czwartek, 29 stycznia 2026

III.II



Światło wschodzącego słońca przemykało przez rozbite szyby zrujnowanego laboratorium. Charlie Weasley po raz kolejny przyłapał się na tym, że stara się nie oddychać zbyt głęboko — powietrze w dawnym obozie w Murmańsku pachniało rdzą, spaloną skórą i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Jakby magia, która kiedyś tu działała, wciąż krążyła w powietrzu, uwięziona między ścianami jak duch. Z każdą minutą, którą spędzał w ruinach, czuł się coraz mniej jak smokolog, a coraz bardziej jak intruz w miejscu, gdzie magia zostawiła ślad zbyt głęboki, by mógł się zatrzeć.

Śnieg skrzypiał pod jego butami, a gdy poruszył różdżką, iskra zaklęcia Lumos Maxima odbiła się od czegoś metalicznego w rogu pomieszczenia. To nie była skrzynia. To była klatka. Żelazne pręty były stopione, jakby coś próbowało się z nich wydostać. Charlie uniósł różdżkę wyżej i dostrzegł na ścianach ciemne ślady — nie ognia, lecz czegoś gorszego: magicznych wyładowań. Przypomniał sobie podobny widok z rezerwatu rumuńskiego, kiedy jedna z Hybryd, przywieziona niedawno, zaczęła świadomie podgryzać swoje skrzydła po nieudanym zaklęciu leczniczym. Tylko że tutaj ślady były zbyt regularne, zbyt celowe.
Na zbutwiałym biurku leżały pęknięte fiolki, kilka piór i stary mugolski gramofon z korbką i mosiężną tubą, przykryty płótnem. Obok stała metalowa skrzynia z wyrytymi inicjałami: MR — Maria Rosenthal. Otworzył ją powoli, spodziewając się pergaminów albo zaklętych artefaktów, lecz zamiast nich znalazł kasety magnetofonowe — czarne prostokąty z cienką taśmą widoczną przez przezroczyste okienko. Uśmiechnął się krótko mimo chłodu. Mugolski sprzęt w smoczym laboratorium. No proszę, Maria, ty sprytna bestio.

Na jednej z etykiet widniał numer: Sekwencja IX. Nie miał pojęcia, jak ją odsłuchać, lecz przypomniał sobie opowieści ojca o urządzeniach, które „połykają taśmy i mówią ludzkim głosem”. Zajrzał do szafki. W środku, obok zardzewiałych narzędzi, leżał stary magnetofon z zakurzonymi przyciskami, częściowo stopiony przez ciepło. Przyłożył różdżkę do gniazda zasilania. — Reparo. 
Metal zadrżał, zaiskrzył, ale urządzenie nie zadziałało. Kolejne zaklęcia także zawiodły, więc w końcu wyjął z torby srebrną baterię przetwornikową — mugolski gadżet, który kiedyś podarował mu ojciec. „Na wypadek, gdybyś musiał ożywić coś nienormalnego” — powiedział wtedy z dumą.
Podłączył przewód. Urządzenie zapiszczało, a potem, ku jego zdumieniu, zagrało. Najpierw była cisza i szum, aż wreszcie rozległ się kobiecy głos. 

„Raport — dzień trzydziesty czwarty projektu Symbion. Hybrydy reagują zgodnie z planem. Próba połączenia mentalnego zakończona sukcesem u dwóch osobników.” 

Charlie znieruchomiał, czując, jak po karku przebiega mu dreszcz. 

„Nie kontrolują się w pełni, ale są zsynchronizowane. Kiedy jeden reaguje na ból, drugi milknie. To… piękne. Złożone. Ale niestabilne."

 Po krótkiej przerwie głos dodał: 

„Zniszczyły klatkę. I… człowieka.” 

Zadrżał tylko raz, po czym znów nabrał chłodnej, naukowej obojętności. 

„Projekt przenoszę do Transylwanii. Hybrydy, które przeżyły, zostaną przewiezione pod przykrywką programu reprodukcyjnego.”

Taśma zatrzeszczała. Nagle rozległ się stłumiony, przeciągły ryk smoka, jakby nagrany z wnętrza zamkniętej przestrzeni. Charlie wstrzymał oddech. Smoki nie reagowały w ten sposób bez powodu. To był ryk bólu, ale też strachu.

Sięgnął po drugą kasetę. Sekwencja X. Tym razem nagranie zaczynało się chaosem: krzykami, eksplozjami, trzaskiem zaklęć ochronnych. Potem znów odezwał się jej głos, spokojny i przeszywająco zimny.

 „To nie koniec. Ich więź przetrwała śmierć. Jeśli potrafią ją zachować mimo zniszczenia, to znaczy, że dotknęłam samej struktury magii. Hybrydy są przyszłością, nie błędem. Muszę tylko nauczyć się nimi kierować.” 

Magnetofon zawył i zgasł.

Charlie odsunął się gwałtownie, czując, jak iskra przeskakuje między metalem a jego dłonią. Powietrze zrobiło się ciężkie, jakby nagranie zostawiło w nim resztki magii — starych zaklęć, które wciąż chciały działać. Rozejrzał się po laboratorium i wtedy zrozumiał, że nie był tu sam. Na śniegu przed wejściem dostrzegł świeże ślady. Nie swoje. Ktoś tu był wcześniej. Albo… wciąż jest.

Zabrał kasety, wsunął je do torby i wyszedł w śnieg, nie oglądając się za siebie. Murmańsk atakował go ciszą tak głęboką, że każdy jego oddech wydawał się obcym dźwiękiem w tym miejscu. Śnieg leżał gęsto na dachach zardzewiałych baraków dawnego rezerwatu, przysypując pozostałości po ogrodzeniach i klatkach, w których niegdyś trzymano smoki. To tutaj, zgodnie z raportami, zginęło sześć hybryd i jeden smokolog. Obóz uznano za przeklęty — zamknięty, zapomniany. Charlie jednak nie wierzył w przekleństwa. Wierzył w błędy ludzi.
Z trudem otworzył bramę, której zawiasy zawyły jak ranne zwierzę. Wszedł powoli, różdżkę trzymając w gotowości. — Lumos. Światło rozlało się po zaspach i zniszczonym metalu. Wszystko wydawało się martwe, do chwili gdy zauważył pierwszy szczegół: ślady. Nie jego, nie nowe, ale też nie tak stare, jak powinny być. Śnieg był w kilku miejscach rozdeptany, a tu i ówdzie widniały głębsze odciski, jakby ktoś przeciągał ciężki przedmiot. Maksymalnie sprzed tygodnia.

Ruszył w stronę głównego baraku, gdzie według dawnych planów znajdował się magazyn. Drzwi były uchylone, a w środku panował zaduch, jakby powietrze od dekady nie miało gdzie uciec. Na ścianach wisiały zardzewiałe haki, a podłoga była zasypana odłamkami szkła. A mimo to na biurku ktoś niedawno zgarnął śnieg. Gdy Charlie zdmuchnął resztę z powierzchni, zobaczył odcisk dłoni — świeży, ludzki. W tym samym momencie gdzieś za ścianą coś skrzypnęło.

Wyszedł na zewnątrz, zataczając krąg światłem różdżki. Ślady prowadziły ku klatkom, a przy jednej z nich błysk odbił się od czegoś połyskującego. Była to łuska — cienka, niemal przezroczysta, ale nienależąca do żadnego znanego gatunku. Gdy dotknął jej ostrożnie, poczuł ciepło. To było niemożliwe. Na zboczu, gdzie dawniej znajdował się wybieg dla młodych, migotał słaby płomień. Nie naturalny — ciepły w barwie. Charlie zgasił swoją różdżkę i obserwował, aż światło zniknęło. Gdy dotarł na miejsce, znalazł dwa niedopałki papierosów i rozgrzany kamień — znak użycia czaru grzewczego. Nigdzie nie było jednak śladów teleportacji. Ktokolwiek tu był, odszedł pieszo.

Wrócił do magazynu. W jednej z szafek wisiał nowy płaszcz. Wnętrze kołnierza pokrywała zakrzepła czarna substancja, która pod dotykiem różdżki błyszczała jak perła. Charlie cofnął rękę. Czuł, że to miejsce nie zostało porzucone przypadkowo.

I wtedy, w ciszy obozu, rozległ się dźwięk — szum i trzaski. Z półki dobiegało nagranie. Stary magnetofon, uszkodzony, ale wciąż działający, kręcił kasetę, jakby ktoś dopiero co ją włożył. 

„…nie powinnam była…” — wyszeptał kobiecy, zmęczony głos. 

Nastąpił trzask, pisk, jakby coś ciężkiego uderzyło w mikrofon, i cisza.

Charlie odsunął się powoli. Przez ułamek sekundy był pewien, że słyszy jej głos — ten sam chłodny, kontrolowany ton, który znał z rezerwatu, ale zaraz potem przyszła wątpliwość. Może to tylko echo wcześniejszych nagrań, lub jego własna wyobraźnia, karmiona strachem i podejrzeniami.

Głos był kobiecy, lecz nie pasował w pełni. Był młodszy. Bardziej roztrzęsiony, a jeśli kaseta była świeża, znaczyło to tylko tyle, że ktoś tu wrócił. Ktoś, kto znał Projekt Symbion.
A to było gorsze niż jedno nazwisko.

~~~

Rezerwat rumuński przywitał Charliego zapachem mokrego kamienia i dymu z porannych ognisk. Teleportacyjny wir rozproszył się za jego plecami, a znajomy chłód gór wdarł się pod płaszcz. Przez moment stał nieruchomo, pozwalając, by serce zwolniło rytm. Na zewnątrz wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Smoki na otwartych wybiegach poruszały się w swoim zwyczajnym rytmie. Jedne przeciągały skrzydła, inne leniwie ziewały, wypuszczając smugi dymu. Starszy walijski zielony w oddali ryknął krótko, a echo odbiło się od skalnych ścian. Dźwięk był prawdziwy. Chaotyczny. Żywy.
Charlie poczuł ulgę — i zaraz potem niepokój.
Bo wiedział, że prawdziwe zmiany nie będą widoczne tutaj.
Ruszył w stronę głównej ścieżki, pozdrawiając strażników i opiekunów, którzy witali go jak zawsze. Uśmiechał się, odpowiadał półsłówkami, odgrywał swoją rolę: zmęczonego smokologa wracającego z rutynowej inspekcji.

— Widziałeś raporty? — zagadnął go jeden z młodszych smokologów. — Od trzech tygodni zero incydentów. Żadnych ucieczek, żadnych niekontrolowanych wybuchów ognia. Nawet starsze osobniki są… inne. Spokojniejsze.

— Spokojniejsze — powtórzył Charlie, czując, jak słowo to brzmi w jego ustach obco.

— Pani Luca twierdzi, że to efekt nowego programu adaptacyjnego — dodał chłopak. — Coś związanego z Hybrydami. Nie wszystko rozumiem, ale… działa, prawda?

Charlie skinął głową, choć w jego myślach coś krzyczało, że właśnie to „działa” jest najbardziej niepokojące. Jeszcze przez chwilę rozmawiali, lecz Charlie ani na moment nie pozwolił, by Murmańsk wybrzmiał w jego głosie. To jest jedna z tych rzeczy, których nauczył się od Annabel. Dopiero później gdy skręcił w boczny korytarz, prowadzący ku nowej, wydzielonej strefie, poczuł zmianę w powietrzu.
Nie było tu otwartej przestrzeni ani skalnych tarasów. Wysokie, zaklęte ściany tłumiły dźwięk, a światło miało nienaturalnie równą barwę. Strażnicy przy bramie nie zadawali pytań — Szefowa osobiście wydała pozwolenia na jego dostęp. 

Na metalowej tablicy widniał napis:
SEKTOR C — PROGRAM ADAPTACYJNY

W środku panowała cisza, która nie miała nic wspólnego z odpoczynkiem.
Hybrydy stały w swoich zagrodach, niemal nieruchome. Ich skrzydła były złożone zbyt równo, oddechy płytkie, spojrzenia utkwione w jednym punkcie, jakby nasłuchiwały czegoś, czego on nie potrafił usłyszeć.
Przechodził powoli, notując w pamięci każdy szczegół. Żadnych nagłych ruchów. Żadnych odgłosów.

I wtedy ją zobaczył.
Zephyr.

Jej łuski, o ciemnej barwie z zielonymi refleksami, matowiały w świetle zaklęć ochronnych. Skrzydła drżały lekko, choć powietrze było nieruchome. Nie patrzyła przed siebie jak inne. Patrzyła na niego.
Charlie zatrzymał się, czując, jak coś ściska mu gardło. Zephyr była jedną z pierwszych, którymi się opiekował. Znał jej oddech, jej rytm, sposób, w jaki reagowała na głos. Teraz jednak w jej spojrzeniu nie było ani rozpoznania, ani strachu.
Było napięcie, jakby coś w niej walczyło.

— Ciii… — wyszeptał, choć wiedział, że nie powinien.

W tym samym momencie Zephyr poruszyła skrzydłem. Minimalnie. A potem… wszystkie Hybrydy w sektorze zrobiły jednocześnie to samo. Metalowe kraty zadrżały cicho.
Charlie nie poruszył się. Serce waliło mu w piersi, ale twarz pozostała spokojna. Strażnicy stali nieruchomo, jakby niczego nie zauważyli.
Charlie podniósł kawałek mięsa, Zephyr nie podeszła. To był pierwszy znak.

Każda inna Hybryda w sektorze, nawet jeśli nieruchoma, reagowała na jego obecność delikatnym ruchem — drgnięciem skrzydła, napięciem szyi. Zephyr zrobiła krok w tył.
Jej pazury zarysowały metalową podłogę. Skrzydła, jeszcze przed chwilą drżące, rozłożyły się minimalnie, w geście obronnym. Obserwowała go jak drapieżnik, który nie wie, czy ofiara jest zagrożeniem, czy ratunkiem.

— To ja… — powiedział cicho, nie zbliżając się. — Pościgamy się?

Jej oczy rozjarzyły się na ułamek sekundy jaśniejszym światłem, po czym przygasły. Jakby coś w niej chciało odpowiedzieć, ale coś innego trzymało ją w miejscu. Zadrżała. A potem… odwróciła głowę. Ten gest uderzył go mocniej niż jakikolwiek ryk, lecz mimo to, paradoksalnie, poczuł iskierkę nadziei, bo w tej nieufności było jeszcze coś żywego. Zaś
alarm, który zabrzmiał kilkadziesiąt minut później nie był głośny. Nie rozdarł ciszy jak zwykle, nie uderzył w kości ostrym dźwiękiem. Był stłumiony, jakby ktoś zaklął go w połowie krzyku — niski, pulsujący ton, który wibrował w ścianach sektora C.
Charlie znajdował się właśnie przy wybiegu numer cztery, notując pozorne drobiazgi: nierówne bicie serca jednej z Hybryd, nienaturalnie równą temperaturę w powietrzu, brak zapachu, który zawsze towarzyszył smokom. Strażnik stojący przy bramie nawet nie drgnął, gdy dźwięk rozszedł się po korytarzu.

— Słyszałeś to? — zapytał Charlie.
Mężczyzna spojrzał na niego, jakby nie rozumiał pytania.

— To tylko test systemu — odpowiedział po chwili. — Nowe zabezpieczenia. Nic się nie stało.

Charlie skinął głową, choć napięcie w jego karku nie zelżało. System nie reagował jak zwykła magia ochronna. Brzmiał… jak oddech. Jakby coś w środku sektora żyło własnym rytmem. Wtem jedna z Hybryd poruszyła głową.
Powoli. Zbyt równo. Potem to samo zrobiła druga, a zaraz potem trzecia.  To był jednoczesny ruch — jak fala przechodząca przez ciało jednego stworzenia.

— Co to jest? — wyszeptał ktoś z tyłu.

Metalowe pręty wzdłuż wybiegu zadrżały. Na moment w powietrzu pojawił się błękitny błysk, cienki jak włos. Charlie poczuł znajome mrowienie na skórze — echo magii, której nie potrafił jeszcze nazwać, ale którą rozpoznał po Murmańsku.

— To nie jest zwykła ochrona — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do strażnika.
I wtedy Zephyr zadrżała. Jej skrzydła rozłożyły się gwałtowniej niż u pozostałych. Wciągnęła powietrze, jakby coś ją dusiło, a z jej gardła wyrwał się niski, urwany dźwięk. Nie ryk — raczej oddech kogoś, kto próbuje krzyczeć, ale nie może. Charlie zrobił krok w jej stronę, zapominając o roli,. którą miał tutaj odegrać.

— Zephyr…

Jej oczy zabłysły. Przez ułamek sekundy zobaczył w nich strach. A potem… coś innego. Jakby na moment odzyskała świadomość.
Metalowe kraty zaiskrzyły. Jedna z Hybryd uderzyła w barierę, nie z własnej woli — jej ciało poruszyło się, jakby pociągnięte niewidzialną nicią. Sam alarm po chwili przycichł.
Wszystko ucichło równie nagle, jak się zaczęło.
Hybrydy znów znieruchomiały, a srażnicy odetchnęli z ulgą.

— Widzisz? — powiedział jeden z nich. — Nic poważnego. System zadziałał.

Charlie cofnął się o krok.
Bo wiedział jedno.
To nie był system.
To było połączenie.
A Zephyr… była w jego centrum.

Margaret zaś pojawiła się dokładnie trzy minuty po tym, jak sektor C znów pogrążył się w ciszy.
Nie było zapowiedzi. Żadnego wezwania, żadnego biegu strażników po pomoc. Po prostu wyszła z bocznego korytarza, jakby od początku tam była. Jej płaszcz był idealnie ułożony, włosy spięte w ciasny kucyk bez jednego niesfornego kosmyka. Na twarzy miała ten sam spokojny wyraz, który Charlie pamiętał z setek odpraw.

— Co się stało? — zapytała miękko.

Strażnicy zaczęli mówić jeden przez drugiego. Test systemu. Krótkie zakłócenie. Nic poważnego. Margaret skinęła głową, słuchając, ale jej spojrzenie przesunęło się po sektorze, aż zatrzymało na Zephyr. Charlie zauważył to od razu.

— To była tylko reakcja adaptacyjna — powiedziała po chwili. — Nowe pole zabezpieczające czasem… rezonuje.

Rezonuje. To słowo zabrzmiało mu jak żart.

— Wyglądało na ból — odezwał się Charlie, starając się, by jego głos brzmiał neutralnie.

Margaret spojrzała na niego uważnie, ale bez cienia podejrzeń. Przynajmniej na pozór.

— Hybrydy reagują intensywniej. To przejściowe. — Uśmiechnęła się lekko. — Zresztą… zawsze byłeś zbyt empatyczny.

Te słowa zabolały bardziej, niż powinny.

Podeszła do terminala w ścianie i dotknęła kryształu sterującego. Na moment w powietrzu pojawiła się delikatna poświata, niemal niewidoczna. Hybrydy poruszyły głowami — wszystkie, w tym samym czasie.

— Widzisz? — powiedziała cicho. — Już po wszystkim.

Charlie spojrzał na Zephyr. Jej oczy były przygaszone, ale w głębi wciąż czaiło się coś, co wyglądało jak gniew.

— Skąd wiedziałaś? — zapytał nagle.

— Słucham?

— Że coś się wydarzyło. — Wzruszył ramionami, udając obojętność. — Systemy nie wysłały jeszcze raportu.

Margaret przez krótką chwilę nie odpowiedziała. A potem uśmiechnęła się.

— Mam dobre wyczucie.

I odeszła.
Charlie został w sektorze C, czując, jak to „wyczucie” ciążyla mu w myślach jak kamień przez resztę dnia.
Noc spłynęła na rezerwat powoli, jak atrament rozlewający się po papierze. Mgła zeszła z gór i osiadła między tarasami, tłumiąc dźwięki, które kiedyś były dla Charliego jak kołysanka: trzepot skrzydeł, chrzęst pazurów na kamieniu, gardłowe pomruki rozchodzące się po dolinach. Teraz wszystko było inne. Cichsze. Wygładzone. Jakby ktoś położył na świat warstwę szkła. Magia ochronna wnikała w powietrze jak chłodna woń, gasząc zapach dymu, potu i żywicy, który kiedyś był dla niego oddechem domu. Stał na starym tarasie, w miejscu, gdzie dawniej liczył młode wracające z pierwszych lotów. Poręcze były nowe, wzmocnione zaklęciami, nie skrzypiały pod jego ciężarem.  Nic tu już nie skrzypiało. W dole zwyczajne smoki poruszały się niespokojnie, jak zawsze — rywalizowały, krzyczały, podnosiły tumany kamieni. Ten chaos był życiem. Jedyną rzeczą, która mówiła mu, że świat jeszcze się nie skończył. A jednak nie potrafił już przywołać dawnego brzmienia rezerwatu. Zniknęło gdzieś między raportami, nowymi procedurami i uśmiechem Margaret, który zawsze znaczył: jest lepiej, ale wcale nie było. Było tylko ciszej.
A cisza była jak bandaż na ranę, która wciąż krwawiła. Myśli jego jak bumerang wróciły do sektora C. Do spojrzenia Zephyr, które nie należało już do niej samej. Do ruchu skrzydeł, który nie był decyzją, tylko rozkazem. Poczuł w gardle coś gorzkiego, co nie chciało zamienić się w łzy.

— Przepraszam… — wyszeptał w noc, nie wiedząc, do kogo mówi.

Murmańsk wrócił. Klatka stopiona od środka. Ryk bólu zapisany na taśmie. Głos Marii, spokojny i obojętny, mówiący o śmierci jak o danych. Tamten świat spłonął, bo nikt nie chciał zobaczyć potwora, dopóki nie było za późno, a teraz ktoś ubrał go w sterylne szaty i nazwał to postępem. Żarty. Rozumiał wręcz coś, co ścisnęło mu serce: nie bał się już tylko o smoki.
Bał się, że one już zaczęły o nim zapominać, że ich świat powoli zamienia się w coś, w czym nie ma miejsca na dzikość, na wybór, na błąd — a bez tego nie ma życia. Jedna z młodych jak na wezwanie jego myśli poderwała się do lotu i zawahała przez ułamek sekundy, jakby czekała na pozwolenie, którego nikt nie wydał. Potem wzbiła się w powietrze równo i perfekcyjnie. 
Charlie zamknął oczy. Pomyślał o Annabel, o jej doskonałości, jej dłoniach, które zawsze były ciepłe, nawet gdy świat się rozpadał, a także jej głosie, który przypominał mu, że nie wszystko trzeba kontrolować, by było bezpieczne, a potem o Luminin, było prawdą to, że pierwszego nigdy się nie zapomina. O tym smoku, który już odszedł, bo dojrzał. Miał przez to prawo wybrać własne niebo. One nie.
Wściekłe ścisnął palce na poręczy - jeśli pozwoli, by świat Margaret zwyciężył, nie zostanie już nic, co mogłoby odejść z własnej woli. Wiedział, że nie walczy tylko o przyszłość smoków. Chciał by pamięć o tym, czym były naprawdę, nie zniknęła na zawsze.

~~~

Najpierw był ogień.
Nie ten, który niszczy.
Ten, który wie.

Był w piersi jak rytm, w skrzydłach jak napięcie przed lotem, w kościach jak pamięć nieba. Mówił jej, kim jest, zanim ktokolwiek próbował jej to odebrać.

Teraz ogień śpi.
Nie zgasł.
Został uciszony.

Świat stał się gładki. Równy i cichy aż do przesady. Kamień nie drżał pod pazurami, powietrze nie miało zapachu burzy ani strachu. Wszystko było zamknięte w jednym, chłodnym rytmie. Stała w miejscu, choć nie była stworzona do bezruchu.

Nie trzymały jej kraty.
Trzymało ją coś w środku.
Cienka nić, wpięta w serce.

Gdy jedna z nich poruszała się, poruszały się wszystkie.
Nie dlatego, że chciały.
Dlatego, że musiały.

Czasem próbowała zrobić coś sama.
Unieść skrzydło.
Odwrócić głowę.
Cofnąć się, lecz wtedy ból przychodził szybciej niż myśl.
Nie rozdzierał ciała.
Rozdzierał ja.

To nie była kara.
To była korekta.

Pamiętała inne światło.
Nie zimne.
Nie równe.

Było jak ciepły cień wśród burzy magii. Jak obecność, która nie dotykała jej ciała, ale poruszała coś głębiej. Nie było smocze, a jednak znajome. Napięcie, które w nim tkwiło, przypominało jej własne — jakby świat w tym miejscu też był rozdarty i próbował oddychać przez pęknięcie.

Nie rozumiała tego.
Po prostu czuła.

Kiedy o nim myślała, nić w jej wnętrzu drżała, jakby przez ułamek chwili nie była sama.
A potem był on.

Nie jak inne dwunożne istoty, które pachniały strachem i żelazem. Ten pachniał dymem, skórą i niebem. Jego głos nie był rozkazem. Był jak wiatr, który nie popycha, tylko pokazuje kierunek.

Kiedy był blisko, świat odzyskiwał głębię.
Kamień znów miał temperaturę.
Powietrze miało smak.
Nić słabła.
Jakby coś zapominało, że ma ją trzymać.
Ale on zawsze odchodził.
A nić wracała.
Mocniejsza.

W nocy echo stawało się głośniejsze.
Nie miało słów.
Miało ciężar.

Jakby w ziemi pod nią wciąż było uwięzione coś, co kiedyś krzyczało. To coś dotykało jej wnętrza i budziło obrazy, które nie były jej: zamknięty ogień, kamień zamiast nieba i
ryk, który nie mógł wyjść

To nie była teraźniejszość.
To była rana świata.

Czasem w jej piersi coś drgało.
Nie był to ogień.
Jeszcze nie.
To było wspomnienie lotu.
Nieba, które nie miało granic.
Cienia, który nie był klatką. Trzymała się tego uczucia jak ostatniej iskry. Bo wiedziała , że jeśli nić pęknie, świat znów będzie miał zapach.
A ona — imię.

wtorek, 7 października 2025

III.I



Noc była ciężka jak ołów — nie tylko ciemna, lepka i duszna, ale niemal dźwiękoszczelna, jakby całe powietrze wyssano z komnaty, zostawiając sam smolisty ciężar niewypowiedzianych myśli. Burgess leżał sztywno, nie mogąc zasnąć. Ciemność była gęsta i nieczysta, przesiąknięta zapachem stęchłego drewna, kurzu i ciężkim odorem ambicji, który czuł w murach tego zamku od dziecka. Jego ręka była zaciśnięta na krawędzi kufra podróżnego – starego, obitego skóry, którego żelazne nity przypominały zimne, okrągłe oczy. Kufer nie był skrytką na złoto czy klejnoty, lecz na pamiątkę zdrady i tęsknoty, które gniotły Burgessa od lat. Czuł pod palcami chropowatość drewna i grawitacyjny ciężar ukrytej pod nim prawdy. Wewnątrz spoczywał list. Papier już lekko pożółkł, a atrament wyblakł do koloru starej krwi, ale nadal pozwalał odczytać ostre, pośpieszne pismo jego młodszego brata, Sliloha.

„Nie wrócę. Nie jestem już częścią waszego rodu. Sliloh.”

Krótko. Błyskawica w dusznej ciszy. Bez pożegnania. Bez tłumaczeń. Burgess pamiętał, jak wściekły, czerwony dreszcz przeszedł mu przez ramię, gdy pierwszy raz przeczytał te słowa. Najpierw był gniew — czysty, żrący kwas, który odbierał oddech i smak. Jak śmiał? Jak śmiał złamać przysięgę krwi, odwrócić się od ojca, od rodu, od dziedzictwa noszonego w kościach?

Ale potem, gdy gniew ustąpił, nadeszła żałość i dziwne, nieproszone uczucie – podziw. Sliloh miał odwagę tytana, by zrobić to, czego Burgess nigdy nie potrafił: wyrwać się spod żelaznej pięści ojca. Tamtego dnia po raz pierwszy zaczął wątpić, czy lojalność wobec Flockhartów rzeczywiście była cnotą… czy może klątwą. Klątwą nie wzniesioną przez czary, lecz przez kamienne mury zamku, w których duszono wszelką wolę sprzeciwu. Wola Sliloha była silniejsza, uciekła z ostrym, czystym dźwiękiem łamanego szkła. Wola Burgessa została zakuwana w żelazo i przekuwana na posłuszeństwo, na idealną, tępą broń w ręku ojca. Wspomnienia powracały często, lecz od tamtej nocy minęły miesiące. Burgess się zmienił. Stał się tym, kim zawsze miał być — głosem ojca, jego narzędziem o ostrych krawędziach, dowódcą, który nie kwestionował rozkazów. Tylko czasem, gdy wino miało smak gorzkiej prawdy, a jego myśli stawały się mgliste i łagodniejsze, ta stara, cienka rana otwierała się na nowo.


Iona przywitała go słonym, zdradliwym wiatrem, a kiedy dostrzegł na brzegu wysoką, nazbyt znajomą sylwetkę brata, Burgess poczuł czysty, fizyczny zastrzyk ulgi, tak silny, że na ułamek sekundy zachwiał się w siodle. Sliloh! Był cały, żywy. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, która utraciła chłopięcą lekkomyślność, zastąpioną przez twardą, surową maskę dojrzałego mężczyzny, by wspomnienia ustąpiły miejsca chłodnej kalkulacji. Czuł na karku wzrok ludzi ojca — zwiadowców, posłusznych rycerzy, których milczenie było głośniejsze niż krzyk. Czuł ich oczekiwania niczym wbijane w plecy szpile. Musiał być silny. Ojciec obserwował każdy jego krok — każdą drgnienie powieki, każdy gest dłoni. Porażka w tej misji mogłaby oznaczać dla Burgessa utratę wszystkiego, co z taką uwagą budował: jego pozycji, jego życia, jego maski nieugiętości. Ich rozmowa była jak pojedynek na klingi. Każde słowo było wyważone, każde zdanie podszyte ukrytą raną i stłumionym oskarżeniem. Sliloh próbował zachować spokój, ale Burgess widział w nim ten dawny upór — tę samą niezdobyta iskrę w głębi oczu, która sprawiła, że pewnego dnia po prostu zniknął, a gdy w końcu usłyszał: „Zgadzam się wrócić do zamku tylko ze względu na ojca,” Burgess nie odpowiedział od razu. Skinął głową, czując, jak w środku pęka niewidzialna bariera z lodu. Nie chciał przyprowadzać brata jak więźnia. Musiał. Wtedy, na tej zimnej, wietrznej plaży, zaczął się cicho, wewnętrznie buntować. Chciał chronić brata przed ojcem, łagodzić konsekwencje rozkazów, których sam nie popierał. Ale oficjalnie pozostawał ostatnim bastionem wierności.


Dni i miesiące po powrocie na Jurę były ciężkie, pełne szarych, wilgotnych godzin. Burgess, dawniej człowiek żelaznej dyscypliny i niezniszczalnej energii, teraz wyglądał na zmęczonego do szpiku kości, jakby jego ciało było zbutwiałym szkieletem. Każdy raport, każdy rozkaz od ojca był ciężarem, który rozsadzał mu płuca. Dotyk kobiety, którą mu przysyłano, już od dawna nie potrafił go rozluźnić. Była piękna, ale jej uroda była zimna i odległa jak światło księżyca. Nie miał w sobie tego głodu, co kiedyś — ani żądzy, ani pasji. Patrzył w jej duże, lecz puste oczy i widział tylko odbicie własnej pustki. Nawet jej głos przypominał mu o czymś utraconym: o Slilohu. O wolności, którą ten odważył się ukraść, jemu pozostawiając jedynie żelazne kajdany posłuszeństwa. Każdego dnia Burgess obserwował brata w myślach: jego odwagę, jego niezależność, jego zasady. I wiedział, że nigdy już nie będzie taki sam. Mógł być lojalny wobec ojca, ale nie wobec siebie. Czasem siadał w ciemnej, cichej kaplicy, w rękach trzymając list, i powtarzał cicho, niemal jak modlitwę: „Nie każdy, kto trzyma miecz, na nim śpi.” Bo nawet jeśli zewnętrznie był twardym, nieugiętym dziedzicem Flockhartów, w środku był człowiekiem rozdartym między obowiązkiem a uczuciem. Między lojalnością wobec ojca a podziwem i żalem wobec brata. I teraz, gdy zbliża się kolejny ruch wojny, gdy Islay włada Annabel i równowaga sił wisi na włosku, Burgess wie, że decyzje, które podejmie, mogą odmienić nie tylko los Flockhartów, ale i los Sliloha – i po raz pierwszy, los jego własnej, zakuwanej w żelazo woli.


Charlie powrócił do Rumunii, przygnieciony ciężarem rozstania z Annabel, który palił mocniej niż blizny po poparzeniach. Wiedział jednak, że na luksus pustki nie może sobie pozwolić. Damon miał rację – Zephyr i inne hybrydy nie przetrwałyby długo pod okiem obecnej dyrekcji. To on, z całą swoją wiedzą i uporem, musiał stać się dla nich tarczą i przewodnikiem. Nie miał wyboru, ale czy kiedykolwiek naprawdę go miał?

Zephyr przywitała go sykiem i trzepotem skrzydeł, które rozdarły powietrze niczym grzmot. Już nie była tą samą istotą, którą pamiętał. Tamta Zephyr dawała się dotknąć, pozwalała na bliskość. Teraz każde spojrzenie jej oczu groziło ogniem, a ostra granica między odwagą a szaleństwem stawała się cieńsza z każdą sekundą. Dostrzegł, że pod wrogością kryło się coś jeszcze, coś, co budziło w nim niepokój. Kiedy pierwszy raz zbliżył się do zagrody, zobaczył złowrogie ślady: czarne smugi na kamiennych ścianach, jakby ogień wydobywał się z niej niekontrolowanie. Ziemia była poorana głębokimi bruzdami. W rogu leżały rozbite kryształy – popękane, jakby eksplodowały od środka. A potem zauważył też to, czego nigdy wcześniej nie widział: drobne, wyschnięte krople krwi rozsiane wokół legowiska. Smoki krwawią tylko od ran, nie od istnienia. Tutaj było inaczej – jej własna moc rozrywała ciało od środka. Z dnia na dzień obserwował, jak jej łuski tracą dawny połysk, a czerń staje się matowa i przygaszona. Potęga smoka zdawała się znikać: zauważał nienaturalne drżenie ciała i przebarwienia – cienie fioletu i złota na brzegach skrzydeł, które rozkładały się z oporem. Powietrze wokół niej falowało od gorąca, grunt drżał, a ciepło bijące z paszczy paliło bardziej niż słońce.
 Nie poddał się jednak. Codziennie, o świcie, wracał do zagrody z ciężką torbą, kładąc mięso obok rogów i kryształów – wiedział, że gryzie je dla wzmocnienia szczęk i rozładowania energii. Zephyr długo odrzucała te dary, spychając je łapą na bok. Charlie chował się za kamiennym murem, a jego cierpliwość kruszyła się szybciej niż kryształy. Liczył każdy ruch jej łap, każdy błysk w oku. Zrozumiał już wtedy, że to nie była choroba. To była energia, zbyt wielka, by mogła ją pomieścić. Gryzienie rogów przynosiło ulgę, ale krótką i złudną. Musiała się ruszać, pozwolić ciału i mocy działać razem, inaczej rozedrze ją od środka. A on musiał znaleźć sposób, by ją do tego skłonić.

Pierwsze próby były prymitywne, ale skuteczne. Charlie wyrzucał zaklęciem mięso wysoko, zmuszając Zephyr do skoków, do rozprostowywania skrzydeł. Jej syki stopniowo zmieniały się w pomruki, niskie, głębokie i zaskakująco rytmiczne, jakby odnajdywała rytm w grze. Potem podniósł poprzeczkę. Wsiadał na miotłę i krążył wokół niej, drażniąc i prowokując do pościgu. To były chwile, w których adrenalina wbijała mu się w kark ostrymi igłami. Ogon smoka potrafił przeciąć powietrze o włos od jego pleców, a kły zatrzaskiwały się tak blisko, że czuł gorący podmuch. Wystarczyłby jeden błąd, a jednak dostrzegł coś, co kazało mu trwać – jej ruchy przestawały być chaotyczne. Nie rzucała się już na oślep. Zaczynała ćwiczyć. Tygodnie przechodziły w miesiące, a jesienne chłody przyniosły pierwsze oznaki poprawy. Łuski Zephyr odzyskiwały dawny blask, czerń połyskiwała jak mokry obsydian, a oczy patrzyły bardziej świadomie, choć wciąż igrały w nich płomienie. Zaufanie rodziło się powoli, jak roślina w cieniu. W pewien zaś poranek, gdy niebo było jeszcze szare i ciche, odważył się na więcej. Zachęcił Zephyr do lotu. Uniosła się ciężko, każde uderzenie skrzydeł brzmiało jak walka z własnym ciałem. Charlie gnał obok niej na miotle. I wtedy nagle zawróciła. Runęła wprost na niego z szybkością, od której powietrze przecięło mu twarz jak nóż. Serce zamarło. A jednak nie uderzyła. Zatrzymała się w powietrzu tuż nad nim, ogień drżący w gardle. Spojrzała mu prosto w oczy – nie było w tym gniewu, tylko rozpoznanie. Charlie uniósł dłoń – nie po to, by ją dotknąć, lecz by pokazać, że się nie boi. Zephyr trwała zawieszona w ciszy, a potem z głośnym trzepotem skrzydeł odsunęła się i zatoczyła krąg, jakby testowała nowe granice.

To był ich własny, wywalczony znak. Zaufanie rodziło się powoli, nie z pamięci Annabel, lecz z krwi, potu i szacunku.



Annabel czuła chłód kamiennej posadzki pod stopami szybciej niż powitanie swoich lordów. Nie było heroldów, fanfar ani tłumów. Tylko dwanaście krzeseł ustawionych w kręgu, w samym sercu starej zbrojowni, tymczasowo przekształconej w miejsce narady. Sala nie miała okien – nie potrzebowała ich. Kamienie na ścianach pulsowały subtelnym, zimnym światłem zaklęć ochronnych.
Weszła bez orszaku. Czarodzieje mieszkający wśród mugoli na wyspie już na nią czekali. Lord Hören opierał się nonszalancko o filar, choć jego oczy śledziły każdy jej krok z niepokojącą intensywnością. Obok niego siedział Lord Cadeyrn z Północy, siwy jak popiół, znany z zaklinania runicznych głazów i posiadania smoczego serca w srebrnej oprawie – trofeum noszonego jak amulet. Annabel poczuła, jak ściska jej żołądek; musiała odwrócić wzrok. Dalej siedziała Lady Fianna, zwana szerzej Wężową Panią. Jej ogrody były siedliskiem Okamich i Popielników, a źródłem jej majątku handel ingrediencjami z tych stworzeń. Obok niej zasiadł Lord Norell z Gorray, ubrany niemal po mugolsku, uśmiechający się z udawaną nonszalancją. Jego posiadłość słynęła z czarnego rynku eliksirów, a jego słudzy tresowali Czerwone Kaptury.

Królowa spoczęła na wysokim krześle, choć była to jedynie jej projekcja, nie ciało. Jej postać była statyczna i nieskazitelna, otoczona minimalną, eteryczną poświatą, która kazała lordom podejrzewać, że nie ma płuc, by wstrzymać oddech ani serca, by drżeć. Odeszła od tradycji: nie nosiła korony, nie chciała, by złoto przemawiało za nią. Tego dnia miała przemówić sama, głosem, który przez ostatnie tygodnie stał się surowszy, bo niósł nie tylko władzę, ale i odpowiedzialność. Jej płaszcz był prosty, ciemnoniebieski, przypięty srebrną spinką w kształcie herbu rodu. Włosy splecione w warkocz opadały na plecy – jakby i one wiedziały, że dziś nie ma miejsca na ozdoby. Tylko treść. Tylko prawda.

– Dziękuję, że przyszliście – zaczęła. Jej głos był zbyt czysty, zbyt wyraźny, by wydobywać się z fizycznego ciała. – To nie jest Rada Korony ani wezwanie urzędowe. To spotkanie tych, którzy przez lata nosili tajemnicę tej ziemi. I czerpali z niej zyski. Ale wojna coś zmieniła… – Uniosła trzy pergaminy – dekrety, które trzymała w dłoni. Nie świeciły, nie błyszczały, ale każdy wiedział, że przetną granice starego porządku. – …w obliczu krwi przelanej w tej wojnie – mówiła – i w imię tych, którzy nie mogą mówić za siebie, jako Królowa Islay ogłaszam:

Zakaz uwięzienia magicznych bestii. Obowiązek zgłaszania każdej z nich. Zrównanie ich krzywdy z zamachem na koronę.

Słowa spadły jak topór. Cisza była długa, zbyt długa – nie ze szacunku, lecz z napięcia.

– Wasza Królewska Mość – odezwał się sir Malvegor z Carnish, mistrz zaklęć spajających, właściciel farmy trolli i źródła krwi salamandrów. – Doceniam ideę, ale praktyka to wyrok na majątki setek rodzin. Czy mamy teraz pozwolić, by centaury hasały po miastach, a matagoty przechadzały się po pastwiskach jak zwykłe koty?

Lady Miralda z Clachan, odziana w pióra diricowla mieniące się fioletem gniewu, uniosła brew. Jej głos, melodyjny, lecz twardy, rozciął ciszę.

– To nie jest reforma, to rewolucja. Czy mamy udawać, że większość z tych stworzeń nie jest niebezpieczna? Że nie mamy prawa się bronić?

Lord Thorn z Glen, wojownik o ramionach jak głazy, stuknął laską z kości gryfa, której runy zapłonęły chłodnym światłem.

– Z całym szacunkiem, Królowo… to brzmi jak dyktat. Jeśli zabierzemy hodowlę, gospodarka w mig upadnie. A wtedy równie dobrze możemy poddać się najeźdźcom.

– Granice, mówisz? – odezwał się chrapliwie lord MacRaith. – Najpierw wpiszemy w księgi bestie, potem ludzi o niezwykłych darach… kto mi zagwarantuje, że nasze rody nie skończą pod królewskim piórem?

– Bzdura! – wtrącił młody Caddell, poprawiając sygnet z osadzonym smoczym sercem. – Rejestr to ochrona, nie jarzmo. Nie można stawiać na równi bestii i człowieka!

Annabel mimowolnie zamarła, widząc klejnot. Musiała zapanować nad gniewem, by nie zdradzić, dlaczego naprawdę serce pali ją w oczach.

– Piękny klejnot, prawda? – rzucił z cieniem kpiny Hören, widząc jej spojrzenie. – Relikt zwycięstwa sprzed lat. Symbol, że nawet najdziksze stworzenia można ujarzmić. Może każdy lord powinien mieć taki?

Kilku zachichotało. Inni spojrzeli dumnie.

– To nie symbol zwycięstwa – wycedziła Annabel, a jej głos niósł się jak uderzenie miecza o kamień. Jej wzrok przeszył młodego Caddella i Cadeyrna, który odruchowo ścisnął swój amulet. – To świadectwo mordu. Smocze serce bije tylko raz. Wyrwać je to zabrać nie tylko życie, ale i pamięć. To nie ozdoba. To zbrodnia.

Cadeyrn cofnął się minimalnie na krześle, a szmer w sali ustał, pochłonięty przez gruby kamień.

– Zbrodnia? – powtórzył Hören przeciągle. – Jeśli nazwiesz zbrodnią to, co dało tej wyspie dostatek, to czym nazwiesz chaos, który sprowadzasz rejestrem?

– Gdybyśmy znali ruchy wilkołaków – odezwał się lord Duncan – tylu ludzi by nie zginęło. Rejestr to nie chaos, to bezpieczeństwo.

– A może właśnie władza nad listą kusi najbardziej? – odparła lady Roya. – Dziś w rękach królowej, jutro w rękach zdrajcy.

– Jeśli nie my, to Synowie Nomadu – rzucił ktoś z końca sali. – A ich łańcuchy będą o wiele cięższe.

Szmer urósł w burzę. Annabel uniosła dłoń, a sala ucichła.

– Nie chcę kajdan. Chcę przyszłości, w której nie będziemy budzić się z ogniem na progach. Rejestr nie jest bronią. To światło wlewane w cień, tam, gdzie rodzi się zagrożenie. – Jej wzrok przesunął się po lordach. – Nie odbieram wam prawa do korzystania z darów, jakie mogą nam ofiarować bestie. Ale mówię: dary, nie niewolnictwo. Współpraca, nie rzeź.

– A ja mówię: łańcuchy – odparł Hören lodowato. – Bo dziś smok, jutro czarodziej, pojutrze każdy lord, który nie zechce wpisać się w księgi. W imię porządku zamienisz Islay w krainę kajdan.

– Nie boję się łańcuchów, lordzie Hörenie – odpowiedziała cicho Annabel. – Boję się tylko tego, co ludzie uczynią, jeśli ich nie powstrzymamy.

Cisza rozlewała się w sali jak mgła, tłumiąc nawet oddechy. Każdy czekał na słowo, które przechyli szalę – ale ono nie padało. Wtedy Lord Hören powoli odsunął krzesło i wstał. Jego ruchy były spokojne, zbyt spokojne jak na człowieka, którego serce kipiało gniewem. Na palcu połyskiwał sygnet, osadzony w srebrze i ciężki od pulsującego w nim rubinowego blasku. Mężczyzna spojrzał prosto na Annabel, jakby chciał przebić jej duszę wzrokiem.

– Skoro wasza królewska mość nazywa to zbrodnią – powiedział, a jego głos rozbrzmiał w ciszy jak zgrzyt stali o kamień – niech więc ta zbrodnia leży na waszym stole.

Zdjął sygnet i z chłodnym uśmiechem położył go na środku. Metal uderzył o drewno z ciężkim, głośnym dźwiękiem, który przeszył salę. Lordowie wstrzymali oddech, a rubinowy blask w srebrnej oprawie natychmiast zgasł, zastygając w złowrogim, zimnym świetle.

– Ale pamiętajcie, królowo – ciągnął Hören – symbole są silniejsze niż prawa. A ten symbol przetrwa dłużej niż wasze dekrety.

Odwrócił się i ruszył ku wyjściu. Jego płaszcz, ciemny jak nocne morze, sunął po kamiennej posadzce niczym cień. Kilku lordów wstało niemal odruchowo, podążając za nim – z lojalności lub z lęku, Annabel nie była pewna. Ci, którzy zostali, wymieniali spojrzenia – jedni wstrząśnięci, inni zamyśleni. Smocze serce na stole błyszczało złowrogo, jak zaklęta rana, która nie chciała się zabliźnić. Annabel wiedziała, że ten gest będzie wspominany. I że od tej chwili nie toczy się już tylko spór o prawa magicznych bestii, lecz o samą władzę, o to, kto naprawdę rządzi Islay.




Cisza w chatce Christine była gęsta jak mgła. Migotliwy płomień świecy rzucał drżące cienie na ściany, tańcząc w rytmie wiatru szarpiącego okiennicą. Christine gwałtownie odwróciła się od stołu, gdy usłyszała trzask drzwi, a wraz z nim ostry zapach soli i morza. Sliloh wszedł pierwszy, stąpając ostrożnie. Tuż za nim wessał się do środka ktoś w czarnym, przemoczonym płaszczu, oblepionym błotem i kryształkami soli, które w świetle świecy połyskiwały niczym rozsypane gwiazdy.

– Edric… – wysyczał Sliloh, prostując się gwałtownie.

Mężczyzna osunął się na ławę z siłą, jakby ciepło izby wyssało z niego ostatnie tchnienia. Jego oczy były przekrwione, policzki zapadnięte. Nie przypominał już pewnego siebie dworzanina – wyglądał jak ktoś, kto zgubił się w świecie i wrócił zbyt późno, niosąc w sobie popiół dawnych nadziei.

– Nie udawaj zdziwionego, Slilohu – odparł, zrzucając kaptur. – Niełatwo było cię odnaleźć. Gdy wszyscy mówią, że jesteś martwy, człowiek zaczyna w to wierzyć.

– Czego chcesz? – głos Sliloha był zimny, a jego palce zacisnęły się na krawędzi stołu. – Jeśli przyszedłeś mnie wydać, to…

– Wydać? Komu? – Edric uśmiechnął się gorzko. Ruch świecy sprawił, że jego twarz zamigotała jak maska utknięta między blaskiem a cieniem. – Mojemu ojcu, który kazał mi mordować w ciemnych zaułkach tych, co niegodni jego nazwiska? Wujom, którzy powtarzają, że krew Flockhartów musi pozostać czysta, choćby miało to oznaczać podcięcie gardła własnym dzieciom? – Jego głos drżał, lecz było w nim coś dziwnie przejrzystego, jakby każde słowo było świadomym wyborem, a nie wybuchem gniewu. – Powiedz mi, Slilohu… czy ich rozkazy są mniej haniebne niż twoje rzekome tchórzostwo?

Christine obserwowała go uważnie. Zauważyła, że nie nosi broni i że jego dłonie drżą, gdy opierają się o kolana. Znała go już wcześniej, ale nigdy nie było jej dane widzieć mężczyzny w takim stanie. Nie spostrzegła w nim jednak groźby – raczej rozpacz. A w tej rozpaczy coś, co odbijało jej własny paniczny lęk przed tym, że są odnalezieni, niczym drżący płomień w zwierciadle.

– Uciekasz – szepnęła, na co Edric roześmiał się sucho. Śmiech zabrzmiał jak wiatr hulający w pustych korytarzach.

– Tak. Uciekam. Ty też uciekasz, kuzynie. Ale różnica jest taka, że ty zrobiłeś to z wyboru. Ja… bo inaczej skończyłbym z nożem w plecach. – Spojrzał na Sliloha, a potem na Christine. – Jeśli ktokolwiek dowie się, że widziałem cię żywego, jeszcze z nią, obaj będziemy trupami.

– Więc po co tu przyszedłeś? – głos Sliloha był napięty jak łuk. – Po litość?

– Nie. – Jego słowa brzmiały jak szept wypowiedziany w pustce. – Szukam sensu. Zapomnij o dworskich intrygach. Na Jurze dzieją się rzeczy, których nie da się już zatrzymać. Synowie Nomadu nie tylko manipulują możnymi – oni tkają własną rzeczywistość, a ty, i ona, będziecie jej pierwszymi ofiarami.

piątek, 2 maja 2025

II.XV


„Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności.”


Powietrze było zbyt gęste, by je wciągnąć, jakby całe niebo nagle opadło na dach zamku i zdusiło świat pod sobą. Pachniało kamieniem, kurzem i czymś, czego nie sposób było nazwać — suchością o smaku popiołu. Zbyt ciasno i zbyt ludzko. Annabel wsunęła się pomiędzy marmurowe filary krużganku, cicho jak cień. Sala Rady została tuż za nią, ale dźwięki — podniesione głosy, złoto-przeszyte słowa lordów, spiętrzone ambicje i niechęci — urwały się, jakby nie istniały w tym miejscu. Tutaj nie sięgała władza. Był tylko kamień, cień i ona sama.

Zatrzymała się, opierając dłoń o chłodną powierzchnię filaru. Drżała. Nie — pulsowała. Jakby coś w niej żyło. Ruszało się pod skórą. Coś obcego, a zarazem od zawsze znajomego. Żar pod powierzchnią — nieograniczony, pierwotny.

Nie teraz... błagam, nie teraz.

Westchnienie urwało się na zaciśniętych zębach. Oparła głowę o kamień. Pot, mimo porannego chłodu, spływał jej po karku. Krtań drgała niebezpiecznie. Miała wrażenie, że jeśli odezwie się teraz, jej głos będzie inny — nie kobiecy i nie ludzki. Smoczyca krążyła tuż pod skórą. Obmywała ją od wewnątrz jak lawa, szukająca szczeliny. Otwórz mnie. Pozwól. Ja ich uciszę. Ja to zrobię lepiej. Annabel zacisnęła pięści. Paznokcie wbiły się w miękką skórę, aż zobaczyła krew. Nie. Nie jesteś mną. Jesteś tylko we mnie, ale ciało miało swoje granice, a te właśnie zaczynały pękać.

— Pani?

Zadrżała. Głos był znajomy, jak zaklęcie, które nie powinno zostać wypowiedziane. Sir Euan stał kilka kroków od niej. Półzbroja lśniła matowo, jakby i ona wiedziała, że to nie czas na blask. Hełmu nie miał, jego blond włosy opadły na czoło, a oczy — te czujne, rycerskie oczy — pełne były czegoś więcej niż tylko troski. Dłoń mimowolnie spoczęła mu na rękojeści miecza. Nie z groźby, zrobił to po prostu instynktownie.

— Jesteś blada, Pani — odezwał się ostrożnie, głosem, który mówił do królowej, ale patrzył na kobietę. — Co się dzieje?

Annabel uniosła wzrok. Nie wiedziała, co widzi. Czy sylwetkę kobiety, która walczy z lękiem... czy zarys bestii, gotowej się przemienić?

— Nic — wyszeptała zbyt szybko. — Potrzebuję tylko chwili samotności.

— Rada czeka. Jeśli masz wystąpić z żądaniem tymczasowego zwierzchnictwa... musisz wyglądać na niezachwianą.

Parsknęła cicho. Jej oczy błyszczały. Nie były jednak błękitne. Były... głębsze. Jakby ktoś rozbił w nich noc.

— Nie jestem niezachwiana, sir Euanie. To właśnie czyni mnie zdolną, by rządzić. Bo wiem, co to znaczy walczyć. Nie z mieczem... ale z samą sobą.

Rycerz patrzył, milcząc. Nie rozumiał tego, czego właśnie był świadkiem. Mimo to jednak coś w nim się napięło — kark, szczęka, żyły pod skórą.

— Boisz się... tego, kim musisz się stać? — zapytał cicho.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego, jej dłoń powędrowała do szyi — skóra tam była teraz jak pergamin. Cienka. Ciepła. Pulsująca. Zrobiła krok. Zbyt blisko. A może... nie dość.

— Nie boję się siebie, sir Euanie — wyszeptała, a jej głos był jak dźwięk harpuna przecinającego ciszę. — Boję się, co świat zrobi, gdy się dowie, kim jestem.

Cisza była jak mgła między nimi. Euan patrzył, lecz nie już jak rycerz, a jak mężczyzna. Na twarz, która była władcza, a jednocześnie drżała. Na usta, które potrafiły ranić, a teraz wyglądały jakby nie były gotowe się bronić. Na oczy — te oczy...

— Gdybym... — urwał. Zbyt szczerze. — Gdyby to był inny dzień. Inne życie. Gdybym nie był twoim rycerzem...

Annabel spojrzała na niego świadoma. Jej spojrzenie było jak ostrze na ostrzu. Napięte i lśniące, a potem... uśmiechnęła się. Ledwie zauważalnie. 

— Nie jesteś — powiedziała miękko. — Ale jesteś lojalny. I to cię ratuje, sir Euanie.

Ich spojrzenia trwały chwilę zbyt długo. Gdyby to było inne miejsce... inny świat...

Ale nie było.

Ona zrobiła krok w bok. I to wystarczyło, by magia przeminęła. Powietrze znów było chłodne. Kamień — martwy. A między nimi znów była tylko powinność. Sir Euan odwrócił się zbyt szybko i ruszył bez słowa. Cień jego peleryny zniknął za filarem, a Annabel stała jeszcze przez chwilę z dłonią na piersi. Jakby musiała przytrzymać serce. Nie po to, by nie pękło, ale by nikt nie usłyszał, jak mocno bije dla czegoś, co nie miało prawa zaistnieć.


Kamienne ściany, prastare i niewzruszone, wchłonęły ciszę. Deszcz z chłodem pokoleń, które milczały tu przed nimi. Świece migotały niczym dusze przodków, których oczy — choć zgasłe — wciąż widziały więcej niż żywi chcieliby przyznać. Wśród nich, pośród cieni i szeptów, stała Annabel. Nie w zbroi, lecz w prostym, ciemnym płaszczu z herbem domu, który od pokoleń bronił wyspy przed ogniem i burzą. Ramiona spięte bólem ostatniej bitwy, ale głowa uniesiona wysoko — jakby w tym prostym geście mogła dźwignąć cały ciężar korony, której nikt jej nie włożył, ale którą od zawsze nosiła w sercu. Za nią — sir Euan, jak cień wyciosany z ciszy. Przy niej — milczenie, twarde, pełne tego, co niewypowiedziane. Wówczas rozbrzmiał głos Hørena. 

— Wróciłaś... jak echo pieśni, co dawno przebrzmiała. I jak echo jesteś pusta. Nie twój to czas, księżniczko. Nie twoje miejsce. 

— Lordzie Hørenie... ty zawsze śpiewałeś tylko jedną melodię. W której każda strofa to twoje imię, a każdy wers — cudza porażka. Lecz kiedy nadchodzi czas próby, twój głos milknie. Bo w ciszy nie ma oklasków.

Szmer, tym razem pełen niedowierzania i cichej konsternacji, przebiegł przez krąg starszyzny. Kilka par oczu zmrużyło się podejrzliwie. Starszy Murchadh oparł dłonie na kosturze, a jego wzrok, choć zmęczony, zdawał się przeszywać Annabel na wylot. 

— Mów, Księżniczko — rzekł, a w jego głosie pobrzmiewała rezerwa. — Twe słowo zostanie wysłuchane, jak przystało potomkini linii królewskiej. Ale pamiętaj… wracasz nie w chwale, lecz w cieniu. Imię twe obciąża przeszłość, której nie uniosłaś.

Annabel skinęła głową. I weszła do kręgu. Każdy krok odbijał się głucho o kamień — jakby sama ziemia ważyła jej intencje. Świece zatrzepotały, kiedy minęła ogień, i na krótką chwilę, jej twarz stała się cieniem tych, którzy przyszli przed nią: jej matki, która oddała tron, ojca, który zginął, nim zdążył zapisać swoje imię w annałach. 

— Moi przodkowie nie byli bez winy. Ale nigdy nie uciekli przed odpowiedzialnością. Moja matka złożyła koronę, nie z tchórzostwa, lecz z odwagi. Oddała ją z wyboru. A teraz, oto ja staję tu, nie jako spadkobierczyni chwały, lecz jako świadek ruiny. Wiem, co mówi się o mnie. Że porzuciłam wyspę. Że uciekłam. Ale nikt nie pytał, kto mnie wypędził. Nikt nie słuchał, gdy mówiłam, że moje odejście jest ceną za pokój.

Z każdym słowem cisza gęstniała, ale teraz była to cisza pełna napięcia, a nie akceptacji. Starsi nie patrzyli już w ogień, lecz na Annabel, ważąc każde jej słowo. Niektórzy wymieniali między sobą sceptyczne spojrzenia.

— Lord Høren — kontynuowała Annabel, nie spuszczając z niego wzroku — był w Durnaire w noc poprzedzającą atak. W jego kufrze znaleziono pierścień Nomadów. Widziałam go. I choć nie mam pisma, nie mam świadka… mam sumienie, a ono nie kłamie. W przeciwieństwie do tego, kto zataił mapę południowych murów… która zniknęła z jego komnaty na trzy dni przed napaścią.

Høren poderwał się gwałtownie, z twarzą purpurową z wściekłości. — To kłamstwo! Bezczelne oszczerstwo! Ta kobieta próbuje odwrócić uwagę od własnej haniebnej ucieczki! Czy myślicie, że uwierzę w te zmyślone historie? To desperacka próba odzyskania pozycji, której nigdy nie powinna była mieć!

— To nie ja manipuluję — odparła cicho Annabel, nie dając się zastraszyć. — To ty rzucasz kłamstwo jak monetę. Robisz to z nadzieją, że ktoś je podniesie.

W Radzie zapanowała ciężka cisza. Starrin nerwowo bębnił palcami o poręcz swojego krzesła, a Dwyn zmarszczyła brwi, wpatrując się w Annabel z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wtedy tamta postąpiła jeszcze krok naprzód.

 — Ten smok który do mnie przyleciał. Aseriel. Przybył nie na mój rozkaz — ale z własnej woli. Bo wyspa płonęła. Bo serce jej biło słabiej. I wiedział, że nie kto inny, tylko ja, mogę jeszcze coś ocalić. — kłamstwo, którego nikt nie zdołałby udowodnić przychodziło jej łatwo, lecz głos zadrżał pierwszy raz. — Powróciłam nie z dumy, lecz z konieczności. Smok, którego znałam od młodego, ryzykował życie, by mnie ocalić. A wy... jeszcze ważycie, czy mój powrót nie splami waszych tronów? — Jej spojrzenie objęło wszystkich, nie błagalnie, lecz twardo. Jakby już nie oczekiwała bezwarunkowej zgody. Tylko uczciwości. — Korony nie pragnę. Ale jeśli nikt inny nie stanie między nami a zagładą to ja to uczynię. Nie dlatego, że chcę. Lecz dlatego, że muszę.

Po jej słowach zapadła jeszcze dłuższa chwila milczenia. Widać było, że starszyzna jest podzielona, zdezorientowana. Kilku z nich wciąż spoglądało z nieufnością na Annabel, inni wymieniali nerwowe spojrzenia.

— Są tacy, którzy sięgają po władzę, bo pragną panować. I są tacy, którzy nie sięgają po nią nigdy — a jednak los sam ją w ich dłonie wkłada. Może właśnie dlatego... — odezwał się w końcu Murchadh, a w jego głosie słychać było namysł i pewną rezygnację.

Starrin powoli kiwnął głową, ale na jego twarzy malowała się nadal niepewność. Dwyn spojrzała w stronę świec, jakby szukała tam odpowiedzi, po czym wyszeptała jedno zdanie: 

— Niech tak będzie.

A Høren milczał, ale w jego oczach płonął gniew i frustracja. Wiedział, że jego pozycja została zachwiana, ale nie zamierzał się poddać bez walki.

Noc była lepka od mgły, jakby Londyn próbował ukryć swoje grzechy pod gęstym całunem. Charlie przystanął pod drzwiami mieszkania Damona, raz jeszcze upewniając się, że nikt go nie śledził. W ciemnościach jego rude włosy wyglądały niemal czarno, twarz miał napiętą, jakby walczył z czymś, czego nie da się wypowiedzieć na głos. Zawahał się, zanim zapukał. Dwa krótkie uderzenia, jedno długie, a drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

— Weasley — powiedział Damon cicho, zaskoczony, ale nie zdziwiony. Jego oczy, wiecznie zmęczone, badały przyjaciela z niepokojem. — Wejdź. Lepiej, żebyśmy nie rozmawiali na korytarzu.

W środku pachniało kawą i starą skórą, jakby czas zatrzymał się między papierami, których stosy piętrzyły się na regale i stole. Damon wciąż miał na sobie szatę urzędnika ministerstwa, rozpiętą przy szyi, jakby od kilku godzin próbował w niej oddychać. Zamknął drzwi, przekręcił dwa zamki, rzucił zaklęcie. Był ostrożny. Zawsze był, szczególnie jeśli chodziło o smoki. Charlie zaś nie usiadł. Stał pod ścianą, z rękami w kieszeniach płaszcza, jakby wciąż nie był pewien, czy dobrze zrobił, przychodząc.

— Widzieliśmy się dzisiaj — zaczął w końcu. — Ale tam... nie mogłem powiedzieć wszystkiego.

— W Ministerstwie nikt nie może.— Damon kiwnął głową.

— To nie jest tylko sprawa osobista. Chodzi o Aseriela.

Imię smoka padło między nimi jak wyrok. Damon nie drgnął, ale coś w jego spojrzeniu się zacisnęło.

— Słyszałem. Właśnie dlatego przyszedłeś?

— Tak. I nie. — Charlie wreszcie usiadł, zniżając głos. — Jest ktoś, bardzo wpływowy, kto próbuje go schwytać. Wykorzystać. Nie mam dowodów, tylko rozmowy, domysły, ale to nie jest zwykłe polowanie. To polityka, próba pozyskania smoka jako broni przeciwko oponentom. Damon nie odpowiedział od razu. Nalewał herbaty do dwóch kubków, wolno, jakby zyskiwał czas na przemyślenie. — Mówię o Hørenie, znasz go. — odparł cicho.

— To niebezpieczne. Rzucasz cień na nazwisko, które może cię zmiażdżyć jednym listem. 

— A co mam zrobić? Milczeć, gdy próbują złamać prawo? Aseriel to nie broń. To żywa istota. Owszem, potężna, ale chroniona! Lumini, Zephyr, on — są nowym gatunkiem, pamiętasz? Sam zasiadałeś w komisji, która to orzekała!

Damon oparł się o stół, zamykając oczy.

— Wiem, ale jest problem. Wpłynęło już inne zażalenie. Ktoś podał, że Aseriel zaatakował podczas bitwy na Islay. Ostrzegał, że spalił ludzi i że niszczył wszystko, co napotkał. Są relacje, przestraszeni mugole jako świadkowie. Nigdy nie powinni widzieć takich scen. 

Charlie wstał gwałtownie, potrącił krzesło, które jęknęło o drewnianą podłogę.

— Byłem tam! Widziałem! — jego głos niósł się ostrym szeptem. — On nie napadł nikogo z kaprysu. Przyleciał, bo Annabel — ona była w niebezpieczeństwie. Chronił ją. Ryzykował własne życie. To nie była agresja. To była lojalność!

— To nie wystarczy. Jesteśmy w Ministerstwie, nie w rezerwacie. Tu działa papier, nie emocje. Nawet jeśli są prawdziwe.

— Więc co proponujesz?

— Kontrzażalenie. Oficjalne. Podpisane przez ciebie jako naocznego świadka. Masz renomę. Jesteś jednym z dwóch opiekunów Aseriela. Jeśli staniesz przed Wizengamotem... może uda się ich przekonać, że on nie zasługuje na klatkę, tylko na szansę.

Charlie milczał chwilę. W jego oczach tliła się iskra bólu — nie był pewien, czy przez Aseriela, czy przez niemy ciężar tego, jak bardzo zmienił się świat, w który kiedyś wierzył. Ojciec zawsze opowiadał mu o Ministerstwie w samych superlatywach, czuł się przez nie chroniony jako dziecko. Jednak dorastając słyszał wiele historii o jego "ułomności" w wielu sprawach. Na początku nie dopuszczał tej myśli do siebie, ale dorósł i wszystko się zmieniło.

— W porządku. Złożę to.

— Pomogę ci. Na tyle, na ile będę mógł. 

— Wiem. Ale może... tym razem to ja go uratuję. — Charlie spojrzał na byłego smokologa. Usta miał zaciśnięte, wzrok surowy.

— Jest jeszcze coś Weasley. Coś o czym tym bardziej nie mogliśmy porozmawiać wcześniej.

— Żegnając się, dałeś mi do zrozumienia, że masz coś jeszcze. — Charlie rozejrzał się dookoła. — Ale jeśli to kolejny raport o nielegalnym transporcie jaja przez granicę, to...

— To siadaj i zamknij się na minutę — przerwał mu Damon, spokojnie, bez podnoszenia głosu. — Bo nie chodzi o żadne jajo. Chodzi o nią.

– Luca? — Charlie zamarł. Spojrzał w oczy przyjaciela. Od razu zrozumiał.

– Maria Rosenthal — poprawił Damon, rzucając na stół kilka spiętych pergaminów. — Tak nazywała się, zanim zmieniła nazwisko. Zanim przeszła przez Norwegię, Grecję i coś, co nawet nie miało oficjalnej nazwy pod Murmańskiem.

– Murmańsk? Tam przecież zamknęli wszystko po tej sprawie z smokiem niby ugodzonym zajęciem niewybaczalnym —– Charlie sięgnął po dokumenty, dłonie drżały mu nieco, chociaż próbował to ukryć. — Nikt nie wraca tam, chyba że…

— Chce działać bez świadków — dokończył Damon. — I tak właśnie robiła. W każdej z tych placówek — hybrydy. Nic innego. Te trudne, niestabilne, które nikt nie chciał ruszać. Ona właśnie takich szukała.

Charlie przełknął ślinę. Oczy zatrzymały się na słowie "Calmatus" – Przekreślonym. Nad nim ktoś dopisał: „modyfikacja – brak zatwierdzenia przez Departament Bestii Magicznych”.

— To zaklęcie… Hutcheanance, przecież ono tylko… uspokaja.

— Tak, ale ona je modyfikowała. Używała wersji, która nie tylko hamowała agresję. Obniżała aktywność magiczną, tłumiła instynkt. Przestawały jeść. Przestawały... być sobą. Jeden smok — Spiżobrzuch Ukraiński — przez dwa tygodnie nie zareagował nawet na obecność drugiego. Jakby... nie widział.

— Jak pod Imperiusem — szepnął Charlie. — Bez woli, by się bronić.

— Dokładnie tak. — Damon uniósł wzrok znad pergaminu, a Charlie zerwał się z miejsca i zaczął chodzić po pokoju. Rzucił jedno z zaklęć ochronnych — Muffliato — jakby chciał mieć pewność, że nikt ich nie podsłuchuje.

— I nikt tego nie zauważył? Ministerstwo? Departament? Przecież testy, obserwacje, raporty...

— Wszystko „w normie”. Smok zachowuje się spokojnie — sukces. Nie zionie ogniem — sukces. Leży całe dni w jednym miejscu — „adaptacja do nowego środowiska”. Wiesz, jak to wygląda na papierze, Weasley. 

Charlie zatrzymał się. Miał ochotę rzucić czymś w ścianę. Jego głos brzmiał cicho, ale niebezpiecznie.

— A Zephyr? Te jej drgawki? Spadek masy? Niby „zmęczenie klimatem”? Gdy odwiedziłem dzisiaj Rezerwat przysięgam ci, Damon, ona patrzyła na mnie jak… jakby nie wiedziała, kim jestem. Jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. I Margaret, Maria — miała to gdzieś.

— To znalazłem w jednym z archiwów zamkniętego rezerwatu. — Damon wyjął ostatnią kartę. Była stara, lekko przypalona na brzegach. Miała tam notatnik. — Zapisała: „Potencjał poznawczy hybryd może zostać ograniczony przy obniżeniu aktywności rdzenia magicznego. Efekty uboczne: dezintegracja tożsamości. Jeśli zniknie instynkt, smok stanie się narzędziem.”

Charlie otworzył usta, zamknął je. Znów usiadł.

— Ona chce je złamać. Zanim je „ochroni”. Uczynić z nich... broń? Trofea? Podpis pod przyszłym podręcznikiem o ujarzmianiu hybryd? Co za chory umysł tak działa?

— Tego nie wiem — powiedział Damon. — Ale wiem jedno. Wrócisz tam. Wrócisz do rezerwatu i przyjrzysz się Zephyr i reszcie hybryd, które zostały sprowadzone ostatnio do Rumunii. Bo jeśli ona znów zaczęła... to nie zatrzyma się przy jednym.

Charlie spojrzał mu w oczy. I tym razem nie było w nim wahania.

— Jeżeli choć jeden z moich smoków jest teraz pod wpływem tego... czegoś... — powiedział powoli, głosem jak stal — to przysięgam na mój sygnet, że ją powstrzymam. Nawet jeśli będę musiał stanąć przeciwko całemu Ministerstwu.

Damon skinął głową. Wiedział, że właśnie w tym momencie Charlie Weasley przestał być tylko opiekunem smoków. I że Margaret — Maria — powinna zacząć się bać. Ten zaś patrzył na dokumenty rozłożone na stole. Nie widział już słów — tylko zarysy smoków, które znał, wychowywał, ratował. Ich oczy. Ich oddech. Zephyr, unosząca głowę, jakby ostatkiem sił rozpoznawała jego obecność… i Lumini, który odszedł, ale nie zniknął. On też czuł. One wszystkie czuły.

Za oknem zaczynało świtać. Damon wyszedł, zostawiając go samego w kuchni pachnącej popiołem, pergaminem i niedopitą kawą. Cisza była teraz bardziej brutalna niż słowa. Charlie oparł dłonie na stole i przymknął oczy.

Annabel.

Jej imię przyszło cicho, jak zawsze, kiedy zostawał sam. Tak często to ona była jego drogowskazem. Jej śmiech koił w nim to, czego nigdy nie potrafił nazwać — tę nieustanną gotowość do walki, do odejścia, do zostawienia wszystkiego, by uratować choć jedno stworzenie. Ale tym razem było inaczej. Tym razem to ona została w ogniu. A on miał odejść w cień. Znał jej świat. Jej dwór, jej politykę, jej grę pozorów i tajemnic. Był w nim gościem. Chciał być jej wsparciem, ale prawda była bolesna i oczywista: nie był z tego świata. Nie znał zasad. Nie ufał słowom, tylko czynom. A jej świat, choć piękny, był utkany z iluzji.

Jest silna, pomyślał. I jest mądra. Przetrwa.

Ale w nim budziło się coś, czego nie czuł od dłuższego czasu. Powołanie? Obowiązek? Nie. To było więcej. Misja. Coś, co mógł zrozumieć tylko on. Coś, co wymagało jego wiedzy, jego serca i... jego odwagi. Bo nikt inny nie znał smoków tak jak on. Nikt nie rozumiał, jak bardzo trzeba pozwolić im być, zamiast próbować je zmieniać.

— To może być początek — powiedział cicho, sam do siebie. — Nie tylko walki o Zephyr, ale o wszystkie inne. O prawdę i o wolność dla tych, których świat nie potrafi zrozumieć. Powrót do rezerwatu oznaczał wszak rozłąkę. Mógł nie zobaczyć Annabel tygodniami. Może miesiącami. Może dłużej, jeśli to, co przeczuwał, miało się potwierdzić, lecz w tej decyzji była też jasność. To nie był wybór zamiast niej. To był wybór dla niego samego. I dla smoków, które nie miały głosu.

Wstał. Sięgnął po płaszcz. Rzucił ostatnie zaklęcie — Protego Totalum — nad stosem dokumentów, które zostawi Damonowi, a kiedy wyszedł z domu i zamknął za sobą drzwi, w jego oczach nie było już wahania. Tylko chłodny ogień. I cień skrzydeł Luminiego, które znał z pamięci.

Gwałtowny, marcowy deszcz z piorunami i wichurą, ale cichy, uporczywy, przypominający bardziej łzy niż wodę. Deszcz stukał cicho o szyby, jakby świat próbował ją ostrzec, że coś się kończy. Annabel siedziała na skraju szerokiego okna, otulona szalem o barwie popiołu, którego nie zdjęła od świtu. Czuła, że to jedyna rzecz, która chroniła ją dziś przed rozsypaniem się na drobne kawałki. W dłoni zaś ściskała złożony list — pergamin zmięty od czytania i składania na nowo. Każde zagięcie, każda zmarszczka na jego powierzchni nosiła ślad jej niepokoju, jej prób zrozumienia tego, co właśnie się wydarzyło. Charlie nigdy nie pisał długich listów. Uważał je za zbędne, mówił, że emocje lepiej brzmią wypowiedziane na głos. Ale tym razem — może dlatego, że nie potrafił tego powiedzieć twarzą w twarz — zostawił coś więcej niż tylko wiadomość. Zostawił ślad po sobie.

"Jeśli kiedykolwiek poczujesz wiatr z północy, taki z zapachem gór i ognia – to znaczy, że jesteśmy blisko. Ja i Zephyr. Nie przestanę walczyć. Ani za nią, ani za to, w co wierzymy. A jeśli coś się wydarzy… to wiesz, że dla sprawy, którą sam wybrałem."

Głos Charliego brzmiał w tych słowach wyraźnie — jakby siedział obok, jakby zaraz miał do niej przemówić, mimo, że była sama. Czytając list po raz któryś, Annabel palcami ukrytymi w fałdach szaty musnęła zawieszkę. Jeden szybki, czuły gest — jak dotknięcie serca. Drobiazg, który błyszczał u jej szyi — misterny naszyjnik z dwoma smokami splecionymi ogonami, jeden czarny, drugi zielony. Dar od niego. Symbol drogi, którą razem przebyli by ochronić Aseriela i Luminiego. 

~~

Charlie siedział pochylony nad stołem. Cienie późnego popołudnia tańczyły po ścianach, drżąc lekko od trzasku płomieni w kominku. Raporty rozłożone przed nim wyglądały jak strzępy czyjegoś okrutnego dziennika — urywki rzeczywistości, których nikt nie chciałby doświadczyć, a tym bardziej zapisać na pergaminie. 

Incydent przy eksperymencie z hybrydą typu „grzebieniasty ogień”… skrajna reakcja na zaklęcie „Petrificus Totalus”… skutki: częściowa utrata świadomości… samookaleczenia — przeczytał cicho, niemal bezgłośnie, jakby słowa miały mniejszą moc, jeśli wypowie je tylko do siebie.

Zadrżała mu ręka, gdy odczytał ostatnie słowo. „Samookaleczenia”. Zbyt dobrze wiedział, co się za tym kryło. Nie była to tylko sucha notatka — to był czyjś krzyk zamknięty w literach, echo bólu, którego nie dało się wymazać zaklęciem leczącym. Wiedział też, że Zephyr początkowo nie zareagowała złośliwie. To nie była agresja. To był strach, lub zaklęcie. Spojrzał na mapę rozciągniętą przed nim. Przypominała sieć nerwów – napięta, precyzyjna, żywa. Linia po linii — trasy patroli, punkty możliwego kontaktu z Lucą, zaznaczone schowki i zaklęcia maskujące. Każdy znak był jak nacięcie na jego sumieniu. W jednym rogu, ledwo widocznym, drobnym pismem dopisał dziś rano: „Cave Inimicum – wzmocnić wokół klatki Zephyr.” Nie po to, by ją więzić. Po to, by chronić ją przed światem, który nie rozumie. Wtedy przypomniał sobie słowa Annabel, wypowiedziane kiedyś niemal szeptem, gdy siedzieli razem przy ognisku, a Zephyr spała pośród głazów, drżąc w snach. — „Zephyr już ci ufa, ale wciąż boi się ludzi. Niech wie, że nie jesteś jak reszta.

Tamte słowa utkwiły w nim głęboko. Bo nie mówiły tylko o smoku. Mówiły też o nim. O chłopaku, który kiedyś wierzył, że smoki to dusze stworzone ze światła, nie broń, że człowiek może być czymś więcej niż żołnierzem, że świat da się ocalić, jeśli tylko ma się odwagę nie stać się jak inni. Jego dłoń mimowolnie spoczęła na sygnetcie. Z zewnątrz wyglądał jak zwykły pierścień, ale dla niego… był czymś znacznie więcej. Wtopiona w metal łuska smoka – jedyna, którą zrzucił Lumini w ostatnim locie – lśniła w słońcu jak odłamek dawnych dni. To właśnie Annabel, między jedną bitwą a drugą, w chwili nieoczekiwanego spokoju, własnoręcznie ukształtowała ten sygnet. Powiedziała wtedy, z tą charakterystyczną czułością w głosie, którą rezerwowała tylko dla niego: — „Niech będzie twoją pamięcią, gdy zgubisz swój cel.”

Dziś był jego amuletem. Cichym strażnikiem. Nosił go nie dla ozdoby, ale po to, by pamiętać,  że nie może się cofnąć. Zbyt wiele smoków ucierpiało, by teraz odwrócić wzrok. I że tam, gdzie płonie strach — może jeszcze tlić się światło.

~~

Brama rozwarła się z ciężkim jękiem, niczym ranny olbrzym budzący się ze snu. Echo zgrzytających zawiasów poniosło się po marmurowych ścianach niczym ostrze – i w jednej chwili w sali zapadła głęboka, niemal sakralna cisza. Annabel weszła powoli, jakby każdy krok musiała wykuć z własnej woli. Jej szata – granatowa, zdobiona błękitnym haftem przypominającym ogień jej smoka – rozbrzmiewała szeptem jedwabiu. Dźwięk był ledwie słyszalny, a jednak wyraźny w tej napiętej ciszy.

Rycerze, lordowie, członkowie rady starszych i przywódcy oddziałów – wszyscy wstali, jeden po drugim, tworząc mur spojrzeń. Nikt nie mówił. Nikt nie śmiał się poruszyć. Obserwowali ją w skupieniu, z uwagą graniczącą z lękiem, jakby to nie kobieta wchodziła do sali, lecz żywioł — lodowaty front emocji i obowiązku. Obserwowali, jak kroczyła przez salę niczym przez pole bitwy — dumna, wyprostowana, z podbródkiem uniesionym wysoko. Każdy jej gest, każdy ruch był opanowany do perfekcji, odcięty od tego, co czuła naprawdę. Jak maska, za którą ukrywało się pęknięcie. Oczy miała suche. Nie pozwoliła im zdradzić ani bólu, ani gniewu, ani tęsknoty. Zdobyła się na uśmiech, zaledwie zarysowany, spoczywał on na jej ustach jak cień. Polityczny gest — dość, by nie wydać się wrogo nastawioną, ale zbyt nikły, by ktokolwiek pomyślał, że cokolwiek w niej rozjaśnia ten dzień, a gdy zatrzymała się przed stopniami tronu, przez ułamek sekundy zawahała się. Tylko na chwilę. Nikt, kto jej nie znał, nie dostrzegłby nawet tego drobnego zatrzymania oddechu, lecz w tej jednej sekundzie pozwoliła sobie na gest — nieoczywisty, subtelny, lecz pełen znaczenia.

Spojrzała w górę.

Nie ku kaplanom. Nie ku zdobionemu baldachimowi nad tronem, ani ku zebranym. Jej spojrzenie prześlizgnęło się ponad kamiennymi łukami, ponad marmurem. Jakby chciała przebić wzrokiem strop i mury, sięgnąć dalej — hen, przez mgły, przez wiatr, przez góry. Ku miejscu, gdzie mógł być on. Aseriel.

~~

Charlie nie zatrzymywał się. Jego kroki odbijały się echem między kamiennymi ścieżkami rezerwatu, wilgotnymi od mgły i porannego deszczu. Mijał smocze wybiegi, klatki wzmocnione magią, stanowiska z smoczym pożywieniem i wieżyczki obserwacyjne, na których zmieniali się czarodzieje w odpornych na ogień szatach. Każdy szczegół tego miejsca był mu znany — znał zapach spalonego srebrnego pyłu, skrzypienie krat, nawet oddech smoków, które wyczuwały obecność człowieka, zanim ten wszedł na dziedziniec. Smokologowie zaś zanurzeni w rutynie dnia, podnosili głowy, kiedy mijał ich bez słowa. Niektórzy z podziwem – bo plotkowali o tym, co przeżył. Inni z zazdrością — bo zazdrościli czegoś, czego sami nie potrafili zrozumieć: więzi ze smokami. Nie siłę, nie odwagę — ale zrozumienie.

Charlie ich nie widział. Nie chciał. W jego głowie nie było miejsca na spojrzenia ani szepty. Liczyło się tylko jedno: dotrzeć do niej. Zephyr.

~~

Annabel usiadła, a stał przetopiona w formę oparcia była zimna jak ostrze miecza – twarda, bezlitosna i ciężka od znaczeń, których nie chciała nigdy dźwigać. Poddani widzieli w tym geście potwierdzenie siły. Ale nikt nie zauważył, jak jej dłoń zadrżała, gdy położyła ją na podłokietniku. Ledwie drgnienie, ukryte pod rękawem ceremonialnego płaszcza, zdradzające, że nawet ona nie jest z kamienia. Tymczasem kapłan wypowiadał słowa rytuału — pełne powagi, mocy, pradawnych obietnic. Jego głos niósł się echem przez salę, opadając niczym zasłona na serca zgromadzonych. Poddani klękali jeden po drugim, składając przysięgę, a jednak dla niej wszystko to rozmywało się jak odległy sen. Dźwięki stały się przytłumione, jakby docierały do niej spod tafli wody. Kolory wyblakły, ruchy wokół niej zwolniły. Czas zatrzymał się w tym zawieszeniu, gdzieś poza rzeczywistością, a w sercu uniosła tylko jedną, jedyną myśl, że jeśli kiedykolwiek Zephyr uniesie się w powietrze nad Rezerwatem i zaryczy... jeśli jej głos przebije niebo, rozedrga góry i odbije się echem od skalnych zboczy Rezerwatu to może ten ryk poniesie się aż do Islay.

A jeśli tak się stanie — jeśli usłyszy ten dźwięk, choćby przez sen, choćby w oddali, tak cichy, że aż będzie mogła go sobie wmówić, wtedy Annabel uśmiechnie się. Zrobi to chociażby przez łzy, choćby w samotności, ponieważ będzie wiedziała, że Charlie dotrzymał słowa, że przetrwał i nie zrezygnował. I że ktoś ciągle walczy o to, by nad ich krainą wciąż przelatywały wolne smoki.

~~

Zatrzymał się przed klatką — największą z wszystkich, usytuowaną na skraju Rezerwatu, gdzie ziemia przechodziła w urwisko i spadała prosto w ciemność doliny. Bariera ochronna drgała w powietrzu, jakby była z utkanej mgły i iskier. W środku, w cieniu na granicy światła, czaiła się smoczyca. Zephyr. Jej łuski — czarne z odcieniem zieleni — wydawały się płynąć na jej ciele jak żywy organizm, poruszając się przy każdym jej oddechu. Charlie zamarł na chwilę. Nie dlatego, że się bał — ale dlatego, że nagle wszystko, co niosło go tu aż do tej chwili, zdawało się zatrzymać. Jakby czas zawahał się razem z nim. Widział jej oczy. Były jak dwa rozżarzone klejnoty, które nie potrzebowały światła, by świecić. Poruszyła się niespokojnie, muskając pazurami kamień. Warknęła cicho, nie groźnie, lecz pytająco, a Charlie za jej przyzwoleniem zrobił krok do przodu i uklęknął. Nie jako czarodziej, nie jako opiekun. Jako człowiek, który poznał jej gniew, ale i jej smutek.

— Zephyr… jestem tu. I nie odejdę. — Mówiąc to, wyciągnął dłoń. Powoli. Bez presji, wtedy ona poruszyła się niezgrabnie. Zbliżyła się jak cień z ognia. Jej nozdrza musnęły jego palce — jednym, ledwie wyczuwalnym dotknięciem. Jakby dotykała wspomnienia. — Nie jesteś sama. I już nigdy nie będziesz.

W tle, gdzieś w oddali, błysnęła błyskawica. Nie była ona jednak zwiastunen burzy, a zwiastunem przebudzenia.

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

II.XIV


"To dziwne, ale kiedy człowiek się czegoś boi i oddałby wszystko, byle tylko spowolnić upływ czasu, czas ma okropny zwyczaj przyspieszania swego biegu."


Ogień buchał z jej gardła, rozświetlając noc niczym wschodzące słońce. Lśnił złoto-czerwono, żarzył się jak żywa pamięć o tym, kim była — obrońcą, stworzeniem prastarej mocy, gniewem i nadzieją zarazem. Lecz teraz płomień był słabszy, stłumiony. Skrzydła — zwykle silne i pewne — były ciężkie jak zbroja nasiąknięta krwią. Lot, który niegdyś był triumfem wolności, teraz był udręką. Każdy ruch w powietrzu wydawał się ponad siły. Aseriel, a raczej Annabel — bo w tym śnie granica między nimi nie istniała — czuła, jak coś jej umyka. Jakby została zamknięta w ciele, które nie chce jej już słuchać.

Poniżej płonęła Islay. Ogień trawił dachy, katapulty były porzucone, złamane, a rycerze padali jak liście pod naporem wichru. Synowie Nomadu sunęli przez ulice jak cień — bez twarzy, bez dusz. Ich zaklęcia miały barwę nocy: nie błyszczały jak magia ludzi, lecz chłonęły światło, wsysały je do siebie, gasząc płomień w jej piersi. Jeden po drugim uderzali. Przeszywające błyskawice, wirujące ostrza lodu, macki ciemności. Krąg zamykał się wokół niej.

Walczyła. Całym sobą, całym ogniem, jaki jeszcze w niej został. Uderzyła skrzydłami, zaryczała — a z jej pyska wydobył się ogień, który rozdarł ciemność. Ale zaledwie na chwilę. Płomień zaraz zgasł, jakby powietrze odmawiało współpracy. Jakby sama ziemia sprzysięgła się przeciwko niej. Wtem poczuła coś jeszcze gorszego od bólu: samotność. Zniknął Charlie. Nie widziała jego twarzy, ale czuła jego nieobecność, jakby ktoś wyrwał jej serce i pozostawił w zamian echo. Kiedy spojrzała w dół, ujrzała ciała rycerzy, dzieci tulone do martwych matek, a wśród nich... własne, ludzkie ciało. Leżało nieruchome, otwarte oczy wpatrywały się w pustkę.

Wtedy ogarnęło ją coś potężnego. Przerażające zaklęcie uniosło ją w powietrze jak nic nieznaczące piórko. Słyszała szepty. Tysiące głosów. Jeden z Synów Nomadu uniósł różdżkę i wypowiedział słowo, które rozszczepiło niebo, a czas stanął. Krzyczała. Nie jako smok, ale jako kobieta — przerażona, zrozpaczona. Wszystko się rozpadło. Czas, przestrzeń, pamięć.

Runęła w dół.

Ciemność.

I nagle…

Annabel zerwała się z posłania, gwałtownie chwytając powietrze. Jej ciało było lepkie od potu, jedwabna koszula przylepiała się do skóry, a serce biło tak, jakby chciało rozerwać jej klatkę piersiową. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Komnata była pogrążony w półmroku, świece dawno zgasły, a przez uchylone okno sączył się chłodny zapach nocy i soli znad morza.

Dotknęła drżącą dłonią gardła – jakby spodziewała się znaleźć tam smocze łuski. Zamiast tego poczuła własną skórę, gorącą i przesiąkniętą lękiem... Nie był to tylko sen. Był to cień. Proroctwo. Ostrzeżenie. Lub echo czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło.

~~~~~

Kiedy słońce wreszcie wychyliło się zza wzgórz Islay, Annabel była już ubrana. Sen wciąż tkwił w niej jak drzazga — drażnił myśli, osiadał w spojrzeniu, krążył pod skórą. Mimo to, pozornie spokojna, zeszła do kuchni, próbując zatuszować drżenie rąk starannie splecionymi palcami. Zatrzymała się w progu, biorąc głęboki oddech. Zapach świeżo wypiekanego chleba i gorącej zupy uderzył ją z zaskoczeniem — był zbyt... zwyczajny. Jakby nic się nie stało. Jakby poprzedni dzień nie przyniósł tylu zgliszcz, strat i krwi. Jakby nikt nie umierał.

Przy ogniu krzątały się dwie kucharki, a młody chłopak z dzbanem miodu stanął sztywno, gdy tylko ją dostrzegł. Jedna z kobiet skinęła jej lekko głową.

— Wasza Wysokość — powiedziała z pewnym zawahaniem. — Jesteście oczekiwana w sali wielkiej. Jego Królewska Mość... zorganizował śniadanie na waszą cześć.

— Na moją cześć? — powtórzyła chłodno, przymykając oczy zaledwie na ułamek sekundy.

— Tak, pani. Jesteście bohaterką bitwy — dodała kobieta z uśmiechem, nieświadoma napięcia, które wywołała tymi słowami. — Wasz smok... wybawił nas wszystkich.

Annabel wzięła głęboki oddech. Nie miała siły się tłumaczyć. Ani krzyczeć. Ani walczyć z tą narracją, która — mimo jej milczenia — rozrastała się wśród ludzi jak chwast. Prawda była inna. Prawda bolała. To przecież nie ona uratowała Islay. To Aseriel. Jej dawny podopieczny, który nie powinien się tu zjawiać. Smok, który zaryzykował wszystko, by ją ocalić. „A co, jeśli nie zdążyłby?” – pomyślała nagle. – „Co, jeśli by zginął? I tylko dlatego, że ja…”

Zacisnęła dłonie. Tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę.

— Dobrze — powiedziała wreszcie. — Nie każmy im czekać.

Jej głos był opanowany. Niemal spokojny. Ale kiedy ruszyła w stronę sali wielkiej, z każdym krokiem czuła coraz większy ciężar — nie sukni, nie obowiązku. Ciężar winy.

Dzień był zbyt jasny, by pasować do nastroju, który Annabel dźwigała na ramionach. Przez okna wpadało poranne słońce, oblewając stół główny złotem. Szła powoli, lecz dumnie. Każdy jej krok rozbrzmiewał wśród murów, jakby stąpała nie po podłodze, a po czyjejś próżnej nadziei. Na pierwszy rzut oka – scena pokoju i radości. Goście w jedwabiach, pachnących ziołami i lawendą, rozmawiający cicho, uprzejmie. Przy stole zasiedli najważniejsi: członkowie rady królewskiej, szlachta z innych wysp, panie dworu o wyuczonych uśmiechach i gwardziści z Orderu Szafirowej Gwiazdy.

W samym środku, nieco wyżej, tron Victora i dwa honorowe miejsca – dla Annabel i Charliego.

Ona jednak zjawiła się ostatnia. Miała na sobie ciemnoniebieską suknię z prostym haftem przy mankietach – nic z przepychu, który niektórzy uznaliby dziś za odpowiedni. Spięte włosy, twarz bez uśmiechu. Oczy zamyślone, jakby nadal widziały dym bitewny nad Islay. Wiedziała, że wszyscy ją obserwowali, choć nikt się nie odezwał. Usiadła obok Victora, po lewej. Charlie już tam był, spojrzał na nią uważnie, lecz nic nie powiedział. Wiedział, że lepiej teraz milczeć. Victor zaś skinął głową w geście przywitania. Jego twarz była szara. Niby uśmiechnięty, ale oczy miał matowe, a kąciki ust poruszały się niezależnie od reszty twarzy, jakby walczyły z bólem. Raz po raz przecierał kark dłonią, którą mimowolnie co chwilę ściskał. Od czasu do czasu jego spojrzenie stawało się nieobecne, rozmyte. Kiedy pochylał się nad jedzeniem, z jego rękawa wystawał kawałek bandaża – zbyt świeżego jak na „uratowanego”.

Annabel wzięła kromkę chleba, posmarowała ją beznamiętnie. Słuchała półsłów, drwiących przytyków i wyuczonych podziękowań. Miała nadzieję, że nikt jej nie zaczepi. Wierzyła, że może po prostu zjeść i wyjść, zanim duszność tej sceny ją zadusi. Charlie odchylił się lekko w jej stronę.

— Gdyby Aseriel wiedział, że cię wplątano w to dworskie widowisko, zawróciłby i zionął ogniem prosto w ten stół — rzekł zniżonym głosem.

— Gdyby wiedział, że tu jestem z przymusu... nie zostawiłby kamienia na kamieniu.  — Annabel ledwie widocznie poruszyła kącikiem ust.

— A jednak przybył.

— I to był jego największy błąd. — wypowiedziała te słowa, tak jakby zaklęła nimi przyszłość, a Charlie delikatnie ucałował wierzch jej dłoni.

Zamilkli. Przez chwilę byli tylko oni – dwoje ludzi, których ciężar nie dało się zmieścić na jednej poduszce ani w jednym kubku herbaty. Ich zmęczenie istniało jak echo wojny, której nikt jeszcze nie zdążył opłakać. Wtem odezwał się głos, który zawisł nad stołem jak chłód przed burzą.

— Wasza Miłość — zaczął Lord Høren z udawaną uprzejmością, odkładając łyżkę z przesadną dokładnością — tak mnie jedna myśl trapi... i nie daje spokoju. Czy aby na pewno zasługa chwały leży w obecności owego czarnego smoka? A może raczej... w jej wiedzy o jego powrocie? — Wskazał subtelnym gestem dłoni na Annabel. Zapadła cisza. Rozmowy ucichły, powieki opadły na oczy udające obojętność. — Bo oto pytam... czy ów stwór pojawił się z boskiej interwencji, czy może — jak to bywało w czasach mniej honorowych — został uprzednio wezwany? Może to Lady Annabel go wzywała? A jeśli tak... co jej obiecała w zamian?

Wskazana powoli odłożyła widelec, dźwięk metalu o porcelanę wybrzmiał niczym miecz uderzający o nagą ziemię. Charlie spojrzał oburzony na Hørena, lecz jeszcze nie wstał. Sir Euan zaś przerwał rozmowę z damą po swej prawej stronie i utkwił wzrok w posadzce. Kilku rycerzy napięło szczęki, ale nikt się nie odezwał. Nawet Król.

— Jeno tchórz, który nigdy nie stanął twarzą w twarz ze śmiercią, gotów jest posądzać o zdradę tego, kto ją widział z bliska — Annabel uniosła wzrok i spojrzała na Hørena. Mówiła cicho, lecz każde słowo niosło się przez komnatę jak echo w kryptach. Mężczyzna uśmiechnął się chłodno.

— Ach, i oto wraca ogień z bitewnego pola. Pytam jednakoż z troski. Wszak smok nie zjawił się dla nas — spojrzał na zebranych — lecz dla niej. Czyż to nie budzi... pytań?

— Nie — odrzekła stanowczo Annabel. — On nie przyszedł dla mnie. Przyszedł, bo był kiedyś małym stworzeniem, które głodowało i drżało. Ja byłam tą, która podała mu rękę. To wszystko. I nic z tego nie zdołasz splugawić.

— Mniemam, że naiwność nie wyszła z mody — odparł lord. — Ale może Jego Królewska Mość sam zechce nam rzec, jak postrzega te zdarzenia?

Wszystkie spojrzenia padły na Victora. Ten jednak siedział nieruchomo, oczy miał zasnute mgłą, a czoło zroszone potem. Poruszył ustami, jakby chciał coś rzec, lecz zamiast słów, wydał z siebie cichy, chrapliwy kaszel. Sięgnął po chustę i przycisnął ją do ust, a na materiale został ślad krwi. Annabel zamarła. Tylko ona to widziała. Jej spojrzenie nie zdążyło zniknąć, nim Victor schował chustę pod stół. Drżał lekko.

— Wasza Miłość...? — spytał Charlie.

Victor podniósł głowę z wysiłkiem, z trudem łapiąc oddech.

— To nic... rana tylko... boli. — Próbował się uśmiechnąć, lecz jego wargi były sine.

Annabel zerknęła na Charliego. Pomiędzy nimi przemknęło coś nieuchwytnego, jak porozumienie, które nie potrzebuje słów. Wstała, nawet nie wiedziała kiedy, a ręce złożyła na stole. Głos miała twardy jak skała z gór Hebrydów.

— Nie zniosę więcej tej rozmowy. Bóg świadkiem, że rzekłam prawdę. Jeśli za prawdę się mnie sądzi — niech sądzą mnie otwarcie, a nie przy chlebie i winie. —  Zwróciła się do Hørena, ostatni raz — Twój język, lordzie, smakuje jadem. Modlę się, byś nie padł ofiarą takiego, jaki dziś igra w twym słowie — zaraz po tych słowach skinęła krótko Królowi. — Z pozwoleniem.

I odeszła, a za nią pozostało jedynie echo jej słów. I milczenie, które wypełniło komnatę. Zamek wtedy tętnił pogłosem niedopowiedzianych słów, a cisza, która zapanowała po uczcie, była gęstsza niż najczarniejszy dym po bitwie. Annabel szła przez kamienny korytarz, z ramionami wciąż napiętymi, jakby niosła na nich cały ciężar Islay. Każdy krok był krokiem ucieczki — nie tyle od ludzi, co od tego, co w niej samej budziło się po słowach Lorda Horena. Zatrzymała się przy krużganku. Spojrzała przez gotycki łuk na wzburzone morze, które biło o skały jak serce o żebra. Chłodny wiatr rozwiał pojedynczy kosmyk jej włosów, ale nie przyniósł ulgi. Jej dłonie opadły na zimny kamień, a oddech był urywany, nierówny. Nie płakała — nie mogła sobie na to pozwolić, ale w głębi serca coś się kruszyło.

— Czy to już ten dzień — szepnęła do siebie — gdy muszę więcej milczeć, niż mówić?

— Jeśli tak, to ja przynajmniej przyniosę ciszę — odezwał się głos za nią.

Odwróciła się gwałtownie. Charlie stał kilkanaście kroków dalej, nie ruszał się, jakby bał się podejść zbyt blisko. W jego spojrzeniu nie było pytań, tylko gotowość — jak u kogoś, kto zna smak porażki, lecz nie przestaje stać na straży.

— Śledzisz mnie? — zapytała cicho, bez gniewu.

— Znam ten twój krok, Annabel. Kiedy odchodzisz w milczeniu, to nie dlatego, że nie masz nic do powiedzenia, lecz dlatego, że nie wiesz, czy warto.

— Nie chciałam tego słuchać. Nie dziś. Nie po wszystkim, co przeszliśmy. — Annabel oparła się plecami o filar. Cień przesunął się na jej twarzy.

— Høren nie wie, co mówi. A jeśli wie, to mówi to tylko po to, by cię złamać. By coś udowodnić.

— Wydaje mi się, że on wie więcej, niż powinien. — Annabel zacisnęła dłonie, a na jej paznokciach zostały ślady kamienia. — I mówi głośno, bo Victor milczy, a kiedy Król milczy, języki lordów stają się ostrzejsze niż miecze. 

— Victor nie milczy z wyboru — powiedział Charlie powoli. — Widziałem. On nie tylko cierpi od rany. On... powoli się rozpada. I nikt tego nie dostrzega, albo nie chce dostrzec.

Annabel zamknęła oczy. Oddech uciekł z niej, jak powietrze z rozdartego płótna.

— Widziałam krew na jego chustce. Nie próbował jej ukryć, a może nawet nie mógł tego zrobić.

— A może już nie ma siły udawać, że włada tym królestwem — rzekł Cahrlie. — Kiedy on upadnie, Høren będzie pierwszym, który będzie chciał położyć rękę na koronie Islay. Jego córka jest jedynie układem politycznym, niczym więcej. — Zaległa długa cisza. W oddali słychać było krakanie kruków i szum fal, jakby morze podsłuchiwało rozmowę i zapisywało ją w swojej pamięci. W końcu podszedł bliżej. — Wiatr z północy — odezwał się — zawsze pachnie jak w Rumunii.

Annabel nie odwróciła się od razu. Serce zabiło jej szybciej. Charlie stał opodal, jak cień, jak stały punkt w jej świecie, który chwiał się w posadach. Jego oczy były spokojne, choć w nich też tlił się cień dzisiejszego ranka.

— Tylko że tam ten wiatr nie walił o skały, lecz tańczył między grzbietami smoków — powiedziała cicho.

— Lumini uwielbiał czuć go w pysku — zaśmiał się krótko Charlie. — Zawsze powtarzałem, że wyglądał wtedy, jakby śmiał się razem z nim.

— A Aseriel zawsze wtedy przymykał ślepia, dokładnie tak jakby mu to przypominało wolność. 

Charlie podszedł bliżej. Delikatnie, z namysłem, jak ktoś, kto nie chce spłoszyć dzikiego stworzenia zranionego przez ludzi. Ich ramiona się zetknęły. Ciepło jego obecności przebiło się przez chłód kamienia.

— Brakuje mi Rezerwatu — szepnęła Annabel, patrząc na morze. — Za zapachem trawy, za popiołem z palenisk, za nocami, kiedy smoki śniły głośno i musiałam je uspokajać.

— Twój głos wtedy — dodał Charlie — był jedyną rzeczą, która potrafiła ukoić Aseriela.

— A Lumini zasypiał przy dźwięku twojej gitary. — Spojrzała na niego.

Ich spojrzenia skrzyżowały się i na chwilę wszystko — Islay, zamek, wojna, Victor — zniknęło. Zostało tylko to, co zbudowali razem pośród gór i nieba, tam, gdzie dym smoczych nozdrzy nie był znakiem zagrożenia, lecz życia. Charlie zbliżył się jeszcze o krok. Ich dłonie spotkały się niepewnie — znajome, a jednak ostrożne, jakby pragnęły upewnić się, że nadal mogą sobie ufać. Jego palce przesunęły się po jej nadgarstku, zatrzymując się tam, gdzie pod skórą pulsowało życie, wciąż niespokojne po porannej burzy emocji.

— Wiesz — odezwał się cicho, a jego głos niósł w sobie ciepło, lecz także zamyślenie — myślałem ostatnio o Zephyr.

Annabel uniosła brwi zaskoczona. Jej spojrzenie złagodniało, a oddech na moment zamarł w piersi.

— Myślisz, że jeszcze czeka?

— Ona nie zna innego stada poza nami — odparł z prostotą. — A kiedy odjeżdżaliśmy, patrzyła za tobą, jakby wiedziała, że wrócimy później, niż obiecywaliśmy, ale że wrócimy.

— Bo to miało być tylko na chwilę, prawda? — szepnęła. — Pomóc Christine, uwolnić Agathę, opowiedzieć o wizji, odnaleźć zdrajcę i zabezpieczyć wyspę. A teraz...

— Teraz widzę, jak toniesz — powiedział łagodnie, lecz bez cienia wahania. — Dzień po dniu, wśród ludzi, którzy nie znają cię tak, jak ja cię znam. I choć próbujesz to ukryć... to boli cię każde słowo, każda myśl, każdy poranek na tej wyspie.

Jej spojrzenie zmiękło jeszcze bardziej. Nie odsunęła dłoni. Pozwoliła sobie na tę jedną krótką chwilę — czystą, prawdziwą — w której nie była księżniczką, ani obrończynią wyspy, ani spadkobierczynią politycznych ciężarów. Była po prostu Annabel — tą samą, która kiedyś w rumuńskim rezerwacie smoków podawała wodę rannej Zephyr i śmiała się, gdy Aseriel turlał się po popiele.

— Może już czas wrócić — powiedział Charlie cicho, z prostą czułością. — Już na zawsze. By znów poczuć, czym naprawdę oddychamy. By przypomnieć Zephyr, że o niej nie zapomnieliśmy, że nigdy nawet nie mieliśmy takiego zamiaru.

Zamilkła. Patrzyła na niego, a potem przed siebie, jakby widziała Rezerwat nie w pamięci, lecz naprawdę — jego mgły, świergot magicznych ptaków, szeleszczące łuski i trzepot skrzydeł.

— Wciąż pamiętam, jak się pierwszy raz do niej zbliżyłam. Jakbym znała ją od zawsze, nigdy też nie chciałam jej zostawić. Ani Rezerwatu. Ani ciebie.

— I nie musisz — odparł cicho. — Islay to obowiązek, ale Rezerwat… Rezerwat to dom. Możemy już spokojnie do niego wrócić. Dla niej. Dla nas. Dla oddechu bez krwi w powietrzu.

Nie odpowiedziała. Przysunęła się bliżej i wtuliła twarz w jego pierś. Charlie objął ją ostrożnie, z tym samym spokojem, który zawsze nosił w sobie — takim, który nie wymagał słów, nie oczekiwał odpowiedzi. Był tylko obecnością. Ciszą, która koiła.

— Chciałabym zasnąć, słysząc szept skrzydeł, a nie krzyk ludzi — wyszeptała.

— To wracajmy, chociażby dzisiaj.

Wiatr, niosący w sobie zapach soli, krwi i popiołu, nagle wydał się mniej duszący. Bo w jego cieniu tliła się cicha obietnica — nie o ucieczce, lecz o powrocie do siebie. Do tego, kim byli naprawdę. Nie przez koronę. Nie przez magię, ale przez wybory, które podejmowali razem.


Kamień w sercu góry rozwarł się przed nimi. Miejsce to istniało jeszcze zanim pierwsza łódź Islay dotarła do brzegów. W wilgoci i cieniu, gdzie echo niosło każde słowo dalej, niż powinno, zasiedli przy owalnym stole ze spękanego obsydianu. Jednak nie było w nim blasku, lecz pulsowała w nim magiczna siła — podobnie jak w sercach tych, którzy wokół niego krążyli.

Islay nie upadła. — Głos był szorstki, jakby w nim zaschły popioły spalonych miast. Należał do Erisena, jednego z najstarszych Szyfrarzy Nomadu.

— Ale krwawi. — Dodał Mirok, młodszy, z blizną w kształcie księżyca nad brwią. — A tam, gdzie krew, tam i ból.

— Złamaliśmy ich broń. Wdarliśmy się do serca ich cytadeli. A jednak… — Głos Althei, jednej z niewielu córek Nomadu, był niemal szeptem, ale szeptem tak ostrym, że przecinał każdą myśl. — Smok przeszkodził.

Na to słowo cała sala zadrżała. Nie fizycznie, lecz w powietrzu zawisło coś dusznego.

— Czarny Hebrydzki. Aseriel. — splunął ktoś z końca sali. — Był pod opieką dziewczyny. Księżniczki.

Annabel. — dodał spokojnie Mirok. — Dziecko Islay, ale krew jej starsza niż wieki. 

— Zawiodła nas wieść, że opuściła Rezerwat. Zostaliśmy zmuszeni do ruchu wcześniej i nie zdążyliśmy. — rzucił Erisen. — Ale być może… to nie był błąd. Może to była próba.

Zapadła cisza, w której oddechy Nomadów zlały się z dymem kadzideł.

Czas na drugą falę. — Głos nowy, nieprzyzwyczajony do zgromadzenia. Należał do Czwartego Bezimiennego, młodego nowicjusza, który zaledwie niedawno zasłużył na miejsce przy stole. — Wykorzystajmy Flockhartów. Oni chcą zemsty. I mocy.

— Dadzą się użyć. Są pyszni. Głusi. Potrzebują tylko iskry i obietnicy. — Althea znów się odezwała, bawiąc się sztyletem z zakrzywionym ostrzem.

— Dajmy im jedno i drugie. Niech wierzą, że to ich triumf. — odparł Erisen. — A gdy spalą wyspę… wtedy wstąpimy, jako nowy porządek.

Runy na ścianach zapłonęły bladoniebieskim światłem.

— Czy Jores wytrzyma w Islayańskich lochach? — zapytał Mirok.

— Milczy. Lojalność przesłania mu rozsądek. — rzuciła Althea. — Ale każdy ma granice.

— I każdy może zostać złamany. — dodał cicho Erisen. — A jeśli nie… zrobimy z niego relikwię. Krew zdrajcy ma swą wartość. Zgasły światła. Ogień w centrum stołu zapadł się, jakby nie chcąc więcej słuchać, a gdy cienie rozeszły się, w powietrzu pozostał jedynie szept:

Wkrótce wszystko stanie się popiołem. A z popiołu wyrośnie świat odmieniony.


Dźwięk aportacji zgasł tak cicho, jakby noc wciągnęła oddech i nie chciała go już wypuścić. Za stajnią, w wąskiej uliczce, pachnącej sianem i rozlaną tynkturą pokrzywową, pojawiły się dwie postacie. Wilgoć na ich pelerynach parowała w chłodnym powietrzu. Annabel poprawiła kaptur, podczas gdy Charlie rozejrzał się czujnie dookoła. Nie było nikogo. Tak jak planowali. „Pod Czarnym Kotłem” — stara karczma na granicy dwóch światów — była miejscem, o którym nie mówiło się głośno. Zbyt magiczna dla mugoli, zbyt niemagiczna dla sztywnych czarodziejów ministerialnych. Ale dla takich jak oni — podróżujących między wyspami, rezerwatami i granicami prawdy — była schronieniem. 

Na piętrze, w zakurzonym kufrze, czekały na nich stroje smokologów: porządnie złożone płaszcze ze ognioodpornego płótna, notatniki terenowe o sztywnych, obszytych miedzią grzbietach, identyfikatory z rezerwatu rumuńskiego, a nawet metalowy sygnet Charliego z łuską Luminiego, oraz naszyjnik Annabel przedstawiający dwa smoki. Raz dwa zmienili ubrania — teraz wyglądali jak zwykli, nieco zmęczeni podróżnicy: lniane koszule, wysokie buty, ciepłe peleryny, a na twarzach cień niedospania. Ale ich oczy czujnie obserwowały wszystko. Zeszli w końcu na dół i usiedli w kącie sali, z dala od okien. Zamówili śniadanie – jajka na miękko, chleb żytni z masłem z posypką z korzenia wrzośca, i ciemną kawę parzoną w miedzianym czajniczku – i usiedli w kącie, niedaleko kominka. Nie zamierzali zwracać na siebie uwagi. Ale to, co usłyszeli, sprawiło, że każda cząstka ich ciał wyostrzyła się jak krawędź klingi, gdyż przy stole obok dwóch mężczyzn debatowało z ożywieniem – w głosach tlił się niepokój, a w oczach jeszcze świeciły się cienie bitewnego ognia.

— …na własne oczy widziałem! Przysięgam ci, Cauran. Smok. Wielki jak wiatrak z Brannoc, cały czarny jak noc bez księżyca. Spadł z nieba jak burza i wypalił połowę areny. Znikąd! Jakby sam świat przysłał go, żeby przegnać tych pieprzonych czarnoksiężników. — Głos brodatego Darena drżał nie tylko od ekscytacji, ale też z czegoś głębszego. Z lęku. — On wiedział, gdzie i kiedy. To nie był przypadek.

— Może. — Cauran napił się gorzkiej kawy i spojrzał ponuro w płomień. — Ale jeśli smok przyleciał po tę kobietę… to co jeśli wróci? Szlachta świętuje, a prości ludzie boją się teraz magii bardziej niż wcześniej. Gadają o końcu czasu. I o tym, że Islay jest przeklęte.

Charlie wyprostował się na krześle, ramiona miał napięte, Annabel zaś obserwowała mężczyzn przez zmrużone oczy. Jeszcze nic nie mówili — ale cała ich uwaga skupiona była właśnie na tej rozmowie.

— I słuchaj. — Daren ściszył głos. — Po wszystkim, jak tylko opadły zgliszcza, odwiedził mnie człowiek. Nie byle kto – Aldren Voss, królewski medyk. Ten, co leczył królową zanim zmarła. Spotkaliśmy się w piwniczce u Gilda, pod pretekstem zakupu czystych esencji. A on… on nie chciał esencji. Chciał ratunku.

— Myślisz, że chodzi o króla? — Cauran zmarszczył brwi.

— Pewnie że tak. Ponoć umiera, nie z powodu rany – ale przez coś, co trafiło do jego krwi. Trucizna, na którą nie zna antidotum. Mówił wprost, choć szeptem, że potrzebuje czegoś spoza wyspy, że to coś, co przenika ciało bardzo szybko, że żadne medykamenty tego nie są w stanie odwrócić. I że to musi być coś „z legend”. Coś, co nie istnieje już w katalogach uzdrowicieli.

— Z legend… — powtórzył zdumiony Cauran. 

— To nie zwykła trucizna. Jad. Taki, jakim Synowie Nomadu niegdyś nasączali broń, walcząc z bestiami na Islay. Sam Aldren powiedział mi jedno zdanie: Regele șerpilor. I powiem ci… po tym, jak spojrzał mi w oczy, wiedziałem, że król kona. I że nikt na wyspie mu nie pomoże.

Charlie zerknął na Annabel, a ta już miała w oczach ten błysk — pamięć książek, nieprzespanych nocy w bibliotece, wielu lekcji obrony przed czarną magią, oraz eliksirów. Jad Bazyliszka. Trucizna, która zatruwa ciało, a jedynym antidotum są łzy feniksa.  I nagle to złożyło się w całość: włócznie Synów Nomadu. Cichy, nieodwracalny jad.

— A jeśli umrze? Król, znaczy się — spytał Cauran, jeszcze ciszej, a Daren spojrzał w dno kubka.

— To koniec. Lady Christine zaginiona. Lud boi się o przyszłość. Władza przejdzie do starszyzny. A tę prowadzi…

— …Høren O’MacLeod — dokończyli niemal jednocześnie.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. A potem Daren dodał coś jeszcze, co zmieniło wszystko:

— I ponoć ten Høren… już szuka ludzi, którzy zajmą się smokiem. Tym czarnym. Słyszałem, że chce go odnaleźć, związać i… — Daren zniżył głos — …użyć. Mówią, że ma kontakty z łowcami smoków z zewnątrz, że widzi w bestii broń, nie cud.

— Po co mu broń? Bitwa się skończyła.

— Po to, by się już żadna bitwa nie zaczęła. Żeby straszyć, wymuszać, wymierzać sprawiedliwość — własną. Wiesz, że on ma wielkie ambicje i zna ich siłę. Chce udowodnić, że nawet smok może się pokłonić, że to on ujarzmił piekło.

Charlie poczuł, jak zadrżała jego dłoń na filiżance. Annabel przez dłuższą chwilę patrzyła tylko w ogień. Aseriel, który ocalił ich wszystkich – teraz miał stać się niewolnikiem. Ich przyjaciel. Ich towarzysz. Ich… odpowiedzialność. Drzwi karczmy z hukiem uderzyły o ścianę, gdy jego partnerka nagle wybiegła, niemal taranując po drodze dostawcę ryb. Powietrze na zewnątrz było gęste, przesycone wilgocią i zapachem mokrej ziemi. Deszcz nie padał już jak wcześniej — teraz to był lodowaty prysznic z nieba, drobne igły smagające skórę, jakby świat próbował ją zatrzymać siłą, ale nic nie mogło. Nic nie mogło powstrzymać serca, które właśnie się zapaliło. Biegła przez brukowaną ulicę, mijając latarnie, których światło załamywało się na kroplach deszczu niczym w bursztynie. W końcu zatrzymała się gwałtownie przy studni, oparła się o kamienny cembrowin, łapczywie wciągając powietrze.

Wewnątrz niej coś się szarpało. Nie myśl. Nie analizuj. Leć.

Aseriel...

Jego krzyk nie był dosłowny — nie niósł się po niebie, nie był zaklęciem. Ale Annabel go słyszała. Pod skórą. W szpiku kości. Jakby ich serca dzieliły jedno echo.

Nie zdążę... Merlinie, znowu nie zdążę...

Annabel!

Charlie pojawił się za nią, zmęczony, zdyszany, z oczami błyszczącymi od wściekłości i strachu. Krople deszczu ściekały po jego twarzy jak łzy, których nie chciał pokazać.

— Nie teraz, Charlie… — wydusiła. — Nie mogę tego teraz słuchać.

Nie możesz tego słuchać?! — zbliżył się o krok. — Nie możesz słuchać, że zaraz rzucisz się prosto w paszczę Hørena, bez żadnego planu?! 

Aseriel jest zagrożony. — syknęła. — On mnie wybrał. Przyleciał do mnie, Charlie. W tym całym pieprzonym świecie, w całej tej wojnie, mnie.

— Wiem. — Jego głos złagodniał. — Ale jeśli tam wrócisz teraz, możesz wszystko zaprzepaścić. Przecież sama mówiłaś, że Høren to intrygant, manipulator. Będzie miał pretekst, by cię zamknąć. Odciąć. Odebrać wszystko.

Nie obchodzi mnie to! — wybuchła. — Nie obchodzi mnie, co zrobią ze mną! Ale jeśli dotkną Aseriela... jeśli go zranią... — Zadrżała. Nie z zimna, z gniewu.

Charlie patrzył, jak jej oczy nabierają blasku. Nie zwykłego. Tego innego — głębszego. Błękitnego jak topniejący larimar. Jak łuski smoka w blasku księżyca.

— Annabel… — powiedział cicho. — Zmieniasz się.

Wiem.

Oczy miała szeroko otwarte, źrenice wydłużone. Oddychała nierówno. W jej gardle rezonował głuchy dźwięk — prawie ryk, ledwo powstrzymany przez ludzką stronę, która walczyła, by nie zniknąć całkowicie.

— To on mnie wzywa, Charlie — szepnęła. — Wiem, że to brzmi irracjonalnie. Wiem, że wszystko we mnie... się buntuje. Ale słyszę go. Każda część mnie... ona wyje ze złości. 

— A co jeśli to pułapka? — zapytał ostrożnie. — Co jeśli Høren wie, kim jesteś? 

Annabel zacisnęła pięści.

Może i wie. Ale ja wiem jedno: jeśli teraz nie zrobię nic, on straci wolność. A może i życie. Wtedy... — urwała, łykając ślinę. — Wtedy nie będę już sobą. Ani smokologiem, ani smokiem, ani nawet człowiekiem. Tylko... pustką.

— Wiem! — uniósł głos, z trudem panując nad sobą. — Wiem, Annabel, dlatego musimy to zrobić mądrze. Pójdziemy do Ministerstwa. Złożymy oficjalne zeznanie. Jeśli Lord Høren rzeczywiście planuje uwięzić smoka, złapią go w trybie natychmiastowym. Ale nie możesz lecieć tam teraz. Sama. W stanie, w jakim jesteś...

— A w jakim jestem?! — warknęła. I wtedy stało się coś dziwnego. Blask w jej źrenicach zadrżał. Jej dłonie drgnęły jakby od wewnętrznego ciepła, zbyt bliskiego ognia. — Powiedz to. No, powiedz. 

Cisza, nie odpowiedział jej. Słyszał tylko dźwięk deszczu. Nie ruszał się przez chwilę. Tylko patrzył. Widząc ją całą. Jej siłę. Jej rozpacz. Jej serce.

— Co zamierzasz?

— Wrócę na wyspę. —  Annabel uniosła głowę. —  Jako dziedziczka. Jako córka poprzedniej Królowej. Zwołam Radę Starszych. Mam do tego prawo, choć nigdy nie chciałam tego robić, ale dla Aseriela... zrobię wszystko. Jeśli trzeba, przejmę tymczasowo władzę. To da mi czas i ochroni jego wolność.

Charlie zamilkł.

— Przejmiesz władzę...?

— Nie na zawsze. Tylko dopóki nie rozwiążemy tej sprawy. Dla niego... dla nas... muszę. Inaczej on zginie. — uniosła głowę. Oczy miała już zwyczajne, jednak prawdziwe i lśniące. Wewnątrz niej odezwała się smoczyca. Drapieżna, pierwotna. — Ja spłonę, jeśli będzie trzeba. Wypalę drogę przez ten pałac, jeśli to da mu szansę. Ja go czuję, Charlie. On wzywa mnie. W środku. Pod skórą. W kościach. To nie jest logiczne. To jest… więź.

Charlie zrobił krok do tyłu. Nie dlatego, że się jej bał. Ale dlatego, że nagle zrozumiał — całym sobą — że nie powstrzyma jej już nic.

— Nie poznaję cię — powiedział cicho. — A jednocześnie... zawsze wiedziałem, że nadejdzie ten dzień. Kiedy pójdziesz tam, gdzie ja nie mogę za tobą podążyć.

— Nie mów tak. 

Ale to prawda. Ty jesteś ogniem, Annabel. Ja tylko próbuję cię zrozumieć, nie oparzyć się przy tym. — Uśmiechnął się smutno. — Więc... idź. Zrób to po swojemu. A ja... ja pójdę do Ministerstwa. I zrobię wszystko, by cię ochronić od strony prawa.

Milczeli. Serce Annabel waliło jak młot.

— Charlie... — wyszeptała. — Jeśli coś pójdzie nie tak... jeśli...

Nie mów nic więcej — przerwał jej. — Nie żegnaj się jak ktoś, kto nie wróci. Bo ja... ja nie mógłbym znieść, gdybyś naprawdę zniknęła.

Objęła go wtedy. Mocno. Ramiona wbiła mu w plecy, jakby chciała zapamiętać ich kształt, temperaturę, wszystko. Przez chwilę również patrzyli na siebie, jakby chcieli zapamiętać każdy szczegół — pieprzyk nad ustami, małą bliznę przy linii włosów, cień piegów na szyi.

— Kocham cię, Charlie. — szepnęła nagle. Cicho, ale bez wahania. — Tak bardzo, że boli.

Charlie przymknął oczy, jakby te słowa były zaklęciem, które otwiera drzwi, których sam nie śmiał tknąć.

— Kocham cię, Annabel, ale wróć do mnie w całości.

Objęli się mocno. Nie jak zakochani w chwili uniesienia, ale jak ludzie, którzy wiedzą, że wszystko się może skończyć. I że jeśli się skończy — to będą tego świadomi, z sercem otwartym na oścież. A potem puścili się bez słowa. Ona – w ciemność. On – ku Ministerstwie.