— Uzdrowiciele uparcie twierdzą, że mnie słyszysz. Mam nadzieję, że chociaż raz się mylą. Jeśli jednak rzeczywiście słyszysz każde moje słowo, z pewnością wykorzystasz je przeciwko mnie, gdy tylko wstaniesz. Zawsze miałeś irytujący talent do wydobywania z ludzi rzeczy, o których sami woleliby zapomnieć. — Na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Zniknął szybko, lecz wystarczająco późno, by przez moment zobaczyła przed sobą dawnego Victora, a nie człowieka leżącego nieruchomo pod ciężkim kocem. — Założyłam koronę. Nie patrz na mnie w ten sposób. Doskonale wiem, co byś teraz powiedział. Że i tak było to nieuniknione. Że można uciekać przed obowiązkiem latami, ale on w końcu i tak człowieka dopadnie. Nadal uważam, że wtedy brzmiałeś okropnie zarozumiale. I wiesz co? Wciąż brzmisz odrobinę podobnie, nawet jeśli leżysz tutaj i udajesz, że nie masz z tym nic wspólnego.
Przesunęła dłonią po drewnianym podłokietniku krzesła, pozwalając palcom powoli przesuwać się po gładkim drewnie. Korona, której przez tyle lat nie chciała nawet dotknąć, teraz każdego ranka czekała na nią w tych samych komnatach, przypominając o obowiązkach, od których nie dało się już odejść. Początkowo wydawało jej się, że najtrudniejsze będzie samo podjęcie decyzji. Później szybko odkryła, że prawdziwy ciężar zaczynał się dopiero wtedy, gdy człowiek musiał z tą decyzją żyć.
— Myślałam, że kiedy już zostanę królową, wszystko stanie się prostsze. Że człowiek zaczyna rozumieć więcej, widzi dalej i podejmuje decyzje z większą pewnością. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Im dłużej noszę tę koronę, tym mniej mam odpowiedzi. Za to pytań tylko przybywa. I co gorsza, każde z nich ma więcej niż jedną możliwą odpowiedź.
Jej spojrzenie powędrowało ku oknu. Za szybą noc powoli ustępowała miejsca bladym światłom poranka, a Islay przez kilka krótkich chwil wyglądała tak spokojnie, jakby wszystkie jej problemy mogły jeszcze poczekać. Annabel wiedziała jednak, że nie mogą. Wystarczyło kilka godzin, by znów przyniesiono jej kolejne meldunki. Następny list. Następne nazwisko. Następny problem, którego nie dało się po prostu odłożyć na bok.
— Mam Hörëna. Właściwie bardziej niż kiedykolwiek. Moi zwiadowcy znaleźli ludzi, którzy zaczęli mówić, dokumenty, ślady pieniędzy i powiązania z rodami, o których nawet nie podejrzewałam, że od dawna stoją po jego stronie. Wystarczyłoby rozłożyć to wszystko na stole i nikt rozsądny nie miałby wątpliwości, że od miesięcy przygotowywał grunt pod to, co dzieje się teraz. A jednak wciąż brakuje mi jednego elementu, który pozwoliłby mi zamknąć tę sprawę bez wywoływania wojny. — Urwała, obracając sygnet na palcu. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, jakby odpowiedź mogła kryć się w samym metalu, po czym oparła łokcie na kolanach i pochyliła się lekko do przodu. — Tylko co z tego? Nie mogę go po prostu aresztować. Nie jest zbójem napadającym na kupców ani rycerzem, który wyciągnął miecz przeciwko własnemu władcy. Jest królem Mull. Jeśli uderzę pierwsza, pozostali nazwą mnie tyranem, jeśli go wygnam, uczynię z niego męczennika, a jeśli pozwolę mu działać dalej, któregoś dnia obudzę się i odkryję, że połowa Islay wierzy bardziej jemu niż mnie. I to nawet nie jest najgorsze. — Zamilkła na moment, wpatrując się w nieruchomą twarz kuzyna. — Jeśli coś mu się stanie z mojej ręki albo choćby z mojego rozkazu, Mull nie będzie czekało na wyjaśnienia. Nie wiem, czy jego ludzie mnie lubią, czy nienawidzą, i szczerze mówiąc, nie ma to większego znaczenia. Mają króla. Jeśli zostanie zabity albo uwięziony na Islay, będą mieli powód, by ruszyć przeciwko nam. I wtedy nie będę już miała problemu z jednym człowiekiem i kilkoma rodami.
W jej głosie nie było paniki. Tylko zmęczenie człowieka, który zbyt długo obracał ten sam problem w głowie i za każdym razem dochodził do identycznego wniosku.
— Mogłabym ją wygrać. Prawdopodobnie. Ale nie wiem, czym miałabym za nią zapłacić. Islay nie jest przygotowane na kolejną wojnę, Victorze. Ledwie zaczęliśmy odbudowywać to, co pozostało po poprzednich konfliktach, a te przecież się jeszcze nie skończyły. Porty, drogi, magazyny — wszystko kosztuje. Wojsko kosztuje. Ludzie kosztują. Nawet pokój kosztuje, tylko nikt nie lubi o tym mówić. A jeśli teraz zacznę zbroić się przeciwko Mull, nasze finanse nie wytrzymają tego bez konsekwencji. Mogę postawić więcej żołnierzy na granicach, kupić broń, sprowadzić najemników, zabezpieczyć wybrzeże… tylko potem zostanę z królestwem, którego nie będzie stać na utrzymanie własnego zwycięstwa. — Pokręciła lekko głową, a jej wzrok na moment uciekł gdzieś w bok. — Wiesz, co jest najgorsze? Że czasami mam wrażenie, iż Hören doskonale o tym wie. Nie musi mnie pokonać. Wystarczy, że będzie mnie popychał wystarczająco długo, aż sama zrobię coś, czego później nie będę mogła cofnąć. Jedna zła decyzja. Jeden rozkaz wydany za wcześnie. I nagle wszyscy będą mieli dokładnie to, czego potrzebowali. On męczeńską historię. Mull powód do wojny. Moi przeciwnicy argument przeciwko mnie. A ja będę mogła już tylko patrzeć, jak wszystko się rozpada. — Na chwilę opuściła wzrok. Dłonie spoczywające na kolanach zacisnęły się mocniej. — Ty wiedziałbyś, gdzie przebiega granica. Właśnie dlatego zaczynam mieć dość tego, że uparłeś się spać akurat teraz. To wyjątkowo nieodpowiedzialne z twojej strony, kuzynie.
Przez moment w komnacie słychać było jedynie cichy trzask drewna w kominku. Annabel patrzyła na Victora, jakby naprawdę oczekiwała, że za chwilę otworzy oczy i jak dawniej zacznie tłumaczyć jej coś tonem człowieka przekonanego, że tylko on dostrzegł rzecz oczywistą dla całego świata. Prawdopodobnie zirytowałaby się wtedy, zaprzeczyłaby mu dla samej zasady, a potem zrobiła dokładnie to, co jej zasugerował. Tymczasem nie wydarzyło się nic. Jego twarz pozostała spokojna, a milczenie, które jeszcze chwilę wcześniej dawało jej dziwną ulgę, nagle zaczęło ciążyć. Dalsza część rozmowy przyszła już łatwiej. Może dlatego, że najtrudniejsze miała za sobą, a może po prostu dlatego, że nie musiała patrzeć na twarz człowieka, który oceniałby każde jej słowo.
— Charles wrócił do rezerwatu. Sama go o to poprosiłam. I to była dobra decyzja, nie będę udawać, że było inaczej. Po prostu niektóre dobre decyzje kosztują więcej, niż człowiek się spodziewa. Czasem więcej, niż jest się gotowym zapłacić. Nie zadawał pytań. I chyba to zdenerwowało mnie najbardziej. Zamiast się kłócić, po prostu się zgodził. Pozwolił mi się oddalić od niego, jakby ufał mi bardziej niż ja sama sobie. To strasznie niewygodne, kiedy ktoś wierzy w ciebie bez żadnych wątpliwości. Jakby odbierał ci prawo do pomyłki. — Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. — Brakuje mi go — powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać, a potem przez chwilę patrzyła gdzieś w bok, jakby sama była zaskoczona tym, że właśnie te słowa przyszły jej do głowy. — Tęsknię nawet. Proszę, zachowaj to dla siebie, bo jeśli się obudzisz i kiedykolwiek wykorzystasz to przeciwko mnie, wrócę tutaj i uduszę cię poduszką. Tym razem naprawdę.
Pokręciła lekko głową, bardziej nad sobą niż nad nim.
— Wiem, jak to brzmi. Sama go odesłałam, a teraz zachowuję się, jakbym miała pretensje do świata, że rzeczywiście wyjechał. Po prostu z nim wszystko było jakieś mniej skomplikowane. Nie dlatego, że nie potrafił komplikować życia. Wręcz przeciwnie. Ma do tego wyjątkowy talent. Ale przy nim nie musiałam przez cały czas pamiętać, kim jestem. Tutaj wszyscy czegoś ode mnie chcą. Decyzji. Rozkazu. Odpowiedzi. Nawet kiedy nie wiedzą, czego właściwie chcą, oczekują, że ja będę wiedziała. A on potrafił po prostu usiąść i powiedzieć mi, że się mylę. — Parsknęła cicho, a tym razem w jej głosie pojawiło się odrobinę prawdziwego rozbawienia. — To było irytujące. Oczywiście ty również potrafiłeś to robić. Może właśnie dlatego zaczynam mieć wrażenie, że otaczają mnie ludzie o wyjątkowo nieznośnych charakterach. — Uśmiech jednak powoli zniknął, gdy znów spojrzała na jego twarz. Nie wiedziała, dlaczego właśnie tutaj przychodziły jej do głowy rzeczy, których normalnie nie powiedziałaby nikomu. Może dlatego, że Victor nie mógł odpowiedzieć. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie musiała natychmiast bronić własnych słów. — Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Coraz częściej przyłapuję się na tym, że przychodzę tutaj i mówię rzeczy, których normalnie nie powiedziałabym nikomu. Może dlatego, że nie możesz mi przerwać. Brzmi to okropnie, kiedy wypowiadam to na głos, ale chyba właśnie dlatego jest mi łatwiej. Przez całe życie, kiedy coś ci mówiłam, musiałam od razu przygotować się na odpowiedź. Na argument. Na spojrzenie, którym dawałeś mi do zrozumienia, że właśnie powiedziałam największą głupotę w swoim życiu. A teraz po prostu słuchasz.
To ostatnie zdanie zabrzmiało ciszej, niż zamierzała. Annabel opuściła wzrok i przez kilka chwil nie mówiła już nic. Siedziała nieruchomo, pozwalając, by cisza wypełniła komnatę bez potrzeby natychmiastowego zagłuszania jej kolejnymi słowami. Dopiero po pewnym czasie podniosła się z krzesła i poprawiła zsuwający się z jego ramienia koc, starając się nie myśleć o tym, jak nienaturalnie wyglądał Victor w tej nieruchomości. Jej dłoń zatrzymała się na moment na jego przedramieniu, lecz tym razem nie cofnęła jej od razu. Przesunęła kciukiem po skórze, jakby chciała upewnić się, że pod nią wciąż jest życie, a potem westchnęła i pokręciła głową.
— Obudź się, dobrze? — powiedziała ciszej. — Bo zaczynam mieć wrażenie, że zbyt wiele rzeczy dzieje się naraz, a ja naprawdę nie mam już z kim się o nie kłócić.
Nie zdążyła odsunąć się od łóżka, gdy drzwi komnaty otworzyły się gwałtowniej, niż nakazywałby zwyczaj. Annabel odwróciła głowę. Agatha stała w progu, wyraźnie poruszona, choć próbowała zachować spokój. Wystarczyło jedno spojrzenie, by Annabel wiedziała, że nie przyszła tu po prostu sprawdzić, czy czegoś potrzebuje.
— Pani.
Annabel natychmiast się wyprostowała.
— Co się stało?
Agatha zawahała się tylko na moment. — Musisz zejść do Sali Tronowej.
— Teraz?
— Teraz. — Coś w tonie jej głosu sprawiło, że Annabel odruchowo spojrzała na Victora, a potem z powrotem na Agathę. — Ktoś przyjechał?
— Agatha skinęła głową. — Posłaniec z Jury?
— Nie. — Tym razem w jej głosie pojawiło się coś, czego Annabel nie słyszała u niej zbyt często. Ostrożność. — Obserwator z Ministerstwa. Czeka na królową.
Przez krótką chwilę Annabel stała nieruchomo, jakby jej ciało potrzebowało kilku sekund, by nadążyć za znaczeniem tych słów. Potem powoli odsunęła dłoń od przedramienia Victora i spojrzała na Agathę.
— Oczywiście — powiedziała w końcu, a jej głos znów był spokojny. — Bo najwyraźniej tego właśnie brakowało mi dzisiaj do pełni szczęścia.
Poprawiła rękawy sukni, odzyskując w jednej chwili tę wyuczoną postawę, której tak bardzo nie lubiła, lecz której nauczyła się potrzebować. Zanim ruszyła ku drzwiom, spojrzała jeszcze raz na Victora.
— Nie ruszaj się stąd — rzuciła pod nosem. — Wrócę niebawem.
Dopiero gdy znalazła się na korytarzu, pozwoliła, by z jej twarzy zniknęła resztka wcześniejszego rozluźnienia. Annabel po raz kolejny miała wrażenie, że właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowała chwili spokoju, świat postanowił przypomnieć jej, dlaczego już od dawna nie ma do niego prawa.
Nie zeszła jednak do Sali Tronowej od razu. Po wyjściu z komnaty Victora zatrzymała się przy jednym z wysokich okien i oparła dłoń o chłodny kamień parapetu. Przez szyby wpadało blade światło, rozcinając posadzkę długimi pasami, a gdzieś poniżej słychać było przytłumione głosy strażników zmieniających wartę. Annabel przez chwilę patrzyła na dziedziniec, choć w rzeczywistości nie widziała niczego z tego, co działo się za oknem. Wieść o przybyciu obserwatora Ministerstwa nie była dla niej zaskoczeniem. Spodziewała się, że Londyn w końcu wyśle kogoś na Islay, odkąd zaczęły napływać pierwsze raporty o wydarzeniach, które coraz trudniej było traktować jako pojedyncze incydenty. Nie obawiała się samego obserwatora. Wiedziała, że prędzej czy później ktoś będzie chciał przyjrzeć się wyspie z bliska. Niepokoiło ją coś innego. Człowiek, który przyjedzie z konkretną misją, może nie mieć cierpliwości do rzeczy, których nie da się wyjaśnić jednym zdaniem, ani ochoty zastanawiać się nad tym, co wydarzyło się przed jego przybyciem. Może zobaczyć tylko to, po co go przysłano, a całą resztę uznać za wymówki.
Wzięła głębszy oddech, wyprostowała ramiona i poprawiła mankiet szaty. Dopiero wtedy ruszyła korytarzem prowadzącym do Sali Tronowej. Nie wiedziała jeszcze, że za drzwiami czeka ktoś, przy kim wszystkie przygotowane odpowiedzi okażą się znacznie mniej użyteczne, niż sądziła.
Kiedy weszła do sali, nie zobaczyła od razu jego twarzy. Mężczyzna stał przy jednym z wysokich okien, odwrócony plecami, z jedną dłonią opartą o kamienne obramowanie. Uchylone skrzydła wpuszczały chłód od morza i poruszały połami jego ciemnego płaszcza. Annabel zatrzymała się kilka kroków od wejścia. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy to rzeczywiście on, choć sylwetka wydawała jej się dziwnie znajoma. Sposób, w jaki stał, lekko pochylając głowę, jakby bardziej obserwował niż podziwiał widok za oknem. Dopiero kiedy mężczyzna poruszył ramieniem i odwrócił się nieco w jej stronę, rozpoznała charakterystyczny profil.
Zatrzymała się.
— Damon?
Mężczyzna odwrócił się powoli. Przez moment jego twarz pozostała zupełnie nieruchoma, jakby sam potrzebował chwili, by upewnić się, że osoba stojąca przed nim jest rzeczywiście tą samą Annabel, którą znał. W jego spojrzeniu pojawiło się najpierw zaskoczenie, a dopiero później cień uśmiechu.
— Na to wygląda.
Annabel zrobiła jeszcze jeden krok, wciąż przyglądając mu się z niedowierzaniem. Dopiero teraz dostrzegła dokumenty leżące na długim stole: pergaminy opatrzone pieczęciami Ministerstwa, kilka otwartych raportów, notatki i arkusze, których jeszcze nie zdążyła przejrzeć. Wszystko nagle ułożyło się w całość.
— Więc to ty.
— Tak.
Jedno słowo wystarczyło, by reszta stała się jasna. Annabel poczuła lekkie napięcie w piersi, lecz jej twarz pozostała spokojna. Spośród wszystkich ludzi, których Ministerstwo mogło przysłać na Islay, wybrano właśnie jego. Człowieka, którego znała z czasów, kiedy nie musiała jeszcze zastanawiać się nad każdym słowem, zanim pozwoliła mu opuścić usta. Teraz miał obserwować jej wyspę, jej ludzi i jej decyzje. Damon tymczasem nadal na nią patrzył. Nie próbował nawet ukrywać, że jest zaskoczony. Wiedział z raportów, kim była. Czytał jej nazwisko, tytuł, informacje o pochodzeniu i decyzjach, które podejmowała jako władczyni Islay. Wiedział, że stanie przed nim królowa. Nie był jednak przygotowany na to, co zobaczył. Annabel stała przed nim spokojnie, z głową uniesioną nieco wyżej niż dawniej. Korona spoczywała na jej włosach, a ciężar szat, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawały się niemal obce jej sylwetce, teraz wyglądał tak, jakby należały do niej od zawsze. Przez krótką chwilę Damon pomyślał, że Annabel jest piękna. Nie była to myśl, której się spodziewał, ani taka, którą zamierzał rozwijać. Po prostu pojawiła się nagle, wraz ze świadomością, że dziewczyna, którą pamiętał, naprawdę nauczyła się być damą, księżniczką, a w końcu królową. Było w niej teraz coś, co przyciągało wzrok nawet wtedy, gdy człowiek nie chciał patrzeć. Nie chodziło wyłącznie o koronę. To ona sama nadawała jej znaczenie.
Damon uświadomił sobie, że patrzy odrobinę zbyt długo, i odwrócił wzrok.
Annabel zauważyła to natychmiast.
— Od kiedy wiedziałeś? — zapytała.
— Niewiele wcześniej niż ty.
— Czyli Ministerstwo nie uprzedziło cię wcześniej?
— Nie. Dowiedziałem się, kiedy decyzja była już podjęta.
Przyjęła odpowiedź bez komentarza. Jej spojrzenie przesunęło się na dokumenty, potem wróciło do jego twarzy.
— A więc rzeczywiście przyjechałeś jako obserwator.
— Tak.
Damon zrobił krok w jej stronę. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz ostatecznie tylko skinął głową i zaczął wykonywać ukłon. Annabel uniosła dłoń.
— Nie waż się.
Zatrzymał się w pół gestu.
— Jestem tutaj oficjalnie.
— Nie w tej chwili.
— Annabel...
— Damon, jeśli jeszcze raz spróbujesz mi się ukłonić, rozkażę Agathcie wyrzucić cię z zamku.
Uniósł brwi.
— Agathcie?
— Mojej służce.
— I naprawdę sądzisz, że wyrzuci mnie z zamku?
Annabel spojrzała na niego z taką powagą, że przez moment nie był pewien, czy właśnie żartuje.
— Nie muszę sądzić. Wystarczy, że jej każę.
Damon powoli wyprostował się z niedokończonego ukłonu.
— A jeśli odmówi?
Kącik ust Annabel drgnął.
— Wtedy każę jej przypomnieć sobie, że to ja jestem królową.
Damon patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym uśmiechnął się krótko.
— Dobrze. Już rozumiem.
— To dobrze. Nie chciałabym, żebyś pierwszego dnia musiał poznawać zasady panujące na Islay w tak nieprzyjemnych okolicznościach.
— A jeśli jednak je złamię?
— Wtedy Agatha pomoże ci je zrozumieć.
— Zaczynam żałować, że przyjąłem tę misję.
— Nie przyzwyczajaj się do tego uczucia. Jeszcze nawet nie zacząłeś pracy.
Damon pokręcił głową, ale jego twarz wyraźnie się rozluźniła. Niezręczność, która pojawiła się między nimi w chwili jego przybycia, nie zniknęła całkowicie, lecz przestała być ciężarem. Annabel również poczuła, jak coś w niej odpuszcza. Właśnie tego potrzebowała. Nie chciała, żeby człowiek, którego znała od lat, zaczął nagle zachowywać się tak, jakby korona wymazała wszystko, co było wcześniej.
Podeszła do stołu i zatrzymała się przy leżących na nim dokumentach.
— Powiedz mi więc, od czego zaczynasz.
Damon spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.
— To było szybkie.
— Co?
— Przez chwilę zastanawiałem się, jak długo będziemy udawać, że rozmawiamy o niczym.
Annabel uniosła brew.
— Nie udawałam.
— W takim razie jesteś bardziej bezpośrednia niż zapamiętałem.
— A ty nadal mówisz więcej, niż powinieneś.
— To również zapamiętałem.
Annabel usiadła przy stole, ale nie sięgnęła po żaden dokument. Wskazała mu miejsce naprzeciwko. Damon podszedł i oparł dłonie o krawędź stołu, nie siadając.
— Jak długo zamierzasz tu zostać?
— Nie dostałem daty końcowej. Mam zostać tak długo, jak długo Ministerstwo będzie uważało, że potrzebna jest moja obecność.
— Czyli może to potrwać tygodnie.
— Może.
— Albo miesiące.
— Jeśli sytuacja będzie tego wymagała.
Annabel przyjęła odpowiedź bez widocznego zadowolenia.
— I czego właściwie oczekują?
— Chcą wiedzieć, co dzieje się na Islay.
— To bardzo wygodne określenie.
— Wiem.
— Chcą informacji o radzie? Straży? Handlu? O wydarzeniach związanych z wojną?
Damon przez chwilę milczał.
— O wszystkim, co może mieć znaczenie.
— Aseriel?
Tym razem jego milczenie trwało odrobinę dłużej. Annabel natychmiast to zauważyła.
— Czyli tak.
— Jest jednym z powodów, dla których Ministerstwo chce mieć tutaj swojego człowieka.
— Chcą wiedzieć, dlaczego pojawił się nad Islay.
— Między innymi.
— Czy uważają, że wykorzystuję go do swoich bitew?
Damon przyjrzał jej się uważnie.
— Uważają, że powinni wiedzieć, czy to prawda.
Annabel powoli skinęła głową. To nie była odpowiedź, której oczekiwała, ale właśnie dlatego wiedziała, że jest prawdziwa. Damon nie powiedział jej wszystkiego. Nigdy by tego nie zrobił. Nie dlatego, że jej nie ufał, lecz dlatego, że część informacji należała do jego pracy, a on dopiero przyjechał na Islay. Nie zamierzał odsłaniać przed nią wszystkich kart pierwszego dnia. Ona zresztą również nie zamierzała odsłaniać swoich.
— Dlaczego wybrali właśnie ciebie?
— Mam doświadczenie z rezerwatami, stworzeniami wysokiego ryzyka i terenami, na których Ministerstwo nie ma pełnej kontroli.
— To brzmi jak oficjalna odpowiedź.
— Bo nią jest.
— A nieoficjalna?
Damon przez moment patrzył na nią z lekkim uśmiechem.
— Ponieważ mnie znasz.
Annabel nic nie odpowiedziała.
— I ponieważ ja znam ciebie — dodał po chwili. — Przynajmniej na tyle, żeby zauważyć rzeczy, których ktoś obcy mógłby nie dostrzec.
— To miało mnie uspokoić?
— Nie. Chciałem tylko odpowiedzieć na pytanie.
— Szkoda.
— Dlaczego?
— Bo właśnie powiedziałeś mi, że będziesz zauważał więcej niż inni.
Damon przyjął to bez sprzeciwu.
— Prawdopodobnie.
Annabel oparła przedramiona o stół i spojrzała na niego spokojnie.
— A jeśli Ministerstwo przyjechało tutaj już z przekonaniem, że moja pozycja jest problemem?
— Wtedy będę musiał sprawdzić, czy ma ku temu podstawy.
— A jeśli ich nie znajdziesz?
— Napiszę, że ich nie znalazłem.
— Nawet jeśli będzie to dla mnie niekorzystne?
Damon spojrzał jej prosto w oczy.
— Jeśli znajdę coś, co będzie dla ciebie niekorzystne, również to napiszę.
Przez chwilę milczała. Nie była to odpowiedź, którą chciała usłyszeć, ale właśnie dlatego ją szanowała.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Przynajmniej wiem, na czym stoję.
— Tego właśnie chciałem.
Annabel przesunęła wzrok na dokumenty.
— Nie powiedziałeś mi wszystkiego.
— Nie.
— I nie zamierzasz.
— Nie dzisiaj.
Spojrzała na niego ponownie. Przez moment w jej oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia.
— Przynajmniej jesteś szczery.
— Z tobą łatwiej.
— Nie. Ze mną jest trudniej.
— To też prawda.
Tym razem uśmiechnęła się naprawdę, choć tylko na chwilę. Damon znał ten uśmiech. Wiedział, że właśnie wtedy, kiedy Annabel pozwalała sobie na odrobinę swobody, najłatwiej było zapomnieć, jak wiele zmieniło się od czasu, kiedy widzieli się po raz ostatni. Ona również szybko się wycofała z tej chwili, prostując się i ponownie przybierając spokojny wyraz twarzy.
— Powinieneś zacząć od rady i straży — powiedziała. — Jeśli chcesz zrozumieć Islay, nie ograniczaj się do dokumentów.
— Tego właśnie zamierzam.
— I nie wierz we wszystko, co usłyszysz.
Damon uniósł lekko brew.
— Nawet jeśli usłyszę to od ciebie?
— Zwłaszcza wtedy.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa.
— To brzmi jak rada.
— Jest nią.
— A czego mam się spodziewać?
Annabel spojrzała w stronę wysokich okien. Za szybami Islay trwała swoim zwyczajnym rytmem. Strażnicy stali na murach, ludzie przechodzili przez dziedziniec, a morze pozostawało takie samo jak każdego dnia.
— Tego, że każdy będzie miał własną wersję wydarzeń. Niektóre będą prawdziwe. Niektóre częściowo. A część została przygotowana po to, żebyś uwierzył w nią zamiast w to, co naprawdę się wydarzyło. Islay jest bardziej skomplikowane, niż wygląda w raportach.
— A ty zamierzasz mi powiedzieć, która wersja jest prawdziwa?
Annabel spojrzała na niego z cieniem uśmiechu.
— Nie. Od tego jesteś obserwatorem.
Damon pokiwał głową.
— W takim razie rzeczywiście nie zamierzasz ułatwiać mi pracy.
— Nie.
— Tego się spodziewałem.
Przez chwilę stali w milczeniu. Tym razem cisza nie była już niezręczna. Była znajoma. Annabel miała świadomość, że za kilka dni mogą rozmawiać ze sobą zupełnie inaczej, kiedy Damon zacznie poznawać ludzi, wydarzenia i konflikty, o których ona wiedziała znacznie więcej, niż chciała ujawnić. Dzisiaj jednak wystarczyło jej to, że nadal potrafili rozmawiać bez ciągłego pamiętania o tytułach.
— Agatha zajmie się twoim zakwaterowaniem — powiedziała w końcu. — Powiedz jej, czego potrzebujesz. Dopilnuje, żeby niczego ci nie zabrakło.
— Mam rozumieć, że to ta sama Agatha, którą przed chwilą chciałaś wykorzystać do wyrzucenia mnie z zamku?
— Ta sama.
— W takim razie postaram się jej nie narazić.
— To rozsądne.
Damon zrobił krok w stronę drzwi. Tym razem zatrzymał się przed nimi i spojrzał na Annabel.
— Do jutra, Annabel.
— Do jutra, Damon.
Sięgnął po klamkę, lecz zanim otworzył drzwi, odwrócił się jeszcze raz.
— I nie martw się.
Annabel spojrzała na niego pytająco.
— O co?
— Nie zamierzam przyjechać tutaj z gotową odpowiedzią.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.
— Właśnie tego chciałam.
Damon skinął głową i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho. Po drugiej stronie czekała już służba, która miała zaprowadzić go do przygotowanych komnat i zadbać o wszystko, czego mógł potrzebować podczas pobytu na Islay. Annabel została sama przy stole, z dokumentami Ministerstwa rozłożonymi przed sobą. Przez kilka sekund patrzyła na zamknięte drzwi, a potem opuściła wzrok.
Damon nie był obcym człowiekiem, którego można było trzymać na dystans samym tytułem. Znał ją sprzed korony i dlatego właśnie jego obecność mogła okazać się trudniejsza niż obecność każdego innego obserwatora. Nie musiała bać się tego, że będzie szukał winy. Bała się raczej, że pewnego dnia spojrzy na nią tak samo jak dawniej i zauważy coś, czego nie powinna była mu pokazywać.
~~~
Powrót do Rumunii nie przyniósł Charliemu ulgi, której spodziewał się po opuszczeniu Murmańska. Przez całą drogę miał przed oczami fotografie znalezione w albumie Jurija, a szczególnie tę jedną, niewielką, wsuniętą między strony tak, jakby ktoś dawno temu uznał, że najlepiej będzie, jeśli przestanie istnieć. Papier był pożółkły na brzegach, fotografia lekko pofałdowana od wilgoci, a na jej odwrocie widniało kilka krótkich słów zapisanych ręką, której Charlie nie potrafił rozpoznać: C-7. Osobnik 04. Przeniesiony. Nic więcej. Żadnej daty, żadnego miejsca, żadnego nazwiska. Właśnie ta oszczędność informacji nie dawała mu spokoju. Do tej pory traktował Murmańsk jako miejsce, w którym Projekt Symbion wymknął się spod kontroli i zakończył katastrofą. Widział przecież ślady po tym, co się tam wydarzyło. Znał liczbę ofiar, widział klatki, w których pozostały jedynie ślady pazurów, i pomieszczenia, w których magia wsiąkła w kamień tak głęboko, że nawet po latach można było wyczuć jej ciężar. Wiedział, że zginęły Hybrydy i że zginęli ludzie, którzy mieli nad nimi czuwać. Wszystko wskazywało na to, że tamta historia skończyła się w chwili, gdy ośrodek został opuszczony. Tyle że jedno słowo na odwrocie fotografii nie pasowało do tej wersji. Przeniesiony.
Charlie długo zastanawiał się nad nim podczas podróży. Nie nad znaczeniem, bo było oczywiste, lecz nad tym, kto miałby je zapisać. Ktoś musiał wiedzieć, że osobnik przeżył. Ktoś musiał podjąć decyzję, dokąd go wysłać. Ktoś musiał prowadzić ewidencję. A skoro istniała ewidencja, musiały istnieć również wcześniejsze wpisy. Próbował wmówić sobie, że to nic nie znaczy. Stare dokumenty często były niepełne. Ludzie popełniali błędy, zwłaszcza w miejscach, w których pracowano ze stworzeniami, których istnienia nie powinno się nawet wpisywać do oficjalnych rejestrów. Jedno słowo nie mogło zmienić całej historii. Potem zasnął i obudził się kilkadziesiąt minut później z uczuciem, że ktoś stoi przy jego łóżku. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Serce waliło mu w piersi, dłonie miał zaciśnięte na kocu, a przed oczami wciąż widział ciemny zarys ogromnej głowy pochylającej się nad metalową klatką. Smok nie ruszał się, tylko patrzył. W jego oku odbijała się cienka, nieruchoma smuga światła, jakby ktoś stał po drugiej stronie krat i obserwował razem z nim. Charlie próbował sobie przypomnieć, czy widział go naprawdę, czy jedynie we śnie, lecz obraz rozpłynął się, zanim zdążył uchwycić szczegóły. Zostało mu tylko jedno: C-7. Usiadł i przetarł twarz dłońmi. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spał dłużej niż trzy godziny bez przerwy. Przez resztę podróży już nie zasnął.
Album leżał teraz na jego biurku. Charlie otworzył go ponownie, chociaż obiecywał sobie, że tego dnia nie będzie do niego zaglądał. Powinien był zająć się dokumentacją rezerwatu, zaległymi raportami i wszystkim, co przez ostatnie dni odłożył na później. Zamiast tego stał przez chwilę nad fotografią, z rękami opartymi o krawędź biurka. Na zdjęciu znajdował się młody smok zamknięty w ciężkiej, metalowej klatce. Charlie znał smoki wystarczająco dobrze, żeby nie patrzeć na nie tak jak większość ludzi. Nie interesowała go jedynie wielkość skrzydeł czy kształt czaszki. Zwracał uwagę na rzeczy, które dla innych były pozbawione znaczenia: sposób, w jaki układały się łuski przy nasadzie szyi, drobne deformacje po przebytych urazach, sposób osadzania rogów i blizny, które pozostawały przez całe życie. Pochylił się nad fotografią i najpierw zauważył rozdarcie łuski przy lewej stronie szczęki, potem zagłębienie u nasady rogu, a na końcu trzy jaśniejsze łuski poniżej oka, ustawione niemal w jednej linii.
Przez moment nic się nie wydarzyło. Nie poczuł nagłego olśnienia ani nie przypomniał sobie niczego konkretnego. Pojawiło się jedynie nieprzyjemne wrażenie, że już kiedyś widział te cechy. Sięgnął więc po akta Sektora C i zaczął przerzucać strony bez większego przekonania. Jedna karta, druga, trzecia. Nazwy, oznaczenia, obserwacje. W kilku miejscach ktoś dopisywał informacje ręcznie, innym atramentem, jakby dokumentację uzupełniano długo po pierwszym wpisie. Kiedy dotarł do Zephyr, zatrzymał palce na krawędzi papieru. Jej karta była krótsza niż pozostałe. Charlie zauważył to już wcześniej, lecz wtedy uznał brak danych za zwykłe niedbalstwo. Dokumentacja Hybryd od początku była chaotyczna. Niektóre wpisy wyglądały tak, jakby sporządzono je przez ludzi, którzy sami nie wiedzieli, co właściwie mają opisywać. Teraz jednak brak zaczął mu przeszkadzać. Spojrzał na fotografię Zephyr, potem na zdjęcie z albumu i zbliżył oba do siebie. Blizna. Zagłębienie. Łuski. Poczuł lekkie napięcie w karku. W ciszy archiwum coś cicho stuknęło za ścianą. Charlie drgnął i przez sekundę był pewien, że słyszy pazur przesuwający się po metalu.
— Nie.
Odsunął fotografie. To było za mało. Znacznie za mało. Smoki mogły mieć podobne urazy. Blizny mogły powstawać w podobnych miejscach. Trzy jaśniejsze łuski nie były przecież odciskiem palca. Wstał i przeszedł do okna. Za szybą panował wilgotny, szary dzień. Przez chwilę patrzył bezmyślnie na teren rezerwatu, po czym zamknął oczy. Właśnie wtedy przypomniał sobie głos z magnetofonu. Nie słowa, lecz dźwięk. Krótki trzask taśmy, szum, a potem mężczyzna mówiący coś o transporcie. Charlie nie pamiętał całego zdania. Pamiętał jednak sposób, w jaki tamten głos wypowiedział oznaczenie. C-7.
Wrócił do biurka i odszukał notatki z Murmańska. Taśma trzecia. Przez chwilę trzymał dłoń nad magnetofonem. Włączyć czy nie? W końcu nacisnął przycisk. Najpierw pojawił się szum, potem trzask i głos. Charlie słuchał z pochyloną głową. Nie interesowała go treść. Próbował uchwycić sposób mówienia, tempo, akcent. Po kilku minutach zatrzymał nagranie i przewinął je. C-7. Jeszcze raz. Cofnął taśmę. C-7. Zmarszczył brwi. Nie znalazł niczego. Westchnął i oparł łokcie na biurku.
— Zaczynasz wariować — powiedział cicho.
Wyłączył magnetofon i przez kilka następnych godzin zajmował się wszystkim, czym powinien był zająć się wcześniej. Przynajmniej próbował.
Następnego dnia Margaret Luca pojawiła się w archiwum krótko po południu. Miała pod pachą kilka teczek, a jej twarz, jak zwykle, nie zdradzała wiele. Charlie znał ją już na tyle, by wiedzieć, że nie należy oczekiwać od niej odpowiedzi tylko dlatego, że zada się pytanie odpowiednim tonem. Rozmawiali o dokumentacji jednego z transportów. Margaret przeglądała formularz, zatrzymując palec przy kolejnych rubrykach.
— Ten przyjechał trzy dni później — powiedziała. — Zmieniono mu oznaczenie przed przyjęciem.
Charlie uniósł głowę. Nie przez treść. Przez sposób, w jaki wypowiedziała ostatnie słowo. Jej palec znieruchomiał na papierze, dokładnie nad pustym polem, w którym ktoś wcześniej starannie wydrapał fragment wpisu.
Przez krótką chwilę patrzył na nią bez ruchu. Margaret zauważyła jego spojrzenie.
— Coś się stało?
Charlie zamrugał.
— Nie.
— Na pewno?
— Tak.
Wrócił do dokumentu. Nie chciał się gapić. Nie chciał również przyznać, że właśnie wydarzyło się coś, czego sam nie potrafił wyjaśnić. Dopiero wieczorem, siedząc samotnie przy biurku, zrozumiał, co go zatrzymało. Jedno słowo. Nic więcej. Nie głos, nie twarz, nie sposób mówienia. Jedno słowo wypowiedziane z ledwie zauważalnym akcentem. Charlie spojrzał na magnetofon. Przez chwilę walczył ze sobą, a potem ponownie włączył nagranie.
Szum. Trzask. Głos. C-7.
Przewinął. Słuchał jeszcze raz. I wtedy to usłyszał. Nie było identyczne. Nie mogło być. Nagranie było stare, jakość fatalna, a człowiek mówiący na taśmie miał zupełnie inną barwę głosu. Ale przy jednym słowie akcent układał się niemal tak samo. Charlie zastygł. Przez kilka sekund nie poruszył nawet ręką. Potem cofnął nagranie. Jeszcze raz. I jeszcze. Za trzecim razem odsunął się od magnetofonu. Nie. To wciąż nie był dowód. Mógł sobie coś dopowiadać. Zmęczenie robiło z pamięcią dziwne rzeczy. Po Murmańsku zbyt wiele razy słuchał tych samych taśm. Zbyt długo spał po kilka godzin. Zbyt wiele czasu spędzał nad dokumentami. Mógł usłyszeć podobieństwo tylko dlatego, że go szukał. A jednak nie wyrzucił tej myśli z głowy. Zapisał jedno słowo na marginesie notatnika.
Kolejnego ranka wrócił do akt Zephyr. Nie dlatego, że był pewien związku. Właśnie dlatego, że nie był. Położył kartę na stole i zaczął czytać od początku. Miejsce pochodzenia — brak. Poprzedni właściciel — brak. Historia transportu — niepełna. Data przyjęcia — obecna. Stan fizyczny — opisany pobieżnie.
Charlie przeczytał kartę drugi raz, potem trzeci. Przypomniał sobie fotografię. Tym razem nie patrzył na bliznę. Patrzył na wiek. Na zdjęciu smok był młodszy, znacznie młodszy. Różnica wieku mogła tłumaczyć wiele zmian. Kształt głowy, długość rogów, proporcje ciała. Nie mógł więc powiedzieć, że to Zephyr. Mógł jedynie powiedzieć, że Zephyr mogła nią być. Ta różnica miała znaczenie. Otworzył kolejne akta. Jeden z osobników miał deformację przedniej łapy odpowiadającą opisowi widocznemu na starej fotografii. Inny posiadał charakterystyczne uszkodzenie błony skrzydła. Kolejne podobieństwo było zbyt słabe, żeby coś z niego wynikało. Charlie zaczął zaznaczać strony, choć sam nie wiedział jeszcze, czego właściwie szuka. W pewnym momencie cofnął się na krześle i spojrzał na stos dokumentów.
Przypomniał sobie Sektor C. Nie o samych Hybrydach, a o ich zachowaniu.
Wtedy wszystkie poruszyły się niemal jednocześnie. Charlie pamiętał ten moment bardzo wyraźnie. Najpierw Zephyr uniosła głowę. Potem poruszyły się pozostałe. Jedno stworzenie rozłożyło skrzydło, inne obróciło pysk, jeszcze inne uderzyło ogonem o ziemię. Nie wyglądało to jak przypadkowa reakcja kilku smoków. Przez ułamek sekundy wszystkie spojrzały w tę samą stronę, ku zamkniętym drzwiom, jakby usłyszały sygnał, którego ludzie nie byli w stanie wychwycić.
Wtedy założył, że łączy je jakaś forma magicznej więzi. Teraz jednak nie był już tego pewien. Może problem polegał na tym, że zadawał niewłaściwe pytanie.
Nie: co je łączy?
Tylko: skąd się znały?
Charlie poczuł nieprzyjemny chłód. Sięgnął po notatki z Murmańska. Jedno ze zdań, które zanotował, było niepełne. Na marginesie dopisał je wtedy z pamięci, bo nagranie było zbyt niewyraźne: Hybrydy reagują zgodnie z planem. Próba połączenia mentalnego zakończona sukcesem u dwóch osobników.
Patrzył na te słowa długo.
Nagle przypomniał sobie coś jeszcze. Nie z dokumentów. Z rozmowy. Jurij mówił o przeniesieniu, jakby było czymś oczywistym. Jakby po katastrofie ktoś po prostu zabrał część stworzeń i przewiózł je dalej. Charlie odsunął krzesło i sięgnął po dokumentację transportową rezerwatu.
Zajęło mu to prawie cały dzień. Najpierw szukał dat, potem nazwisk, następnie numerów klatek. Dokumenty były niejednorodne. Jedne sporządzono staranną ręką, inne wyglądały tak, jakby ktoś wypełniał je w pośpiechu. Niektóre miały późniejsze poprawki, innych brakowało podpisów. Kilka razy Charlie był przekonany, że niczego nie znajdzie. Raz nawet zamknął teczkę i oparł głowę o dłonie. Był wykończony. Nie chodziło już nawet o zmęczenie po podróży. Od kilku dni funkcjonował właściwie na kawie, krótkich drzemkach i uporze. Coraz częściej łapał się na tym, że czytał tę samą linijkę kilka razy, a kiedy ponownie otworzył teczkę, zaczął przeglądać dokumenty od końca, wtedy też zatrzymał się przy jednym z formularzy.
C-7.
Przeczytał numer raz. Potem drugi.
Nie był to numer sektora. Nie był to numer obecnego rejestru. Było to starsze oznaczenie transportowe. Charlie wyprostował się. Spojrzał na datę, potem na kolejną kartę.
C-7.
Jeszcze jedna.
C-7.
Jego oddech stał się płytszy. Murmańsk.
C-7.
Transport. Rumunia.
Położył obie dłonie na stole. Nie miał jeszcze odpowiedzi. Nie wiedział, ile osobników rzeczywiście przeszło tę samą drogę. Nie wiedział, kto zdecydował o ich przewiezieniu ani dlaczego część dokumentacji zniknęła. Nie wiedział nawet, czy Zephyr rzeczywiście była Osobnikiem 04, ale po raz pierwszy miał coś więcej niż przeczucie - miał ciąg dokumentów, a jednak zamiast satysfakcji poczuł ciężar. Ktoś musiał wiedzieć, które stworzenia przeżyły Murmańsk. Ktoś musiał znać ich oznaczenia. Ktoś musiał przygotować transport. I ktoś musiał później dopilnować, żeby ich wcześniejsza historia nie znalazła się w zwykłych aktach.
Charlie spojrzał na fotografię leżącą obok dokumentów. Młody smok patrzył na niego zza krat. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzy na coś więcej niż stare zdjęcie. Na początek drogi, zanim on sam dowiedział się o istnieniu C-7.
Schował fotografię między kartki. Nie zamierzał pytać Margaret. Jeśli się mylił, jedno pytanie mogło zniszczyć cały trop. Jeśli miał rację, pytanie zadane zbyt wcześnie mogło sprawić, że ktoś zacznie usuwać ślady, których Charlie jeszcze nawet nie zdążył znaleźć. Potrzebował czegoś pewniejszego. Nazwiska, daty, podpisu.
Czegokolwiek, czego nie dałoby się wyjaśnić przypadkiem.
Oparł się o krzesło i zamknął oczy. Przez moment znowu zobaczył klatkę z Murmańska, potem ponownie otworzył oczy. Nie wiedział jeszcze, czy te dwie rzeczy miały ze sobą cokolwiek wspólnego, ale po raz pierwszy zaczął się bać, że odpowiedź może znajdować się znacznie bliżej, niż sądził. Nie tylko w rezerwacie, lecz także wśród ludzi, którzy od lat pilnowali jego porządku. Margaret mogła być jedną z nich. Mogła znać C-7 nie dlatego, że przypadkiem usłyszała to oznaczenie, lecz dlatego, że kiedyś sama uczestniczyła w jego dalszej historii, jak podejrzewał wcześniej Damon i jak mu o tym powiedział, a ten fakt był znacznie gorsze niż odkrycie, że trop prowadził donikąd.