie będę mogła cofnąć. Jedna zła decyzja. Jeden rozkaz wydany za wcześnie. I nagle wszyscy będą mieli dokładnie to, czego potrzebowali. On męczeńską historię. Mull powód do wojny. Moi przeciwnicy argument przeciwko mnie. A ja będę mogła już tylko patrzeć, jak wszystko się rozpada. — Na chwilę opuściła wzrok. Dłonie spoczywające na kolanach zacisnęły się mocniej. — Ty wiedziałbyś, gdzie przebiega granica. Właśnie dlatego zaczynam mieć dość tego, że uparłeś się spać akurat teraz. To wyjątkowo nieodpowiedzialne z twojej strony, kuzynie.
Przez moment w komnacie słychać było jedynie cichy trzask drewna w kominku. Annabel patrzyła na Victora, jakby naprawdę oczekiwała, że za chwilę otworzy oczy i jak dawniej zacznie tłumaczyć jej coś tonem człowieka przekonanego, że tylko on dostrzegł rzecz oczywistą dla całego świata. Prawdopodobnie zirytowałaby się wtedy, zaprzeczyłaby mu dla samej zasady, a potem zrobiła dokładnie to, co jej zasugerował. Tymczasem nie wydarzyło się nic. Jego twarz pozostała spokojna, a milczenie, które jeszcze chwilę wcześniej dawało jej dziwną ulgę, nagle zaczęło ciążyć. Dalsza część rozmowy przyszła już łatwiej. Może dlatego, że najtrudniejsze miała za sobą, a może po prostu dlatego, że nie musiała patrzeć na twarz człowieka, który oceniałby każde jej słowo. 
— Charles wrócił do rezerwatu. Sama go o to poprosiłam. I to była dobra decyzja, nie będę udawać, że było inaczej. Po prostu niektóre dobre decyzje kosztują więcej, niż człowiek się spodziewa. Czasem więcej, niż jest się gotowym zapłacić. Nie zadawał pytań. I chyba to zdenerwowało mnie najbardziej. Zamiast się kłócić, po prostu się zgodził.  Pozwolił mi się oddalić od niego, jakby ufał mi bardziej niż ja sama sobie. To strasznie niewygodne, kiedy ktoś wierzy w ciebie bez żadnych wątpliwości. Jakby odbierał ci prawo do pomyłki. — Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. — Brakuje mi go — powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać, a potem przez chwilę patrzyła gdzieś w bok, jakby sama była zaskoczona tym, że właśnie te słowa przyszły jej do głowy. — Tęsknię nawet. Proszę, zachowaj to dla siebie, bo jeśli się obudzisz i kiedykolwiek wykorzystasz to przeciwko mnie, wrócę tutaj i uduszę cię poduszką. Tym razem naprawdę.
Pokręciła lekko głową, bardziej nad sobą niż nad nim. 
— Wiem, jak to brzmi. Sama go odesłałam, a teraz zachowuję się, jakbym miała pretensje do świata, że rzeczywiście wyjechał. Po prostu z nim wszystko było jakieś mniej skomplikowane. Nie dlatego, że nie potrafił komplikować życia. Wręcz przeciwnie. Ma do tego wyjątkowy talent. Ale przy nim nie musiałam przez cały czas pamiętać, kim jestem. Tutaj wszyscy czegoś ode mnie chcą. Decyzji. Rozkazu. Odpowiedzi. Nawet kiedy nie wiedzą, czego właściwie chcą, oczekują, że ja będę wiedziała. A on potrafił po prostu usiąść i powiedzieć mi, że się mylę. — Parsknęła cicho, a tym razem w jej głosie pojawiło się odrobinę prawdziwego rozbawienia. — To było irytujące. Oczywiście ty również potrafiłeś to robić. Może właśnie dlatego zaczynam mieć wrażenie, że otaczają mnie ludzie o wyjątkowo nieznośnych charakterach. — Uśmiech jednak powoli zniknął, gdy znów spojrzała na jego twarz. Nie wiedziała, dlaczego właśnie tutaj przychodziły jej do głowy rzeczy, których normalnie nie powiedziałaby nikomu. Może dlatego, że Victor nie mógł odpowiedzieć. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie musiała natychmiast bronić własnych słów. — Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Coraz częściej przyłapuję się na tym, że przychodzę tutaj i mówię rzeczy, których normalnie nie powiedziałabym nikomu. Może dlatego, że nie możesz mi przerwać. Brzmi to okropnie, kiedy wypowiadam to na głos, ale chyba właśnie dlatego jest mi łatwiej. Przez całe życie, kiedy coś ci mówiłam, musiałam od razu przygotować się na odpowiedź. Na argument. Na spojrzenie, którym dawałeś mi do zrozumienia, że właśnie powiedziałam największą głupotę w swoim życiu. A teraz po prostu słuchasz.
To ostatnie zdanie zabrzmiało ciszej, niż zamierzała. Annabel opuściła wzrok i przez kilka chwil nie mówiła już nic. Siedziała nieruchomo, pozwalając, by cisza wypełniła komnatę bez potrzeby natychmiastowego zagłuszania jej kolejnymi słowami. Dopiero po pewnym czasie podniosła się z krzesła i poprawiła zsuwający się z jego ramienia koc, starając się nie myśleć o tym, jak nienaturalnie wyglądał Victor w tej nieruchomości. Jej dłoń zatrzymała się na moment na jego przedramieniu, lecz tym razem nie cofnęła jej od razu. Przesunęła kciukiem po skórze, jakby chciała upewnić się, że pod nią wciąż jest życie, a potem westchnęła i pokręciła głową.
— Obudź się, dobrze? — powiedziała ciszej. — Bo zaczynam mieć wrażenie, że zbyt wiele rzeczy dzieje się naraz, a ja naprawdę nie mam już z kim się o nie kłócić.
Nie zdążyła odsunąć się od łóżka, gdy drzwi komnaty otworzyły się gwałtowniej, niż nakazywałby zwyczaj. Annabel odwróciła głowę. Agatha stała w progu, wyraźnie poruszona, choć próbowała zachować spokój. Wystarczyło jedno spojrzenie, by Annabel wiedziała, że nie przyszła tu po prostu sprawdzić, czy czegoś potrzebuje.
— Pani. 
Annabel natychmiast się wyprostowała.
 — Co się stało?
 Agatha zawahała się tylko na moment. — Musisz zejść do Sali Tronowej. 
— Teraz?
— Teraz. — Coś w tonie jej głosu sprawiło, że Annabel odruchowo spojrzała na Victora, a potem z powrotem na Agathę. — Ktoś przyjechał? 
— Agatha skinęła głową. — Posłaniec z Jury? 
— Nie. — Tym razem w jej głosie pojawiło się coś, czego Annabel nie słyszała u niej zbyt często. Ostrożność. — Obserwator z Ministerstwa. Czeka na królową.
Przez krótką chwilę Annabel stała nieruchomo, jakby jej ciało potrzebowało kilku sekund, by nadążyć za znaczeniem tych słów. Potem powoli odsunęła dłoń od przedramienia Victora i spojrzała na Agathę. 
— Oczywiście — powiedziała w końcu, a jej głos znów był spokojny. — Bo najwyraźniej tego właśnie brakowało mi dzisiaj do pełni szczęścia. 
Poprawiła rękawy sukni, odzyskując w jednej chwili tę wyuczoną postawę, której tak bardzo nie lubiła, lecz której nauczyła się potrzebować. Zanim ruszyła ku drzwiom, spojrzała jeszcze raz na Victora.
 — Nie ruszaj się stąd — rzuciła pod nosem. — Wrócę niebawem.
Dopiero gdy znalazła się na korytarzu, pozwoliła, by z jej twarzy zniknęła resztka wcześniejszego rozluźnienia. Annabel po raz kolejny miała wrażenie, że właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowała chwili spokoju, świat postanowił przypomnieć jej, dlaczego już od dawna nie ma do niego prawa.
Nie zeszła jednak do Sali Tronowej od razu. Po wyjściu z komnaty Victora zatrzymała się przy jednym z wysokich okien i oparła dłoń o chłodny kamień parapetu. Przez szyby wpadało blade światło, rozcinając posadzkę długimi pasami, a gdzieś poniżej słychać było przytłumione głosy strażników zmieniających wartę. Annabel przez chwilę patrzyła na dziedziniec, choć w rzeczywistości nie widziała niczego z tego, co działo się za oknem. Wieść o przybyciu obserwatora Ministerstwa nie była dla niej zaskoczeniem. Spodziewała się, że Londyn w końcu wyśle kogoś na Islay, odkąd zaczęły napływać pierwsze raporty o wydarzeniach, które coraz trudniej było traktować jako pojedyncze incydenty. Nie obawiała się samego obserwatora. Wiedziała, że prędzej czy później ktoś będzie chciał przyjrzeć się wyspie z bliska. Niepokoiło ją coś innego. Człowiek, który przyjedzie z konkretną misją, może nie mieć cierpliwości do rzeczy, których nie da się wyjaśnić jednym zdaniem, ani ochoty zastanawiać się nad tym, co wydarzyło się przed jego przybyciem. Może zobaczyć tylko to, po co go przysłano, a całą resztę uznać za wymówki.
Wzięła głębszy oddech, wyprostowała ramiona i poprawiła mankiet szaty. Dopiero wtedy ruszyła korytarzem prowadzącym do Sali Tronowej. Nie wiedziała jeszcze, że za drzwiami czeka ktoś, przy kim wszystkie przygotowane odpowiedzi okażą się znacznie mniej użyteczne, niż sądziła.
Kiedy weszła do sali, nie zobaczyła od razu jego twarzy. Mężczyzna stał przy jednym z wysokich okien, odwrócony plecami, z jedną dłonią opartą o kamienne obramowanie. Uchylone skrzydła wpuszczały chłód od morza i poruszały połami jego ciemnego płaszcza. Annabel zatrzymała się kilka kroków od wejścia. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy to rzeczywiście on, choć sylwetka wydawała jej się dziwnie znajoma. Sposób, w jaki stał, lekko pochylając głowę, jakby bardziej obserwował niż podziwiał widok za oknem. Dopiero kiedy mężczyzna poruszył ramieniem i odwrócił się nieco w jej stronę, rozpoznała charakterystyczny profil.
Zatrzymała się.
— Damon?
Mężczyzna odwrócił się powoli. Przez moment jego twarz pozostała zupełnie nieruchoma, jakby sam potrzebował chwili, by upewnić się, że osoba stojąca przed nim jest rzeczywiście tą samą Annabel, którą znał. W jego spojrzeniu pojawiło się najpierw zaskoczenie, a dopiero później cień uśmiechu.
— Na to wygląda.
Annabel zrobiła jeszcze jeden krok, wciąż przyglądając mu się z niedowierzaniem. Dopiero teraz dostrzegła dokumenty leżące na długim stole: pergaminy opatrzone pieczęciami Ministerstwa, kilka otwartych raportów, notatki i arkusze, których jeszcze nie zdążyła przejrzeć. Wszystko nagle ułożyło się w całość.
— Więc to ty.
— Tak.
Jedno słowo wystarczyło, by reszta stała się jasna. Annabel poczuła lekkie napięcie w piersi, lecz jej twarz pozostała spokojna. Spośród wszystkich ludzi, których Ministerstwo mogło przysłać na Islay, wybrano właśnie jego. Człowieka, którego znała z czasów, kiedy nie musiała jeszcze zastanawiać się nad każdym słowem, zanim pozwoliła mu opuścić usta. Teraz miał obserwować jej wyspę, jej ludzi i jej decyzje. Damon tymczasem nadal na nią patrzył. Nie próbował nawet ukrywać, że jest zaskoczony. Wiedział z raportów, kim była. Czytał jej nazwisko, tytuł, informacje o pochodzeniu i decyzjach, które podejmowała jako władczyni Islay. Wiedział, że stanie przed nim królowa. Nie był jednak przygotowany na to, co zobaczył. Annabel stała przed nim spokojnie, z głową uniesioną nieco wyżej niż dawniej. Korona spoczywała na jej włosach, a ciężar szat, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawały się niemal obce jej sylwetce, teraz wyglądał tak, jakby należały do niej od zawsze. Przez krótką chwilę Damon pomyślał, że Annabel jest piękna. Nie była to myśl, której się spodziewał, ani taka, którą zamierzał rozwijać. Po prostu pojawiła się nagle, wraz ze świadomością, że dziewczyna, którą pamiętał, naprawdę nauczyła się być damą, księżniczką, a w końcu królową. Było w niej teraz coś, co przyciągało wzrok nawet wtedy, gdy człowiek nie chciał patrzeć. Nie chodziło wyłącznie o koronę. To ona sama nadawała jej znaczenie.
Damon uświadomił sobie, że patrzy odrobinę zbyt długo, i odwrócił wzrok.
Annabel zauważyła to natychmiast.
— Od kiedy wiedziałeś? — zapytała.
— Niewiele wcześniej niż ty.
— Czyli Ministerstwo nie uprzedziło cię wcześniej?
— Nie. Dowiedziałem się, kiedy decyzja była już podjęta.
Przyjęła odpowiedź bez komentarza. Jej spojrzenie przesunęło się na dokumenty, potem wróciło do jego twarzy.
— A więc rzeczywiście przyjechałeś jako obserwator.
— Tak.
Damon zrobił krok w jej stronę. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz ostatecznie tylko skinął głową i zaczął wykonywać ukłon. Annabel uniosła dłoń.
— Nie waż się.
Zatrzymał się w pół gestu.
— Jestem tutaj oficjalnie.
— Nie w tej chwili.
— Annabel...
— Damon, jeśli jeszcze raz spróbujesz mi się ukłonić, rozkażę Agathcie wyrzucić cię z zamku.
Uniósł brwi.
— Agathcie?
— Mojej służce.
— I naprawdę sądzisz, że wyrzuci mnie z zamku?
Annabel spojrzała na niego z taką powagą, że przez moment nie był pewien, czy właśnie żartuje.
— Nie muszę sądzić. Wystarczy, że jej każę.
Damon powoli wyprostował się z niedokończonego ukłonu.
— A jeśli odmówi?
Kącik ust Annabel drgnął.
— Wtedy każę jej przypomnieć sobie, że to ja jestem królową.
Damon patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym uśmiechnął się krótko.
— Dobrze. Już rozumiem.
— To dobrze. Nie chciałabym, żebyś pierwszego dnia musiał poznawać zasady panujące na Islay w tak nieprzyjemnych okolicznościach.
— A jeśli jednak je złamię?
— Wtedy Agatha pomoże ci je zrozumieć.
— Zaczynam żałować, że przyjąłem tę misję.
— Nie przyzwyczajaj się do tego uczucia. Jeszcze nawet nie zacząłeś pracy.
Damon pokręcił głową, ale jego twarz wyraźnie się rozluźniła. Niezręczność, która pojawiła się między nimi w chwili jego przybycia, nie zniknęła całkowicie, lecz przestała być ciężarem. Annabel również poczuła, jak coś w niej odpuszcza. Właśnie tego potrzebowała. Nie chciała, żeby człowiek, którego znała od lat, zaczął nagle zachowywać się tak, jakby korona wymazała wszystko, co było wcześniej.
Podeszła do stołu i zatrzymała się przy leżących na nim dokumentach.
— Powiedz mi więc, od czego zaczynasz.
Damon spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.
— To było szybkie.
— Co?
— Przez chwilę zastanawiałem się, jak długo będziemy udawać, że rozmawiamy o niczym.
Annabel uniosła brew.
— Nie udawałam.
— W takim razie jesteś bardziej bezpośrednia niż zapamiętałem.
— A ty nadal mówisz więcej, niż powinieneś.
— To również zapamiętałem.
Annabel usiadła przy stole, ale nie sięgnęła po żaden dokument. Wskazała mu miejsce naprzeciwko. Damon podszedł i oparł dłonie o krawędź stołu, nie siadając.
— Jak długo zamierzasz tu zostać?
— Nie dostałem daty końcowej. Mam zostać tak długo, jak długo Ministerstwo będzie uważało, że potrzebna jest moja obecność.
— Czyli może to potrwać tygodnie.
— Może.
— Albo miesiące.
— Jeśli sytuacja będzie tego wymagała.
Annabel przyjęła odpowiedź bez widocznego zadowolenia.
— I czego właściwie oczekują?
— Chcą wiedzieć, co dzieje się na Islay.
— To bardzo wygodne określenie.
— Wiem.
— Chcą informacji o radzie? Straży? Handlu? O wydarzeniach związanych z wojną?
Damon przez chwilę milczał.
— O wszystkim, co może mieć znaczenie.
— Aseriel?
Tym razem jego milczenie trwało odrobinę dłużej. Annabel natychmiast to zauważyła.
— Czyli tak.
— Jest jednym z powodów, dla których Ministerstwo chce mieć tutaj swojego człowieka.
— Chcą wiedzieć, dlaczego pojawił się nad Islay.
— Między innymi.
— Czy uważają, że wykorzystuję go do swoich bitew?
Damon przyjrzał jej się uważnie.
— Uważają, że powinni wiedzieć, czy to prawda.
Annabel powoli skinęła głową. To nie była odpowiedź, której oczekiwała, ale właśnie dlatego wiedziała, że jest prawdziwa. Damon nie powiedział jej wszystkiego. Nigdy by tego nie zrobił. Nie dlatego, że jej nie ufał, lecz dlatego, że część informacji należała do jego pracy, a on dopiero przyjechał na Islay. Nie zamierzał odsłaniać przed nią wszystkich kart pierwszego dnia. Ona zresztą również nie zamierzała odsłaniać swoich.
— Dlaczego wybrali właśnie ciebie?
— Mam doświadczenie z rezerwatami, stworzeniami wysokiego ryzyka i terenami, na których Ministerstwo nie ma pełnej kontroli.
— To brzmi jak oficjalna odpowiedź.
— Bo nią jest.
— A nieoficjalna?
Damon przez moment patrzył na nią z lekkim uśmiechem.
— Ponieważ mnie znasz.
Annabel nic nie odpowiedziała.
— I ponieważ ja znam ciebie — dodał po chwili. — Przynajmniej na tyle, żeby zauważyć rzeczy, których ktoś obcy mógłby nie dostrzec.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie. Chciałem tylko odpowiedzieć na pytanie.
— Szkoda.
— Dlaczego?
— Bo właśnie powiedziałeś mi, że będziesz zauważał więcej niż inni.
Damon przyjął to bez sprzeciwu.
— Prawdopodobnie.
Annabel oparła przedramiona o stół i spojrzała na niego spokojnie.
— A jeśli Ministerstwo przyjechało tutaj już z przekonaniem, że moja pozycja jest problemem?
— Wtedy będę musiał sprawdzić, czy ma ku temu podstawy.
— A jeśli ich nie znajdziesz?
— Napiszę, że ich nie znalazłem.
— Nawet jeśli będzie to dla mnie niekorzystne?
Damon spojrzał jej prosto w oczy.
— Jeśli znajdę coś, co będzie dla ciebie niekorzystne, również to napiszę.
Przez chwilę milczała. Nie była to odpowiedź, którą chciała usłyszeć, ale właśnie dlatego ją szanowała.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Przynajmniej wiem, na czym stoję.
— Tego właśnie chciałem.
Annabel przesunęła wzrok na dokumenty.
— Nie powiedziałeś mi wszystkiego.
— Nie.
— I nie zamierzasz.
— Nie dzisiaj.
Spojrzała na niego ponownie. Przez moment w jej oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia.
— Przynajmniej jesteś szczery.
— Z tobą łatwiej.
— Nie. Ze mną jest trudniej.
— To też prawda.
Tym razem uśmiechnęła się naprawdę, choć tylko na chwilę. Damon znał ten uśmiech. Wiedział, że właśnie wtedy, kiedy Annabel pozwalała sobie na odrobinę swobody, najłatwiej było zapomnieć, jak wiele zmieniło się od czasu, kiedy widzieli się po raz ostatni. Ona również szybko się wycofała z tej chwili, prostując się i ponownie przybierając spokojny wyraz twarzy.
— Powinieneś zacząć od rady i straży — powiedziała. — Jeśli chcesz zrozumieć Islay, nie ograniczaj się do dokumentów.
— Tego właśnie zamierzam.
— I nie wierz we wszystko, co usłyszysz.
Damon uniósł lekko brew.
— Nawet jeśli usłyszę to od ciebie?
— Zwłaszcza wtedy.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa.
— To brzmi jak rada.
— Jest nią.
— A czego mam się spodziewać?
Annabel spojrzała w stronę wysokich okien. Za szybami Islay trwała swoim zwyczajnym rytmem. Strażnicy stali na murach, ludzie przechodzili przez dziedziniec, a morze pozostawało takie samo jak każdego dnia.
— Tego, że każdy będzie miał własną wersję wydarzeń. Niektóre będą prawdziwe. Niektóre częściowo. A część została przygotowana po to, żebyś uwierzył w nią zamiast w to, co naprawdę się wydarzyło. Islay jest bardziej skomplikowane, niż wygląda w raportach.
— A ty zamierzasz mi powiedzieć, która wersja jest prawdziwa?
Annabel spojrzała na niego z cieniem uśmiechu.
— Nie. Od tego jesteś obserwatorem.
Damon pokiwał głową.
— W takim razie rzeczywiście nie zamierzasz ułatwiać mi pracy.
— Nie.
— Tego się spodziewałem.
Przez chwilę stali w milczeniu. Tym razem cisza nie była już niezręczna. Była znajoma. Annabel miała świadomość, że za kilka dni mogą rozmawiać ze sobą zupełnie inaczej, kiedy Damon zacznie poznawać ludzi, wydarzenia i konflikty, o których ona wiedziała znacznie więcej, niż chciała ujawnić. Dzisiaj jednak wystarczyło jej to, że nadal potrafili rozmawiać bez ciągłego pamiętania o tytułach.
— Agatha zajmie się twoim zakwaterowaniem — powiedziała w końcu. — Powiedz jej, czego potrzebujesz. Dopilnuje, żeby niczego ci nie zabrakło.
— Mam rozumieć, że to ta sama Agatha, którą przed chwilą chciałaś wykorzystać do wyrzucenia mnie z zamku?
— Ta sama.
— W takim razie postaram się jej nie narazić.
— To rozsądne.
Damon zrobił krok w stronę drzwi. Tym razem zatrzymał się przed nimi i spojrzał na Annabel.
— Do jutra, Annabel.
— Do jutra, Damon.
Sięgnął po klamkę, lecz zanim otworzył drzwi, odwrócił się jeszcze raz.
— I nie martw się.
Annabel spojrzała na niego pytająco.
— O co?
— Nie zamierzam przyjechać tutaj z gotową odpowiedzią.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.
— Właśnie tego chciałam.
Damon skinął głową i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho. Po drugiej stronie czekała już służba, która miała zaprowadzić go do przygotowanych komnat i zadbać o wszystko, czego mógł potrzebować podczas pobytu na Islay. Annabel została sama przy stole, z dokumentami Ministerstwa rozłożonymi przed sobą. Przez kilka sekund patrzyła na zamknięte drzwi, a potem opuściła wzrok.
Damon nie był obcym człowiekiem, którego można było trzymać na dystans samym tytułem. Znał ją sprzed korony i dlatego właśnie jego obecność mogła okazać się trudniejsza niż obecność każdego innego obserwatora. Nie musiała bać się tego, że będzie szukał winy. Bała się raczej, że pewnego dnia spojrzy na nią tak samo jak dawniej i zauważy coś, czego nie powinna była mu pokazywać.

~~~

Powrót do Rumunii nie przyniósł Charliemu ulgi, której spodziewał się po opuszczeniu Murmańska. Przez całą drogę miał przed oczami fotografie znalezione w albumie Jurija, a szczególnie tę jedną, niewielką, wsuniętą między strony tak, jakby ktoś dawno temu uznał, że najlepiej będzie, jeśli przestanie istnieć. Papier był pożółkły na brzegach, fotografia lekko pofałdowana od wilgoci, a na jej odwrocie widniało kilka krótkich słów zapisanych ręką, której Charlie nie potrafił rozpoznać: C-7. Osobnik 04. Przeniesiony. Nic więcej. Żadnej daty, żadnego miejsca, żadnego nazwiska. Właśnie ta oszczędność informacji nie dawała mu spokoju. Do tej pory traktował Murmańsk jako miejsce, w którym Projekt Symbion wymknął się spod kontroli i zakończył katastrofą. Widział przecież ślady po tym, co się tam wydarzyło. Znał liczbę ofiar, widział klatki, w których pozostały jedynie ślady pazurów, i pomieszczenia, w których magia wsiąkła w kamień tak głęboko, że nawet po latach można było wyczuć jej ciężar. Wiedział, że zginęły Hybrydy i że zginęli ludzie, którzy mieli nad nimi czuwać. Wszystko wskazywało na to, że tamta historia skończyła się w chwili, gdy ośrodek został opuszczony. Tyle że jedno słowo na odwrocie fotografii nie pasowało do tej wersji. Przeniesiony. 
Charlie długo zastanawiał się nad nim podczas podróży. Nie nad znaczeniem, bo było oczywiste, lecz nad tym, kto miałby je zapisać. Ktoś musiał wiedzieć, że osobnik przeżył. Ktoś musiał podjąć decyzję, dokąd go wysłać. Ktoś musiał prowadzić ewidencję. A skoro istniała ewidencja, musiały istnieć również wcześniejsze wpisy. Próbował wmówić sobie, że to nic nie znaczy. Stare dokumenty często były niepełne. Ludzie popełniali błędy, zwłaszcza w miejscach, w których pracowano ze stworzeniami, których istnienia nie powinno się nawet wpisywać do oficjalnych rejestrów. Jedno słowo nie mogło zmienić całej historii. Potem zasnął i obudził się kilkadziesiąt minut później z uczuciem, że ktoś stoi przy jego łóżku. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Serce waliło mu w piersi, dłonie miał zaciśnięte na kocu, a przed oczami wciąż widział ciemny zarys ogromnej głowy pochylającej się nad metalową klatką. Smok nie ruszał się, tylko patrzył. W jego oku odbijała się cienka, nieruchoma smuga światła, jakby ktoś stał po drugiej stronie krat i obserwował razem z nim. Charlie próbował sobie przypomnieć, czy widział go naprawdę, czy jedynie we śnie, lecz obraz rozpłynął się, zanim zdążył uchwycić szczegóły. Zostało mu tylko jedno: C-7. Usiadł i przetarł twarz dłońmi. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spał dłużej niż trzy godziny bez przerwy. Przez resztę podróży już nie zasnął.

Album leżał teraz na jego biurku. Charlie otworzył go ponownie, chociaż obiecywał sobie, że tego dnia nie będzie do niego zaglądał. Powinien był zająć się dokumentacją rezerwatu, zaległymi raportami i wszystkim, co przez ostatnie dni odłożył na później. Zamiast tego stał przez chwilę nad fotografią, z rękami opartymi o krawędź biurka. Na zdjęciu znajdował się młody smok zamknięty w ciężkiej, metalowej klatce. Charlie znał smoki wystarczająco dobrze, żeby nie patrzeć na nie tak jak większość ludzi. Nie interesowała go jedynie wielkość skrzydeł czy kształt czaszki. Zwracał uwagę na rzeczy, które dla innych były pozbawione znaczenia: sposób, w jaki układały się łuski przy nasadzie szyi, drobne deformacje po przebytych urazach, sposób osadzania rogów i blizny, które pozostawały przez całe życie. Pochylił się nad fotografią i najpierw zauważył rozdarcie łuski przy lewej stronie szczęki, potem zagłębienie u nasady rogu, a na końcu trzy jaśniejsze łuski poniżej oka, ustawione niemal w jednej linii.
Przez moment nic się nie wydarzyło. Nie poczuł nagłego olśnienia ani nie przypomniał sobie niczego konkretnego. Pojawiło się jedynie nieprzyjemne wrażenie, że już kiedyś widział te cechy. Sięgnął więc po akta Sektora C i zaczął przerzucać strony bez większego przekonania. Jedna karta, druga, trzecia. Nazwy, oznaczenia, obserwacje. W kilku miejscach ktoś dopisywał informacje ręcznie, innym atramentem, jakby dokumentację uzupełniano długo po pierwszym wpisie. Kiedy dotarł do Zephyr, zatrzymał palce na krawędzi papieru. Jej karta była krótsza niż pozostałe. Charlie zauważył to już wcześniej, lecz wtedy uznał brak danych za zwykłe niedbalstwo. Dokumentacja Hybryd od początku była chaotyczna. Niektóre wpisy wyglądały tak, jakby sporządzono je przez ludzi, którzy sami nie wiedzieli, co właściwie mają opisywać. Teraz jednak brak zaczął mu przeszkadzać. Spojrzał na fotografię Zephyr, potem na zdjęcie z albumu i zbliżył oba do siebie. Blizna. Zagłębienie. Łuski. Poczuł lekkie napięcie w karku. W ciszy archiwum coś cicho stuknęło za ścianą. Charlie drgnął i przez sekundę był pewien, że słyszy pazur przesuwający się po metalu.
— Nie.
Odsunął fotografie. To było za mało. Znacznie za mało. Smoki mogły mieć podobne urazy. Blizny mogły powstawać w podobnych miejscach. Trzy jaśniejsze łuski nie były przecież odciskiem palca. Wstał i przeszedł do okna. Za szybą panował wilgotny, szary dzień. Przez chwilę patrzył bezmyślnie na teren rezerwatu, po czym zamknął oczy. Właśnie wtedy przypomniał sobie głos z magnetofonu. Nie słowa, lecz dźwięk. Krótki trzask taśmy, szum, a potem mężczyzna mówiący coś o transporcie. Charlie nie pamiętał całego zdania. Pamiętał jednak sposób, w jaki tamten głos wypowiedział oznaczenie. C-7.
Wrócił do biurka i odszukał notatki z Murmańska. Taśma trzecia. Przez chwilę trzymał dłoń nad magnetofonem. Włączyć czy nie? W końcu nacisnął przycisk. Najpierw pojawił się szum, potem trzask i głos. Charlie słuchał z pochyloną głową. Nie interesowała go treść. Próbował uchwycić sposób mówienia, tempo, akcent. Po kilku minutach zatrzymał nagranie i przewinął je. C-7. Jeszcze raz. Cofnął taśmę. C-7. Zmarszczył brwi. Nie znalazł niczego. Westchnął i oparł łokcie na biurku.
— Zaczynasz wariować — powiedział cicho.
Wyłączył magnetofon i przez kilka następnych godzin zajmował się wszystkim, czym powinien był zająć się wcześniej. Przynajmniej próbował.

Następnego dnia Margaret Luca pojawiła się w archiwum krótko po południu. Miała pod pachą kilka teczek, a jej twarz, jak zwykle, nie zdradzała wiele. Charlie znał ją już na tyle, by wiedzieć, że nie należy oczekiwać od niej odpowiedzi tylko dlatego, że zada się pytanie odpowiednim tonem. Rozmawiali o dokumentacji jednego z transportów. Margaret przeglądała formularz, zatrzymując palec przy kolejnych rubrykach.
— Ten przyjechał trzy dni później — powiedziała. — Zmieniono mu oznaczenie przed przyjęciem.
Charlie uniósł głowę. Nie przez treść. Przez sposób, w jaki wypowiedziała ostatnie słowo. Jej palec znieruchomiał na papierze, dokładnie nad pustym polem, w którym ktoś wcześniej starannie wydrapał fragment wpisu.
Przez krótką chwilę patrzył na nią bez ruchu. Margaret zauważyła jego spojrzenie.
— Coś się stało?
Charlie zamrugał.
— Nie.
— Na pewno?
— Tak.
Wrócił do dokumentu. Nie chciał się gapić. Nie chciał również przyznać, że właśnie wydarzyło się coś, czego sam nie potrafił wyjaśnić. Dopiero wieczorem, siedząc samotnie przy biurku, zrozumiał, co go zatrzymało. Jedno słowo. Nic więcej. Nie głos, nie twarz, nie sposób mówienia. Jedno słowo wypowiedziane z ledwie zauważalnym akcentem. Charlie spojrzał na magnetofon. Przez chwilę walczył ze sobą, a potem ponownie włączył nagranie.
Szum. Trzask. Głos. C-7.
Przewinął. Słuchał jeszcze raz. I wtedy to usłyszał. Nie było identyczne. Nie mogło być. Nagranie było stare, jakość fatalna, a człowiek mówiący na taśmie miał zupełnie inną barwę głosu. Ale przy jednym słowie akcent układał się niemal tak samo. Charlie zastygł. Przez kilka sekund nie poruszył nawet ręką. Potem cofnął nagranie. Jeszcze raz. I jeszcze. Za trzecim razem odsunął się od magnetofonu. Nie. To wciąż nie był dowód. Mógł sobie coś dopowiadać. Zmęczenie robiło z pamięcią dziwne rzeczy. Po Murmańsku zbyt wiele razy słuchał tych samych taśm. Zbyt długo spał po kilka godzin. Zbyt wiele czasu spędzał nad dokumentami. Mógł usłyszeć podobieństwo tylko dlatego, że go szukał. A jednak nie wyrzucił tej myśli z głowy. Zapisał jedno słowo na marginesie notatnika.

Kolejnego ranka wrócił do akt Zephyr. Nie dlatego, że był pewien związku. Właśnie dlatego, że nie był. Położył kartę na stole i zaczął czytać od początku. Miejsce pochodzenia — brak. Poprzedni właściciel — brak. Historia transportu — niepełna. Data przyjęcia — obecna. Stan fizyczny — opisany pobieżnie.
Charlie przeczytał kartę drugi raz, potem trzeci. Przypomniał sobie fotografię. Tym razem nie patrzył na bliznę. Patrzył na wiek. Na zdjęciu smok był młodszy, znacznie młodszy. Różnica wieku mogła tłumaczyć wiele zmian. Kształt głowy, długość rogów, proporcje ciała. Nie mógł więc powiedzieć, że to Zephyr. Mógł jedynie powiedzieć, że Zephyr mogła nią być. Ta różnica miała znaczenie. Otworzył kolejne akta. Jeden z osobników miał deformację przedniej łapy odpowiadającą opisowi widocznemu na starej fotografii. Inny posiadał charakterystyczne uszkodzenie błony skrzydła. Kolejne podobieństwo było zbyt słabe, żeby coś z niego wynikało. Charlie zaczął zaznaczać strony, choć sam nie wiedział jeszcze, czego właściwie szuka. W pewnym momencie cofnął się na krześle i spojrzał na stos dokumentów.
Przypomniał sobie Sektor C. Nie o samych Hybrydach, a o ich zachowaniu.
Wtedy wszystkie poruszyły się niemal jednocześnie. Charlie pamiętał ten moment bardzo wyraźnie. Najpierw Zephyr uniosła głowę. Potem poruszyły się pozostałe. Jedno stworzenie rozłożyło skrzydło, inne obróciło pysk, jeszcze inne uderzyło ogonem o ziemię. Nie wyglądało to jak przypadkowa reakcja kilku smoków. Przez ułamek sekundy wszystkie spojrzały w tę samą stronę, ku zamkniętym drzwiom, jakby usłyszały sygnał, którego ludzie nie byli w stanie wychwycić.
Wtedy założył, że łączy je jakaś forma magicznej więzi. Teraz jednak nie był już tego pewien. Może problem polegał na tym, że zadawał niewłaściwe pytanie.
Nie: co je łączy?
Tylko: skąd się znały?
Charlie poczuł nieprzyjemny chłód. Sięgnął po notatki z Murmańska. Jedno ze zdań, które zanotował, było niepełne. Na marginesie dopisał je wtedy z pamięci, bo nagranie było zbyt niewyraźne: Hybrydy reagują zgodnie z planem. Próba połączenia mentalnego zakończona sukcesem u dwóch osobników.
Patrzył na te słowa długo.
Nagle przypomniał sobie coś jeszcze. Nie z dokumentów. Z rozmowy. Jurij mówił o przeniesieniu, jakby było czymś oczywistym. Jakby po katastrofie ktoś po prostu zabrał część stworzeń i przewiózł je dalej. Charlie odsunął krzesło i sięgnął po dokumentację transportową rezerwatu.
Zajęło mu to prawie cały dzień. Najpierw szukał dat, potem nazwisk, następnie numerów klatek. Dokumenty były niejednorodne. Jedne sporządzono staranną ręką, inne wyglądały tak, jakby ktoś wypełniał je w pośpiechu. Niektóre miały późniejsze poprawki, innych brakowało podpisów. Kilka razy Charlie był przekonany, że niczego nie znajdzie. Raz nawet zamknął teczkę i oparł głowę o dłonie. Był wykończony. Nie chodziło już nawet o zmęczenie po podróży. Od kilku dni funkcjonował właściwie na kawie, krótkich drzemkach i uporze. Coraz częściej łapał się na tym, że czytał tę samą linijkę kilka razy, a kiedy ponownie otworzył teczkę, zaczął przeglądać dokumenty od końca, wtedy też zatrzymał się przy jednym z formularzy.
C-7.
Przeczytał numer raz. Potem drugi.
Nie był to numer sektora. Nie był to numer obecnego rejestru. Było to starsze oznaczenie transportowe. Charlie wyprostował się. Spojrzał na datę, potem na kolejną kartę.
C-7.
Jeszcze jedna.
C-7.
Jego oddech stał się płytszy. Murmańsk.
C-7.
Transport. Rumunia.
Położył obie dłonie na stole. Nie miał jeszcze odpowiedzi. Nie wiedział, ile osobników rzeczywiście przeszło tę samą drogę. Nie wiedział, kto zdecydował o ich przewiezieniu ani dlaczego część dokumentacji zniknęła. Nie wiedział nawet, czy Zephyr rzeczywiście była Osobnikiem 04, ale po raz pierwszy miał coś więcej niż przeczucie - miał ciąg dokumentów, a jednak zamiast satysfakcji poczuł ciężar. Ktoś musiał wiedzieć, które stworzenia przeżyły Murmańsk. Ktoś musiał znać ich oznaczenia. Ktoś musiał przygotować transport. I ktoś musiał później dopilnować, żeby ich wcześniejsza historia nie znalazła się w zwykłych aktach.
Charlie spojrzał na fotografię leżącą obok dokumentów. Młody smok patrzył na niego zza krat. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzy na coś więcej niż stare zdjęcie. Na początek drogi, zanim on sam dowiedział się o istnieniu C-7.
Schował fotografię między kartki. Nie zamierzał pytać Margaret. Jeśli się mylił, jedno pytanie mogło zniszczyć cały trop. Jeśli miał rację, pytanie zadane zbyt wcześnie mogło sprawić, że ktoś zacznie usuwać ślady, których Charlie jeszcze nawet nie zdążył znaleźć. Potrzebował czegoś pewniejszego. Nazwiska, daty, podpisu.
Czegokolwiek, czego nie dałoby się wyjaśnić przypadkiem.
Oparł się o krzesło i zamknął oczy. Przez moment znowu zobaczył klatkę z Murmańska, potem ponownie otworzył oczy. Nie wiedział jeszcze, czy te dwie rzeczy miały ze sobą cokolwiek wspólnego, ale po raz pierwszy zaczął się bać, że odpowiedź może znajdować się znacznie bliżej, niż sądził. Nie tylko w rezerwacie, lecz także wśród ludzi, którzy od lat pilnowali jego porządku. Margaret mogła być jedną z nich. Mogła znać C-7 nie dlatego, że przypadkiem usłyszała to oznaczenie, lecz dlatego, że kiedyś sama uczestniczyła w jego dalszej historii, jak podejrzewał wcześniej Damon i jak mu o tym powiedział, a ten fakt był znacznie gorsze niż odkrycie, że trop prowadził donikąd.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

III.VI

Badania nad Hybrydami postępowały znacznie wolniej, niż Charlie się spodziewał. Każdy kolejny dzień przynosił nowe obserwacje, następne strony notatek i kolejne wyniki analiz, lecz żaden z nich nie przybliżał go do odpowiedzi na pytanie, które od początku nie dawało mu spokoju. Smoki pozostawały w doskonałej kondycji. Nie nosiły śladów chorób, pasożytów ani magicznych uszkodzeń. Ich organizmy funkcjonowały prawidłowo, wszystkie pomiary mieściły się w granicach normy, a mimo to Charlie z każdym dniem coraz silniej utwierdzał się w przekonaniu, że problem nie tkwił w ich ciałach. Musiał kryć się gdzieś głębiej. W czymś niewidzialnym, czego nie potrafił jeszcze nazwać. Wieczorami wracał do kaset odnalezionych w opuszczonym ośrodku pod Murmańskiem. Odtwarzał je raz za razem, zatrzymując nagrania dokładnie w tych samych momentach. Wsłuchiwał się w każde zawahanie głosu, każde urwane zdanie i każde słowo, które mogło mieć znaczenie. Marginesy jego notatników zapełniały się odnośnikami, strzałkami i pytaniami, a dokumentacja rumuńskiego rezerwatu coraz częściej przeplatała się z zapiskami dotyczącymi Projektu Symbion. Wciąż jednak brakowało jednego elementu, który połączyłby opuszczony rosyjski kompleks z tym, co działo się obecnie w Rumunii. Jedynym wspólnym mianownikiem pozostawała Maria Rosenthal, lecz samo nazwisko nie stanowiło jeszcze dowodu. Z czasem zaczęły pojawiać się również wątpliwości. Coraz częściej zastanawiał się, czy nie zabrnął za daleko. Murmańsk był zamkniętym rozdziałem sprzed wielu lat. Ludzie związani z Projektem Symbion zniknęli, zginęli albo nauczyli się milczeć. Bywały chwile, gdy miał wrażenie, że próbuje połączyć fakty, które nigdy nie tworzyły jednej historii. Może ścigał jedynie własne przypuszczenia. Może odpowiedzi, których szukał, już dawno przestały istnieć. Za każdym razem, gdy podobne myśli zaczynały przejmować nad nim kontrolę, wracał do Sektora C. Wystarczył jeden spacer między wybiegami Hybryd, by wszystkie wątpliwości ponownie ustąpiły miejsca przeczuciu. Ich nienaturalny spokój, puste spojrzenia i cisza panująca wokół zwierząt nie dawały mu spokoju. Czuł, że to nie był przypadek. Nie miał jeszcze dowodów, lecz intuicja, która wielokrotnie prowadziła go podczas pracy ze smokami, również tym razem podpowiadała mu, że zmierza we właściwym kierunku.
Kilka dni później siedział samotnie w archiwum rezerwatu. Za wysokimi oknami powoli zapadał zmrok, a jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę pozostawał szelest przewracanych pergaminów i cichy trzask drewna płonącego w kominku. Od rana przeglądał dokumenty, które na pierwszy rzut oka nie przedstawiały już żadnej wartości. Listy płac, ewidencje strażników, wykazy pracowników technicznych, raporty transportowe. Wiedział, że odpowiedź mogła kryć się właśnie tam, gdzie od lat nikt już nie zaglądał. Przerzucał kolejne strony niemal mechanicznie. Coraz częściej łapał się na tym, że czyta nazwiska, nie zapamiętując ich nawet przez chwilę. Dopiero kiedy jego wzrok zatrzymał się na jednym z nich, coś nie pozwoliło mu przewrócić następnej kartki.

Jurij Wołkow.
Strażnik.

Charlie zmarszczył brwi. Nazwisko wydawało się dziwnie znajome, choć nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie widział je wcześniej. Zamknął oczy i przez chwilę próbował uporządkować własne wspomnienia. Nie chodziło o rozmowę ani raport. To było jedynie krótkie mignięcie nazwiska, które musiało przemknąć mu przed oczami podczas pierwszych dni analiz. Odsunął od siebie pergamin i sięgnął po kolejne segregatory. Przez następnych kilka godzin przeszukiwał wszystko, co mogło mieć związek z dawnym ośrodkiem pod Murmańskiem. Wykazy strażników, listy zmian, raporty służbowe, ewidencję transportów i dokumentację kadrową. Im głębiej zaglądał do archiwów, tym wyraźniej dostrzegał, że historia tego miejsca urywała się nagle. Nazwisko Jurija Wołkowa pojawiało się regularnie przez jedenaście lat, po czym znikało całkowicie, jakby człowiek, który przez tyle czasu pełnił tam służbę, nigdy nie istniał.nCharlie odchylił się na oparcie krzesła i przez chwilę wpatrywał się w sufit. Nie wyglądało to jak zwykłe zakończenie pracy ani przejście na emeryturę. Zbyt wiele dokumentów kończyło się dokładnie w tym samym momencie. Ktoś zamknął historię Murmańska jednym ruchem pióra, pozostawiając po niej jedynie strzępy informacji. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać. Jeszcze tego samego dnia złożył wniosek o udostępnienie rosyjskich archiwów Ministerstwa Magii. Nie spodziewał się wiele. Minęło przecież tyle lat, że większość dokumentów mogła zostać utajniona albo zwyczajnie zaginąć. Mimo to kilka dni później otrzymał zgodę. Z nową teczką pod pachą niemal natychmiast wrócił do archiwum.
Przez długi czas nie znajdował niczego, czego już wcześniej by nie wiedział. Kolejne strony wypełniały urzędowe formularze, spisy ludności i meldunki administracyjne. Dopiero pod sam koniec natrafił na krótki wpis zapisany drobnym, starannym pismem.

Jurij Aleksandrowicz Wołkow.
ul. Kurkińskoje Szosse 41.
Moskwa.

Charlie przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od pożółkłego pergaminu. Delikatnie przesunął palcem po zapisanym atramentem adresie, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tam jest. Po raz pierwszy od chwili odnalezienia laboratorium pod Murmańskiem trzymał w rękach coś więcej niż kolejne nazwisko zapisane w archiwach albo urwany fragment nagrania zapisany na starej kasecie magnetofonowej. Miał człowieka. Kogoś, kto przeżył wydarzenia, o których wszyscy pozostali zdawali się już tylko milczeć. Powoli zamknął teczkę i oparł się wygodniej na krześle. W ciszy archiwum słyszał jedynie trzask ognia i cichy szelest pergaminów przewracanych przez bibliotekarkę kilka regałów dalej. Przez ostatnie tygodnie gromadził pojedyncze elementy cudzej historii, próbując ułożyć z nich spójną całość. Teraz po raz pierwszy miał szansę porozmawiać z kimś, kto nie był nazwiskiem w raporcie ani głosem zapisanym na taśmie.bNie zastanawiał się długo, decyzję podjął niemal natychmiast. Następnego ranka miał opuścić Rumunię i wyruszyć do Moskwy.


Podróż do Moskwy zajęła Charliemu większą część dnia. Kiedy w końcu wysiadł na dworcu, przez chwilę stał nieruchomo na peronie, pozwalając, by chłodne powietrze wypełniło mu płuca. Miasto było zupełnie inne od tego, do czego przywykł w Rumunii. Nie było tu gór, skalnych ścian ani odległego ryku smoków niosącego się po dolinie. Zamiast tego wszędzie słyszał rozmowy, stukot kroków, skrzypienie powozów i nawoływania ludzi spieszących w swoich sprawach. Moskwa żyła własnym rytmem, obojętna na to, że jeden z jej mieszkańców przez lata nosił w sobie wspomnienia miejsca, którego Charlie szukał.
Adres znalazł bez większego trudu. Kurkińskoje Szosse prowadziło przez północno-zachodnie obrzeża miasta, gdzie zabudowa stawała się rzadsza, a wysokie kamienice ustępowały starszym domom otoczonym ogrodami. Charlie kilkakrotnie sprawdzał numer zapisany na pergaminie, zanim zatrzymał się przed drewnianym ogrodzeniem. Dom nie wyglądał na opuszczony, ale również nie sprawiał wrażenia miejsca, do którego ktokolwiek chętnie zapraszał obcych. Za szybami nie paliło się światło, ogród był zaniedbany, a ścieżka prowadząca do drzwi zniknęła niemal całkowicie pod warstwą wilgotnych liści.
Zapukał.
Nie odpowiedział mu żaden głos. Odczekał chwilę i zapukał ponownie, tym razem mocniej. Dopiero po dłuższej chwili usłyszał za drzwiami powolne kroki. Zamek szczęknął, drzwi uchyliły się zaledwie na kilka cali, a w powstałej szczelinie pojawiła się twarz starszego mężczyzny. Jurij Wołkow wyglądał na człowieka, który postarzał się znacznie szybciej, niż powinien. Miał szerokie ramiona, posiwiałe włosy i głębokie zmarszczki wokół oczu, ale jego spojrzenie wciąż pozostawało czujne. Charlie od razu zauważył dłonie. Były duże, pokryte bliznami i zgrubiałe od pracy. Dłonie człowieka, który przez większą część życia miał do czynienia nie z papierami, lecz z ciężkimi przedmiotami i stworzeniami, których nie dało się poskromić samą siłą.
— Czego pan chce? — zapytał Jurij po rosyjsku.
Charlie odpowiedział w tym samym języku, choć z wyraźnym obcym akcentem.
— Nazywam się Charlie Weasley. Jestem smokologiem. Pracuję w rumuńskim rezerwacie.
Jurij przez moment patrzył na niego bez słowa.
— Nie interesują mnie rezerwaty.
— Wiem. Przyjechałem z powodu Murmańska.
Zmiana na twarzy starszego mężczyzny była ledwie zauważalna. Szczęka zacisnęła mu się na moment, a dłoń mocniej ścisnęła krawędź drzwi. Gdyby Charlie nie spędził tylu lat wśród smoków, prawdopodobnie w ogóle by tego nie dostrzegł.
— Nie mam nic do powiedzenia.
— Pracował pan tam przez jedenaście lat.
— Pracowało tam wielu ludzi.
— Ale niewielu przeżyło do końca.
Jurij spojrzał na niego ostrzej. Przez chwilę Charlie miał wrażenie, że drzwi zostaną zatrzaśnięte. Starszy mężczyzna jednak tylko wypuścił powoli powietrze i odsunął się o krok.
— Niech pan wraca do Anglii.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Charlie zawahał się tylko przez moment.
— Bo znalazłem coś, czego nie powinienem był znaleźć.
Jurij nie odpowiedział.
— Kasety — dodał Charlie. — Nagrania z projektu Symbion.
Tym razem reakcja była wyraźniejsza. Jurij cofnął się, jakby nazwa projektu uderzyła go fizycznie. Przez krótką chwilę patrzył gdzieś ponad ramieniem Charliego, a jego twarz straciła cały wcześniejszy chłód.
Przed oczami przemknął mu obraz sprzed wielu lat.
Korytarz oświetlony niebieskawym światłem zaklęć. Zapach spalonego metalu. Krople wody spadające z sufitu, mieszające się z czymś ciemnym na kamiennej posadzce. Pamiętał własne dłonie zaciskające się na różdżce i czyjś krzyk dochodzący zza stalowych drzwi. Pamiętał, że wtedy ktoś powiedział, żeby ich nie wypuszczać. Pamiętał również, że mimo rozkazu drzwi zaczęły się otwierać.
Jurij mrugnął i wspomnienie zniknęło. Charlie zauważył, że starszy mężczyzna pobladł.
— Pan wie, o czym mówię — powiedział cicho.
Jurij długo się nie odzywał. W końcu pokręcił głową.
— Powiedziałem, że nie mam nic do powiedzenia.
— Nie musi mi pan opowiadać wszystkiego. Potrzebuję tylko informacji o ludziach, którzy tam pracowali. O laboratorium. O Hybrydach.
— Nie.
— Nawet jeśli mogę dzięki temu zrozumieć, co dzieje się teraz?
Jurij spojrzał na niego z czymś, co przypominało gniew, lecz pod nim Charlie dostrzegł przede wszystkim strach.
— Niech pan posłucha człowieka starszego od siebie. Są rzeczy, których lepiej nie rozumieć.
Charlie nie odwrócił wzroku.
— Być może. Ale jeśli to, co widziałem w Murmańsku, ma związek z tym, co dzieje się teraz w rumuńskim rezerwacie, nie mogę udawać, że tego nie zauważyłem.
Jurij przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Potem jego spojrzenie przesunęło się na skórzaną torbę przewieszoną przez ramię Charliego.
— Ma pan te kasety?
— Tak.
— Proszę je wyrzucić.
— Nie.
Odpowiedź padła spokojnie, bez prowokacji. Jurij chyba właśnie tego się nie spodziewał.
— Uparty z pana człowiek.
Charlie pozwolił sobie na cień uśmiechu.
— Często to słyszę.
— To nie jest powód do dumy.
— W tym przypadku może być.
Starszy mężczyzna przez moment wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć, lecz ostatecznie tylko pokręcił głową. Wtedy zza domu dobiegł odgłos otwieranych drzwi.
Charlie odwrócił głowę. Młoda kobieta stała kilka metrów dalej przy drewnianej komórce. Miała ciemne włosy związane niedbale na karku i gruby płaszcz narzucony na ramiona. W jednej dłoni trzymała kosz z drewnem. Zatrzymała się, widząc obcego mężczyznę rozmawiającego z jej wujem. Jurij również ją zauważył.
— Nadieżda, idź do domu.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok przesunął się z wuja na Charliego, a potem na skórzaną torbę, którą trzymał przy sobie. Wyraźnie próbowała zrozumieć, co sprowadziło go aż tutaj.
— To ten smokolog z Rumunii? — zapytała.
Jurij zmarszczył brwi.
— Skąd wiesz?
— Widziałam go wcześniej w mieście.
Charlie spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale Nadieżda tylko uśmiechnęła się pod nosem i odłożyła kosz przy ścianie.
— Nie przeszkadzajcie sobie — powiedziała spokojnie, po czym ruszyła w stronę domu.
Charlie odprowadził ją wzrokiem tylko przez chwilę. W jego głowie wciąż znajdowało się Murmańsk, Symbion i kasety. Nie zwrócił więc uwagi na to, że dziewczyna obejrzała się za nim jeszcze raz. Jurij tymczasem nadal stał w drzwiach.
— Niczego pan ode mnie nie dostanie.
— Rozumiem.
— Naprawdę?
— Nie. Ale szanuję pana decyzję.
Starszy mężczyzna zmrużył oczy, jakby po raz pierwszy nie wiedział, co odpowiedzieć. Charlie odwrócił się i ruszył ścieżką prowadzącą do bramy. Nie zdobył ani jednego nazwiska, ani jednej konkretnej informacji. Mimo to nie uważał wizyty za stratę czasu. Jurij zareagował na nazwę Symbion. Znał kasety. I coś ukrywał.
Za mało, by napisać raport, lecz wystarczająco dużo, by nie odpuścić.
Kiedy Charlie zniknął za zakrętem, Nadieżda wróciła do przedpokoju. Oparła się plecami o ścianę i przez chwilę milczała, słuchając kroków oddalającego się mężczyzny.
— Nie powinieneś był z nim rozmawiać — powiedziała cicho.
Jurij spojrzał na nią ponuro.
— Nie rozmawiałem.
— Jak na ciebie to była bardzo długa rozmowa.
Starszy mężczyzna nie odpowiedział. Nadieżda podeszła do okna i odsunęła firankę. Charlie był już daleko, lecz nadal mogła dostrzec jego sylwetkę.
— On wróci — powiedziała.
— Nie wróci.
— Wróci.
Jurij westchnął ciężko.
— Skąd ta pewność?
Nadieżda odwróciła się do niego z lekkim uśmiechem.
— Bo patrzył na ciebie dokładnie tak, jak ty patrzyłeś na mnie, kiedy byłam mała i pytałam o Murmańsk.
Jurij zesztywniał.
Dziewczyna nic więcej nie dodała. Podeszła do starej szafy stojącej przy ścianie, otworzyła dolną szufladę i przez chwilę szukała czegoś pod stertą pożółkłych gazet. Po chwili jej palce zatrzymały się na drewnianej okładce Albumu, którego Jurij nie widział od wielu lat.
Nadieżda wyjęła go ostrożnie i przycisnęła do piersi. Pamiętała, jak kilka lat wcześniej znalazła go wśród rzeczy przeznaczonych do spalenia. Nie wiedziała wtedy, co przedstawiały fotografie ani dlaczego jej wuj próbował się ich pozbyć. Wiedziała tylko, że kiedy przypadkiem otworzyła album, zobaczyła na pierwszym zdjęciu młodego Jurija stojącego przed ogrodzeniem dawnego ośrodka, a za nim, na drugim planie, znajdował się smok, którego Charlie z pewnością rozpoznałby natychmiast. Nadieżda nie otworzyła albumu od razu. Przez chwilę trzymała go w dłoniach, patrząc na zamkniętą okładkę z takim skupieniem, jakby sama obecność tego przedmiotu mogła sprowadzić do domu wszystko, o czym jej wuj przez lata nie chciał mówić. Okładka była wytarta na krawędziach, skóra popękała od wilgoci i wieku, a mosiężne zapięcie pokrywała cienka warstwa ciemnego nalotu. W prawym dolnym rogu wciąż można było dostrzec ledwie widoczne litery, których większość dawno się starła. Nadieżda pamiętała dzień, w którym znalazła album w starej skrzyni przeznaczonej do spalenia. Jurij nie zauważył wtedy, że jedna z rzeczy, które wrzucił na stos, wypadła na ziemię. Ona podniosła ją później, zaciekawiona fotografiami wystającymi spomiędzy kart. Nie rozumiała wtedy, dlaczego wuj chciał pozbyć się czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zwykła pamiątka po młodości. Dopiero po latach zaczęła rozpoznawać miejsca i ludzi, których wcześniej znała wyłącznie z jego milczenia.
— Nie powinnaś tego wyciągać — odezwał się Jurij zza jej pleców.
Nadieżda spojrzała na niego przez ramię.
— A jednak właśnie to zrobiłam.
— Odłóż.
— Nie zrobię tego.
W głosie dziewczyny nie było buntu. Była za to spokojna pewność, której Jurij nauczył ją przez lata, choć prawdopodobnie nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Westchnął ciężko i odsunął się od okna. Nie próbował zabrać jej albumu. Wiedział, że jeśli teraz to zrobi, tylko utwierdzi ją w przekonaniu, że kryje w nim coś, czego powinna szukać.
— Ten człowiek nie powinien tego oglądać — powiedział po chwili.
— Być może.
— Nadieżda...
— Wujku, on i tak będzie szukał dalej.
Jurij spojrzał na nią z irytacją.
— Nie znasz go.
— Widziałam, jak patrzył na ciebie.
Starszy mężczyzna milczał.
— Nie patrzył jak ktoś, kto chce zrobić ci krzywdę — dodała spokojniej. — Patrzył jak ktoś, kto naprawdę chce wiedzieć.
Jurij pokręcił głową.
— Ciekawość nie wystarczy.
— Jemu chyba wystarczy upór.
Tym razem na twarzy Jurija pojawił się cień uśmiechu, choć szybko zniknął. Odwrócił się i podszedł do kominka. Przez chwilę patrzył na ogień, jakby próbował znaleźć w nim odpowiedź, której nie potrafił udzielić człowiekowi stojącemu kilka minut wcześniej przed jego domem.
— Nie wiesz, czego szuka — powiedział w końcu.
— Wiem, że szuka kontaktu.
— To nie jest takie proste.
— Wiem.
Nadieżda otworzyła album. Pierwsze fotografie były niemal całkowicie wyblakłe. Niektóre miały poszarpane brzegi, inne nosiły ślady wilgoci, a kilka zostało sklejonych ze sobą tak mocno, że próba ich rozdzielenia mogłaby zniszczyć papier. Na jednej z pierwszych stron znajdowała się grupa młodych pracowników stojących przed drewnianym barakiem. Nadieżda rozpoznała Jurija niemal od razu. Był wtedy znacznie młodszy, miał ciemne włosy i twarz pozbawioną zmarszczek, które dziś sprawiały, że wyglądał na człowieka starszego o całe pokolenie. Stał nieco z boku, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzył w stronę fotografa z wyrazem lekkiego rozbawienia.
Dziewczyna przesunęła palcem po fotografii.
— To było przed pierwszym incydentem?
Jurij nie odpowiedział.
— Wujku.
— Nie pamiętam.
Nadieżda spojrzała na niego uważnie. Wiedziała, kiedy kłamał. Nie dlatego, że robił to źle, lecz dlatego, że przy pytaniach dotyczących Murmańska zawsze odpowiadał w ten sam sposób. Mówił, że nie pamięta, choć czasami przez długie godziny potrafił opowiadać o najdrobniejszych rzeczach ze swojej młodości. Pamiętał pierwszą pracę, pierwszy lot na smoku, który nigdy nie powinien był zostać dopuszczony do hodowli, pamiętał nawet imiona ludzi, których nie widział od czterdziestu lat. Tylko Murmańsk znikał z jego pamięci zawsze wtedy, gdy ktoś próbował o nim zapytać. 
Przewróciła kartkę, a na kolejnej fotografii znajdował się wybieg. Za metalowym ogrodzeniem stały dwa smoki. Jeden z nich był duży i masywny, drugi wyraźnie młodszy. Nadieżda nie znała ich gatunków. Dla niej były po prostu smokami. Nie potrafiła dostrzec różnicy w kształcie skrzydeł, proporcjach łusek czy budowie czaszki. Charlie prawdopodobnie potrzebowałby na to kilku sekund.
Na następnym zdjęciu jeden ze smoków odwrócił głowę w stronę fotografa.
Nadieżda zatrzymała palec na krawędzi kartki.
— Ten wygląda inaczej.
Jurij podniósł wzrok.
— Co?
— Nie wiem. Po prostu inaczej.
Starszy mężczyzna spojrzał na fotografię i przez moment jego twarz znów stężała.
— To zwykły smok.
— Jesteś pewien?
— Tak.
Nadieżda nie odpowiedziała. Zamknęła album i spojrzała na niego z ukosa.
— A ten Anglik potrafiłby powiedzieć, co w nim jest nie tak?
Jurij odwrócił się w stronę kominka.
— Jeśli jest smokologiem, pewnie tak.
— Właśnie.

Następnego dnia Charlie wrócił do domu Jurija.
Nie spodziewał się, że drzwi otworzy mu Nadieżda. Stała w progu z kubkiem gorącej herbaty w dłoni i przez krótką chwilę wyglądała na zaskoczoną, choć uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, zdradzał coś zupełnie innego.
— Wiedziałam, że wrócisz.
Charlie spojrzał na nią, a potem na dom.
— Twój wuj powiedział mi wczoraj, żebym więcej nie przychodził.
— Wuj mówi wiele rzeczy, kiedy chce, żeby ludzie dali mu spokój.
Charlie parsknął cicho śmiechem.
— To akurat zauważyłem.
Nadieżda odsunęła się, robiąc mu miejsce.
— Wejdź.
Charlie zawahał się.
— Pan Wołkow wie, że tu jestem?
— Jeszcze nie.
— To chyba powinienem najpierw z nim porozmawiać.
— Jeśli zaczniesz od niego, znowu cię wyrzuci.
Spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem.
— Skąd ta pewność?
— Bo znam go od urodzenia.
Charlie wszedł do środka. Nadieżda zamknęła za nim drzwi i przez chwilę szła obok niego w milczeniu. Dopiero kiedy znaleźli się w niewielkim salonie, wskazała mu krzesło stojące przy stole.
— Usiądź.
Charlie zrobił to, choć nadal nie wiedział, czego właściwie od niego oczekuje. Nadieżda zniknęła na moment w sąsiednim pomieszczeniu, a kiedy wróciła, trzymała pod pachą stary album.
Położyła go przed nim.
Charlie spojrzał na okładkę i natychmiast spoważniał.
— Co to jest?
— Murmańsk.
Jego palce zatrzymały się kilka centymetrów nad albumem.
— Skąd to masz?
— Znalazłam kilka lat temu. Wuj chciał to spalić.
Charlie spojrzał na nią uważnie.
— Dlaczego mi to pokazujesz?
Nadieżda wzruszyła ramionami, choć odpowiedź była znacznie bardziej osobista, niż chciała przyznać.
— Bo od wczoraj myślę o tym, co powiedziałeś. I chyba chcę się dowiedzieć, dlaczego ktoś taki jak ty przyjeżdża aż do Moskwy, żeby pytać o miejsce, o którym Rosyjscy czarodzieje chcą jak najszybciej zapomnieć.
 Charlie nie odpowiedział od razu. Otworzył album. Pierwsze fotografie nie powiedziały mu niczego. Widoki baraków, ogrodzeń, śniegu i ludzi w grubych ubraniach mogły przedstawiać dowolny ośrodek na północy Rosji. Dopiero przy kolejnych stronach jego spojrzenie zaczęło zatrzymywać się na szczegółach, których Nadieżda wcześniej nawet nie zauważyła.
Charlie przesunął palcem po jednej z fotografii.
— Poczekaj.
Przybliżył ją do światła.
Na zdjęciu znajdował się młody Jurij stojący przy ogrodzeniu. Za nim widać było smoka, którego większość ciała zasłaniał cień.
— Coś nie tak? — zapytała Nadieżda.
Charlie pokręcił głową.
— Nie wiem jeszcze.
Przewrócił stronę. Na kolejnej fotografii ten sam smok znajdował się bliżej ogrodzenia. Tym razem widać było fragment szyi i przednią część skrzydła.
Charlie pochylił się nad zdjęciem.
— To nie jest ten sam osobnik.
Nadieżda spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Przecież wygląda tak samo.
— Właśnie dlatego większość ludzi tego nie zauważy.
Sięgnął po kolejną fotografię.
— Spójrz na lewą stronę pyska.
Nadieżda zmrużyła oczy.
— Nic nie widzę.
— Jest tam niewielkie pęknięcie łuski. Stare, zagojone. Na pierwszym zdjęciu go nie ma. Przewrócił kolejną kartkę.
— A tutaj jest.
Nadieżda patrzyła na niego coraz uważniej. Charlie nie zwracał uwagi na jej spojrzenie. Całą uwagę skupiał na fotografiach. W jego głowie zaczynały układać się obrazy, których wcześniej nie potrafił połączyć. Murmańsk, Hybrydy, ich nietypowa budowa, różnice w zachowaniu, a przede wszystkim coś, co od początku wydawało mu się znajome, choć nie potrafił tego nazwać - na jednej z fotografii zauważył fragment metalowej tabliczki przymocowanej do ogrodzenia.Od razu przybliżył zdjęcie do oczu.
— Nadieżda, czy twój wuj znał ludzi z tego sektora?
— Nie wiem.
— Muszę z nim porozmawiać.
— Powiedziałam ci, że nie będzie chciał.
Charlie zamknął album.
— W takim razie będę musiał znaleźć inny sposób.
Nadieżda uśmiechnęła się lekko.
— Może już znalazłeś.
Charlie spojrzał na nią pytająco, a
dziewczyna położyła dłoń na okładce albumu.
— Nie wszystkie fotografie są takie same. Niektóre zostały zrobione przez mojego wuja. Inne przez ludzi, których nazwisk nawet nie znam. Jeśli naprawdę potrafisz rozpoznać te stworzenia, może znajdziesz w nich coś, czego mój nie chce ci powiedzieć. 
Charlie spojrzał na nią z wdzięcznością, ale jego myśli znów wróciły do fotografii. Nie zauważył więc, że kiedy podziękował jej i pochylił się ponownie nad albumem, Nadieżda uśmiechnęła się szerzej, niż zamierzała. Po raz pierwszy od wielu lat ktoś patrzył na zdjęcia z Murmańska nie jak na wspomnienia, których należy się pozbyć, lecz jak na ślady prowadzące do prawdy. Wtedy też postanowiła mu pomóc, gdyż wiedziała, że tylko tak ściągnie z barków wuja odpowiedzialność za wszytko co mogło wydarzyć się w Murmańsku.

~~~

Pewnego dnia poranne obowiązki przeciągały się dłużej, niż Annabel planowała. Na stole piętrzyły się pergaminy wymagające jej pieczęci, dwa kolejne dekrety czekały na ostateczne poprawki, a spór pomiędzy rybakami z północnego wybrzeża i właścicielami portowych magazynów utknął w miejscu, ponieważ żadna ze stron nie zamierzała ustąpić nawet o krok. Królowa odsunęła ostatni zwój i przetarła zmęczone oczy. Odkąd objęła tron, coraz częściej łapała się na tym, że dzień mijał jej pomiędzy atramentem, mapami i podpisami, choć jeszcze nie tak dawno wydawało jej się, że największym ciężarem władcy będą bitwy. Agatha postawiła przed nią kubek gorącego naparu, lecz zanim Annabel zdążyła po niego sięgnąć, drzwi sali otworzyły się gwałtownie. Sir Euan wszedł szybkim krokiem, zatrzymał się kilka kroków od stołu i skłonił głowę tak pospiesznie, że niemal stracił równowagę.
— Wasza Wysokość... wybaczcie. Nie chciałem przerywać.
Annabel uniosła wzrok znad pergaminów.
— Skoro mimo to przerywasz, zakładam, że masz dobry powód.
Mężczyzna zawahał się. Nie wyglądał na przestraszonego. Bardziej na człowieka, który nie potrafił ubrać w słowa tego, co zobaczył.
— Myślę... nie. Jestem pewien, że powinniście zobaczyć to osobiście.
Królowa przez krótką chwilę wpatrywała się w jego twarz. Sir Euan nigdy nie należał do ludzi, którzy tracili głowę z powodu plotek czy kilku pijanych awanturników. Jeżeli przyszedł po nią osobiście, musiało wydarzyć się coś, czego nie dało się opowiedzieć w kilku zdaniach. Bez słowa odsunęła krzesło.
— Agatho.
— Tak, Pani.
Nie zabrała ze sobą większej straży niż kilku ludzi. Nie chciała, by przejście królowej przez miasto wyglądało jak wojskowy przemarsz. Ruszyli przez główną bramę, mijając mieszkańców, którzy na ich widok schylali głowy zgodnie z dawnym zwyczajem. Wszystko wydawało się takie jak zawsze. Przekupka targowała się z rybakiem o cenę dorszy, dzieci biegały pomiędzy straganami, a z piekarni dochodził zapach świeżego chleba. Dopiero gdy skręcili w jedną z ulic prowadzących ku targowisku, sir Euan zwolnił.
— Tam.
Annabel podniosła wzrok.
Na kamiennym murze ktoś namalował ogromny symbol. Czarna smoła wsiąkła głęboko pomiędzy szczeliny skały, tworząc obraz tak wyraźny, jakby powstał wiele dni wcześniej, a nie podczas jednej nocy. Smok o rozłożonych skrzydłach został opleciony ciężkim łańcuchem. Ogniwa wbijały się w jego szyję i skrzydła, zaciskając się z każdym kolejnym splotem, aż w końcu cała sylwetka zdawała się niknąć pod zimnym żelazem. Pod rysunkiem zaś widniały tylko dwa słowa.

Łańcuch chroni.

Annabel nie odezwała się ani słowem. Podeszła bliżej, przyglądając się śladom smoły. Dotknęła kamienia opuszkami palców. Była już zimna.
— Kiedy?
— Musieli zrobić to w nocy. Patrol przechodził tędy tuż przed świtem. Ściana była czysta.
Agatha również podeszła bliżej, lecz nie patrzyła na symbol. Doświadczenie kazało jej obserwować ludzi. Po drugiej stronie ulicy starszy mężczyzna zatrzymał się z koszem drewna pod pachą. Spojrzał na malunek, potem na królową i po chwili odszedł, nie spuszczając wzroku z ziemi. Kilku młodych chłopaków stojących przy studni przerwało rozmowę. Jeden z nich uśmiechnął się ledwie zauważalnie, drugi szturchnął go łokciem i obaj ruszyli dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
— To nie jedyny — odezwał się strażnik. — Znaleźliśmy następne.
Ruszyli dalej.
Na ścianie starego spichlerza widniało pojedyncze ogniwo łańcucha zamknięte w okręgu przypominającym herb. Kilkadziesiąt kroków dalej ktoś namalował ludzką dłoń zaciskającą się na zerwanym łańcuchu, a pod nią krótki napis:

LUDZIE PONAD BESTIAMI.

Annabel zatrzymała się ponownie. Tym razem nie podeszła do ściany. Jej wzrok powędrował w stronę ulicy. Młoda kobieta z małą dziewczynką przyspieszyła kroku, odciągając dziecko od muru. Dwóch kupców stało naprzeciw siebie i rozmawiało półgłosem, raz po raz zerkając na symbol. Starsza zielarka pokręciła głową z dezaprobatą, lecz nie powiedziała ani słowa. Za to brodaty rybak, którego Annabel dobrze pamiętała z jednej z wcześniejszych audiencji, zatrzymał się przed malunkiem na dłużej. Obejrzał go uważnie, po czym odszedł z rękami splecionymi za plecami. Nie było okrzyków, zamieszek ani tłumu. Jedynie spojrzenia, które zaniepokoiły Annabel bardziej niż sama smoła na murach.
— Ilu?
— Na razie doliczyliśmy się dwudziestu trzech symboli. Meldunki nadal spływają.
— Wszystkie takie same?
— Nie.
Euan pokręcił głową.
— Podobne. Każdy trochę inny.
Annabel zmarszczyła brwi. Nie wyglądało to na dzieło jednego człowieka. Jeden malował smoka, drugi ograniczał się do samego łańcucha, ktoś inny pisał wyłącznie hasła. Różniły się wykonaniem, wielkością i miejscem, lecz wszystkie prowadziły do tej samej myśli.
Agatha dostrzegła, jak Annabel powoli odwraca wzrok od ściany.
— O czym myślisz?
Królowa nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w ulicę, po której zwyczajnym krokiem szli ludzie wracający z porannych zakupów. Mijali symbole, jakby były częścią miasta od zawsze. Jedni odwracali wzrok, inni spoglądali na nie z zaciekawieniem, jeszcze inni zwalniali tylko na moment.
— Nie malowali ich dla mnie.
Agatha spojrzała na nią pytająco.
— Malowali je dla nich.
Annabel skinęła lekko głową w stronę przechodniów.
— I to właśnie jest najgorsze.
Przez dłuższą chwilę żadna z nich się nie odezwała. Gwar targowiska trwał dalej, lecz coś w nim się zmieniło. Ludzie wykonywali te same czynności co każdego poranka, tylko częściej spoglądali na siebie nawzajem. Jakby każdy próbował odgadnąć, co myśli ten drugi.
Sir Euan odchrząknął cicho.
— Rozkażecie nam je usunąć?
Annabel podeszła jeszcze bliżej muru i przesunęła dłonią po chropowatym kamieniu. Nawet jeśli straż zeskrobie smołę przed południem, ślady pozostaną przez długie tygodnie.
— Tak.
Strażnik skinął głową.
— Natychmiast.
— Ale spokojnie.
Spojrzał na nią pytająco.
— Nie chcę widzieć wyciągniętych mieczy ani uzbrojonych patroli otaczających ludzi tylko dlatego, że ktoś pomazał mur. Jeżeli wokół któregoś symbolu zbierze się tłum, odejdźcie. Wrócicie później.
— Wasza Wysokość... jeśli pozwolimy im zostać choćby do wieczora...
— To nie symbole są problemem.
Odpowiedziała cicho, ale w jej głosie nie było wahania.
— Problemem jest to, że ktoś uznał, iż może je namalować, nie obawiając się reakcji własnych sąsiadów.
Sir Euan zamilkł, gdyż zrozumiał, co próbowała mu przekazać. Agatha zaś odprowadziła go wzrokiem, po czym zbliżyła się do Annabel.
— Myślisz, że to ludzie Hörëna?
Królowa przez chwilę obserwowała dwóch chłopców stojących po przeciwnej stronie ulicy. Jeden wskazał palcem na smoka oplecionego łańcuchem i coś powiedział. Drugi wzruszył ramionami. Po chwili obaj pobiegli dalej, śmiejąc się z czegoś zupełnie innego.
— Część pewnie tak.
— A pozostali?
Annabel westchnęła.
— Pozostali nie potrzebują już Hörëna.
Jej głos był cichszy niż wcześniej.
— Wystarczy, że się boją.
Ruszyły dalej ulicą. Co kilkadziesiąt kroków odnajdywały kolejny znak. Niektóre wykonano starannie, jakby autor poświęcił im wiele godzin. Inne wyglądały na pospieszne, nierówne, pozostawione przez kogoś, kto bardziej chciał zaznaczyć swoją obecność niż stworzyć dzieło. Wszystkie jednak miały jedną wspólną cechę. Każdy, kto je zobaczył, wiedział, po której stronie miał stanąć. 
Przy wejściu do portu strażnicy próbowali właśnie zeskrobać jeden z malunków. Dwóch przechodniów przyglądało się ich pracy w milczeniu. Starsza kobieta splunęła pod nogi i ruszyła dalej. Młody cieśla odwrócił się bez słowa. Za to mężczyzna oparty o beczki z soloną rybą pokręcił głową z wyraźnym niezadowoleniem.
— Zostawiliby przynajmniej do wieczora — mruknął na tyle głośno, że usłyszał go stojący obok kupiec.
— Po co?
— Żeby każdy zobaczył.
Kupiec nie odpowiedział. Po prostu odszedł.
Annabel nie odwróciła głowy. Udawała, że nie usłyszała tej krótkiej wymiany zdań, choć każde słowo zapadło jej w pamięć.
— Widzisz? — odezwała się cicho do Agathy. — Jeszcze tydzień temu pokłóciliby się o cenę beczek. Dzisiaj spierają się o znak na ścianie.
Agatha skinęła głową.
— Chcesz znaleźć tych, którzy to zrobili.
— Oczywiście.
— Ale nie to martwi cię najbardziej.
Annabel uśmiechnęła się blado.
— Nie.
Przystanęła na skraju placu i jeszcze raz spojrzała na miasto. Strażnicy wykonywali jej rozkazy, kilka ulic dalej dzieci bawiły się drewnianą obręczą, jakby nic się nie wydarzyło. Kupcy otwierali kolejne skrzynie z towarem. Rybacy rozładowywali sieci. Na pierwszy rzut oka Islay wyglądało dokładnie tak samo jak wczoraj. A jednak nie było już takie samo.
— Znajdziemy ludzi, którzy malowali po murach — powiedziała cicho. — To kwestia czasu.
Agatha spojrzała na nią uważnie.
— Ale nie znajdziemy wszystkich, którzy zaczęli myśleć w ten sam sposób.
Annabel nie odpowiedziała. Wiedziała, że Agatha wypowiedziała na głos myśl, od której sama próbowała uciec od chwili, gdy zobaczyła pierwszego smoka oplecionego żelaznym łańcuchem. 

Przez następne dni życie na Islay pozornie wróciło do dawnego rytmu. Strażnicy zeskrobali smołę z kamiennych murów, cieśle wymienili deski pokryte napisami, a mieszkańcy szybko przywykli do widoku oczyszczonych ulic. Tylko Annabel nie potrafiła uwierzyć, że wszystko skończyło się równie nagle, jak się zaczęło. Symbole zniknęły, lecz rozmowy o nich nie. Coraz częściej łapała pojedyncze urywki zdań, kiedy przechodziła przez miasto lub wysłuchiwała próśb mieszkańców. Nie były to otwarte oskarżenia ani buntownicze okrzyki. Raczej półgłosy wypowiadane przy straganach, w portowych szynkach i na progach domów.
„Mówią, że królowa chce chronić smoki.”
„A kto ochroni nas?”
„Bestia zawsze pozostanie bestią.”
Większość z tych ludzi nigdy w życiu nie widziała smoka. Znali je wyłącznie z opowieści przekazywanych przez rodziców i dziadków, w których zawsze przynosiły śmierć, ogień i zniszczenie. Strach był starszy od nich samych, a właśnie dlatego tak łatwo było go obudzić. Annabel słuchała tych szeptów z rosnącym niepokojem. Nie wierzyła, że mieszkańcy odwrócą się od niej z dnia na dzień. Wiedziała jednak, że plotka, której nikt nie zatrzyma w porę, z czasem zaczyna uchodzić za prawdę.
Kilka dni później sir Euan ponownie zapukał do drzwi jej gabinetu. Tym razem nie sprawiał wrażenia zaskoczonego.  Annabel odłożyła pióro, zanim zdążył się odezwać.
— Stało się coś jeszcze?
Strażnik skinął głową.
— Tak, Wasza Wysokość.
Zawahał się.
— Tym razem nie chodzi o symbole.
Annabel narzuciła płaszcz na ramiona i bez zbędnych pytań ruszyła za nim.
Nie kierowali się ku targowisku. Euan prowadził ją przez węższe uliczki miasta, omijając główny plac, aż w końcu zatrzymał się przy starej kamiennej studni, z której od pokoleń korzystali mieszkańcy tej części osady.
Gdy dotarli na miejsce, Annabel zobaczyła łańcuch. Grube żelazne ogniwa opleciono wokół cembrowiny z taką starannością, jakby ktoś poświęcił na to całą noc. Nie wyglądał na porzucony przypadkiem. Został zawieszony równo, niemal uroczyście, a ciężka kłódka spoczywała na kamieniu niczym pieczęć. Annabel podeszła bliżej. Wyciągnęła dłoń i uniosła jedno z ogniw. Żelazo było zimne i ciężkie.
— Znaleźliśmy go o świcie — odezwał się sir Euan. — Początkowo sądziliśmy, że to tylko tutaj, ale...
Urwał. Nie musiał już kończyć. Kilka kroków dalej na drewnianej balustradzie niewielkiego mostu zwisał następny łańcuch. Kolejny oplatał słup, na którym zazwyczaj wieszano królewskie obwieszczenia. Jeszcze jeden spoczywał u stóp pomnika dawnego władcy Islay.
Tym razem nie było smoków, ani napisów. Były tylko łańcuchy. I właśnie dlatego wyglądały gorzej. Przy studni zebrało się już kilkunastu mieszkańców. Nie tworzyli tłumu. Stali w niewielkich grupach, rozmawiając półgłosem. Gdy pojawiła się Annabel, rozmowy ucichły niemal natychmiast. Starsza kobieta ścisnęła mocniej koszyk z warzywami, młody rybak stojący obok niej odwrócił wzrok, a dwóch mężczyzn spacerujących nieco dalej wymieniło krótkie spojrzenia. Jeden z nich skinął głową, jakby potwierdzał coś, o czym rozmawiali jeszcze przed chwilą. Agatha, która pojawiła się u boku królowej chwilę później, obserwowała ich uważnie. Nie wyglądali na przestraszonych, to nie dawało jej spokoju.
— Zdjąć? — zapytał sir Euan.
Annabel długo nie odpowiadała. Patrzyła na ludzi, potem na łańcuch i znowu na ludzi.
— Tak.
Strażnicy ruszyli w stronę studni. Nie zdążyli jednak nawet dotknąć żelaza, gdy z tłumu odezwał się spokojny głos.
— Dlaczego?
Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Mężczyzna, który zadał pytanie, nie wyglądał na awanturnika. Był zwyczajnie ubranym rzemieślnikiem, jednym z wielu ludzi, których Annabel mogła minąć każdego dnia na ulicy.
— Nikomu nie przeszkadza — powiedział, rozkładając ręce. — Nikogo nie obraża. —
Wskazał na łańcuch. — To tylko kawałek żelaza.
Kilku mieszkańców skinęło głowami. Inni patrzyli na niego z wyraźnym zakłopotaniem. Annabel zrobiła kilka kroków w jego stronę.
— Gdyby ktoś zawiesił tutaj koronę, również powiedziałbyś, że to tylko kawałek metalu?
Mężczyzna zamilkł, gdy Królowa spojrzała na łańcuch.
— Symbole nigdy nie są tylko tym, z czego zostały wykonane. Ktoś zawiesił go tutaj z konkretnego powodu. Nie po to, żeby ozdobić studnię.
Nikt już nie odpowiedział. Strażnicy zdjęli łańcuch ostrożnie i odłożyli go na wóz. Annabel odprowadziła go wzrokiem, lecz nie poczuła ulgi. Przeciwnie. Im dłużej patrzyła na pustą cembrowinę studni, tym wyraźniej rozumiała, że usunięcie żelaza niczego nie rozwiązało. W drodze powrotnej do zamku minęli jeszcze trzy miejsca, w których ktoś zostawił podobne znaki.
Jeden wisiał na drzwiach pustego magazynu, drugi przywiązano do starego dębu na skraju miasta, a trzeci znaleziono na kamieniu wyznaczającym granicę królewskich ziem.
Annabel zatrzymała się dopiero przy ostatnim. Nie był nowy. Ktoś musiał zawiesić go kilka godzin wcześniej, może nawet poprzedniej nocy. Żelazo było wilgotne od morskiej mgły, a na jednym z ogniw pozostała cienka smuga czarnej smoły. Annabel przyjrzała się jej przez chwilę. Potem podniosła wzrok. Na wzgórzu ponad miastem stał zamek. Za jego murami ludzie wracali do swoich obowiązków, kucharze przygotowywali wieczerzę, strażnicy zmieniali warty, a służba zapalała pierwsze świece. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno. Tylko na dole, pomiędzy domami i portem, ktoś właśnie nauczył mieszkańców nowego słowa.

Łańcuch.

Annabel zacisnęła dłoń na krawędzi płaszcza. Nie bała się tego, kto zawiesił pierwszy. Bała się tego, ilu następnych zrobi to samo, nawet jeśli nigdy nie poznają jego imienia. Odwróciła się od znaku i ruszyła w stronę zamku, a za jej plecami morze uderzało o kamienne nabrzeże, a gdzieś wśród wąskich uliczek zabrzmiał śmiech dzieci.
Islay nadal żyło, lecz niebezpieczeństwo dopiero się zaczynało.

środa, 5 sierpnia 2026

III.V

Poranne mgły coraz dłużej spowijały klify, morze stawało się cięższe i ciemniejsze, a wiatr niósł ze sobą zapach soli oraz mokrego wrzosu, który wdzierał się do niewielkiej kamiennej chaty nawet przez szczelnie zamknięte okiennice. Dla większości mieszkańców wyspy był to po prostu kolejny sezon sztormów, rybackich wypraw i długich wieczorów spędzanych przy kominku. Dla Christine i Sliloha oznaczał coś znacznie cenniejszego. Siedem miesięcy. Tyle czasu minęło od chwili, gdy po dramatycznym spotkaniu z Edriciem musieli zniknąć z swojej kryjówki, zanim ludzie Anthony'ego zdążyliby zamknąć wokół nich pierścień. To właśnie Edric, ryzykując wszystko, co jeszcze posiadał, wynajął tę chatę na własne nazwisko, przedstawiając ich miejscowym jako dalekich krewnych, którzy potrzebują spokoju po śmierci bliskiej osoby. Nie oczekiwał za to wdzięczności, powiedział tylko, że przez całe życie wykonywał cudze rozkazy, a jeśli choć raz ma podjąć decyzję zgodną z własnym sumieniem, to właśnie teraz. Sliloh długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego kuzyn zdecydował się na taki krok. Dopiero z czasem pojął, że Edric nie ratował wyłącznie ich. Ratował również resztki samego siebie. Christine również często wracała myślami do tamtej nocy. Do przemokniętego płaszcza Edrica, do zmęczenia wymalowanego na jego twarzy i do słów, które brzmiały bardziej jak wyrok niż ostrzeżenie. Pamiętała też chwilę, gdy po raz pierwszy przekroczyli próg tej chaty. Była skromna, chłodna i zupełnie pusta. Stał w niej jedynie drewniany stół, dwa krzesła, stare łóżko oraz kamienny kominek, w którym od dawna nie płonął ogień. W tamtym momencie wydała jej się najpiękniejszym miejscem na świecie, bo po raz pierwszy od wielu miesięcy mogła zamknąć za sobą drzwi i nie zastanawiać się, czy za chwilę ktoś zacznie je wyważać. Z czasem też dom zaczął nabierać życia. Na parapecie pojawiły się gliniane doniczki z ziołami, które Christine z uporem pielęgnowała, choć wiatr nieustannie próbował połamać ich kruche łodygi. Na ścianie zawisł płaszcz Sliloha, zawsze jeszcze wilgotny od porannej mgły, obok niego suszyły się rybackie sieci pozostawione przez poprzedniego właściciela, a w kącie stała drewniana skrzynia, do której Christine chowała wszystko, co przez te miesiące udało im się zgromadzić. Niewiele tego było – kilka naczyń, koce, zapasy suszonego mięsa, książka o szkockich ziołach kupiona od wędrownego handlarza i stary kubek z wyszczerbionym uchem, z którego Sliloh uparcie pił każdego ranka, choć Christine od dawna próbowała przekonać go, by wyrzucił go do morza. On za każdym razem odpowiadał z tym samym spokojnym rozbawieniem, że skoro kubek przetrwał więcej niż niejeden człowiek, zasłużył na odrobinę szacunku. Nie wiedziała, czy naprawdę tak uważa, czy po prostu lubił patrzeć, jak przewraca oczami i udaje oburzenie. Były również chwile, kiedy niemal zapominała, że żyją w ukryciu. Zdarzało się, że w pogodniejsze dni schodzili razem ku niewielkiej zatoczce, gdzie miejscowi rybacy naprawiali łodzie. Starsze kobiety pozdrawiały Christine z serdecznością, której nigdy nie doświadczała na królewskim dworze. Nie widziały w niej księżniczki ani kobiety, od której zależą polityczne sojusze. Widziały młodą dziewczynę, która zawsze zatrzymywała się, by zapytać o zdrowie, pomagała nieść kosze z rybami, słuchała opowieści o dzieciach i wnukach z taką samą uwagą, z jaką kiedyś słuchała wykładów swoich nauczycieli. Wystarczyło jej kilka miesięcy, by mieszkańcy wyspy zaczęli zostawiać pod ich drzwiami bochenek świeżego chleba, koszyk jabłek albo słoik miodu. Christine za każdym razem czuła się z tym niezręcznie, lecz Sliloh nigdy nie protestował. Wiedział, że ludzie nie pomagają dlatego, że ich żałują. Pomagali dlatego, że ona sprawiała, iż chcieli być lepsi. Sam nigdy nie posiadał podobnego daru. Kiedy pojawiał się w porcie, rozmowy milkły na kilka krótkich chwil. Nie że strachu przed Królewskim potomkiem, po prostu biła od niego ostrożność, której nie potrafił nigdy ukryć. Nawet kupując chleb, ustawiał się tak, by widzieć wejście do piekarni. Gdy siadał przy stole, zawsze wybierał miejsce pod ścianą. Wracając do domu, ani razu nie szedł tą samą drogą dwa dni z rzędu. Christine próbowała kiedyś zwrócić mu uwagę, że mieszkańcy Ilony są dobrymi ludźmi i nikt nie zamierza ich skrzywdzić. Odpowiedział wtedy tylko, że właśnie tacy ludzie najczęściej płacą najwyższą cenę za cudzą naiwność. Nie rozwijał tej myśli, lecz od tamtej chwili przestała namawiać go do większego spokoju. Zrozumiała, że nie jest to kwestia charakteru. To były lata życia, których nie dało się wymazać jednym bezpiecznym miejscem.

Tamtego popołudnia siedziała na niskim kamiennym murku przed domem, trzymając na kolanach płaszcz Sliloha. Rozdarł go kilka dni wcześniej, kiedy wspinał się po ostrych skałach nad zatoką, próbując odnaleźć zagubioną kozę jednego z sąsiadów. Wrócił wtedy przemoczony, z rozciętą dłonią i zwierzęciem prowadzonym na prowizorycznej linie, jakby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Dopiero wieczorem dowiedziała się od wdzięcznego gospodarza, że za podobną przysługę na wyspie zwykle płaci się pieniędzmi. Sliloh nie przyjął nawet kawałka sera, tłumacząc, że i tak szedł tamtędy. Christine znała go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że skłamał. Nigdy nie wybierał drogi przypadkiem. Odłożyła igłę, którą próbowała zacerować rozdarcie i spojrzała w jego stronę. Kilka kroków dalej siedział pod starym jesionem, ostrząc miecz z cierpliwością człowieka, który nie traktował broni jak narzędzia walki, lecz jak część samego siebie. Światło zachodzącego słońca odbijało się od ostrza, ale jego spojrzenie ani razu nie spoczęło na stali. Co kilka chwil unosił głowę i przesuwał wzrokiem po ścieżce prowadzącej przez las, po klifach i po zatoce, jakby nawet teraz układał w myślach drogę ucieczki, choć od miesięcy nikt nie dawał im powodów do niepokoju. Christine obserwowała go długo, z mieszaniną czułości i smutku. Czasami odnosiła wrażenie, że tylko ona dostrzega, jak wiele kosztuje go nieustanne czuwanie. Mieszkańcy wyspy widzieli silnego, opanowanego mężczyznę. Ona widziała człowieka, który od siedmiu miesięcy ani razu nie przespał spokojnie całej nocy.
— Wiesz... — odezwała się cicho, nie odrywając od niego wzroku. — Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego Edric tak bardzo się o ciebie bał.
Sliloh uniósł głowę, odkładając osełkę na bok.
— Dlaczego akurat teraz o nim myślisz?
— Bo gdyby nie on, nigdy byśmy tutaj nie trafili.
Na jego twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny cień zadumy. Nie odpowiedział od razu. Zrobił to dopiero po dłuższej chwili, jakby ważył każde słowo.
— Gdy ostatni raz go widziałem przed tamtą nocą, był jeszcze człowiekiem, który wierzył, że rodzinę można naprawić. Kiedy przyjechał do nas na Jurę... zobaczyłem kogoś zupełnie innego.
Christine opuściła wzrok na materiał płaszcza.
— Myślisz, że żałuje swojej decyzji?
— Jeśli jeszcze żyje... to nie.
Nie była pewna, czy bardziej zabolały ją jego słowa, czy sposób, w jaki je wypowiedział. Bez dramatyzmu. Bez złudzeń. Jak człowiek, który od dawna pogodził się z tym, że w ich świecie za każdy dobry uczynek prędzej czy później trzeba zapłacić. Przez ogród przemknął wtedy chłodniejszy podmuch wiatru. Christine odruchowo otuliła ramiona szalem i spojrzała na ciemniejące niebo. Nad morzem zbierały się ciężkie chmury, a mewy krążyły niżej niż zwykle, jakby przeczuwały nadchodzący sztorm. Miała powiedzieć coś jeszcze, gdy gdzieś w oddali rozległ się głuchy odgłos końskich kopyt, z początku niemal zagłuszony przez szum fal. Sliloh zamarł. Nie było w tym gwałtowności ani nerwowości. Po prostu w jednej chwili zniknął człowiek siedzący pod jesionem, a jego miejsce zajął wojownik, którego instynkt nigdy nie pozwalał sobie na pomyłkę. Christine znała to spojrzenie aż za dobrze i poczuła, jak coś ściska ją w żołądku, choć sama nie potrafiła jeszcze powiedzieć dlaczego. Jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że jesień na Ilonie będzie wyglądała jak wszystkie poprzednie dni. Nagle po raz pierwszy od wielu miesięcy przyszło jej do głowy, że nawet najbezpieczniejsze schronienie jest tylko schronieniem, a nie domem.
Sliloh podniósł się powoli, nie spuszczając wzroku z drogi prowadzącej ku niewielkiemu zagajnikowi oddzielającemu ich dom od reszty wyspy. Nie sięgnął od razu po miecz. Christine znała ten odruch aż nazbyt dobrze. Gdyby zrobił to natychmiast, oznaczałoby to, że dostrzegł niebezpieczeństwo. Teraz natomiast próbował je dopiero rozpoznać. Stał nieruchomo, wsłuchując się w rytm kopyt, który raz przyspieszał, raz zwalniał, jakby jeździec zmuszał wyczerpanego konia do ostatniego wysiłku. Wiatr niósł od morza słoną wilgoć, lecz pod nią dało się wyczuć jeszcze coś – zapach mokrej ziemi i piany rozbryzganej spod końskich podków. Christine odłożyła płaszcz na kamienny murek i również wstała, choć instynkt podpowiadał jej, by schować się w domu. Zamiast tego zrobiła kilka kroków w stronę Sliloha. Nie dlatego, że mogła mu pomóc. Po prostu wiedziała, że jeśli nadchodziło coś złego, chciała stanąć obok niego, a nie za jego plecami. Jeździec wyłonił się zza zakrętu tak nagle, że przez krótką chwilę widać było jedynie sylwetkę konia, którego boki pokrywała biała piana. Zwierzę niemal ślizgało się na mokrych kamieniach, a mimo to jego jeździec nie zwalniał. Dopiero kiedy znalazł się bliżej, Christine rozpoznała znajomy płaszcz i jasne włosy wymykające się spod kaptura. W tej samej chwili zauważyła również coś, co sprawiło, że serce ścisnęło jej się z niepokoju. Edric zawsze wyglądał nienagannie, nawet wtedy, gdy podróżował przez kilka dni. Tym razem przypominał człowieka, który nie zatrzymał się ani na chwilę od chwili opuszczenia portu. Płaszcz miał oblepiony błotem, twarz wychudzoną i poszarzałą, a pod oczami rysowały się głębokie cienie. Zeskoczył z konia tak gwałtownie, że zachwiał się na nogach i tylko dzięki temu, że Sliloh podszedł do niego o krok, nie upadł na ziemię.
— Edric... — głos Sliloha zabrzmiał spokojnie, ale Christine usłyszała w nim napięcie, którego nie wychwyciłby nikt obcy. — Co się stało?
Edric przez chwilę nie odpowiadał. Oparł dłoń o kark zmęczonego konia, jakby chciał uspokoić nie tylko zwierzę, lecz również samego siebie. Dopiero po dłuższej chwili spojrzał na kuzyna. W jego oczach nie było już śladu człowieka, który przed siedmioma miesiącami próbował przekonać ich, że istnieje jeszcze jakaś nadzieja. Było tylko zmęczenie i poczucie nieuchronności.
— Wejdźmy do środka.
To nie była prośba. Sliloh skinął głową bez słowa. Chwycił wodze, odprowadził konia za dom i jednym spojrzeniem ocenił, że zwierzę ledwo trzyma się na nogach. Kiedy wrócił, Edric stał już przy kominku, ogrzewając zmarznięte dłonie nad ogniem. Christine postawiła przed nim kubek gorącego naparu z wrzosu i mięty. Przyjął go z wdzięcznością, lecz nawet nie spróbował. Trzymał naczynie tak mocno, że pobielały mu knykcie. Przez kilka chwil nikt się nie odezwał. Cisza nie była jednak niezręczna. Była ciężka, jak cisza ludzi, którzy wiedzą, że za chwilę padną słowa zdolne odmienić wszystko. Christine spoglądała kolejno na obu kuzynów i po raz pierwszy uderzyło ją, jak bardzo byli do siebie podobni. Nie rysami twarzy ani sposobem poruszania się, lecz spojrzeniem. Obaj nosili w sobie ten sam ciężar, choć każdy dźwigał go z innego powodu. Sliloh od dawna pogodził się z utratą domu, a Edric dopiero zaczynał rozumieć, że sam odciął się od świata, w którym się wychował.
— Pamiętasz, co ci powiedziałem tamtej nocy na Jurze? — zapytał w końcu cicho.
Sliloh nie odwrócił wzroku.
— Powiedziałeś wiele rzeczy.
— Mówiłem, że Synowie Nomadu tkają własną rzeczywistość. Że prędzej czy później dosięgną każdego, kto stanie im na drodze.
— Pamiętam.
Edric zamknął oczy. Wyglądał, jakby każde następne słowo kosztowało go więcej niż wielogodzinna podróż przez wzburzone morze.
— Miałem nadzieję, że się pomylę.
Christine poczuła, jak zimno przebiega jej po plecach.
— Co się wydarzyło?
Edric długo patrzył w płomień kominka, zanim odpowiedział.
— Twój ojciec wie.
W izbie zapadła cisza tak głęboka, że słychać było jedynie trzask drewna i odległy szum fal. Christine odruchowo spojrzała na Sliloha. Nie poruszył się nawet o cal. Tylko jego dłoń zacisnęła się mocniej na oparciu krzesła.
— Skąd? — zapytał spokojnie.
— Nie wiem. Gdybym wiedział, przyjechałbym z odpowiedzią, a nie tylko z ostrzeżeniem. Wiem natomiast, że od kilku dni na Jurze nikt już nie mówi o tym, że zaginąłeś. Twój ojciec jest pewien, że żyjesz. Wie również, że przez wszystkie te miesiące ukrywałeś Christine. Nie znał konkretnego miejsca na Ilonie. Jeszcze nie, ale zaczął szukać ludzi, którzy wiedzieliby cośkolwiek o Twoim zaginięciu. — Edric urwał i ciężko odetchnął.— Wczoraj dowiedziałem się, że wypytywano o mnie.
Sliloh zmarszczył brwi.
— O ciebie?
— To ja wynająłem ten dom. Na własne nazwisko. Myślałem, że nikt nigdy nie połączy tych faktów. Byłem głupcem. — Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech, który bardziej przypominał grymas bólu.
— Zawsze wierzyłem, że jeśli zrobi się coś wystarczająco ostrożnie, można oszukać ludzi. Zapomniałem tylko, że Synowie Nomadu nie szukają dowodów. Szukają słabości. A moja okazała się większa, niż przypuszczałem.
Christine usiadła powoli naprzeciwko niego.
— To nie twoja wina.
Edric pokręcił głową.
— Właśnie moja. Gdybym nie przyjechał wtedy do was... gdybym nie próbował was ratować... może wybralibyście inne miejsce. Mniej oczywiste. Dalej od ludzi, którzy mnie znają.
Sliloh spojrzał na niego długo, z wyraźnym spokojem.
— Nie.
Edric uniósł głowę.
— Gdyby nie ty, nigdy nie dotarlibyśmy na tą części Ilony. Nigdy nie mielibyśmy tych siedmiu miesięcy. Nie odbieraj nam ich tylko dlatego, że się skończyły. 
Słowa zawisły pomiędzy nimi, a Christine po raz pierwszy zobaczyła, jak w oczach Edrica pojawia się wilgoć, którą natychmiast próbował ukryć. Był człowiekiem wychowanym w przekonaniu, że słabość jest grzechem. Teraz siedział przed nimi z ciężarem winy, którego nie potrafił udźwignąć, i chyba po raz pierwszy od wielu lat nie musiał już udawać silniejszego, niż był naprawdę.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. W kominku cicho trzaskało drewno, a wiatr coraz mocniej uderzał w ściany chaty, jakby chciał dostać się do środka i usłyszeć to, czego oni sami bali się jeszcze wypowiedzieć. Christine siedziała nieruchomo, wpatrując się w płomień, lecz myślami była daleko stąd. Jeszcze przed godziną zastanawiała się, czy przed nadejściem zimy uda jej się naprawić dach nad drewutnią i posadzić cebulki kwiatów, które starsza sąsiadka podarowała jej kilka dni wcześniej. Kobieta śmiała się wtedy, że na wiosnę cały ogród zakwitnie na niebiesko. Christine przyjęła ten drobny podarunek z dziecięcą radością i przez moment naprawdę uwierzyła, że doczekają tej wiosny właśnie tutaj. Teraz nagle wszystko straciło znaczenie. Kwiaty, ogród, sad, ścieżka prowadząca ku klifom, znajome twarze mieszkańców wyspy... uświadomiła sobie z bolesną wyrazistością, że od samego początku nie były to rzeczy należące do nich. Były jedynie pożyczonym szczęściem. Edric w końcu odłożył kubek, którego nawet nie spróbował. Drżącą dłonią przetarł twarz i spojrzał na Sliloha z wyczerpaniem człowieka, który od wielu dni nie zaznał ani chwili odpoczynku. 
– Gdy tylko usłyszałem, że zaczęli zadawać pytania o mnie, zrozumiałem, że nie zostało nam wiele czasu. Anthony nie działa już sam. Ma wokół siebie ludzi gotowych zrobić wszystko, by odzyskać jego względy, a Synowie Nomadu tylko czekają, aż wskaże im właściwy kierunek. Nie muszą wiedzieć, gdzie jesteście. Wystarczy, że zaczną iść po śladach. Po moich śladach. – Zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu knykcie. – Wynająłem tę chatę pod własnym nazwiskiem. Zapłaciłem z własnych pieniędzy. To miało być najbezpieczniejsze rozwiązanie, bo nikt nie znał mojego związku z wami. Nie przewidziałem tylko jednego... że kiedy zaczną szukać zdrajców, najpierw spojrzą na tych, którzy mieli coś do stracenia.
Sliloh słuchał go bez słowa. Nie przerywał, nie próbował go uspokajać. Christine znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że właśnie teraz układał w myślach kolejne kroki. Tak było zawsze. Podczas gdy inni jeszcze próbowali zrozumieć, co się wydarzyło, on zastanawiał się już, którędy prowadzi najbezpieczniejsza droga, ile zapasów zdołają zabrać i ile godzin dzieli ich od ludzi, którzy mogą nadejść. Nie była to obojętność. Wręcz przeciwnie. Gdyby pozwolił sobie na rozpacz, nie potrafiłby ochronić tych, których kochał.
– Ilu ich jest? – zapytał w końcu.
– Nie wiem. Widziałem pięciu. Ale oni nigdy nie wysyłają tylko pięciu.
– Kiedy mogą tu dotrzeć?
Edric zawahał się. To jedno krótkie milczenie powiedziało więcej niż odpowiedź.
– Jeśli dopisze im pogoda... jutro wieczorem. Jeżeli morze będzie wzburzone, może pojutrze. Ale nie liczyłbym na sztorm. Anthony nie zostawia takich rzeczy przypadkowi.
Christine poczuła, że coś zaciska się wokół jej serca. Jeszcze przed chwilą czas płynął powoli, odmierzany trzaskiem drewna i szumem fal. Teraz każda godzina nagle nabrała ceny.
– Nie możemy narażać mieszkańców wyspy – odezwała się cicho.
Edric spojrzał na nią z wdzięcznością, ale również z wyraźnym bólem.
– Właśnie dlatego tu przyjechałem. Gdybym myślał tylko o sobie, uciekłbym znacznie dalej. Zostawiłbym wszystko za plecami i pozwolił, żeby los sam zdecydował, co z wami będzie. Ale ci ludzie... – odwrócił głowę w stronę niewielkiego okna, za którym powoli zapadał zmierzch. – Oni niczemu nie zawinili. Stary Hamish, który co tydzień przynosi wam ryby. Pani Morag zostawiająca Christine świeżo upieczony chleb. Chłopcy z portu, którzy pomagali ci naprawiać łódź. Oni uwierzyli, że jesteście zwykłym młodym małżeństwem szukającym spokojnego życia. Jeśli ludzie Anthony'ego postawią stopę na tej wyspie, zaczną zadawać pytania. A kiedy nie usłyszą odpowiedzi, zacznią je wymuszać. Znam tych ludzi... i wiem, że dla niego nie będzie miało znaczenia, kto jest winny, a kto po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu.
Christine opuściła wzrok. Przed oczami stanęły jej twarze ludzi, których zdążyła pokochać. Stara Morag, śmiejąca się, że zima na Ionie uczy cierpliwości lepiej niż niejeden nauczyciel. Hamish, który uparcie twierdził, że Sliloh trzyma wiosło jak ktoś wychowany na morzu, nie wiedząc ile ma w tym racji. Mała Somi przynosząca co kilka dni bukiety wrzosów tylko dlatego, że „dom bez kwiatów wygląda smutno”. Każde z tych wspomnień bolało coraz bardziej, bo nagle uświadomiła sobie, że być może widzi tych ludzi po raz ostatni. Sliloh teraz wstał od stołu i podszedł do niewielkiego okna. Przez chwilę patrzył na ciemniejące morze, a potem cicho westchnął. Christine od razu wiedziała, co oznacza ten oddech. Nie był oznaką bezradności. Był pożegnaniem z miejscem, które przez krótką chwilę odważył się nazwać domem. Nigdy nie przywiązywał się do budynków ani ziemi, ale przez ostatnie miesiące pozwolił sobie na coś znacznie bardziej niebezpiecznego – uwierzył, że każdego ranka będzie budził się obok niej w tym samym miejscu, chociaż było to złudnym marzeniem. Teraz ta nadzieja rozpadała się równie cicho jak popiół osuwający się z płonącego drewna. Odwrócił się dopiero po dłuższej chwili. W jego twarzy nie było już śladu zawahania.
– Wyruszamy po zmroku.
Christine nie zaprotestowała. Wiedziała, że decyzja zapadła w tej samej chwili, w której Edric przekroczył próg chaty. Mimo to poczuła nagłą potrzebę spojrzenia jeszcze raz na wnętrze domu. Na stół, przy którym codziennie jedli wspólne posiłki. Na półkę z książką, którą czytała wieczorami. Na płaszcz Sliloha wiszący przy drzwiach. Na drobiazgi, których wartość dla kogokolwiek innego byłaby znikoma, lecz dla niej stanowiły dowód, że przez osiem miesięcy naprawdę żyli, a nie tylko uciekali. W ciszy, która zapadła po jego słowach, zrozumiała, że najtrudniejsze nie będzie opuszczenie wyspy. Najtrudniejsze okaże się pozostawienie za sobą życia, którego nawet nie zdążyli nazwać swoim.

~~~

Annabel pojawiła się w swojej komnacie niemal bezgłośnie. Magia aportacji zgasła równie szybko, jak się pojawiła, lecz ona sama nie zdołała utrzymać równowagi. Przez ułamek sekundy próbowała zrobić jeszcze jeden krok, jakby chciała przekonać własne ciało, że wszystko jest w porządku. Bezskutecznie. Kolana ugięły się pod nią, a dłoń z całej siły uderzyła o kamienną ścianę. Nie krzyknęła. Jedynie zamknęła oczy i zacisnęła szczękę tak mocno, że zabolały ją skronie. Trwała tak przez dłuższą chwilę, oparta czołem o zimny mur. Zawsze wracała zmęczona. Każda przemiana odbierała siły, zostawiała mięśnie napięte i ciężkie, lecz nigdy nie doprowadzała jej do stanu, w którym najprostszą czynnością stawało się utrzymanie się na nogach. Powinna była od razu się podnieść,tymczasem ciało odmawiało posłuszeństwa z uporem, który budził w niej lęk większy niż sam ból.
Powoli odsunęła się od ściany i spojrzała na własne dłonie. Drżały tak, jakby każda z nich żyła własnym życiem. Zacisnęła palce w pięść. Odpowiedziały bólem. Rozprostowała je ponownie i dopiero wtedy zauważyła cienkie, ciemne smugi zaschniętej krwi pod paznokciami. Przez krótką chwilę nie potrafiła zrozumieć, skąd się tam wzięły. Dopiero gdy przesunęła opuszkami po przedramieniu, poczuła pod rozdartym rękawem kilka długich rozcięć. Zmarszczyła brwi i ostrożnie odchyliła materiał. W świetle dogasającej świecy rany wyglądały jeszcze ciemniej. Nie były głębokie, lecz ciągnęły się niemal równolegle, jakby pozostawiły je ostre pazury. Odruchowo przesunęła po nich opuszkami palców, próbując sobie przypomnieć moment, w którym mogły powstać.
Na klifie?
Nie.
Pamiętała każdą chwilę lotu. Nie zahaczyła o skały. Nie lądowała gwałtownie. Aseriel nawet się do niej nie zbliżył.
Jej oddech stał się płytszy.
Powoli odwróciła drugą rękę. Na nadgarstku dostrzegła kolejne zadrapanie, krótsze, lecz równie równe. Potem jeszcze jedno, tuż przy łokciu. Dotknęła go ostrożnie. Zabolało, ale nie sam ból sprawił, że cofnęła dłoń.
To nie wyglądało jak rana.
Wyglądało tak, jakby skóra pękła od środka.
Serce zabiło jej mocniej, a każde kolejne uderzenie zdawało się rozchodzić po całym ciele, przypominając o mięśniach, które jeszcze przed chwilą należały do kogoś innego.
— Nie... — szepnęła bardziej do siebie niż do pustej komnaty.
Próbowała przypomnieć sobie poprzednie przemiany. Dziesiątki, może setki razy budziła się zmęczona, obolała, czasem z poszarpanym rękawem albo błotem na butach. Nigdy jednak nie wracała z ranami. Nigdy nie musiała zastanawiać się, czy ciało naprawdę zakończyło przemianę. Przymknęła oczy. Jeszcze raz, bardzo powoli, wzięła głęboki oddech. Tak samo robiła od lat, gdy chciała uspokoić smoczą naturę. Zawsze wystarczało kilka spokojnych oddechów, by poczuć, jak wszystko wraca na swoje miejsce.
Tym razem nie wróciło.
Nie potrafiła tego nazwać. To nie był ból ani zmęczenie. Raczej ciche, nieustępliwe wrażenie, że gdzieś głęboko pod skórą wciąż czai się coś, co nie powinno już tam być. Jakby przemiana dobiegła końca tylko dlatego, że ciało przestało ją udźwignąć, a nie dlatego, że naprawdę się zakończyła. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat Annabel przestraszyła się nie tego, czym mogłaby się stać, przestraszyła się, że to dopiero początek klątwy która powoli ją zmienia. Nie usłyszała przez to pukania.
Drzwi uchyliły się niemal bezgłośnie, wpuszczając do komnaty chłodne powietrze pachnące wilgotnym kamieniem i morzem. Annabel stała przed lustrem, opierając obie dłonie o ciężką, dębową toaletkę. Oddech miała już spokojniejszy niż kilka chwil wcześniej, lecz ciało wciąż nie chciało jej słuchać. Palce drżały tak nieznacznie, że każdy inny uznałby to za zwykłe zmęczenie. Agatha dostrzegła jednak więcej. Zauważyła rozdarty rękaw koszuli, zaschniętą krew pod paznokciami i sposób, w jaki królowa próbowała utrzymać prostą postawę, raz po raz przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jakby każdy ruch sprawiał jej trudność.
Nie odezwała się od razu. Zamknęła drzwi, odstawiła tacę z gorącym naparem na stolik przy kominku i spokojnie podeszła bliżej. Schyliła się po srebrną misę, która leżała na kamiennej posadzce, obejrzała ją przelotnie i odłożyła na miejsce. Dopiero wtedy spojrzała na Annabel.
— Od kiedy?
Królowa przez chwilę milczała. Wpatrywała się we własne odbicie, jakby szukała w nim odpowiedzi, której sama nie potrafiła sobie udzielić. W końcu opuściła wzrok i bardzo cicho odpowiedziała:
— Dzisiejszej nocy.
Agatha skinęła głową. Nie zapytała o nic więcej. Wiedziała, że wszystkie odpowiedzi znajdują się przed nią, wystarczyło uważnie patrzeć. Delikatnie ujęła nadgarstek Annabel i odsunęła rozdarty materiał. Wąskie rozcięcia przecinały skórę długimi, równoległymi liniami. Nie były głębokie, lecz wyglądały tak, jakby powstały od wewnątrz, a nie pod wpływem zewnętrznego ciosu. Agatha przesunęła po jednej z ran opuszkami palców i westchnęła niemal niedosłyszalnie.
— Nigdy wcześniej ich nie było.
— Wiem.
To jedno słowo zabrzmiało ciężko, jakby kosztowało Annabel więcej sił niż cała noc spędzona nad morzem. Agatha nie cofnęła dłoni. Jej spojrzenie spoczywało na poranionej skórze, lecz myślami była już gdzie indziej. Wspomnienia wróciły z taką wyrazistością, jakby minęło zaledwie kilka dni, a nie długie lata. Przed oczami znów stanęła tamta komnata. Pachniała tymi samymi ziołami, w kominku trzaskał ogień, a za oknami również szumiało morze. Siedziała wtedy przy łóżku matki Annabel, zmieniając opatrunki i przykładając chłodne okłady do rozpalonej skóry. Pamiętała jej dłonie — silne, pewne i zawsze gotowe nieść pomoc innym. Pamiętała także chwile, gdy te same dłonie zaczynały drżeć z wysiłku, choć ich właścicielka uparcie udawała, że nic się nie dzieje.
Jocelyn była królową, o której mieszkańcy Islay mówili z prawdziwą miłością. Nie zamykała się za murami zamku, gdy wyspie groziło niebezpieczeństwo. Jeżeli trzeba było chwycić za broń, stawała ramię w ramię z wojownikami, poruszając się z niezwykłą lekkością, jakby wiatr prowadził każdy jej krok. Miała słuch i wzrok, których nie potrafiono wyjaśnić, dostrzegała rzeczy umykające innym i nieraz wyprzedzała wydarzenia o kilka uderzeń serca. Potrafiła być wyniosła i zamknięta w sobie, często znikała na długie godziny, szukając samotności na klifach, lecz ci, którzy znali ją naprawdę, wiedzieli, że właśnie wtedy walczyła z przeciwnikiem, którego nie dało się pokonać mieczem. Kochała również w sposób osobliwy. Nigdy nie zasypywała męża czułymi słowami, nie była kobietą, która z łatwością mówiła o uczuciach. Zamiast tego poprawiała mu płaszcz przed podróżą, siadała obok niego w ciszy albo zostawiała na stole kubek gorącego naparu, zanim jeszcze zdążył poprosić. Dla niej miłość zawsze wyrażała się w czynach.
Agatha pamiętała dzień, w którym zdjęła koronę równie dobrze, jak dzień jej koronacji. Nie uczyniła tego dlatego, że zabrakło jej odwagi. Wręcz przeciwnie. Potrzeba było jej więcej niż kiedykolwiek wcześniej, aby spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że Maledictus zaczyna odbierać jej panowanie nad własnym ciałem. Nie chciała dopuścić do chwili, w której los całego królestwa zależałby od kaprysu klątwy. Tron przekazała bratu, a sama odeszła z godnością, z jaką przez lata go sprawowała.
Nigdy już nie wróciła.
Jedni twierdzili, że zginęła daleko na północy. Inni przysięgali, że podczas zimowych nocy widywali samotnego smoka szybującego wysoko ponad Szkocją. Agatha nigdy nie próbowała dociec, która z tych opowieści była prawdziwa. Wystarczyło jej wspomnienie kobiety, której nie zdołała uratować.
Teraz patrzyła na Annabel i czuła, jak ten sam lęk powraca z całą swoją siłą.
— Myślałam, że już nigdy więcej tego nie zobaczę — powiedziała cicho.
Annabel uniosła na nią wzrok. W jej oczach nie było buntu ani gniewu, lecz zmęczenie, jakiego Agatha nie pamiętała nawet z najtrudniejszych dni wojny.
— Ja też.
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Nie było ono niezręczne. Obie potrzebowały go bardziej niż pocieszających słów. Agatha otworzyła niewielką skrzynię stojącą pod oknem i wyjęła z niej bandaże, lniane płótno oraz słoiczek z maścią. Usiadła naprzeciw Annabel i zaczęła powoli oczyszczać rany. Jej ruchy były spokojne i pewne, jakby chciała przekazać królowej choć odrobinę własnego opanowania. Kiedy chłodne płótno dotknęło rozciętej skóry, Annabel zacisnęła szczękę, lecz nie cofnęła ręki.
— Boli bardziej niż dawniej? — zapytała Agatha, nie odrywając wzroku od opatrunku.
— Nie.
Nie spojrzała na nią. Wiedziała jednak, że Agatha czeka, a po kilku długich oddechach opuściła głowę.
— Tak.
Agatha nie skomentowała odpowiedzi. Znała Annabel na tyle dobrze, by wiedzieć, ile kosztowało ją wypowiedzenie tego jednego słowa. Kiedy skończyła opatrywać przedramię, ostrożnie odsunęła kołnierz rozdartej koszuli.
— Mogę?
Annabel skinęła głową.
Na ramieniu i obojczyku widniały kolejne ślady. Agatha przez chwilę przyglądała się im w milczeniu, po czym sięgnęła po maść.
— Jeżeli zechcesz, mogę użyć magii.
Annabel pokręciła głową.
— Jeszcze nie.
Nie nalegała. Dobrze pamiętała prośbę, którą usłyszała wiele lat wcześniej. Agatha nie chciała, by magia stawała się odpowiedzią na każdy ból. Miała być ostatecznością.
Gdy ostatni bandaż został zawiązany, odłożyła opatrunki i spojrzała na królową.
— Jak długo?
Annabel zrozumiała pytanie od razu. Nie chodziło o rany, ani ból.
— Nie wiem — odpowiedziała po długiej chwili. — I właśnie to przeraża mnie najbardziej. Do tej pory zawsze wiedziałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna smok. Dzisiaj... po raz pierwszy nie jestem tego pewna.
Agatha podeszła do szafy i wyjęła ciemną suknię z wysokim kołnierzem. Starannie rozłożyła ją na łóżku, dobrała płaszcz i rękawiczki, po czym pomogła Annabel się ubrać. Nie mówiły już prawie nic. Każdy gest był znajomy, wyćwiczony przez lata wspólnego życia. Agatha zapięła srebrną broszę pod szyją królowej, wygładziła materiał na ramionach i odsunęła się o krok, uważnie przyglądając się efektowi swojej pracy.
— Teraz nikt niczego nie zauważy.
Annabel spojrzała w lustro. Patrzyła długo na odbicie kobiety, która za kilka chwil miała wyjść do swoich lordów, wysłuchać próśb poddanych i udawać, że nic się nie zmieniło. Korona wciąż należała do niej. Postawa nadal była wyprostowana. Twarz pozostała spokojna.
Tylko dwie osoby w tej komnacie wiedziały, że pod ciemnym materiałem ukryte są nie tylko rany. Ukryty był również strach, którego żadna z nich nie chciała na razie nazwać.

~~~

Burgess szedł przed siebie bez wyraźnego celu, odpowiadając jedynie zdawkowym skinieniem głowy na ukłony mijanych strażników. Odkąd opuścił komnatę ojca, nie potrafił uwolnić się od ciężaru rozmowy. Raporty leżące na dębowym stole, rozrysowane szlaki wokół Iony i jedno imię, którego od lat nikt nie odważył się wypowiedzieć głośno, nieustannie powracały do niego z uporczywością, jakiej nie pamiętał od bardzo dawna. Sam nie wiedział, dlaczego jego kroki poniosły go do starej sali ćwiczeń. Dawniej tętniła życiem od świtu do zmierzchu. Dziś o tej porze panowała w niej cisza, a jedynym świadectwem codziennych treningów były porozrzucane drewniane miecze, wypolerowane od setek dłoni i wyszczerbione od niezliczonych uderzeń. Burgess zatrzymał się przy stojaku, przez chwilę wodził wzrokiem po starym orężu, po czym odruchowo sięgnął po jeden z nich. Drewno zaskrzypiało cicho pod jego dłonią. Ciężar był znajomy. Tak znajomy, że zanim zdążył o tym pomyśleć, stanął w pozycji, której uczono go jeszcze jako chłopca.
Wykonał pierwsze cięcie. Potem drugie. Trzecie poprowadził szerokim łukiem, dokładnie tak, jak przed laty wymagał od niego ojciec. Instynktownie zrobił krok naprzód, zamierzając zakończyć wymianę mocnym uderzeniem z góry, lecz w tej samej chwili zatrzymał broń w pół ruchu. Przed oczami stanął mu Sliloh. Nie taki, jakim widział go ostatnio na Ionie, lecz znacznie młodszy. Chłopak o wiecznie potarganych włosach i twarzy, na której zbyt często malował się ten spokojny uśmiech, doprowadzający Burgessa do furii. Wystarczyło kilka chwil, by wspomnienie ożyło z całą wyrazistością. Było gorące lato. Ojciec od świtu kazał im ćwiczyć walkę drewnianymi mieczami, sam obserwując ich z kamiennego krużganka. Burgess, starszy o kilka lat i zdecydowanie silniejszy, nie miał najmniejszych wątpliwości, jak zakończy się ten trening. Ruszył pierwszy, pewny, że jednym zdecydowanym natarciem zmusi brata do odwrotu. Sliloh jednak nie próbował odpowiadać siłą. Ustępował o pół kroku, pozwalał, by kolejne uderzenia przecinały powietrze tuż przed nim, a jego spojrzenie przez cały czas pozostawało dziwnie spokojne. Nie spieszył się. Czekał. Burgess pamiętał własną irytację narastającą z każdym kolejnym atakiem. Im mocniej nacierał, tym bardziej miał wrażenie, że młodszy brat prowadzi go dokładnie tam, gdzie od początku zamierzał. W końcu wystarczył jeden zbyt szeroki zamach. Sliloh odsunął się zaledwie o krok, lekko obrócił nadgarstek i drewniany miecz Burgessa z głuchym stuknięciem potoczył się po kamiennym dziedzińcu.
Nie powiedział ani słowa. Po prostu cofnął się o krok i opuścił broń.
Burgess podniósł wtedy miecz z przekonaniem, że był to zwykły przypadek. Drugi pojedynek zakończył się identycznie. Trzeci również. Dopiero po piątym cisnął drewnianą broń o bruk i odwrócił się plecami do brata, nie chcąc słuchać kolejnych uwag ojca.
Anthony zszedł wtedy z krużganka, podniósł miecz i podał go starszemu synowi.
– Człowiek, który polega wyłącznie na własnej sile, prędzej czy później spotka silniejszego od siebie. Nigdy nie patrz na ostrze. Patrz na człowieka. To on wyprowadza cios, nie stal.
Burgess pamiętał, że tamtego dnia odebrał te słowa wyłącznie jako kolejną lekcję. Był przekonany, że następnym razem wygra i wszystko wróci do dawnego porządku. Dopiero teraz zrozumiał, że ojciec, sam o tym nie wiedząc, opisał największą siłę Sliloha. Młodszy brat nie zwyciężał dlatego, że był szybszy czy sprawniejszy. Wygrywał, ponieważ cierpliwie obserwował ludzi. Nie walczył z ich bronią. Walczył z ich decyzjami. Burgess opuścił drewniany miecz i przez chwilę obracał go w dłoniach. Wspomnienie pociągnęło za sobą następne. Kiedy dorastali, ojciec coraz częściej zabierał go na narady, uczył prowadzenia ludzi i zarządzania majątkiem rodu. Sliloh znikał wtedy na długie godziny. Nikt nie pytał, dokąd chodził. Wracał zawsze o właściwej porze, spokojny jak człowiek, który od dawna pogodził się z własnym losem. Burgess nigdy nie uznał tego za nic niezwykłego. Łatwiej było uwierzyć, że młodszy brat zwyczajnie szuka zajęcia, niż zastanowić się, dlaczego człowiek, którego wszyscy pozostawili samemu sobie, nigdy nie okazywał ani gniewu, ani zazdrości. Teraz wiedział, że przez cały ten czas Sliloh uczył się czegoś znacznie cenniejszego.
Cierpliwości.
Przez trzy lata potrafił prowadzić podwójne życie tuż pod nosem ludzi, którzy szczycili się najlepszą siatką zwiadowców na Hebrydach. Każdy jego rejs był przemyślany, każde słowo wypowiedziane podczas spotkania na Ionie odmierzone z taką samą precyzją, z jaką przed laty czekał na najmniejszy błąd starszego brata podczas ćwiczeń na dziedzińcu. Burgess dopiero teraz dostrzegł, że tamten chłopiec z drewnianym mieczem nigdy się nie zmienił. Zmieniła się jedynie stawka, o jaką przyszło mu walczyć. Odłożył broń na stojak i jeszcze przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie myślał o Slilohu jak o młodszym bracie, któremu los odmówił darów, lecz jak o człowieku, którego przez całe życie oceniał zbyt pochopnie. Nie potrafił jeszcze przyznać tego na głos, nawet przed samym sobą, jednak coraz trudniej było mu uciec od jednej, uporczywie powracającej myśli.
Być może spośród wszystkich synów Anthony'ego Flockharta to właśnie ten, którego najłatwiej było przeoczyć, nauczył się prowadzić najtrudniejszą z wojen.

~~~

Nie wiedział, kiedy ciemność przestała być snem, a stała się świadomością. Nie było chwili przebudzenia, jednego gwałtownego oddechu ani nagłego otwarcia oczu. Wszystko wracało powoli, z oporem, jak przypływ, który centymetr po centymetrze odzyskuje brzeg. Najpierw poczuł chłód. Kamień oddawał go z każdej strony, przenikając przez materac, przez kości i przez skórę, jakby całe pomieszczenie od wielu dni pozostawało pozbawione ludzkiego ciepła. Potem przyszła cisza. Tak głęboka, że niemal bolała. Nie słyszał rozmów, kroków ani szelestu szat. Jedynie gdzieś daleko wiatr przeciskał się przez uchylone okno, poruszając płomień świecy, którego nikłe światło przebijało się przez ciężar zamkniętych powiek. Spróbował je unieść. Z początku wydawało mu się, że są zbyt ciężkie, jakby ktoś obciążył je ołowiem, lecz po długiej chwili ustąpiły. Nad sobą zobaczył kamienny strop. Nieruchomy. Obojętny. Obcy. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w niego bezmyślnie, próbując zrozumieć, dlaczego wszystko wydaje się tak odległe, aż wreszcie zapragnął odwrócić głowę. Wtedy po raz pierwszy poczuł prawdziwy strach. Nie wydarzyło się nic. Żaden mięsień nie odpowiedział na jego wolę. Spróbował jeszcze raz, tym razem z większą siłą, a kiedy i to nie przyniosło skutku, całą uwagę skupił na dłoni. Wystarczyło poruszyć jednym palcem. Jednym, najmniejszym ruchem udowodnić sobie, że wciąż nad sobą panuje. Palce jednak pozostały nieruchome. To samo spotkało drugą dłoń. Potem nogi. Każda kolejna próba odbierała mu oddech, a jednocześnie nie przynosiła najmniejszego rezultatu. Miał wrażenie, jakby jego ciało przestało do niego należeć, jakby leżał zamknięty wewnątrz kamiennego posągu, czując wszystko z przerażającą dokładnością, lecz nie mogąc uczynić absolutnie nic. Dopiero wtedy nadszedł ból. Nie był gwałtowny ani ostry. Nie przypominał bólu rany, którą można opatrzyć i przeczekać. Rodził się głęboko pod żebrami, powoli rozlewając się po całym ciele niczym trucizna, która wciąż pamiętała drogę do każdego organu. Każdy oddech zdawał się rozdzierać wnętrze klatki piersiowej, jakby płuca ocierały się o szkło. Serce biło ciężko, z wysiłkiem, a jego każde uderzenie rozchodziło się tętym pulsowaniem aż po skronie. W ustach czuł smak żelaza i gorzkich eliksirów, choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz cokolwiek pił. Zamknął oczy, chcąc odgonić ból, lecz wtedy powróciły obrazy. Nie układały się w całość. Były jedynie urwanymi błyskami: morze wzburzone przez burzę, czarne żagle na horyzoncie, krzyki ludzi, blask zaklęć odbijający się od mokrego kamienia, maska pozbawiona twarzy, błysk ostrza i nagłe pieczenie rozchodzące się po żyłach, tak potężne, że zdawało się wypalać go od środka. Potem wszystko zalał złoty blask. Ciepły. Czysty. Na krótką chwilę przynoszący ulgę. Nie pamiętał skąd się wziął, lecz instynktownie czuł, że właśnie on wydarł go śmierci. Nie potrafił jednak naprawić tego, co śmierć zdążyła zniszczyć.
Po jego skroni powoli spłynęła łza, zatrzymując się na poduszce. Nie płakał dlatego, że cierpiał. Nie dlatego, że się bał. Płakał, ponieważ po raz pierwszy w życiu zrozumiał, jak niewyobrażalnie okrutne potrafi być ocalenie.
Victor Isbell odzyskał przytomność.