Ciężkie, dębowe odrzwia zamknęły się za Burgessem z głuchym jękiem starych zawiasów, a dźwięk odbił się od kamiennych ścian komnaty i szybko rozpłynął w ciszy. Przez krótką chwilę stał jeszcze przy wejściu, opierając dłoń o chłodne drewno. Od dzieciństwa słyszał od ojca, że zamki nie strzegą tajemnic. Strzegą ich wyłącznie ludzie, którzy wiedzą, kiedy należy zamilknąć. Dopiero kiedy upewnił się, że poza nimi w komnacie nie ma nikogo, ruszył w stronę dębowego stołu.
Anthony Flockhart nie podniósł wzroku. Stał pochylony nad rozłożonymi pergaminami, oświetlony jedynie światłem dogasającego kominka. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało znajomo, jednak po chwili Burgess dostrzegł szczegół, który od razu wzbudził jego niepokój. Raporty leżały w nieładzie. Nie były posegregowane według dat, nie tworzyły równych stosów, a kilka z nich spoczywało nawet na kamiennej posadzce. Człowiek, który przez całe życie wymagał porządku od wszystkich wokół siebie, nigdy nie dopuściłby do podobnego bałaganu, gdyby sprawa nie miała wyjątkowej wagi.
— Podejdź.
Burgess spełnił polecenie bez słowa. Zatrzymał się po drugiej stronie stołu, przesuwając wzrokiem po mapach zachodnich wybrzeży Hebrydów. Kilka szlaków zostało zaznaczonych czerwonym atramentem, inne przekreślono grubą linią, jakby ktoś wielokrotnie próbował odnaleźć w nich zależność. Rozpoznał okolice Iony, Mull i małych wysp rozsianych pomiędzy nimi, ale nie potrafił odgadnąć, co mogło skłonić ojca do studiowania właśnie tych tras.
— Wzywałeś mnie, panie — odezwał się spokojnie. — Mam nadzieję, że chodzi o coś więcej niż kolejny spór z kupcami.
Anthony nie odpowiedział od razu. Sięgnął po jeden z pergaminów, rozłożył go powoli i przesunął w stronę syna.
— Powiedz mi, Burgess... kiedy ostatni raz zainteresowałeś się tym, dokąd naprawdę wypływał twój brat?
Pytanie padło tak niespodziewanie, że przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
— Sliloh od lat zajmuje się handlem. Nigdy nie dawał powodów, by go kontrolować.
— To nie jest odpowiedź.
Burgess uniósł wzrok.
— Nie pamiętam.
Anthony skinął głową, jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał.
— Ja również nie pamiętam.
Słowa zawisły między nimi ciężej, niż powinny. Burgess spojrzał na rozłożony przed sobą raport. Z początku nie dostrzegał niczego niezwykłego. Daty wpływania do portów, spisy przewożonych towarów, nazwiska kapitanów, wysokość opłat portowych. Dopiero po chwili zauważył, że niemal każda trasa odbijała od głównego szlaku i prowadziła w kierunku Iony, choć z handlowego punktu widzenia nie miało to najmniejszego sensu. Przesunął palcem po jednej z linii, potem po następnej. Im dłużej przyglądał się mapie, tym wyraźniej widział, że nie był to przypadek. Statki Sliloha regularnie zmieniały kurs, jakby każda wyprawa miała jeszcze jeden cel, którego nie odnotowano w żadnym dzienniku pokładowym.
— To dziwne — przyznał w końcu. — Ale równie dobrze mógł szukać nowych odbiorców. Zachodnie wyspy od dawna nie należą do najłatwiejszych rynków.
Anthony wyciągnął kolejny raport.
— Przez trzy lata?
Burgess zmarszczył brwi.
— Kupcy bywają uparci.
— Owszem.
Ojciec położył przed nim następny pergamin.
— A teraz przeczytaj to.
Był to raport zwiadowcy obserwującego Ionę. Krótki, napisany pośpiesznie i pozornie nieistotny. Burgess przeczytał go raz, potem drugi, nie znajdując niczego, co mogłoby uzasadniać nocne wezwanie.
— Nie rozumiem.
Anthony oparł dłonie o stół.
— Czytaj dalej.
Kolejny raport pochodził z tego samego roku. Następny z kolejnego. Zmieniały się nazwiska zwiadowców, zmieniały się daty i pory roku, lecz jedna informacja powracała z zadziwiającą regularnością. Na wyspie wielokrotnie widywano młodego kupca w towarzystwie jasnowłosej kobiety. Świadkowie opisywali ich jako ludzi trzymających się na uboczu, unikających większych skupisk mieszkańców i opuszczających port zawsze o różnych porach dnia. Burgess czytał coraz wolniej. Początkowo uznał to za zwykły zbieg okoliczności, jednak liczba podobnych raportów rosła z każdą przewróconą stroną. Z czasem przestał zwracać uwagę na nazwiska autorów. Interesowało go wyłącznie to, że wszyscy opisywali tę samą parę niemal w identyczny sposób.
— Może znalazł sobie kobietę — powiedział w końcu, odkładając pergamin. — Nie byłoby to nic niezwykłego. Sliloh od dawna żył bardziej sercem niż rozsądkiem.
Anthony spojrzał na niego uważnie.
— Naprawdę tak o nim myślałeś?
Burgess wzruszył ramionami.
— Nie posiadał magii. Nigdy nie interesowały go wojna ani polityka. Szukał własnego miejsca tam, gdzie nikt nie oczekiwał od niego wielkości. Trudno mieć mu to za złe.
— A jednak przez wszystkie te lata potrafił ukryć przed nami coś, czego nie zdołali odnaleźć ani moi zwiadowcy, ani rycerze z Islay.
Burgess nie odpowiedział. Wspomnienie ostatniego spotkania na Ionie wróciło do niego z niepokojącą wyrazistością. Przypomniał sobie spokój młodszego brata, pewność, z jaką odpowiadał na każde pytanie, i własne przekonanie, że prędzej czy później uda mu się odkryć prawdę. Wtedy wydawało mu się, że Sliloh blefuje. Teraz zaczynał rozumieć, że przez cały czas mówił dokładnie tyle, ile wcześniej postanowił powiedzieć.
Anthony sięgnął po ostatni pergamin i przez chwilę obracał go w dłoniach, jakby sam nie był pewien, czy powinien go pokazać. W końcu rozłożył go na stole i przesunął w stronę syna.
— Tego raportu długo nie potraktowałem poważnie. Uznałem, że zwiadowca dał się ponieść wyobraźni. Dopiero kiedy zestawiłem go z pozostałymi, zrozumiałem, że przez cały czas patrzyłem na rozwiązanie, nie dostrzegając go.
Burgess pochylił się nad pergaminem. Opis był znacznie dokładniejszy od poprzednich.
"Kobieta w wieku około osiemnastu lat. Jasne, niemal pszeniczne włosy, noszone najczęściej luźno lub splecione w prosty warkocz. Smukła sylwetka, cera wyjątkowo jasna. Twarz o delikatnych rysach, wysokich kościach policzkowych i dużych, jasnych oczach. Mówi z wyraźnym szlacheckim akcentem, choć stara się go ukrywać. Towarzyszący jej młody kupiec zwraca się do niej wyłącznie po imieniu — Crissie."
Burgess wpatrywał się w zapis jeszcze przez kilka długich chwil. Imię nie było mu obce, lecz przez lata zdążyło stać się bardziej legendą niż wspomnieniem. Nagle wróciły do niego obrazy dawnych dworskich uroczystości na Islay, nieobecny wzrok Sliloha błądzący po sali balowej, nazywający swoją partnerkę do tańca pieszczotliwie Crissie, a potem wszystkie te wyprawy, które zbywał wzruszeniem ramion, przekonany, że młodszy brat jedynie ucieka od życia, którego nigdy nie potrafił zaakceptować. Odpowiedź przez cały ten czas znajdowała się niemal na wyciągnięcie ręki, lecz nikt z nich nie uznał za stosowne zadać właściwego pytania.
Powoli uniósł wzrok znad pergaminu i spojrzał na ojca.
— Christine...
Król od dłuższej chwili przyglądał się synowi w milczeniu. Nie oczekiwał odpowiedzi. Wystarczył mu wyraz twarzy Burgessa, aby zrozumieć, że wszystkie rozsypane dotąd elementy wreszcie ułożyły się w jedną całość. Dopiero wtedy odsunął się od stołu i wolnym krokiem podszedł do okna. Za grubą szybą noc zdążyła całkowicie pochłonąć klify Jury, a jedynym dźwiękiem dochodzącym z zewnątrz był jednostajny szum fal rozbijających się o skały.
— Wiesz, co najbardziej mnie drażni? — odezwał się w końcu, nie odwracając wzroku od ciemnego morza. — Nie to, że przeżyła. Wojna nauczyła mnie już dawno, że plotki o cudzej śmierci bywają równie użyteczne, jak sama śmierć. Nie nawet to, że przez tyle lat wymykała się ludziom, których utrzymywałem z własnej szkatuły. Najbardziej drażni mnie świadomość, że przez cały ten czas znajdowała się niemal pod moim nosem, a ja sam wskazywałem jej drogę.
Burgess zmarszczył brwi, nie odrywając wzroku od ojca. Anthony mówił spokojnie, lecz z każdym kolejnym słowem coraz wyraźniej pobrzmiewało w nim coś, czego syn nie potrafił nazwać. Nie był to gniew. Gniew znał aż za dobrze. Było to raczej rozdrażnienie człowieka, który zbyt późno zrozumiał, że ktoś od miesięcy wyprzedzał każdy jego ruch.
— Moi kupcy przybijali do portów, z których korzystała. Moi ludzie rozmawiali z mieszkańcami wyspy, mijając ją na ulicach i nie mając pojęcia, kogo widzą. Płaciłem zwiadowcom, wysyłałem okręty, przeszukiwałem kolejne wyspy, a rozwiązanie leżało dokładnie tam, gdzie nikt nie raczył spojrzeć drugi raz.
Anthony urwał i przez chwilę bębnił palcami o kamienny parapet. Burgess znał ten odruch. Ojciec robił tak zawsze, gdy próbował uporządkować myśli, zanim wypowie coś, czego później nie będzie można cofnąć.
— Największą ironią jest jednak nie Christine Isbell.
Odwrócił się powoli.
— Największą ironią jest Sliloh.
Burgess odruchowo zacisnął dłoń na brzegu stołu. Jeszcze kilka chwil temu był przekonany, że usłyszy kolejne oskarżenia pod adresem młodszego brata. Tymczasem Anthony mówił o nim inaczej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Przez całe życie uważałem go za chłopca, którego los skrzywdził już w chwili narodzin. Nie posiadał magii, więc uznałem, że nigdy nie będzie zdolny prowadzić gry z ludźmi. Pozwoliłem mu wypływać, handlować i żyć własnym życiem, bo sądziłem, że nic, co zrobi, nie będzie miało znaczenia dla naszego rodu.
Na twarzy króla pojawił się gorzki uśmiech.
— Jakże wygodnie było w to wierzyć.
Burgess spuścił wzrok. Słowa ojca uderzały również w niego. Sam przez lata myślał dokładnie w ten sam sposób. Sliloh był młodszym bratem, którego należało tolerować, nie rozumiejąc nawet, że z każdym kolejnym rokiem odsuwał go od siebie coraz bardziej. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zapytał go o cokolwiek, co nie dotyczyło obowiązków wobec rodu. Nie interesowało go, dokąd wypływał ani dlaczego wracał odmieniony. Łatwiej było uwierzyć, że człowiek pozbawiony magii nie ma przed światem żadnych tajemnic.
— Gdy spotkałem go na Ionie... — odezwał się po chwili. — Był spokojny. Zbyt spokojny. Wtedy uznałem, że blefuje.
Anthony skinął głową.
— Bo chciałeś, żeby blefował.
— Nie rozumiem.
— Rozumiesz doskonale. Łatwiej było uwierzyć, że twój brat jest naiwnym głupcem, niż przyznać, że przez kilka lat prowadził podwójne życie tuż przed naszymi oczami.
Burgess nie zaprzeczył. Przypomniał sobie każdą rozmowę ze Slilohem, każde pobłażliwe spojrzenie, każdy raz, kiedy kończył dyskusję, uznając, że dalsza wymiana zdań nie ma sensu. Dopiero teraz zaczynał dostrzegać, że młodszy brat nigdy nie próbował z nim wygrać. Po prostu pilnował, by nie odkrył tego, co było dla niego najcenniejsze.
Anthony wrócił do stołu i bez pośpiechu zaczął zbierać rozrzucone pergaminy. Układał je z taką samą dokładnością, z jaką zwykle planował kolejne kampanie. Przez chwilę sprawiał wrażenie człowieka całkowicie pochłoniętego tą prostą czynnością, aż nagle zatrzymał dłoń nad jednym z raportów i znieruchomiał. Jego spojrzenie na ułamek sekundy stało się puste, jakby myślami odpłynął gdzieś daleko. Burgess zrobił krok do przodu, chcąc zapytać, czy wszystko w porządku, lecz zanim zdążył otworzyć usta, Anthony zamrugał i podjął przerwaną czynność, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
— Ojcze...
Król uniósł głowę.
— Mówiłeś coś?
Burgess zawahał się.
— Nie... wydawało mi się tylko, że... – Urwał. Sam nie wiedział, co właściwie chciał powiedzieć.
Anthony wygładził ostatni pergamin i odłożył go na bok.
— Powiedz mi, Burgess. Gdybyś przez tyle lat ryzykował wszystko dla jednej osoby, co zrobiłbyś jako pierwsze, gdyby groziło jej niebezpieczeństwo?
Pytanie padło spokojnie, niemal od niechcenia, jednak Burgess od razu wyczuł, że nie jest przypadkowe. Oparł dłonie o stół i przez chwilę milczał, próbując odnaleźć właściwą odpowiedź.
— Chroniłbym ją.
Anthony nie skomentował.
— Załóżmy więc, że nie możesz być przy niej.
Burgess zmarszczył brwi.
— Wysłałbym kogoś zaufanego.
— A gdybyś nie miał nikogo?
Tym razem odpowiedź przyszła szybciej.
— Ostrzegłbym ją.
Na twarzy Anthony'ego nie pojawił się nawet cień uśmiechu, jednak w jego oczach błysnęło coś, co sprawiło, że Burgess poczuł narastający niepokój. Król nie powiedział ani słowa. Nie musiał. Syn po raz pierwszy zaczął rozumieć, dokąd zmierza ta rozmowa, choć wciąż nie potrafił uwierzyć, że ojciec rzeczywiście gotów jest pójść tą drogą.
Król nie odpowiedział od razu. Pozwolił, by ostatnie słowa wybrzmiały w ciszy komnaty, po czym sięgnął do szuflady biurka. Nie szukał niczego nerwowo. Wręcz przeciwnie – wykonywał każdy ruch z tą samą dokładnością, z jaką przez lata podpisywał wyroki, traktaty i rozkazy. Dopiero po chwili wyjął pojedynczy pergamin opatrzony królewską pieczęcią i położył go na stole, nie przesuwając go jednak w stronę syna. Burgess spojrzał najpierw na dokument, potem na ojca. Nie sięgnął po niego od razu. Znał Anthony'ego na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie był to kolejny raport. Pergamin wyglądał zbyt starannie, a pieczęć wciąż nosiła ślady świeżego wosku.
— To rozkaz? — zapytał ostrożnie.
— Jeszcze nie przeczytałeś.
Dopiero wtedy Burgess wyciągnął rękę. Rozwinął pergamin i przebiegł wzrokiem pierwsze wersy, lecz już po chwili wrócił do początku, jakby nie dowierzał temu, co widział. Dokument nie zawierał wyroku ani wezwania do stawienia się przed królem. Było to oficjalne obwieszczenie skierowane do zarządców portów, kapitanów, namiestników i ludzi, którzy od lat pozostawali w służbie rodu Flockhartów.
"Każdemu, kto schwyta Sliloha Flockharta żywego i bezpiecznie odprowadzi go na Zamek Jury, zostanie wypłacona nagroda w wysokości pięciuset szelingów. Nadto otrzyma ziemię na wyspie Jego Wysokości oraz zwolnienie z wszelkich danin należnych Koronie przez okres pięciu lat."
Burgess czytał dokument jeszcze przez chwilę, po czym powoli złożył pergamin.
— Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie zrobiłeś.
Anthony poprawił mankiet ciemnego płaszcza i dopiero wtedy spojrzał na syna.
— Nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby.
— To nadal Sliloh.
— Wiem.
— Jest twoim synem.
Na twarzy Anthony'ego nie drgnął nawet najmniejszy mięsień.
— Dlatego rozkaz wyraźnie mówi, że ma zostać przyprowadzony żywy.
Burgess odłożył pergamin na stół i przez chwilę milczał. Nie potrafił odnaleźć w tej decyzji logiki, którą przez całe życie podziwiał u ojca. Anthony nigdy nie działał pod wpływem gniewu. Każdy jego rozkaz miał konkretny cel, nawet jeśli pozostawał niezrozumiały dla otoczenia. Tym razem również musiał go mieć, lecz Burgess nie potrafił go dostrzec.
— Nie potrzebujesz nagrody, żeby sprowadzić jednego człowieka. Wystarczyłoby wysłać straż.
— Wystarczyłoby — przyznał Anthony spokojnie. — Gdybym chciał jedynie go odnaleźć.
To jedno zdanie wystarczyło, by Burgess ponownie uniósł wzrok.
— Więc nie o niego chodzi.
Anthony odwrócił się i powoli przeszedł wzdłuż stołu. Jego dłoń przesunęła się po mapie Hebrydów, zatrzymując się na zachodnim wybrzeżu. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby całkowicie zapomniał o obecności syna. Wpatrywał się w pergaminy, lecz jego wzrok zdawał się błądzić gdzieś dalej. Dopiero po chwili zamrugał i odsunął rękę od mapy.
— Powiedz mi, Burgess... dlaczego twój brat przez tyle lat ryzykował wszystko?
— Dla Christine.
— A gdyby dowiedział się, że grozi jej niebezpieczeństwo?
Burgess nie odpowiedział od razu. Przypomniał sobie spotkanie na Ionie, spokojną twarz Sliloha i sposób, w jaki zasłaniał własnym ciałem wejście do chaty, choć wtedy wydawało się to pozbawione znaczenia. Dopiero teraz zrozumiał, że nie bronił siebie.
— Wróciłby do niej.
Anthony skinął głową.
— Właśnie.
Burgess poczuł, jak żołądek ściska mu się w nieprzyjemnym skurczu.
— Chcesz, żeby sam cię do niej zaprowadził.
Król nie odpowiedział. Podszedł do kominka i przez chwilę mieszał pogrzebaczem dogasające drewno. Iskry uniosły się ku górze, rozświetlając jego twarz. Dopiero wtedy odezwał się ponownie.
— Człowiek zakochany nie przestaje myśleć rozsądnie. Robi coś znacznie gorszego. Zaczyna wierzyć, że zdoła ochronić wszystkich.
Burgess milczał. W głowie wciąż miał obraz młodszego brata stojącego samotnie na brzegu Iony. Przez lata był przekonany, że Sliloh uciekł od rodziny, bo zabrakło mu odwagi, by żyć według zasad ojca. Teraz po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że być może nie uciekał przed nimi. Być może po prostu chronił jedyną osobę, która nigdy nie patrzyła na niego jak na ciężar.
— Ojcze... — odezwał się ciszej niż dotąd. — Jeśli naprawdę sądzisz, że zrobi wszystko dla tej kobiety, to znaczy, że od początku wiedziałeś, co zamierzasz osiągnąć.
Anthony długo nie odpowiadał. Wpatrywał się w ogień z nieobecnym wyrazem twarzy. Przez ułamek sekundy Burgess odniósł dziwne wrażenie, że ojciec walczy z własnymi myślami. Zmarszczka między jego brwiami pogłębiła się, palce zacisnęły na pogrzebaczu mocniej, niż było to konieczne, po czym nagle cały ten niepokojący obraz zniknął, jakby nigdy go nie było. Król odłożył pogrzebacz i odwrócił się do syna.
— Wiem jedynie, że ludzie najrzadziej porzucają to, co kochają najbardziej.
Burgess opuścił wzrok na pergamin leżący przed nim. Jeszcze kilka chwil wcześniej był przekonany, że rozumie ojca lepiej niż ktokolwiek inny. Teraz miał przed sobą człowieka, którego decyzje wciąż wydawały się logiczne, a jednocześnie budziły w nim sprzeciw, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy granica, której Anthony przez całe życie pilnował z niemal chorobliwą konsekwencją, nie została właśnie przekroczona.
Nie wiedział jeszcze, co niepokoi go bardziej. Sam rozkaz... czy fakt, że ojciec wypowiedział go z tak doskonałym spokojem, jakby chodziło o los obcego człowieka, a nie własnego syna.
~~~
Wieść o powstaniu Ligi Żelaznego Łańcucha rozeszła się po Islay szybciej, niż Hören przypuszczał. Nie dlatego, że ją ogłoszono. Wręcz przeciwnie – oficjalnie nie istniała. Była jedynie serią spotkań, wspólnych kolacji i długich rozmów prowadzonych za zamkniętymi drzwiami. To jednak wystarczyło, by na wyspie zaczęto szeptać, że lordowie przestali mówić jednym głosem.
Hören nie zamierzał robić nic, co mogłoby dać Królowej pretekst do oskarżenia go o zdradę. Przez kolejne dni nie wysłał ani jednego listu do innych rodów, nie zwołał następnej narady i nie zabrał głosu podczas posiedzeń rady. Zajmował się swoimi ziemiami, przyjmował petentów i pojawiał się wszędzie tam, gdzie od lorda oczekiwano jego obecności. Dla większości wyglądało to tak, jakby uznał decyzję królowej za ostateczną i postanowił wrócić do codziennych obowiązków, a właśnie na tym mu zależało. Tego popołudnia przyjął kilku mieszkańców nadmorskiej osady. Nie było w tym nic niezwykłego. Od pokoleń właściciele ziem wysłuchiwali próśb swoich ludzi, rozstrzygali drobne spory i pomagali tam, gdzie zawodziło prawo. Zarządca otworzył ciężkie drzwi sali audiencyjnej, wpuszczając do środka siedmiu mężczyzn. Dwóch rybaków, kupca handlującego soloną rybą, właściciela przystani i kilku gospodarzy z okolicznych wzgórz.
Żaden z nich nie czuł się pewnie. Nie dlatego, że obawiali się Hörëna. Bardziej dlatego, że rzadko przekraczali próg jego dworu. Stali więc blisko siebie, ściskając w dłoniach czapki i unikając wzroku strażników.
Hören odłożył pióro i dopiero wtedy podniósł się z miejsca. Nie usiadł za stołem, jak robiło wielu lordów, zamiast tego podszedł do nich spokojnym krokiem, zatrzymując się na tyle blisko, by rozmowa nie przypominała przesłuchania.
— Witajcie. Mam nadzieję, że nie kazano wam długo czekać.
Najstarszy z rybaków skłonił głowę.
— Nie, panie. Zarządca dobrze się nami zajął.
— To dobrze. Jeśli człowiek przychodzi z prośbą, nie powinien zaczynać od czekania.
Na twarzach kilku mężczyzn pojawił się ostrożny uśmiech. Napięcie nie zniknęło, ale wyraźnie zelżało. Hören wskazał długi stół stojący pod oknem.
— Usiądźcie. Rozmowa na stojąco zawsze kończy się zbyt szybko.
Spojrzeli po sobie z wahaniem. Dopiero kiedy sam zajął miejsce nie na jego szczycie, lecz z boku, usiedli również. Nie był to przypadek. Gdyby zasiadł na honorowym miejscu, od pierwszej chwili przypominałby im, kto tu wydaje rozkazy. Dzisiaj nie chciał wydawać żadnych. Przez chwilę mówił o rzeczach zupełnie błahych. O tegorocznych połowach, o stanie nabrzeża, o statku kupieckim, który przed tygodniem rozbił się o skały na północnym wybrzeżu. Znał odpowiedzi na większość pytań, ale pozwalał mówić innym. Od czasu do czasu dopytywał o szczegół, kiwał głową, czasem nawet zapisywał coś na niewielkim pergaminie. Dopiero gdy rozmowa przestała przypominać audiencję, a bardziej spotkanie sąsiadów przy wspólnym stole, nalał wszystkim po kubku ciepłego piwa.
— Mój ojciec mawiał, że człowiek mówi prawdę dopiero wtedy, gdy przestaje się zastanawiać, czy wypada ją powiedzieć — odezwał się z lekkim uśmiechem. — Powiedzcie więc szczerze... czego naprawdę wam potrzeba?
Kupiec odchrząknął.
— Droga do przystani przydałaby się nowa, panie. Wozy grzęzną po każdym większym deszczu.
— Wiem. Zarządca pokazywał mi rachunki. Przed zimą powinniśmy zdążyć.
— A most na południu? — wtrącił jeden z gospodarzy. — Deski zaczynają próchnieć.
— Zajmiemy się nim po żniwach.
Rozmowa toczyła się dalej. Mówili o zbożu, o podatkach, o stadach owiec i wilkach schodzących coraz bliżej zabudowań. Hören odpowiadał cierpliwie, czasem zgadzał się od razu, czasem tłumaczył, dlaczego czegoś nie da się zrobić przed następną porą roku. Nie obiecywał cudów. Dzięki temu każde jego słowo brzmiało wiarygodnie.
Dopiero po dłuższej chwili zauważył coś, na co czekał od początku. Najstarszy z rybaków zamilkł. Nie był to zwykły koniec wypowiedzi. Kilka razy otwierał usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale za każdym razem rezygnował. W końcu spuścił wzrok na drewniany blat i zaczął obracać kubek między dłońmi.
Hören pozwolił ciszy wybrzmieć, gdyż soświadczenie nauczyło go, że ludzie znacznie częściej przerywają milczenie niż lordowie i nie pomylił się.
— Jest jeszcze jedna sprawa... — odezwał się rybak cicho.
Kilku siedzących obok niego mężczyzn natychmiast spojrzało w jego stronę. Kupiec poruszył się niespokojnie na ławie, jakby chciał go powstrzymać, lecz było już za późno.
— Głupstwo pewnie... — mruknął rybak, rozglądając się dookoła.
— Najczęściej właśnie od takich głupstw zaczynają się prawdziwe kłopoty — odpowiedział spokojnie Hören. — Mów.
Starzec odetchnął ciężko.
— Od kilku dni... ludzie niechętnie wypływają po zmroku.
Przy stole zapadła ostrożna cisza. Hören nie zmienił wyrazu twarzy.
— Pogoda?
— Nie.
— Piraci?
— Nie, panie.
Lord splótł dłonie na stole.
— W takim razie co ich zatrzymuje?
Rybak spojrzał na pozostałych, jakby szukał w ich twarzach pozwolenia. Nie znalazł sprzeciwu.
— Smok.
Drzwi zamknęły się cicho za ostatnim z rybaków. Jeszcze przez chwilę z korytarza dobiegały przytłumione głosy, szuranie butów po kamiennej posadzce i pojedyncze słowa, których nie sposób było już rozróżnić. Hören nie ruszył się z miejsca. Wciąż siedział przy stole, obracając w dłoni pusty kielich, jakby kończył zwyczajną rozmowę o połowach i naprawie mostów. Dopiero kiedy odgłosy ucichły zupełnie, zza bocznych drzwi wyszedł jego zarządca. Był już niemłody. Służył jeszcze ojcu Hörëna i widział niejedną polityczną rozgrywkę. Rzadko zadawał pytania, jeszcze rzadziej pozwalał sobie na komentarze. Tym razem jednak zatrzymał się przy kominku i przez chwilę przyglądał swojemu panu z wyraźnym niezrozumieniem.
— Nie obrazi się pan, jeśli o coś zapytam?
Hören odstawił kielich.
— Gdybyś bał się mnie obrazić, nie służyłbyś naszej rodzinie od trzydziestu lat.
Starzec uśmiechnął się pod nosem.
— W takim razie zapytam wprost. Dlaczego ich pan odesłał?
— Odesłałem?
— Nie napisał pan listu. Nie zaproponował pan rozwiązania. Nie kazał zebrać straży ani nawet nie obiecał, że sam porozmawia z królową. Pozwolił im wyjść z pustymi rękami.
Hören podniósł wzrok.
— Naprawdę tak uważasz?
— Tak to wygląda.
Przez kilka chwil lord milczał. Wstał od stołu i podszedł do okna. Z wysokości jego komnaty port wydawał się spokojny. Kilka łodzi kołysało się leniwie przy nabrzeżu, a ostatni promień zachodzącego słońca odbijał się od mokrych dachów.
— Powiedz mi — odezwał się w końcu. — Kiedy człowiek najmocniej wierzy w jakieś słowa?
Zarządca zmarszczył czoło.
— Gdy wypowiada je ktoś, komu ufa.
Hören pokręcił głową.
— Nie.
Odwrócił się powoli.
— Człowiek najmocniej wierzy w słowa, które uważa za własne.
Starzec nie odpowiedział.
— Gdybym powiedział im, że smok stanowi zagrożenie, wróciliby do domów z przekonaniem, że lord Hören próbuje ich przestraszyć. Gdybym nakazał napisać petycję, przez tydzień zastanawialiby się, czy nie wykorzystałem ich przeciwko królowej. A ja nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego. Na twarzy zarządcy pojawił się cień zrozumienia.
— Oni sami o tym pomyśleli...
— Właśnie.
Hören uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie.
— Zauważ, że ani razu nie nazwałem smoka niebezpiecznym. Ani razu nie podważyłem słów królowej. Powiedziałem jedynie, że rozumiem ich obawy. Resztę dopowiedzieli sobie sami.
Starzec podszedł bliżej okna.
— A jeśli jutro zmienią zdanie?
— Nie zmienią.
— Skąd ta pewność?
Hören spojrzał na zatokę.
— Ponieważ dziś wrócą do swoich domów i opowiedzą tę rozmowę żonom. Jutro żony opowiedzą ją sąsiadkom. Pojutrze usłyszą o niej kupcy w porcie. Za tydzień nikt nie będzie pamiętał, że byli tutaj. Będą natomiast pamiętać, że mieszkańcy Islay zaczęli zadawać pytania.
Przez chwilę w komnacie panowała cisza.
— Nie boi się pan, że Królowa dowie się, kto za tym stoi?
— Nie. — Odpowiedział bez wahania. — Bo nie stoję za niczym.
Zarządca spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Panie...
— Czy skłamałem choć raz?
Starzec odtworzył w pamięci całą rozmowę.
– Nie.
Hören rzeczywiście nie wypowiedział ani jednego kłamstwa.
— Powiedziałem im, że smok nikogo nie zaatakował. To prawda. Powiedziałem, że nie należy pochopnie go osądzać. To również prawda. Powiedziałem, że mają prawo prosić swoją królową o poczucie bezpieczeństwa. Czy to jest zdrada?
Zarządca westchnął ciężko.
— Nie.
— Właśnie dlatego Annabel nie będzie mogła mnie zaatakować.
Lord położył dłoń na kamiennym parapecie.
— Jeśli odpowie na ich petycę spokojnie, zyska kilka tygodni. Jeśli ją zlekceważy, ludzie poczują się opuszczeni. Jeżeli zaś uzna, że za wszystkim stoję ja i spróbuje mnie publicznie oskarżyć... będzie musiała wmówić własnym poddanym, że nie wolno im zwracać się do królowej z obawami.
Zarządca pokiwał głową powoli. Dopiero teraz dostrzegł całą planszę.
— To nie jest ruch przeciwko niej.
— Nie.
— To ruch, po którym każdy następny będzie dla niej trudniejszy.
Na twarzy Hörëna po raz pierwszy pojawił się wyraźniejszy uśmiech.
— Wojny nie wygrywa się pierwszą bitwą. Wygrywa się ją wtedy, gdy przeciwnik przestaje dostrzegać, że od dawna maszeruje drogą, którą wybrano za niego.
Za oknem zapadł zmierzch. W porcie zapalano pierwsze latarnie, a na spokojnej tafli wody odbijały się pojedyncze światła.
Hören patrzył na nie długo.
— Królowa uważa, że walczymy o smoka — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do zarządcy. — Myli się.
Odwrócił wzrok od okna.
— Walczymy o zaufanie. A ono zawsze należy do tego, kto pierwszy nauczy ludzi, czego mają się bać.
~~~
Świt nad rumuńskim rezerwatem zawsze przychodził powoli. Zanim pierwsze promienie słońca przebiły się przez szczyty Karpat, dolinę spowijała gęsta mgła, osiadająca na kamiennych tarasach, drewnianych pomostach i wysokich palisadach oddzielających poszczególne wybiegi. Charlie Weasley szedł dobrze znaną ścieżką, wsłuchując się w odgłosy budzącego się rezerwatu. Kilka Walijskich Zielonych rozpoczęło poranne przepychanki o kawałki mięsa pozostawione przez nocnych opiekunów, młody Norweski kolczasty, którego Hagrid nazwał dumnie Norbertem z impetem uderzył ogonem o skałę, próbując zwrócić na siebie uwagę starszego samca, a gdzieś wysoko nad doliną rozległ się niski pomruk Ukraińskiego Spiżobrzucha. Przez lata właśnie ten nieuporządkowany gwar był dla Charliego najpewniejszym dowodem, że wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Smoki nigdy nie były przewidywalne. Każde miało własny temperament, własne przyzwyczajenia i własny sposób reagowania na ludzi. Nie istniały dwa identyczne osobniki, nawet jeśli pochodziły z tego samego lęgu.
Dopiero teraz zaczął rozumieć, jak bardzo brakowało mu tego chaosu.
Myśl o Sektorze C wracała do niego od chwili, gdy poprzedniego dnia opuścił jego mury. Cisza panująca za zaklętymi bramami nie przypominała spokoju zwierząt odpoczywających po posiłku. Była nienaturalna. Wymuszona. Zupełnie jak w opuszczonym laboratorium pod Murmańskiem, gdzie nawet wiatr zdawał się omijać ruiny szerokim łukiem.
Minionej nocy prawie nie zmrużył oka. Kilkakrotnie wyciągał z torby kasety magnetofonowe znalezione w laboratorium, obracając je w dłoniach i przyglądając się pożółkłym etykietom zapisanym drobnym pismem. Mógł oddać je do Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, przekazać Kingsleyowi albo poprosić o pomoc ojca, który z pewnością lepiej znał się na mugolskich urządzeniach. Nie zrobił jednak nic z tego. Coś podpowiadało mu, że dopóki nie zrozumie, czego naprawdę szuka, każda pochopna decyzja może zniszczyć jedyny ślad prowadzący do prawdy.
— Charlie!
Znajomy głos wyrwał go z zamyślenia. Z przeciwnej strony ścieżki nadchodził Mihai, jeden z młodszych smokologów. Chłopak wyglądał na niewyspanego. Pod oczami miał ciemne cienie, a rękawy roboczej szaty nosiły świeże ślady sadzy.
— Dobrze, że cię znalazłem. Szefowa prosiła, żebyś przyszedł do niej zaraz po obchodzie.
Charlie uniósł brew.
— Powiedziała, o co chodzi?
— Nie. Tylko że to pilne.
— Pilne czy ważne?
Mihai zaśmiał się krótko.
— Przy Margaret jedno zwykle oznacza drugie.
Charlie odwzajemnił uśmiech, choć w środku narastało znajome uczucie niepokoju. Odkąd Damon wyjawił mu prawdziwą tożsamość Margaret Luci, każdy kontakt z nią nabierał zupełnie innego znaczenia. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej widział w niej wymagającą, ale oddaną swojej pracy kierowniczkę rezerwatu. Dziś za każdym spokojnym spojrzeniem i uprzejmym uśmiechem doszukiwał się śladów Marii Rosenthal — kobiety, której nazwisko przewijało się przez archiwa kilku europejskich rezerwatów, zawsze kończąc się równie nagłym zniknięciem.
Gabinet Margaret wyglądał dokładnie tak samo jak przed jego wyjazdem do Murmańska. Każdy pergamin leżał na swoim miejscu, modele smoczych czaszek ustawiono według gatunków, a ogromna mapa Europy wisząca na ścianie nie nosiła choćby jednego śladu kurzu. Charlie nieraz żartował, że gdyby ktoś przestawił tu kałamarz o kilka centymetrów, Margaret zauważyłaby to jeszcze przed końcem dnia.
— Wejdź — odezwała się spokojnie, nie odrywając wzroku od dokumentów.
Dopiero gdy zamknął za sobą drzwi, odłożyła pióro i spojrzała na niego uważnie.
— Jak ci się pracuje po powrocie?
— Dobrze. Choć mam wrażenie, że przez kilka dni będę musiał nadrabiać zaległości.
— To naturalne. Wyjazdy zawsze wybijają z rytmu. Zwłaszcza kiedy wraca się sam.
Charlie uniósł wzrok znad biurka, nie bardzo rozumiejąc, do czego zmierzała.
Margaret odłożyła pióro i oparła dłonie na blacie.
— Pamiętam pannę Foutley. Trudno było jej nie zapamiętać. Przez rezerwat przewinęło się wielu dobrych smokologów, ale ona miała coś, czego nie da się nauczyć. Większość z nas analizuje zachowania smoków. Ona po prostu je rozumiała. Niejednokrotnie widziałam, jak uspokajała zwierzęta, do których inni bali się nawet podejść.
Uśmiechnęła się lekko.
— Byliście też bardzo zgranym zespołem. Nie tylko podczas pracy. W takim miejscu jak rezerwat trudno nie zauważyć, kiedy dwoje ludzi jest sobie naprawdę bliskich.
Charlie przez chwilę milczał. Przed oczami stanęła mu Annabel siedząca kilka metrów od rozwścieczonej smoczycy, spokojna jak zawsze, jakby doskonale wiedziała, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Pamiętał również tamten wieczór, kiedy śmiała się z jego zaskoczenia, powtarzając, że smoki niemal nigdy nie atakują bez powodu. Wystarczy odnaleźć ten powód.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że Margaret przez cały czas mu się przygląda. Nie oczekiwała odpowiedzi. Obserwowała. Jakby od początku nie chodziło o Annabel, lecz o to, co pojawi się na jego twarzy, kiedy padnie jej nazwisko.
Charlie odchrząknął cicho i oparł dłonie na poręczach fotela.
— Była świetnym smokologiem — powiedział spokojnie. — Rezerwat wiele jej zawdzięcza.
— A ty? — zapytała po chwili. — Czego nauczyłeś się od Annabel?
Pytanie padło spokojnie, ale Charlie i tym razem nie odpowiedział od razu.
— Tego, żeby nie wyciągać wniosków zbyt wcześnie.
Margaret uśmiechnęła się pod nosem.
— Rozsądna odpowiedź.
Przez chwilę w gabinecie panowała cisza. Charlie odniósł wrażenie, że rozmowa dobiegła końca, kiedy Margaret sięgnęła po kolejną teczkę.
— Widziałam, że odwiedziłeś wczoraj Sektor C.
— Chciałem zobaczyć, jak radzą sobie Hybrydy.
— I?
Charlie zawahał się na moment.
— Wyglądają dobrze.
— Ale?
Spojrzał na nią uważnie.
— Za dobrze.
Na twarzy Margaret nie drgnął nawet jeden mięsień.
— Ciekawe.
To jedno słowo zabrzmiało tak obojętnie, że trudno było odgadnąć, czy uznała jego uwagę za trafną, czy całkowicie ją zignorowała.
Charlie odczekał chwilę.
— Chciałbym porównać ich obecny stan z wcześniejszą dokumentacją.
— W jakim celu?
— Chcę wiedzieć, kiedy zaczęły pojawiać się zmiany.
Margaret przez kilka sekund nie odrywała od niego wzroku.
— Myślisz, że coś przeoczyliśmy?
— Jeszcze niczego nie zakładam. Wolę sprawdzić wszystko sam.
Na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— To właśnie lubiłam w twoim sposobie pracy.
Sięgnęła po niewielki klucz leżący na biurku i przesunęła go w jego stronę.
— Archiwum medyczne znajduje się poziom niżej. Powiedz mojej asystentce, że wyraziłam zgodę na dostęp do akt Hybryd.
Charlie spojrzał na klucz, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Margaret.
— Wszystkich?
— Wszystkich.
Odpowiedziała bez chwili zawahania. To właśnie zawahania spodziewał się najbardziej.
— Dziękuję.
— Nie dziękuj jeszcze.
Jej głos znów stał się spokojny, niemal życzliwy.
— Hybrydy nie zachowują się jak zwykłe smoki. Łatwo uznać pewne rzeczy za niepokojące tylko dlatego, że są... inne. Pamiętaj o tym, zanim zaczniesz wyciągać wnioski.
Charlie skinął głową.
— Będę.
Schował klucz do kieszeni i ruszył w stronę drzwi. Gdy położył dłoń na klamce, usłyszał za plecami jeszcze jedno zdanie.
— Mam nadzieję, że nie rozczarujesz się tym, co znajdziesz.
Nie odpowiedział. Dopiero kiedy zamknęły się za nim drzwi gabinetu, uświadomił sobie, że przez całą rozmowę Margaret ani razu nie zapytała, co dokładnie wzbudziło jego wątpliwości. Jakby wcale nie chciała tego wiedzieć. Albo już znała odpowiedź.
Charlie zamknął za sobą drzwi gabinetu i dopiero na korytarzu zwolnił kroku. Nie opuszczało go wrażenie, że podczas rozmowy coś przeoczył. Nie chodziło o zgodę na badania. Wręcz przeciwnie. Margaret zgodziła się zbyt łatwo, jakby od początku zakładała, że prędzej czy później sam poprosi o dostęp do dokumentacji Hybryd. Taka ostrożność nie pasowała do kobiety, którą opisywał Damon. Maria Rosenthal przez lata pilnowała każdego szczegółu swoich badań. Dlaczego więc teraz sama otwierała przed nim wszystkie drzwi?
Schodząc kamiennymi schodami prowadzącymi do dolnej części rezerwatu, odruchowo wsunął dłonie do kieszeni płaszcza. Palce natrafiły na niewielką kasetę magnetofonową. Nosił ją przy sobie od dnia powrotu z Murmańska, jakby sam jej ciężar nie pozwalał mu zapomnieć o głosie kobiety mówiącej o Hybrydach z chłodnym spokojem badacza. Zacisnął na niej palce, po czym po chwili puścił ją i ruszył dalej.
Kiedy dotarł do wejścia do Sektora C, zatrzymał się tylko na moment. Wiedział, że jeśli pozwoli, by tamte nagrania wpłynęły na jego ocenę, zacznie dostrzegać rzeczy, których w rzeczywistości mogło nie być. Tego właśnie nauczyła go praca ze smokami. Nie szukać potwierdzenia własnych podejrzeń, lecz cierpliwie obserwować i pozwolić faktom mówić za siebie.
Strażnik otworzył ciężką kratę, a Charlie przekroczył próg bez pośpiechu. Tym razem nie rozglądał się po korytarzach. Znał już rozmieszczenie wybiegów, twarze ludzi pełniących wartę i drogę prowadzącą do każdej zagrody. Przychodził tutaj nie jako człowiek szukający dowodów przeciwko Margaret, lecz jako smokolog, który zamierzał jeszcze raz przyjrzeć się wszystkim Hybrydom, zaczynając od zupełnie czystej karty.
Wyjął z torby skórzany notes, kilka pergaminów i niewielkie wahadło diagnostyczne, które otrzymał od swojej mamy na początku swojej przygody w rezerwacie. Nie było wyjątkowym magicznym artefaktem ani nie potrafiło stawiać diagnoz. W rękach niedoświadczonego uzdrowiciela było zaledwie kawałkiem srebra zawieszonym na cienkim łańcuszku. Charlie ufał mu jednak bardziej niż większości nowoczesnych zaklęć diagnostycznych, ponieważ przez lata nauczył się jednego — wahadło nie dawało odpowiedzi. Ono jedynie zwracało uwagę na szczegóły, które zbyt łatwo można było przeoczyć.
Zatrzymał się przy pierwszej zagrodzie i przez dłuższą chwilę po prostu obserwował. Hybryda leżała przy skalnej ścianie z głową opartą na przednich łapach. Jej bok unosił się spokojnie przy każdym oddechu, ogon spoczywał nieruchomo na kamiennej posadzce, a błony skrzydeł pozostawały ciasno złożone. Charlie nie wyjmował jeszcze różdżki. Wiedział, że większość smokologów rozpoczyna badania właśnie od zaklęć, ale on od dawna uważał, że najlepszym narzędziem pozostaje cierpliwość. Smok, który nie wie, że jest obserwowany, zawsze zachowuje się inaczej niż ten, na którym skupiono całą uwagę.
Minęła prawie minuta, zanim Hybryda uniosła powieki. Spojrzała na niego krótko, leniwie, po czym ponownie zamknęła oczy. Nie poruszyła skrzydłami. Nie ostrzegła go niskim pomrukiem. Nie próbowała nawet odwrócić się bokiem, żeby zasłonić bardziej wrażliwą część ciała. Zachowała się tak, jakby jego obecność nie miała dla niej najmniejszego znaczenia.
Charlie zmarszczył brwi i dopiero wtedy zanotował pierwsze uwagi.
Przeszedł do następnej zagrody.
Druga Hybryda zareagowała niemal identycznie, a przy trzeciej zaczął zwracać uwagę na drobiazgi, których wcześniej nie dostrzegał. Wszystkie oddychały z podobną częstotliwością, każda poruszała głową z tym samym spokojem, nawet ich oczy zamykały niemal w identycznym rytmie. Były to szczegóły tak subtelne, że większość ludzi prawdopodobnie nigdy nie zwróciłaby na nie uwagi. Charlie jednak przez większą część życia studiował samodzielnie smoki. Wiedział, że nie istnieją dwa osobniki reagujące w ten sam sposób. Nawet młode z jednego lęgu różniły się temperamentem. Jedne były nieufne, inne ciekawskie, jeszcze inne rzucały się na wszystko, co przekraczało granicę ich terytorium. Tutaj jednak różnice niemal nie istniały. Dopiero wtedy wyjął różdżkę.
Delikatne światło zaklęcia diagnostycznego przesunęło się po ciele pierwszej Hybrydy, pozostawiając na moment cienką, srebrzystą poświatę. Charlie odczytał wynik i zanotował go w notesie. Temperatura była prawidłowa, puls również. Przepływ energii magicznej nie odbiegał od normy. To samo powtórzył przy kolejnych dwóch osobnikach, po czym zatrzymał pióro nad pergaminem. Jeszcze raz porównał liczby. Nie zgadzało się jednak coś, czego na pierwszy rzut oka nie sposób było uznać za błąd.
Wyniki były bardzo podobne, ale nie identyczne. Tego nie zauważyłby nawet początkujący smokolog. Różniły się o tyle, by wyglądały wiarygodnie, ale nie na tyle, by odpowiadały rzeczywistości. Smoki nie funkcjonowały w ten sposób. Ich organizmy nie pracowały jak zegary odmierzające ten sam rytm. Schował więc pergamin i zamiast przejść dalej, cofnął się do pierwszej zagrody. Ponownie rzucił zaklęcie.
Wynik pozostał taki sam. Przy drugiej również.
Dopiero wtedy jeden ze strażników, który od kilku minut przyglądał mu się z końca korytarza, podszedł bliżej.
— Wszystko w porządku?
Charlie uniósł głowę.
— Od kiedy są takie spokojne?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Odkąd szefowa wprowadziła nowy program adaptacyjny.
— To znaczy?
— Sam dokładnie nie wiem. Kilka nowych procedur, częstsze badania, zmiany w żywieniu. Wcześniej co kilka dni któraś próbowała rozwalić kraty. Teraz praktycznie się to nie zdarza.
Charlie spojrzał na Hybrydę leżącą po drugiej stronie wybiegu.
— I nikogo to nie dziwi?
Strażnik uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem.
— Powinno?
— To smoki.
— Właśnie dlatego wszyscy uznali to za sukces.
Charlie nie odpowiedział. Podziękował krótkim skinieniem głowy i ruszył dalej, a im dłużej przebywał w Sektorze C, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że coś tutaj nie pasuje. Nie potrafił jeszcze nazwać tego zjawiska, ale czuł je niemal instynktownie. Brakowało drobnych rzeczy, których większość ludzi nigdy by nie zauważyła. Żadna z Hybryd nie ocierała rogów o kamienne ściany, nie ostrzyła na nich pazurów. Nie było również śladów świeżo przypalonego kamienia po niekontrolowanych wybuchach ognia. Nawet zapach był inny, czysty i sterylny.
Dotarł do ostatniej zagrody i zatrzymał się, zanim jeszcze spojrzał na tabliczkę z numerem. Nie musiał. Doskonale wiedział, kto znajdował się po drugiej stronie.
Zephyr stała przy przeciwległej ścianie, odwrócona bokiem. Uniosła głowę niemal natychmiast, gdy usłyszała jego kroki, ale nie zrobiła ani jednego kroku w jego stronę. Patrzyła uważnie, nieruchomo, jakby próbowała upewnić się, że nie pomylił jej z kimś innym.
Charlie podszedł powoli do krat i zatrzymał się kilka metrów przed nimi. Nie wyciągał ręki. Wiedział, że z Zephyr niczego nie dało się przyspieszyć.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej podszedłby tutaj razem z Annabel. To ona zawsze robiła pierwszy krok. Dopiero kiedy Zephyr zaakceptowała jej obecność, pozwalała zbliżyć się również jemu. Przez długi czas był tylko człowiekiem, którego tolerowała wyłącznie dlatego, że ufała Annabel. Z czasem, dzięki wspólnemu lataniu nauczyła się rozpoznawać jego głos, zapach i sposób poruszania, ale nigdy nie zbudował z nią więzi tak silnej jak ta, którą miała z Annabel.
Teraz został sam.
— Cześć, Zephyr — odezwał się spokojnie.
Hybryda rozszerzyła nozdrza, wychwytując jego zapach. Przez krótką chwilę nie spuszczała z niego wzroku, po czym jej spojrzenie przesunęło się gdzieś za jego plecy. Charlie nie odwrócił się. Nie musiał. Domyślił się, czego szuka. Annabel. Przez kilka sekund Zephyr stała nieruchomo, jakby czekała, aż zza zakrętu korytarza wyłoni się znajoma sylwetka. Kiedy nic się nie wydarzyło, powoli opuściła głowę. Charlie nie próbował zrobić kroku bliżej. Miał nieodparte wrażenie, że po raz pierwszy od wielu miesięcy nie patrzy na niego z nieufnością, tylko z rozczarowaniem. Przez kilka chwil stała nieruchomo, a jej nozdrza poruszały się powoli, jakby raz po raz próbowała wychwycić zapach, którego w powietrzu już nie było. Charlie znał to zachowanie. Smoki często robiły tak po utracie członka stada albo opiekuna, do którego zdążyły się przywiązać. Szukały znajomej woni jeszcze długo po tym, jak ta zdążyła zniknąć. Nigdy jednak nie przypuszczał, że zobaczy coś podobnego u Zephyr. Przez wszystkie miesiące wspólnej pracy wydawała się zbyt dumna i zamknięta w sobie, by przywiązać się do kogokolwiek. Dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo się mylił.
Nie odezwał się ponownie. Pozwolił, żeby cisza zrobiła to, czego nie potrafiły słowa. Oparł tylko notes o przedramię i przez dłuższą chwilę przyglądał się jej sylwetce. Dopiero teraz zauważył, że pod ciemnymi łuskami biegnącymi wzdłuż szyi pojawiły się delikatne, srebrzyste przebarwienia. Nie przypominały blizn po walce ani śladów po oparzeniach. Były zbyt regularne. Rozgałęziały się cienkimi liniami, znikając pod łuskami na barku i wracając dopiero przy nasadzie skrzydła.
Charlie zmarszczył czoło.
Podobnych zmian nie widział wcześniej u żadnego gatunku smoków. Nawet u Hybryd.
Wyjął różdżkę i uniósł ją ostrożnie.
Smuga światła przesunęła się po jej ciele, odbijając się od łusek bladoniebieskim blaskiem. Charlie śledził zaklęcie uważnie, czekając, aż zatrzyma się przy nietypowych zmianach. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Magia spłynęła po jej ciele dokładnie tak samo, jak podczas badań pozostałych Hybryd.
To było pierwsze, co naprawdę go zaniepokoiło.
Zaklęcie nie wykazało żadnych odchyleń.
Ani stanu zapalnego.
Ani uszkodzeń tkanek.
Ani niestabilności magicznej.
Jakby tych srebrzystych linii w ogóle nie było.
Charlie schował różdżkę i podszedł bliżej krat. Zephyr obserwowała go uważnie, ale nie cofnęła się nawet o krok. Gdyby wydarzyło się to kilka miesięcy wcześniej, uznałby to za ogromny postęp. Dzisiaj nie potrafił się z tego cieszyć. Miała w sobie coś, czego wcześniej nie było - jej spojrzenie wydawało się puste, pozbawione tej dzikiej nieufności, która przez tak długi czas stanowiła część jej charakteru.
Dopiero kiedy wyciągnął wahadło diagnostyczne, wydarzyło się coś, czego nie potrafił wyjaśnić. Srebrny ciężarek zadrżał delikatnie, ledwie zauważalnie, po czym zatrzymał się nieruchomo. Charlie odczekał kilka sekund, ale to się nie powtórzyło.
Zmarszczył brwi i ostrożnie opuścił dłoń. Wahadło od lat towarzyszyło mu podczas badań. Niejednokrotnie pomagało wychwycić niestabilność magiczną, zanim pojawiły się pierwsze objawy choroby, jednak nigdy nie zdarzyło mu się, by zareagowało tylko raz. Spróbował jeszcze raz, tym razem nieco wolniej, prowadząc je wzdłuż szyi i barku Zephyr. Ciężarek pozostał całkowicie nieruchomy.
— Dziwne... — mruknął bardziej do siebie niż do Hybrydy.
Schował wahadło do kieszeni. Nie zamierzał wyciągać pochopnych wniosków. Zakłócenia magiczne zdarzały się nawet w rezerwatach. Wystarczył źle zabezpieczony artefakt albo świeżo odnowione zaklęcie ochronne. Mimo to odruchowo zapisał krótką uwagę na marginesie pergaminu i podkreślił ją cienką kreską. Gdyby podobna sytuacja powtórzyła się podczas kolejnych badań, dopiero wtedy uznałby ją za wartą dalszej analizy.
Ponownie spojrzał na Zephyr. Wciąż stała nieruchomo, lecz tym razem jej uwagę przykuł nie wyraz pyska ani postawa ciała, lecz oddech. Był równy, to nie było normalne. Przez wszystkie lata pracy Charlie nauczył się, że smoki oddychają całym ciałem. Przy każdym głębszym wdechu pracowały barki, mięśnie szyi i nasada skrzydeł. U Zephyr ruch ograniczał się niemal wyłącznie do klatki piersiowej, jakby instynktownie powstrzymywała się przed pełnym oddechem. Przez chwilę nie potrafił zrozumieć, dlaczego ten drobiazg tak bardzo go niepokoił. Dopiero kiedy odruchowo przesunął wzrokiem w stronę tylnej ściany wybiegu, coś połączyło się w jego pamięci.
Zephyr przez cały czas stała dokładnie w tym samym miejscu.
Nie było w tym nic niezwykłego, dopóki nie przypomniał sobie pierwszych dni po jej przybyciu do rezerwatu. Niezależnie od tego, jak bardzo była zmęczona lub ranna, zawsze wybierała najwyższy punkt wybiegu. Smoki instynktownie szukały miejsca, z którego mogły obserwować otoczenie i w razie potrzeby poderwać się do lotu. Tak zachowywały się wszystkie gatunki, z którymi pracował.
Zephyr od wielu minut ignorowała niewielką skalną półkę znajdującą się zaledwie kilka metrów dalej, tak jakby nie chciała się do niej zbliżać. Charlie spojrzał na kamień jeszcze raz.
Nie dostrzegł niczego niezwykłego, a mimo to zanotował w pamięci właśnie ten szczegół, gdyż doświadczenie nauczyło go, że smok potrafi wyczuć zagrożenie na długo przed człowiekiem.
