czwartek, 28 marca 2019

IV

– Wiesz ile razy dzien­nie kar­mić Ase­riela?
Anna­bel ner­wowo krzą­tała się po całym namio­cie, two­rząc w gło­wie listę rze­czy które powinna zabrać ze sobą. Ubra­nia również latały na wszyst­kie strony jakby dostały wścieklizny, zanim tra­fiły magicz­nie do kufra, który póź­niej sam się zamy­kał.
– Co cztery godziny, tak. – wes­tchnął ciężko. – Pytasz się mnie o to piąty raz dzisiaj.
Char­lie stał pośrodku namiotu niczym dąb i bacz­nie przy­glą­dał się poczy­na­niom swo­jej współ­pra­cow­niczki co rusz uni­ka­jąc lata­ją­cych na wszyst­kie strony rze­czy. Na usta mimo­wol­nie cisnął mu się sze­roki uśmiech i by­naj­mniej nie z tego powodu, że cie­szył się z jej kil­ku­dnio­wego wyjazdu do domu, a z tego, że po pro­stu bawiło go to jej okrą­ża­nie bez celu całego namiotu. Nawet nie wspo­mi­na­jąc o ilo­ści rze­czy, które Foutley posta­no­wiła zabrać ze sobą na tak krótki wyjazd.
– Czym?
– Mię­sem macza­nym w krwi kur­czaka. – poki­wał teatral­nie oczami, a chwilę póź­niej spoj­rzał z powro­tem na dziew­czynę, która tym razem musiała wspo­móc swo­jej walizce w upchnię­ciu potrzeb­nych jej ubrań. – Jesteś pewna, że potrze­bu­jesz ich tyle na sie­dem dni?
– Prze­zorny zawsze ubez­pie­czony. – odparła wymi­ja­jąco.
– A wła­śnie, skoro o tym mowa to powin­naś prze­jąć się tą wia­do­mo­ścią.
– Którą?
– Tą o tym piciu. To była defi­ni­tywna groźba.
Char­lie nie mógł już patrzeć na to, jak dziew­czyna bez­sku­tecz­nie pró­buje upchnąć nie­dbale uło­żone ubra­nia wewnątrz kufra. Nie czekając na odpowiedź pod­szedł bli­żej i chwy­cił w dło­nie jedną z jej szat, co od razu zwró­ciło uwagę Anna­bel.
– Co ty robisz?
– Ratuję ten biedny kufer. – odparł i w prze­ciągu kilku sekund podał jej ideal­nie uło­żoną w kratkę szatę, zacząwszy później ukła­dać pozo­stałe.
– Wow. – mruk­nęła dziew­czyna, patrząc z podzi­wem na dzieło Weasleya. – Mnie ni­gdy to nie wycho­dziło.
Przez chwilę zapa­no­wała cisza. Anna­bel spo­glą­dała raz to na Char­liego, a raz na komi­nek w któ­rym palił się ogień ogrze­wa­jąc cały namiot. Robiła to bar­dzo czę­sto, cho­ciaż nie wie­działa dla­czego. Wkła­dała ubra­nia ponow­nie do kufra i zasta­na­wiała się nad całą tą podróżą do domu.
Nie ukry­wała przed sobą faktu, iż bar­dzo bała się powrotu. Zasta­na­wiała się jak bar­dzo Islay zmie­niła się na prze­ło­mie tych kilku lat, już nie wspo­mi­na­jąc o swo­ich kuzy­nach. Jej głowę zaprzą­tało wiele myśli, głów­nie tych mrocz­nych, a czarne sce­na­riu­sze co rusz poja­wiały jej się w gło­wie.
– Ale poważ­nie Anna­bel. Po co ci tyle ubrań? – wes­tchnął ciężko. – Ładna sukienka. Od kiedy nosisz takie rze­czy?
– Nie mia­łeś cza­sem zaj­mo­wać się ukła­da­niem? – mruk­nęła groź­nie, na co ten tylko wzruszył ramionami.
Char­lie nie znał zwy­cza­jów panu­ją­cych na dwo­rze Islay, dla­tego nie rozu­miał dla­czego dziew­czy­nie są potrzebne te wszyst­kie ubra­nia. Repre­zen­to­wała ona bowiem rodzinę kró­lew­ską, dla­tego od dziecka wma­wiano jej, że musi ucho­dzić za wzór naj­wyż­szej ele­ga­cji. Uczono ją ety­kiety i zacho­wań god­nych jej pocho­dze­nia. A wszyst­kie te ubra­nia, które wpraw­dzie zostały kupione w ostat­nim momen­cie miały sta­no­wić kwin­te­sen­cję tych wszyst­kich nauk.
– A wła­śnie jeśli cze­goś nie będziesz wie­dział to poroz­ma­wiaj z Damo­nem Hut­che­nan­cem. Zna się na Hebrydz­kich lepiej niż ty czy ja.
– Ja bym mu nie ufał. Przecież za coś musieli go wyrzucić.
– A ja mu ufam, chyba nawet bar­dziej niż tobie.
Char­lie wyglą­dał jakby wła­śnie dostał policzka. Nie sądził, że usły­szy takie słowa z ust Foutley. Byłby bar­dziej skłonny uwie­rzyć w to, że udało mu się w jakiś spo­sób zmniej­szyć dystans mię­dzy nimi. Wiele na to wska­zy­wało, jed­nak za każ­dym razem gdy zda­wał się być tego pewien, zawsze zda­rzało się coś, co świad­czyło o czymś wręcz prze­ciw­nym. Nie rozu­mał tej dziw­nej zależ­no­ści, ale powoli zaczął się do niej przyzwyczajać.
– Wszystko będzie dobrze już nawet bez jego pomocy. – mruk­nął pod nosem, nie dając po sobie niczego poznać.
Anna­bel spoj­rzała na niego wymow­nie nie chcąc wie­rzyć w te słowa. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, że Hebrydz­kie są agre­syw­niej­sze od dłu­go­ro­gów, dla­tego tak skru­pu­lat­nie spraw­dzała Char­liego, czy dokład­nie zapa­mię­tał jej słowa. Nie chciała, aby stała mu się krzywda przez jego nadmierną pewność siebie.
– Tym razem to już na pewno musisz mi zaufać. Tak czy ina­czej, tylko ja jestem w sta­nie go nakar­mić. – odparł obrażony.
Spoj­rzała Char­liemu w oczy i dostrze­gła w nich coś na kształt iry­ta­cji. Nie wie­działa dla­czego, prze­cież nie powie­działa nic złego, a już na pewno nie chciała się tym teraz zamar­twiać. Wobec tego odwró­ciła wzrok i prze­nio­sła go na ścianę. Westch­nęła ciężko, naprawdę podzi­wiała jego wie­dzę oraz umie­jęt­no­ści i ni­gdy nie zdo­by­łaby się na to, aby ich podwa­żać. Mar­twiła się jedy­nie o Aseriela. Wie­działa, że będzie tęskił cho­ciaż nie miała ku temu żad­nych powo­dów. Przy­wią­zała się do niego i trak­to­wała go jak swoje młode, jak­kol­wiek by to nie zabrzmiało. Dla­tego wła­śnie tak ciężko było jej go zosta­wić pod opieką Weasleya, ale nie pozo­stało jej nic innego, jak tylko spra­wiać pozory, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku.
– Za nie­długo pojawi się Błędny Rycerz. Myślisz, że powin­nam jesz­cze odwie­dzić Ase­riela?
– Myślę, że będzie lepiej jeśli tego nie zro­bisz. Mógłby się cie­bie ucze­pić, chyba za tym nie przepadasz, a raczej nie chcesz go zabie­rać ze sobą.
– Skąd. – mruk­nęła nie­pew­nie. – Lepiej już idź. Nie­długo pora kar­mie­nia.
Chło­pak ski­nął głową i bez słowa pognał w stronę wyj­ścia. Anna­bel odpro­wa­dziła go wzro­kiem póki nie znik­nął za drzwiami. Opadła w ciszy na sofie, uświa­da­mia­jąc sobie jak trudna jest dla niej ta sytu­acja. To, czego chciała od dawna miało sie ziścić, jed­nak nie czuła z tego powodu żad­nego pod­eks­cy­to­wa­nia. Prze­sta­wiła się więc na docie­kli­wość, a kilka minut póź­niej u bram Rezer­watu poja­wił się Błędny Rycerz.
Podróż auto­bu­sem minęła bar­dzo szybko, a rejs stat­kiem na jej wyspę jesz­cze szyb­ciej. Anna­bel wzięła głę­boki wdech, aby ten ostatni raz wcią­gnąć w płuca to mor­skie powie­trze i cią­gnąc za sobą kufer ze swo­imi rze­czami wyszła na brzeg.
Pierw­szą rze­czą, którą zauwa­żyła było wylud­nie­nie. Port jak zawsze pamię­tała prze­peł­niony miesz­kań­cami i kup­cami oraz wyso­kim odset­kiem rodzin żyją­cych w dobro­by­cie kom­plet­nie opu­sto­szał. Wyglą­dał tak jak wów­czas gdy opusz­czała wyspę, ale zda­wał się kąpać w mroku, który już dawno zawisł nad jej głową budząc w niej spory niepokój.
Spoj­rzała na zegar, sta­no­wiący naj­wyż­szy szczyt w pobli­skim mia­steczku rybac­kim. Było grubo po dzie­sią­tej. Rejs naj­wy­raź­niej musiał się opóźnić o trzy godziny za sprawą słabych sztur­mów, które na­dal wisiały nad morzem daleko za hory­zon­tem.
Spoj­rzała dookoła, nie widziała nikogo, kto miałby na nią czekać. Nie spodobało jej się to, co prawda nie liczyła na żadne fajer­werki, czy też przy­ję­cie powi­talne, ale skoro dostała zapro­sze­nie od samego Króla powinna przynaj­mniej mieć jakąś eskortę, która ubez­pie­cza­łaby ją w dro­dze do zamku.
Ruszyła więc przed sie­bie samot­nie, aby zna­leźć miej­sce, gdzie mogłaby wynająć konia i udać się do domu. Zasta­na­wiała się, czy aby nie zabłądzi w tym mroku. Prawdą było to, że pamię­tała wszyst­kie ulice i połą­cze­nia pomię­dzy poszcze­gól­nymi mia­stami jak przez mgłę. W gło­wie usta­lała trasy, które jakimś cudem zapamię­tała naj­le­piej. Z tego co koja­rzyła, w por­cie nie byłoby nikogo kto mógłby posia­dać hodowlę koni. Musia­łaby wyjść wschod­nią bramą, przejść cały port wszerz liczący sobie kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów, a dopiero póź­niej znaleźć się w sąsied­nim mie­ście, gdzie na pewno dałaby radę kupić konia. Nie spodobała jej się ta per­spek­tywa, co prawda nikt nie byłby w sta­nie jej zacze­pić, a tym bardziej tknąć dowie­dziaw­szy się kim jest, ale nie chciała tego sprawdzać.
Wie­działa dokład­nie, że zasady, które pano­wały nie­gdyś, mogły się zmie­nić za sprawą wojny domo­wej, doty­ka­ją­cej w dużej mie­rze sto­licę Pań­stwa – Dres­den i sta­no­wić dla niej nie­małe zagro­że­nie. W rze­czy samej – miała do dys­po­zy­cji czary i tylko to prze­ko­nało ją do tego, aby gnać dalej przed sie­bie bez względu na ryzyko się z tym wiążące.
Szła pro­sto, mija­jąc garstkę podej­rza­nych osób, które spo­glą­dały na nią spod kap­turów. Pro­sto­wała wtedy plecy, budząc złudną pew­ność sie­bie, która jed­nak doda­wała jej otu­chy. W pew­nym sen­sie, cie­szyła się z tego, że jest ciemno. Przynaj­mniej nikt nie byłby w sta­nie roz­po­znać kim jest bez uprzed­niego zbli­że­nia się do niej. Mogłoby wywołać to nie­małą sen­sa­cję i ścią­gnąć na sie­bie osoby, chcące ją skrzyw­dzić, a jedyne czego w tym momencie pra­gnęła to spo­koj­nie dotrzeć do Dres­den.
Zbo­czyła jed­nak z trasy, przy­po­mi­na­jąc sobie, że w pobliżu powinna być tawerna ofe­ru­jąca pokoje do wyna­ję­cia, co wyda­wało jej się naj­lep­szym pomy­słem.
Pomy­liła się, gospoda w porów­na­niu do ulic portu – Ilow była prze­peł­niona gośćmi krę­cą­cymi się od kąta do kąta i moż­naby nawet pokusić się o stwier­dze­nie, że większość z nich była pijana. Wobec tego wol­nych pokoi już nie było, a Anna­bel była zmuszona opu­ścić gospodę. Nikt nie był w sta­nie jej roz­po­znać za sprawą kaptura, który zało­żyła na głowę, a kilku piaj­ków pró­bo­wało nawet się do niej zale­cić szu­ka­jąc roz­rywki na jedną noc. Zasz­czuta usia­dła na pobli­skiej ławce, pró­bu­jąc zasta­no­wić się nad innym roz­wią­za­niem. Oczy­wi­ście – mogłaby zażą­dać pokoju powo­łu­jąc się na swoje pocho­dze­nie i imię Króla, ale nie byłoby to naj­mą­drzej­szym posu­nię­ciem. Przy­po­mniała też sobie ten liścik z pogóżką, który z początku zigno­ro­wała, a dreszcz prze­szył jej plecy. Już nawet nie miała odwagi pić wody z tobołka w oba­wie, że mogłaby zna­leżć się tam jakaś tru­ci­zna. Pokrę­ciła jed­nak głową dając sobie znać, żeby nie popa­dać w żadną manię prze­śla­dow­czą z tego powodu.
W tym samym momen­cie usły­szała z daleka kroki, nie odwróciła się w tamtą stronę. Zanie­po­ko­jona obecną sytuacją zbli­żyła swoją rękę do pasa, gdzie znaj­do­wała się jej różdżka i zaci­snęła na niej palce. Kroki zda­wały się coraz wyraźniej­sze, a Anna­bel cze­kała na odpo­wiedni moment.
Odw­ró­ciła się w tamtą stronę, a serce pod­sko­czyło jej do gar­dła. Jed­nak zamiast napast­nika zauwa­żyła chu­dziutką sta­ruszkę trzy­ma­jącą w jed­nej dłoni jakiś koszyk przy­kryty chu­stą, a w dru­giej oświe­tloną lampę naf­tową.
Błąkasz się tutaj sama Panienko? To sza­le­nie nie­bez­pieczne.
– Odro­binę tak, ale już wszystko w porządku. – odparła cicho, jed­nak mimo wszystko na­dal trzy­mała różdżkę w pogo­to­wiu.
Sta­ruszka przy­bli­żyła lampę do swo­jej twa­rzy. Anna­bel dopiero teraz dostrze­gła jak bar­dzo zanie­dbana i kości­sta była jej budowa. Nos miała długi i zakoń­czony nie­mal ostrym szpi­kul­cem. Wysch­nięte usta zaci­skała w wąską linię. Włosy tłu­ste i cien­kie, zwi­nięte w nie­sta­bilny kok, a zmarszczki wska­zy­wały na to, że widziała w swoim życiu już za wiele. Jedy­nie oczy o bar­wie piw­nej zdawały się kipić mło­do­ścią, oczy zawsze pozo­sta­wały takie same, nie­za­leż­nie od wieku.
– Trzęsiesz się moje dziecko. Nie masz gdzie pójść? – Anna­bel już otwie­rała usta, aby odpo­wie­dzieć, ale kobieta kontynuowała. – Oczy­wi­ście, że nie.
Nie potrafiła wyjaśnić dla­czego, ale tro­skliwy ton sta­ruszki przy­pra­wiał ją o dresz­cze. Nie chciała przyznać sama przed sobą, że bała się tej star­szej pani mimo, iż ta wyda­wała się przy­jaź­nie do niej nasta­wiona.
– Pro­szę wyba­czyć, ale muszę już iść.
Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź wstała z ławki, popra­wiła kap­tur na gło­wie i strze­pała ubra­nia z nie­wi­dzial­nego kurzu. Wymi­nęła kobietę i skie­ro­wała swe kroki do jed­nej z lepiej oświe­tlo­nych alej. Jed­nak poczuła mocny ścisk na swoim ramie­niu. Odw­ró­ciła się nagle. Ta sama sta­ruszka, którą tak usilnie próbowała zgubić wbiła swój bystry wzrok z jej twarz.
Mózg Anna­bel krzy­czał, aby wziąć nogi w zapas, ale ciało odmó­wiło jej posłu­szeń­stwa. Czuła się w tym momen­cie jak mario­netka. Bała się, że jeśli kobieta w dal­szym ciągu będzie się jej przy­glą­dać, w końcu roz­po­zna w niej monar­chi­nię. Dlatego też wyrwała się z jej uścisku i pognała przed sie­bie, skryła się za jed­nym z drew­nianych dom­ków. Oparła plecy o ścianę i spoj­rzała na pięk­nie roz­gwież­dżone niebo, pró­bu­jąc wyre­gu­lo­wać oddech. Nie wierzyła w to, jak tak bar­dzo mogła wystraszyć się tej niziut­kiej kobiety. Poczuła ścisk w żołądku, była głodna i zmę­czona. Czuła się zanie­dbana i wysta­wiona, wła­śnie dla­tego opa­dła roz­ju­szona na zie­mię. Spoj­rzała na zie­mię i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że w akcie despe­rac­kiej ucieczki zapo­mniała zabrać ze sobą kufra. Zwy­zy­wała się jesz­cze w myślach i wyglą­da­jąc zza ściany, prze­nio­sła wzrok na ławkę, jed­nak sta­ruszki już tam nie było, a kufer został nie­na­ru­szony na swoim miej­scu.
Pode­szła do niego i chwy­ciła drew­niany uchwyt w ręce. Ponow­nie wes­tchnęła i spu­ściła ramiona. Czuła się obca w Pań­stwie, w któ­rym się wychowała i tak napra­wadę, gdyby tylko mogła, ucie­kłaby z powro­tem do Rumuni.
Wtem usły­szała cichy brzdęk, spoj­rzała za sie­bie i wyba­łu­szyła oczy. Zau­wa­żyła bowiem męż­czy­znę w pobły­sku­ją­cej zbroi z nama­lo­wa­nym her­bem kró­lew­skim. Musiał być to jeden z ryce­rzy kró­lew­skich. Poczuła wtedy nie­opi­saną ulgę, teraz już nic nie mogło jej zabronić.
Męż­czy­zna nie odezwał się sło­wem, uniósł dło­nie i ścią­gnął z głowy ciężki hełm, odsła­nia­jąc najpierw swoje średniej długości jasne włosy, a póź­niej całą twarz.
Ku zdu­mie­niu Anna­bel, jednym z straż­ni­ków kró­lew­skich okazał się mło­dy chło­pak, mógł być naj­wy­żej w jej wieku. Wzbu­dziło to w niej pewne podej­rze­nia, w końcu z tego, co pamię­tała na straż­ni­ków zamku w Dres­den można było awan­so­wać po co naj­niej pięt­na­stu latach nie­ska­zi­tel­nej służby w woj­sku, wobec tego na dwo­rze słu­żyli tylko prężni męż­czyźni w wieku co naj­mniej trzy­dziestu pię­ciu lat.
– Witaj Pani.
– Witaj Ryce­rzu. – odparła podejrz­li­wie i ze zdzwi­e­niem stwier­dziła, że jego głos lekko drży.
Wycią­gnęła dłoń, a on uklęk­nąw­szy uprzed­nio, uca­ło­wał deli­kat­nie opuszki jej pal­ców. Dawne podej­rze­nia znik­nęły, etos rycerki panujący na dworze Islay, mówił o tym, żeby witać się z damą, całując właśnie jej opuszki palców, a nie wierzch dłoni. Właśnie dzięki tej sytu­acji upewniła się, że nie jest to nikt chcący jej zaszko­dzić,  ponieważ dosko­nale orien­to­wał się w ety­kie­cie rycer­skiej obowiązującej w zamku.
– Podró­żu­jesz sama o tak późnej porze?
– Szu­kam schro­nie­nia, sir. Nie­stety gospoda pęka w szwach.
– A skąd pocho­dzisz?
Nie cze­ka­jąc dłu­żej, odsło­niła swoją twarz, a jej brą­zowe włosy opa­dły mięk­kimi puklami na ramiona. Miała nadzieję, że dzięki temu obejdzie się bez zbęd­nych tłu­ma­czeń, była słaba, zmar­z­nięta i marzyła jedy­nie o tym, aby wsko­czyć w bar­łóg i zniknąć w bło­giej kra­inie snu.
Przez chwilę mężczyzna przy­glą­dał jej się wni­kli­wie, ana­li­zu­jąc każdy mili­metr jej twa­rzy. Anna­bel spo­glą­dała na niego swoimi ciem­nymi błysz­czą­cymi oczami, a w jej gło­wie skłębiła się myśl, że ten aku­rat rycerz mógłby być po prostu za młody, aby móc roz­po­znać w niej kró­lew­skie pocho­dze­nie.
Odcze­kała jesz­cze chwilę, która dla niej trwała wieki, aż w końcu opadł gwał­tow­nie na zie­mię i z jesz­cze większym ukło­nem rozpłaszczył się przed nią cał­ko­wi­cie.
– Księż­niczka Anna­bel. Wasza Wyso­kość, bła­gam o wyba­cze­nie mojego wcze­śniej­szego nie­sto­sow­nego zacho­wa­nia. – skom­lał pod nosem.
– Wstań Ryce­rzu. Jak cię zwą?
Usłu­chał jej pole­ce­nia. Natych­mias wypro­sto­wał się w pośpie­chu, odwracając wzrok.
– Sir Euan Coward, Pani.
Wydawał się wystra­szony, co bar­dzo nie pasowało Anna­bel. Pod­władni prze­cież zawsze uwiel­biali Króla i jego rodzinę, przyrzekli im służbę ze względu na miłość i szacunek, a nie na strach.
– Spójrz mi w oczy. Nie musisz się obawiać.
Męż­czy­zna zawa­hał się na chwilę, ale nie­pew­nie usłuchał roz­kazu. Jego oczy zatrzy­mały się na jej łagod­nym spoj­rze­niu. Były prze­peł­nione nie­pew­no­ścią, a ich kolor przy­wo­dził Anna­bel na myśl barwę nieba.
– Czy to ty zosta­łeś wysłany po to, aby ode­skor­to­wać mnie do zamku?
– Nie Pani, dosta­li­śmy infor­ma­cje, że sta­tek dopły­nie do brzegu dopiero z samego rana ze względu na warunki pogo­dowe panu­jące na morzu. Eskorta miała pojawić się wła­śnie wtedy.
Anna­bel zmarsz­czyła brwi, a rycerz jak dotąd spo­koj­niej­szy, pokor­nie spoj­rzał na podłogę. Zapewne miał za zadanie patrolować ulice i dbać o spokój mieszkańców. Jednak nie ulegało wątpliwościom to, że infor­ma­cje te oka­zały nie­praw­dziwe. Statek przypłynął wcześniej, a nikt nie raczył spraw­dzić czy coś nie uległo zmia­nie. Nie­kom­pe­ten­cja Króla aż raziła Anna­bel w oczy, dla­tego posta­no­wiła, że gdy tylko go ujrzy poroz­ma­wia sobie z nim na poważ­nie nie tylko na ten temat.
– W takim razie sam zabie­rzesz mnie do Dres­den.
Anna­bel obudziła się z kosz­mar­nym bólem głowy porów­ny­wal­nym do ude­rza­nia w nią meta­lowym młot­kiem. Wraz z sir Euanem przybyli do zamku wcze­snym ran­kiem, a dotarłszy na miejsce usnęła nie­malże od razu bez żad­nego posiłku. Wyw­le­kła się z łóżka i usia­dła na jego skraju, jej kom­nata wyda­wała się pusta, mimo iż było tutaj wszystko czego mogła potrze­bo­wać. Szare ściany były przyoz­do­bione malo­wi­dłami i wszel­kimi futrami, które mimo wszystko nie ukrywały ich suro­wych struk­tur. Kamienna posadzka z wiel­kim, mięk­kim dywa­nem posta­wio­nym po środku dosko­nale wpa­so­wym w kli­mat całego zamku miał uosabiać bogactwo domowników. Ogromne łoże z baldachimem, na którym sie­działa, zostało przy­kryte naj­lep­szej jako­ści jedwa­biami o odcie­niu krwi, spro­wa­dzonymi spe­cjal­nie zza gra­nicy. W rogu znalazła się pokaź­nych roz­mia­rów ciemno-brą­zowa szafa w eks­klu­zyw­nymi suk­niami, a naprze­ciw niej stała toa­letka z róż­nego rodzaju przedmio­tami olej­kami do pie­lę­gna­cji wło­sów, oraz spe­cjal­nie wytwa­rza­nymi kosme­ty­kami. W cen­tral­nym pun­cie kom­naty stał mały ok­rą­gły, bogato zdo­biony stół z dwoma krze­słami po jego bokach. Ogrom luk­susu przytłoczył ją do cna. Jako mała dziew­czynka czę­sto wyobra­żała sobie życie damy dworu i bar­dzo chciała w nim uczest­ni­czyć. Prze­pych ni­gdy jej nie prze­szka­dzał, a wręcz prze­ciw­nie – był wyma­gany, a gdy wyje­chała do Hogwartu i dowiedziała się, że będzie prze­by­wała w małym dormitorium z czwórką innych cza­row­nic, sta­now­czo sprze­ci­wiła się temu, jed­nak nie miała nic do powie­dze­nia w obcym świe­cie.
Teraz było zupeł­nie ina­czej. Przy­wy­kła już do małych pomiesz­czeń i zacza­ro­wa­nych namio­tów w Rumu­nii, dla­tego czuła się obco w tej kom­na­cie.
Po pokoju roz­le­gło się puka­nie do drzwi. Zdzi­wiła się, że ktoś zechciał odwie­dzić ją o tak wcze­snej porze. Podejrzewając, że mógłby być to Król, lub Chri­stine zerwała się na równe nogi i otwo­rzyła je.
Okazało się, że nie był to żaden z kuzy­nów, tylko słu­żąca nio­sąca w rękach tacę z chle­bem, masłem i trzema rodzajami wędlin. Podzię­ko­wała uprzej­mie służce i czu­jąc ten nie­sa­mo­wity świeżo zbi­tego mięsa poki­wała ręką, aby odpra­wić tęgą kobietę.
– Król prosił, aby po posiłku odwiedziła go Pani w jego kom­na­tach. – odparła na odchodne i uprzed­nio kła­niając się nisko ode­szła w głąb kory­tarza.
Anna­bel nie przykuła zbyt wielkiej uwagi do słów służki, chciała jak naj­szyb­ciej coś zjeść. Usia­dła przy sto­liku i z ape­ty­tem god­nym jej smo­czego wcie­le­nia zaczęła pożerać śnia­da­nie tak łap­czy­wie, jak gdyby nie jadła od co naj­mniej kilku dni, przy oka­zji myśląc, jak Ase­riel zare­ago­wał na jej nie­obec­ność.
Gdy tylko napeł­niła żołą­dek, dopro­wa­dziła się do porządku, odpra­wia­jąc przy tym tą samą służkę, która chciała jej w tym pomóc. Spięła włosy w fiku­śną fry­zurę (któ­rej ni­gdy nie lubiła), zro­biła lekki maki­jaż, kry­jący szpe­cące man­ka­menty jej cery, która prze­cież ucier­piała przez zmienny kli­mat Rumu­nii. Wci­sła się w gor­set, cho­ciaż ni­gdy go nie potrze­bo­wała i zało­żyła na sie­bie jedną z sukni, wybrała tą naj­mniej rzu­ca­jącą się w oczy. Wypro­sto­wała się, wyci­snęła pierś do przodu, aby nabrać ide­al­nej postawy i miękko koły­sząc bio­drami, udała się na kory­tarz, gdzie czekał już na nią sir Euan.
– Znowu się spo­ty­kamy sir. – odparła dostrze­ga­jąc go obok drzwi. – Pil­nu­jesz moich kom­nat?
– Nie kom­nat pil­nuję, lecz cie­bie księż­niczko.
Anna­bel wyczuła w jego gło­sie większą pew­ność, niżeli tą którą miała oka­zję doświadczyć poprzed­niego wieczora. Nie sądziła, iż sto­su­nek do innej osoby może się tak szybko zmienić. Niem­niej nie prze­szka­dzało jej to, przy­naj­mniej miała pewność, iż nie strzeże jej żaden tchórz, tylko osoba silna i oddana swojej pracy.
– Droga wydaje się długa, Ryce­rzu. Może mógłbyś opo­wie­dzieć mi o zmia­nach, jakie zaszły na wyspie pod moją nie­obec­ność?
– Racz wybaczyć księż­niczko, oczy­wi­ście mógł­bym, ale o spra­wach dworu na pewno dowiesz się o wiele wię­cej od Jego Miło­ści.
– Słuszna uwaga sir. W takim razie żywię nadzieję, że opo­wiesz mi wię­cej o sobie i swoich doko­na­niach.
Zamek wyda­wał się jej więk­szy, niż pamię­tała. Nie wie­działa, czy było to sprawą rosną­cej potęgi rodu Isbel­lów, czy po pro­stu prze­świadz­cze­nie, że kie­dyś była mniejsza. W każ­dym razie nie prze­szka­dzało jej to mijanie kolej­nych kory­ta­rzy, ryce­rzy, monar­chów i innych parob­ków słu­żą­cych na zamku. Wielu z nich obse­rwo­wało ją uważ­nie, szep­cząc coś mię­dzy sobą, a tylko nie­wielka część uśmie­chała się na jej widok. Anna­bel za wszelką cenę pró­bo­wała trzymać gardę i dum­nie kro­czyć przed sie­bie, cho­ciaż wścib­skie spoj­rze­nia nie­któ­rych wytrą­cały ją rów­no­wagi. Na całe szczęście szła obok sir Euana i z zacie­ka­wie­niem słu­chała jego opo­wie­ści. Nie przeżył on zbyt wielu cie­ka­wych przy­gód, jed­nak zafa­scy­no­wała ją jedna z nich. Opo­wia­dał o sytuacji, kiedy to spo­tkał „dziwną istotę zło­żoną z innych zwie­rząt”, wal­czył z nią, ale prze­wyż­szała go siłą. Ledwo uszedł z życiem, ale udało mu się uciec. Według jego rela­cji miała ona głowę lwa, tułów kozy i ogon przy­po­mi­na­jący ten od smoka. Anna­bel dosko­nale wie­działa, że mogło chodzić o chi­merę, stwo­rze­nie rodem z magicz­nego świata cza­ro­dzie­jów. Jed­nak nie mieściło się jej w gło­wie to, że któ­rekolwiek z nich mogło zostać zauwa­żone przez mugola. To prze­czyło wszyst­kiemu, czego uczyła się w Hogwar­cie i mogło sta­no­wić ogromne zagro­że­nie dla całego świata magii.
Podzi­wiała jed­nak mężczyznę za to, że udało mu się przetrwać. Chi­mera to sza­le­nie nie­bez­pieczna istota, stanowiąca problem nawet dla doświadczonego cza­ro­dzieja. Nie­po­ko­iło ją to, że po raz kolejny dowiedziała się o rze­czy, która bez­sprzecz­nie świad­czyła o tym, że na Islay dzieją się bar­dzo złe rze­czy. Z drugiej zaś strony zaczęła odyskiwać wiarę w to, że nie wszystkie zwierzęta uciekły z wyspy i chociaż garstka z nich zdołała się uchować, desperacko broniąc własnych terenów.
Dotarli końcu na miej­sce. Rycerz wska­zał dło­nią drzwi, za któ­rymi znaj­do­wała się kom­nata króla, po czym ukłonił się raz jesz­cze i odszedł na bok.
Anna­bel unio­sła dłoń, aby zapu­kać, jed­nak z nie­wia­do­mych przy­czyn zasty­gła w bez­ru­chu. Zasta­no­wiła się przez chwilę, nie usta­liła kon­kret­nego planu roz­mowy z nim. Oba­wiała się, że spo­tka­nie po tylu latach mogłoby wpro­wa­dzić mię­dzy nich napiętą atmos­ferę. Wcze­śniej nie myślała nad takim scenariuszem. Po pro­stu chciała wejść, zoba­czyć go, wypy­tać i w razie potrzeby podnieść na duchu, ale teraz – kiedy drzwi dzielą ich od sie­bie, ogar­nął ją nie­spo­dzie­wany nie­po­kój i lęk.
Spoj­rzała jesz­cze za sie­bie i zauwa­żyła sir Euana, który w ciszy przy­pa­try­wał się jej poczy­na­niom. Uzmy­sło­wiła sobie wtedy, że zachowujęje się bła­zeń­sko, tak bar­dzo bojąc sią wizyty z kimś, kogo znała od nie­mow­lęc­twa, mimo iż teraz był on naj­waż­niej­szą osobą w Pań­stwie. Wezbrała się w sobie, a jej palce otarły się o drzwi. Od razu usły­szała dono­śne woła­nie zapraszające ją do środka.

środa, 6 marca 2019

III

Po raz kolejny została wezwana do gabinetu Mateia. Miała wrażenie, że ostatnio bywała tam częściej, niż powinna. Nie wiedziała, czego może od niej chcieć, choć miała pewne podejrzenia, czego będzie dotyczyć ta rozmowa. Przeszła przez plac, mijając innych pracowników rezerwatu, którzy spoglądali na nią ukradkiem. Annabel doskonale znała to uczucie i szczerze go nie znosiła. Odkąd po rezerwacie rozeszła się wieść, że powierzono jej opiekę nad Czarnym Hebrydzkim, coraz częściej słyszała rzucane za plecami oskarżenia i uszczypliwe komentarze. Oczywiście nikt nie miał odwagi powiedzieć jej tego prosto w oczy. Choć należała do najmłodszych smokologów, budziła trudny do wyjaśnienia respekt. Mało kto czuł się swobodnie w jej obecności. Otaczała ją jakaś niewidzialna, tajemnicza aura, której nikt nie potrafił nazwać.
Annabel czasami zastanawiała się, czy nie wynikało to z jej pochodzenia. Z królewskiego wychowania, które odcisnęło na niej piętno i którego nie potrafiła całkowicie ukryć. Nie miało to nic wspólnego z pychą. Po prostu dorastała w kraju, gdzie wierzono, że pochodzenie widać nie tylko w słowach i zachowaniu, ale nawet w spojrzeniu. Zaraz jednak odrzuciła tę myśl. Przecież nikt w Rumunii nie znał jej prawdziwej tożsamości.
Dotarła pod gabinet i zapukała. Niemal natychmiast usłyszała zaproszenie do środka.
– Chciał mnie pan widzieć?
Matei uśmiechnął się jedynie i wskazał krzesło stojące naprzeciw biurka. Posłusznie zajęła miejsce, odruchowo rozglądając się po pomieszczeniu, jakby spodziewała się dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyła.
– Doszły mnie słuchy, panno Foutley, że ostatniej nocy ktoś wtargnął na teren rezerwatu. Może coś pani o tym wiadomo?
Annabel powoli pokręciła głową.
Milczała.
Nie chciała niepotrzebnie wywoływać alarmu. Była przekonana, że była to jednorazowa wizyta, która nie pociągnie za sobą żadnych poważniejszych konsekwencji. W końcu chodziło wyłącznie o nią, a nie o smoki pozostające pod opieką rezerwatu.
– Obawiam się, że nie będę mogła pomóc.
– Mamy świadków, którzy widzieli jakiegoś człowieka w pobliżu pani namiotu. Nadal utrzymuje pani, że nic pani o tym nie wiadomo?
– Oczywiście, panie Matei. Położyłam się spać wcześniej. Nawet jeśli ktoś rzeczywiście kręcił się w pobliżu mojego namiotu, mogłam zwyczajnie tego nie zauważyć.
Annabel opanowała sztukę kłamstwa niemal do perfekcji. Siedziała wyprostowana i patrzyła przełożonemu prosto w oczy z kamiennym spokojem. Matei uważnie obserwował każdy szczegół jej twarzy, jakby próbował dostrzec choćby najmniejszy ślad niepewności. Bezskutecznie.
– To wszystko, panno Foutley. Może pani wracać do swoich obowiązków.
W jego głosie usłyszała nie tyle rozczarowanie, ile wyraźną podejrzliwość. Postanowiła jednak się tym nie przejmować. Wiedziała, że i tak nie przekona go o swojej niewinności. Zawsze był przesadnie ostrożny, a właśnie ta cecha czyniła z niego doskonałego przełożonego. Nie posiadał jednak żadnych dowodów, że skłamała, więc nie mógł posunąć się dalej.
Skinęła głową i ruszyła w stronę wyjścia. Nagle przypomniała sobie o sprawie, która od kilku dni nie dawała jej spokoju. Skoro znalazła się z Mateiem sam na sam, postanowiła wykorzystać tę okazję.
– Panie Matei... mogłabym zadać jeszcze jedno pytanie?
– Jeśli musisz. – mruknął bez większego entuzjazmu.
– Czy wiadomo już coś więcej o tych młodych smokach znalezionych w lesie? Dlaczego właściwie się tam znalazły?
Mężczyzna poruszył się niespokojnie na krześle i przez chwilę wpatrywał się w blat biurka.
– Powiadomiłem Ministerstwo o całej sprawie. W odpowiedzi otrzymałem jedynie informację, że na terenie Rumunii działa nielegalna grupa przestępcza zajmująca się handlem smoczymi jajami.
– Smoczymi jajami? – powtórzyła z niedowierzaniem.
Nie odpowiedział od razu. Otworzył jedną z szuflad biurka, wyjął zwinięty pergamin i gestem przywołał ją bliżej. Rozłożył przed nią niewielką mapę Rumunii, na której zaznaczono kilka punktów rozsianych po całym kraju.
– Ta grupa liczy około trzydziestu czarodziejów. Przemieszczają się po całej Rumunii, wyszukując jamy i legowiska smoków, z których wykradają jaja. – Przesunął palcem po zaznaczonych miejscach. – Ministerstwo wysłało za nimi aurorów. Z ich raportów wynika, że działają według ściśle określonego planu. Zakradają się do legowisk i, jeśli zachodzi taka potrzeba, używają zaklęć obezwładniających przeciw samcom i samicom próbującym bronić swoich młodych.
– Chce pan powiedzieć, że te dwa smoki wykluły się z jaj przeznaczonych na sprzedaż?
– Nie ja. Ministerstwo. A z Ministerstwem lepiej się nie spierać.
Annabel wiedziała, że sproszkowane skorupy smoczych jaj znajdowały coraz więcej zastosowań w alchemii i medycynie, ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nie o to chodziło. Równie dobrze mogli handlować żywymi smokami. Tylko dlaczego w takim razie porzucili Luminiego i Aseriela?
– A jaka jest pańska wersja wydarzeń?
– Sądzę, że cała sprawa rzeczywiście ma związek z tym gangiem, ale nie wierzę, że to oni zostawili młode w lesie.
– A te zaznaczone miejsca... to miejsca, w których ich widziano?
– Przynajmniej te, o których wie Ministerstwo. Mogą być wszędzie. Dlatego chyba rozumie pani, że bezpieczeństwo rezerwatu jest teraz naszym najwyższym priorytetem.
Matei spojrzał na nią znacząco. Doskonale wiedziała, do czego nawiązuje. Nie zamierzała jednak zmieniać swojego stanowiska. Wręcz przeciwnie. Świadomość, że pozornie niewielka sprawa urosła do rangi problemu ogólnokrajowego, tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że nie wolno jej odwracać wzroku.
Zmarszczyła czoło. Sama myśl o handlu smokami budziła w niej gniew.
Smoki nie były towarem.
Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że niewiele mogła zrobić. Jej umiejętności nie były stworzone do ścigania przestępców. Co więcej, zbyt aktywne działanie mogłoby zwrócić na nią niepotrzebną uwagę i narazić ją na niebezpieczeństwo.
– Oczywiście, szefie. – Skinęła głową.
Wyszła z gabinetu z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Miała już wystarczająco wiele własnych problemów, a mimo to nie potrafiła przestać myśleć o innych smoczych pisklętach, które mogły wykluć się ze skradzionych jaj. Samo wyobrażenie ich losu budziło w niej sprzeciw. Wiedziała jedno.
Jeśli kiedykolwiek ktoś spróbuje położyć ręce na Aserielu, Luminim albo którymkolwiek ze smoków rezerwatu, zrobi wszystko, by go powstrzymać.

~~~

Annabel,

Grudzień na Islay zbliża się wielkimi krokami. Nasi zwiadowcy donoszą, że buntownicy zamierzają na ten czas oddalić się od naszych granic. Trudno się temu dziwić – wszystko wskazuje na to, że tegoroczna zima będzie wyjątkowo sroga. Sam byłbym zdziwiony, gdyby pozostali na swoich pozycjach, narażając się na takie mrozy. Wojska będą mogły wreszcie odetchnąć, dlatego żywię szczerą nadzieję, że spędzisz z nami trochę czasu. Christine bardzo ucieszy się z Twojej wizyty. Dobrze wiesz, jak bardzo doskwiera jej samotność. Ja również chciałbym Cię zobaczyć i posłuchać o pobycie w południowo-wschodniej Europie. Jestem przekonany, że życie w Rumunii znacznie różni się od tego, do którego przywykliśmy na wyspie.

Jego Wysokość,
Król Victor Isbell

Annabel przeczytała list już któryś raz z rzędu. Nie mogła uwierzyć, że wreszcie otrzymała pozwolenie na powrót do domu. W jej głowie kłębiły się setki myśli. Tęskniła za Islay, za tamtejszym klimatem i niemal średniowiecznym sposobem życia. Pragnęła ponownie przejść się po rozległych lasach, których na wyspie było znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej.
Mimo wszystko nie potrafiła pozbyć się wątpliwości.
Buntownicy byli zbyt zdeterminowani, by wycofywać się wyłącznie z powodu pogody. Poprzedni król nie bez powodu przez tyle lat zabraniał jej wracać do domu, nawet zimą. Annabel podejrzewała, że za rządów jego mniej ostrożnego syna wiele się zmieni. Nie wiedziała tylko, czy na lepsze, czy wręcz przeciwnie.
Victor od zawsze był porywczy, mimo całej swojej niezdarności. Zdecydowanie częściej wybierał działanie niż cierpliwe oczekiwanie. Jego ojciec wolał umacniać obronę, podczas gdy on niemal instynktownie dążył do konfrontacji. Nie bez powodu od dłuższego czasu miała nieodparte wrażenie, że wojna wisi w powietrzu. Jeśli nie zostanie wywołana przez buntowników, może rozpocząć ją sam król.
Uświadomiła sobie również coś jeszcze.
Wszystko, co kochała, powoli znikało. Rozpływało się pod ciężarem kolejnych zamachów i nieustannego lęku, pochłaniających siły oraz zasoby królestwa. Rumunia stała się jej drugim domem, choć nigdy nie chciała mieszkać tak daleko od rodzinnej wyspy. Coraz częściej zastanawiała się, czy w ogóle ma jeszcze do czego wracać.
Jeszcze raz spojrzała na list.
Jej wzrok zatrzymał się na imieniu Christine.
Pamiętała ją jako łagodną, pogodną dziewczynę i jedyną prawdziwą przyjaciółkę z dzieciństwa. Dziewczynę dźwigającą na barkach ciężar niezwykłego daru, którego większość ludzi nigdy by nie zrozumiała. Tęskniła za nią. Zastanawiała się, jaka jest teraz. Być może wyrosła na silną i mądrą kobietę o zupełnie innym spojrzeniu na świat. A może... wcale się nie zmieniła.
A Victor?
Czy korona sprawiła, że wydoroślał? Czy nauczył się panować nad własnym temperamentem? Czy przestał podburzać ludzi przeciw decyzjom ojca i zrozumiał odpowiedzialność, jaka spoczywa na władcy?
Szczerze w to wątpiła.
Świadczył o tym choćby podpis widniejący pod listem. Była niemal pewna, że nie należał do Victora, lecz do jednego z jego doradców. Oznaczało to, że zaproszenie mogło mieć zupełnie inne znaczenie, niż sugerowały uprzejme słowa.
Jak zwykle zwyciężyła jednak ciekawość.
I po raz kolejny okazała się silniejsza od rozsądku.

~~~

– Aseriel, spróbuj jeszcze raz. Nie możesz przecież liczyć na to, że zawsze będę podgrzewać ci jedzenie.
Annabel spojrzała na smoka z wyraźnym zniecierpliwieniem i pomachała kawałkiem mięsa tuż przed jego pyskiem. Młody wpatrywał się w nią swoimi inteligentnymi, fioletowymi oczami. Odnosiła wrażenie, że doskonale rozumie każde jej słowo. Problem polegał na tym, że nie potrafił wykonać tego, o co go prosiła.
– Nadal uważasz, że jest w stanie ziać ogniem? – zapytał Charlie.
– Oczywiście. Po prostu uczy się wolniej. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Początek grudnia przywitał ich siarczystym mrozem. Gęsty śnieg od kilku dni nieprzerwanie zasypywał rezerwat, przykrywając go grubą warstwą białego puchu. Annabel uniosła wzrok ku ciężkim, ołowianym chmurom, po czym mocniej owinęła szyję szalikiem.
Martwiła się o Aseriela. Od chwili, gdy trafił do rezerwatu, nie potrafił wykrzesać z siebie nawet najmniejszego płomyka, nie mówiąc już o podgrzaniu pożywienia. Wielu twierdziło, że po prostu urodził się niezdolny do ziania ogniem. Słyszała, że podobne przypadki zdarzają się od czasu do czasu, ale nie chciała w to uwierzyć. Gdzieś w głębi serca była przekonana, że jej podopieczny po prostu rozwija się wolniej. Nie wykluczała również, że wydarzenia sprzed odnalezienia go w lesie mogły pozostawić w nim ślad. W końcu nikt nie wiedział, co spotkało oba smoki, zanim trafiły do rezerwatu.
– Może jeśli będzie częściej obserwował Luminiego, spróbuje go naśladować.
– Przecież przebywa z nim bez przerwy. To nic nie daje. – Pokręciła głową.
– A może jest po prostu zapatrzony w ciebie? – zaśmiał się Charlie.
Annabel omal nie parsknęła śmiechem. Posłała mu spojrzenie wyraźnie mówiące: „Ty chyba oszalałeś”, po czym ponownie pochyliła się nad smokiem.
– Zaraz sprawdzimy twoją teorię.
– Zamierzasz ziać ogniem?
Charlie nie miał pojęcia, jak blisko był prawdy. Annabel mogła zrobić to choćby w tej chwili, ale byłby to najgorszy możliwy pomysł. Pokręciła więc przecząco głową i wyjęła zza pasa różdżkę.
– Nie w ten sposób.
Odwróciła się bokiem do Aseriela. Smok obserwował ją z ogromnym zainteresowaniem, wydając z siebie ciche piski przypominające skomlenie szczeniaka. Dziewczyna dyskretnie przyłożyła różdżkę do policzka tak, aby Charlie nie mógł jej dostrzec, po czym uchyliła usta i rzuciła zaklęcie wywołujące niewielki płomień.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak komicznie musi to wyglądać.
Efekt okazał się jednak natychmiastowy.
Lumini poderwał się do lotu i z radosnym piskiem zaczął krążyć wokół swojej opiekunki, co chwilę zionąc ogniem we wszystkie strony, jakby chciał pokazać Aserielowi, czego od niego oczekuje.
Charlie patrzył na to z niedowierzaniem.
Ta sama Annabel Foutley, która na co dzień sprawiała wrażenie chłodnej, dumnej i pozbawionej poczucia humoru, właśnie robiła z siebie widowisko godne cyrkowego klauna. Przez dłuższą chwilę z całych sił powstrzymywał śmiech, mając nadzieję, że Aseriel zrozumie, co jego opiekunka próbuje mu przekazać. W końcu jednak nie wytrzymał.
Parsknął śmiechem.
Po chwili śmiał się już tak głośno, że zagłuszył nawet trzask płomieni wydobywających się z pyska Luminiego.
Annabel natychmiast przerwała swoje przedstawienie. Odwróciła się do niego, a jej policzki w jednej chwili oblały się rumieńcem.
– I z czego tak ryczysz?!
– Nigdy nie myślałaś o karierze w cyrku? – wydusił między kolejnymi wybuchami śmiechu. O mało nie przewrócił się na śnieg. Zdołał jedynie oprzeć się o kamienny postument, próbując złapać oddech.
– Dla twojej wiadomości, Weasley, robiłam to dla dobra Aseriela. Nie widzę w tym nic zabawnego. – Oburzona odwróciła się od niego i podeszła do smoka, nawet na niego nie patrząc.
Mogła bez końca próbować nakłaniać młodego do ziania ogniem, lecz nie o to chodziło. Wiedziała, że kiedyś zostanie wypuszczony na wolność. Bez umiejętności posługiwania się ogniem nie miałby najmniejszych szans na przetrwanie. Naraziłby się zarówno na niebezpieczeństwa czyhające w dziczy, jak i na własnych pobratymców. Nie mogła się poddać. Musiała wypróbować każdy możliwy sposób, zanim pogodzi się z porażką jako smokolog i opiekunka.
Jednego nie potrafiła jednak zrozumieć.
Dlaczego nie wpadła na ten pomysł wtedy, gdy była sama?
– Spokojnie, Foutley. Nie powiedziałem, że to był zły pomysł. Po prostu wyglądało to... naprawdę zabawnie.
Nie odpowiedziała.
Całą uwagę skupiła na Aserielu, który usiłował naśladować swoją opiekunkę. Otwierał pysk raz za razem, lecz wydobywały się z niego jedynie kłęby szarego dymu. Annabel zmarszczyła brwi. Widziała, ile wysiłku kosztuje go każda kolejna próba, ale nie chciała mu przerywać. Wciąż miała nadzieję, że za następnym razem się uda.
No dalej, mały...
Powtarzała to w myślach, jakby samą siłą woli mogła dodać mu odwagi.
Bez skutku.
Aseriel zrezygnowany opuścił głowę. Annabel natychmiast przykucnęła przy nim, uśmiechnęła się ciepło i delikatnie podrapała go pod szyją.
– Nic się nie stało. Wszystko będzie dobrze. Popracujemy nad tym jeszcze trochę.
Dopiero wtedy poczuła, że jego łuski ponownie stały się chłodne. W przypadku tak młodych smoków było to bardzo niebezpieczne. Nie posiadały jeszcze odporności dorosłych osobników i zbyt szybko traciły ciepło.
Wyciągnęła rękę.
Aseriel natychmiast na nią wskoczył.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo urósł. Jedno jego skrzydło było już niemal wielkości obu jej dłoni, choć jeszcze niedawno przypominało zaledwie zaciśniętą pięść. Smok przez chwilę kręcił się niespokojnie na jej przedramieniu, aż w końcu wzbił się lekko w powietrze i usiadł na jej ramieniu, ostrożnie wbijając pazurki w materiał płaszcza.
Poczuła lekkie ukłucie, ale nawet nie próbowała go przeganiać. Wiedziała, że to jego ulubione miejsce.
Ruszyła w stronę ogrzewanego budynku, gdzie znajdowały się klatki młodych smoków. Pomieszczenie zostało zaczarowane tak, by przez całą dobę utrzymywała się w nim odpowiednia temperatura.
W tej samej chwili usłyszała charakterystyczny trzepot skrzydeł.
Z nieba nadlatywał kruk z niewielką kopertą przywiązaną do nogi.
– Nie spodziewałam się dziś poczty... – mruknęła bardziej do siebie niż do Charliego.
Wyciągnęła dłoń. Ptak natychmiast usiadł na jej przedramieniu, a ona sprawnym ruchem odwiązała wiadomość.
– Kruki? – zdziwił się Charlie, obserwując odlatującego ptaka. – U was nie używa się sów?
– Używa. Ale kruki są szybsze... i chyba mądrzejsze. – odpowiedziała obojętnie, obracając kopertę w dłoniach.
Zmarszczyła brwi.
– Nadawcy nie ma...
Otworzyła list.
W środku znajdowała się jedynie niewielka kartka z jednym, krótkim zdaniem.
„Uważaj, co pijesz.”

środa, 27 lutego 2019

II

– Nie każdy dostaje taką szansę. Powinnaś się cieszyć.
Annabel siedziała skulona przy kominku i wpatrywała się w płomienie wesoło tańczące w palenisku. Miała wrażenie, że zrobiło się chłodniej niż jeszcze przed chwilą. Zwykle lubiła rozmowy z Damonem, jednak tym razem dotyczyły one „wyróżnienia”, jakim ich przełożony obdarzył ją i Weasleya. Wcale nie podzielała jego entuzjazmu. Rzeczywiście, wielu czarodziejów oddałoby wiele za taką szansę, lecz ona miała poważne wątpliwości. Gdzieś w głębi serca czuła, że nie są jeszcze gotowi na tak wielką odpowiedzialność. Już pomijając fakt, że Czarny Hebrydzki powinien znaleźć się w zupełnie innym rezerwacie, wśród przedstawicieli własnego gatunku.
– A opanujesz młodego, jeśli stracę nad nim kontrolę?
– Smoki cię lubią. Nieraz to widziałem.
– Jakbym słyszała Weasleya. – Przewróciła teatralnie oczami. – Sam wiesz, jak niebezpieczne potrafią być Czarne Hebrydzkie. Są znacznie bardziej agresywne niż smoki z naszego rezerwatu.
Damon zmarszczył brwi. Nigdy nie lubił rozmów o rezerwacie, w którym pracował wcześniej. Nikt nie wiedział, dlaczego został stamtąd przeniesiony, a on sam nigdy nie kwapił się do wyjaśnień. Wielu próbowało choćby dowiedzieć się, jak wygląda praca w Rezerwacie Hebrydzkim, powszechnie uznawanym za najniebezpieczniejsze miejsce dla smokologów na świecie, ustępujące grozą jedynie Azkabanowi. Damon jednak uparcie milczał, jakby przed laty złożył przysięgę, że nigdy nie zdradzi tego, co tam przeżył. Pod tym względem był zadziwiająco podobny do Annabel. Oboje nosili w sobie tajemnice, o których nie zamierzali mówić nikomu, i być może właśnie dlatego tak szybko znaleźli wspólny język.
– Przecież sama mówiłaś, że młody nie potrafi jeszcze ziać ogniem. – odparł spokojnie.
– To wcale nie znaczy, że nie jest niebezpieczny.
– Wiesz, Foutley... czasami zastanawiam się, dlaczego zostałaś smokologiem, skoro uważasz tę pracę za aż tak ryzykowną.
Annabel spojrzała na niego spode łba, lecz twarz Damona pozostała niewzruszona. Patrzył na nią uważnie, jakby wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Ktoś postronny mógłby odnieść wrażenie, że ta dwójka zwyczajnie za sobą nie przepada. Prawda była jednak zupełnie inna. Znali się na tyle dobrze, że nie bali się mówić sobie tego, co naprawdę myślą. Ich znajomość różniła się od wszystkich pozostałych. Oboje skrywali bowiem prawdę, która mogła odmienić ich życie.
– W każdym razie... skoro tak bardzo chcesz, możesz pomóc mi radą. W końcu tylko ty znasz się na tym gatunku smoków. Wiem, że nie powinnam cię o to prosić...
– Zgadzam się. – przerwał jej spokojnie.
– Dobrze wiesz, że bez ciebie nie poradzę sobie z tym szaleństwem. – mówiła dalej, jakby go nie usłyszała.
– Mówiłem przecież, że się zgadzam, Foutley. Nie musisz mnie już przekonywać.
Dziewczyna zamilkła i spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem. Od kilku dni układała sobie w głowie całą tę rozmowę. Wiedziała, że poruszanie tematu jego dawnej pracy zazwyczaj kończyło się niepowodzeniem, dlatego przygotowała dziesiątki argumentów, którymi zamierzała przekonać go do pomocy. Tymczasem Damon po prostu się zgodził. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale jednocześnie nie zamierzała dociekać powodów jego decyzji. Cieszyła się przede wszystkim z tego, że nie będzie musiała się przed nim upokarzać, bo i taki scenariusz brała pod uwagę, gdyby wszystkie inne argumenty zawiodły.
– Poszło szybciej, niż się spodziewałam.
– Musisz jednak zrozumieć trzy rzeczy. Po pierwsze, smok pozostaje smokiem. Opieka nad młodymi wygląda bardzo podobnie bez względu na gatunek. Po drugie, rezerwaty nie powstały dlatego, że różne gatunki źle znoszą swoje towarzystwo. Powód jest znacznie prostszy – żaden kraj nie dysponuje wystarczająco dużym obszarem, by utrzymać wszystkie gatunki w jednym miejscu. A po trzecie... Czarne Hebrydzkie należą do najwierniejszych stworzeń, jakie istnieją. Pod względem lojalności często przewyższają nawet ludzi. Jeśli to zrozumiesz, znacznie łatwiej będzie ci się nim opiekować.
– Nigdy nie twierdziłam, że sobie nie poradzę.
– Naprawdę?
Annabel opuściła ramiona i utkwiła wzrok w podłodze. Biła się z własnymi myślami. Tak naprawdę sama nie potrafiła wskazać powodu, dla którego tak bardzo bała się tego zadania. Obawiała się jedynie, że zawiedzie. Już nieraz rozczarowała samą siebie albo osoby, na których jej zależało. Z czasem przestała więc wierzyć we własne możliwości.
– Dobrze wiesz, że niczego nie robię bez powodu. – mruknęła z irytacją. – Skończmy już ten temat. Powiedz mi lepiej... co jeszcze możesz opowiedzieć o Czarnych Hebrydzkich?

~~~

Słyszała jedynie szczęk ocierających się o siebie mieczy. Chowała się, sparaliżowana strachem. Jako mała dziewczynka, córka dowódcy straży, przez większość życia była chroniona przed brutalnością świata zewnętrznego. Być może nawet zbyt skutecznie. Jej ojciec, choć przeszedł w życiu tak wiele i choć na początku niewielu w niego wierzyło, stał się wzorem rycerza. Walczył jak lew, broniąc kraju i swojego szwagra – króla. Wydawał się niepokonany. Annabel doskonale o tym wiedziała, lecz znała też realia. Tamtej nocy kilku buntowników zakradło się do zamku i obrało go za cel.
Wyczuł zagrożenie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było obudzenie Annabel i rozkazanie jej, by się schowała.
Teraz leżała pod łóżkiem, drżąc z przerażenia. Po raz pierwszy w życiu doświadczała czegoś podobnego. Słyszała krzyki bólu i bez trudu rozpoznała w nich głos ojca. Łzy same napływały jej do oczu. Mogła coś zrobić. Była w stanie. Była przecież smokiem, choć wciąż nie rozumiała, skąd wzięła się w niej ta niezwykła moc. Wystarczyło przemienić się i błękitnym ogniem spopielić napastników.
Bała się.
Wiedziała, że mogłaby ocalić najbliższą sobie osobę, a mimo to nie potrafiła się poruszyć. Krzyki stawały się coraz cichsze, jakby ktoś usiłował je zagłuszyć, lecz bezskutecznie. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Drżało, ale nie było zdolne do niczego więcej. Cóż za okrutny paradoks. Moc zdolna w kilka chwil obrócić w popiół ludzkie kości i potężne drzewa spoczywała w dłoniach niespełna siedmioletniej dziewczynki, która nie potrafiła zrobić nawet jednego kroku. Nie krzyczała. Nie płakała głośno. Wołała o pomoc jedynie w myślach, zasłaniając usta dłońmi, by nikt jej nie usłyszał.
Trwało to zaledwie kilka minut. W tym czasie jej ojciec zdołał zabić kilku buntowników, lecz ostatecznie jego krzyki ucichły, a pozostali napastnicy zdołali uciec.
Kiedy królewscy strażnicy zorientowali się, że wydarzyło się coś strasznego, było już za późno. Wchodząc do komnaty, ujrzeli jedynie strugi krwi rozmazane na ścianach i meblach oraz brunatne plamy pokrywające podłogę. Leżało tam sześciu martwych buntowników, a pośród nich on – blady, ciężko poraniony, jakby jego ciało rozszarpało zaklęcie Sectumsempra. Serce człowieka, który przez całe życie walczył za królestwo, przestało bić. Nawet jego towarzysze broni zamarli na ten widok.
Dopiero później odnaleźli Annabel. Małą, przerażoną dziewczynkę ukrytą pod łóżkiem. Zabrali ją do króla, który przyjął ją jak własne dziecko. Otoczył opieką, zapewnił dach nad głową i wszystko, czego potrzebowała. Ona jednak już nigdy nie była taka sama.

Wizja dobiegła końca. Trwała dłużej niż zwykle. Annabel wyjęła głowę z myślodsiewni i powoli otarła twarz ręcznikiem. Często wracała do tego wspomnienia i sama nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Większość ludzi pragnęłaby zapomnieć o tak traumatycznych wydarzeniach. Ona przeciwnie. Wracała do nich raz za razem.Usiadła ciężko w fotelu. Krzyki ojca wciąż rozbrzmiewały w jej głowie, jakby minęło zaledwie kilka chwil. Czasami miała wrażenie, że próbuje zapamiętać każdy szczegół tamtej nocy tylko po to, by kiedyś móc ją odmienić. Wiedziała jednak, że ingerowanie w czas mogłoby zaburzyć bieg wydarzeń. Pozostawały jej jedynie marzenia. Gdyby wtedy zdobyła się na odwagę... gdyby zrobiła choć jeden krok... wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Teraz nie zawahałaby się już stanąć w obronie tych, których kocha.
Podeszła do lustra i spojrzała na swoje odbicie. Pozostawało tylko jedno pytanie. Kto musiałby stać się jej na tyle bliski, by była gotowa wyjawić światu swój największy sekret?

~~~

– Znowu zjadły. Nie mogę uwierzyć, że tylko my potrafimy je nakarmić. – odezwał się Charlie z wyraźną dumą.
– Karmimy je już od tygodnia. Dziwię się, że nadal aż tak cię to zachwyca.
Annabel odstawiła wiadro, w którym przed chwilą znajdowało się mięso, i spojrzała na młode smoki. Z dnia na dzień wyglądały coraz lepiej. Wyraźnie nabrały ciała, a łuski odzyskały żywe, intensywne barwy. Energia wręcz je rozpierała. Nieustannie bawiły się ze sobą, jakby były nierozłączne. Najwidoczniej wychowywały się razem od chwili wyklucia. Nawet ich pazury wyglądały już znacznie zdrowiej. Widok ten uspokajał młodą smokolożkę. Od wielu dni niemal bez przerwy martwiła się ich stanem. Wciąż niepokoiła ją jednak jedna rzecz. Czarny Hebrydzki nadal nie potrafił ziać ogniem, w przeciwieństwie do swojego zielonego towarzysza.
– Nie czujesz tego, Foutley? To trochę tak, jakbyśmy mieli własne psy.
– Nie nazywaj ich psami, Weasley. Ty bardziej je przypominasz. – mruknęła pół żartem, zerkając na jego rozczochrane rude włosy sterczące we wszystkie strony.
Charlie zastygł na moment, próbując zrozumieć, czy właśnie został obrażony. Kiedy jednak zauważył, na co patrzy Annabel, uśmiechnął się szeroko.
– To był żart... prawda?
– Może tak, może nie. W każdym razie powinieneś coś zrobić z tymi włosami.
Odwróciła od niego wzrok i spojrzała na puste wiadro, uśmiechając się pod nosem. Młode smoki wymagały nieustannej opieki, dlatego siłą rzeczy coraz więcej czasu spędzała z Charliem. Z każdym kolejnym dniem coraz lepiej poznawała jego sposób bycia. Ku własnemu zaskoczeniu wcale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Była wdzięczna, że nie została z tym wszystkim sama. Charlie każdego dnia udowadniał, jak bardzo kocha smoki, a tym samym nieświadomie zyskiwał w jej oczach.
– Dobrze, zgadzam się. Nazwanie ich psami nie było najszczęśliwszym pomysłem. – westchnął Charlie.
Annabel pokiwała głową z satysfakcją.
– Chodziło mi tylko o to, że to tak, jakbyśmy mieli je na własność.
– Gdy tylko nabiorą zaufania do innych opiekunów, od razu nam je odbiorą. Lepiej nie przywiązuj się zbyt mocno. Chodź, trzeba je trochę ogrzać.
Sięgnęła po specjalną szczotkę i skinieniem głowy wskazała Charliemu drugą. Sama podeszła do Czarnego Hebrydzkiego i delikatnie podrapała go pod pyskiem. Doskonale wiedziała, że to uwielbia. Smok natychmiast wyciągnął szyję i wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia, gdy ogrzana szczotka musnęła jego łuski.
– Nie martw się, młody. Jesteś w dobrych rękach. Zaraz znowu będzie ci ciepło.
Nie zauważyła nawet, że Charlie od dłuższej chwili przygląda się jej z uwagą. Coraz częściej odnosił wrażenie, że w obecności smoków Annabel całkowicie się zmieniała. Stawała się spokojniejsza, łagodniejsza i znacznie bardziej otwarta niż podczas rozmów z ludźmi. Czuł, że kryje się za tym coś więcej. Nigdy jednak nie odważyłby się zapytać. Był niemal pewien, że nie uzyska odpowiedzi, a mógłby jedynie zburzyć delikatne zaufanie, które powoli zaczynało rodzić się między nimi.
– Może chciałabyś go jakoś nazwać?
– Nadal myślisz o tych psach, Weasley? – Pokręciła głową z dezaprobatą, nie przerywając czyszczenia rogów młodego. – Nie widzę sensu w nadawaniu imion smokom.
– A mnie się wydaje, że byłoby łatwiej. Wiesz... dla komunikacji. – Delikatnie przesuwał szczotką po skrzydłach Długoroga. – Tego nazwę Lumini. I wcale nie uważam, żeby było w tym coś dziwnego.
– Lumini? – powtórzyła Annabel, spoglądając na niego z zaciekawieniem. W tej samej chwili Długoróg wydał z siebie cichy, nieznany im dotąd dźwięk.
– Przez jego rogi. Świecą jak złoto. – Charlie z uśmiechem przesunął dłonią po niewielkim porożu. W tej samej chwili jesienne słońce padło na złociste rogi, które zalśniły tak mocno, że oboje musieli zmrużyć oczy. – Po rumuńsku oznacza „światło”.
– Mało oryginalne. – rzuciła zaczepnie, choć w głębi duszy imię przypadło jej do gustu. Było proste i wyjątkowo dobrze do niego pasowało. Zaskakiwało ją też, jak swobodnie Charlie posługiwał się językiem rumuńskim.
– Teraz twoja kolej.
Annabel przenosiła wzrok to na Charliego, to na Czarnego Hebrydzkiego. W głowie miała zupełną pustkę. Mogłaby nazwać go po prostu Negru – „czarny” po rumuńsku – ale wydawało jej się to zbyt banalne. Charlie bez wątpienia zarzuciłby jej kopiowanie jego pomysłu, a poza tym to imię zwyczajnie do niego nie pasowało. Skoro już miała nadać mu imię, chciała, aby było wyjątkowe. W końcu był jedynym Czarnym Hebrydzkim w całym rezerwacie.
Przez chwilę zastanawiała się w milczeniu. Nie przypuszczała, że nadanie smokowi imienia może okazać się tak trudnym zadaniem. Odpowiedź przyszła jednak sama, gdy przypomniała sobie osobę, której pamięć chciała w ten sposób uczcić.
– Aseriel... – szepnęła cicho, mimowolnie się wzdrygając.
– Aseriel? – powtórzył Charlie, wyraźnie zaskoczony.
– Po moim ojcu. Tak naprawdę miał na imię Ariel, ale...
Urwała. Szczotka znieruchomiała w jej dłoni, a głowa bezwiednie opadła. Młody smok natychmiast wyczuł zmianę jej nastroju. Spojrzał na nią fioletowymi oczami, po czym podszedł bliżej i delikatnie wsunął łepek między jej dłonie. Charlie również zauważył, że coś się zmieniło.
– Jeśli nie chcesz, nie musisz o tym mówić.
Odpowiedziała mu cisza. Odruchowo chciał położyć dłoń na jej ramieniu, by dodać jej otuchy, lecz zawahał się. Zbyt dobrze wiedział, że z Annabel trzeba obchodzić się ostrożnie. Zamiast tego pogłaskał Lumini po głowie.
– ...ale nie wypada nadawać żywym istotom imion zmarłych.
Hebrydzki wydał z siebie cichy pisk, jakby wyczuwając smutek swojej opiekunki. Annabel uniosła głowę i, mimo wilgoci zbierającej się w oczach, zdobyła się na słaby uśmiech. Pogłaskała go po szyi.
– Przykro mi, Annabel. – odezwał się cicho Charlie. – Nie powinienem był zaczynać tego tematu.
Dziewczyna jedynie pokręciła głową. Tym razem nawet nie zwróciła uwagi na to, że po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu. Chciała jedynie jak najszybciej uciec od tej rozmowy. Spojrzała na miskę i zauważyła, że woda zdążyła już wystygnąć.
– Przyniosę ciepłej.
Chwyciła miskę i niemal natychmiast odeszła.
Oczywiście mogła ogrzać wodę jednym zaklęciem i dopasować jej temperaturę do potrzeb młodych smoków. Wolała jednak zrobić to własnymi rękami. W duchu ganiła się za to, że w ogóle wspomniała o swojej rodzinie. Nie powinna była tego robić. Był to zbyt bolesny temat, a każda podobna rozmowa mogła kiedyś narazić ją na niebezpieczeństwo. Kłopotów ze strony wrogów swojej rodziny potrzebowała teraz najmniej.Nie miała jednak pojęcia, że oni już od dawna wiedzieli, gdzie jej szukać.

środa, 20 lutego 2019

I

Paździer­nik chy­lił się ku koń­cowi – coraz czę­ściej wiały zimne, pół­nocne wia­try, a deszcz stu­kał w okna i nikt nie pamię­tał już jak wyglą­dało piękne gwie­ździ­ste niebo.
Anna­bel unio­sła głowę i spoj­rzała na kro­ple desz­czu wolno spły­wa­jące po szy­bie. W jej sercu po raz kolejny zapa­no­wał nie­po­kój, tak samo jak za każ­dym razem gdy otrzy­my­wała list od swo­jego kuzyna. Dosko­nale wie­działa, że od kilku lat coś nie­do­brego dzieje się w jej kró­le­stwie.
Wyspa Islay była bar­dzo wyjąt­kowa, sta­no­wiła osobne Pań­stwo i róż­niła się od innych miejsc które znała. Oczy­wi­ście do czasu aż nie otrzy­mali kruka z wia­domością, która jed­no­znacz­nie świad­czyła o spi­sku szy­ku­ją­cym się wśród miesz­kań­ców. O bun­cie, który ponoć zapo­cząt­ko­wał serię zbrodni na kró­lew­skich straż­ni­kach. Od tam­tego czasu nic nie było takie samo. Róż­nego rodzaju rzad­kie magiczne istoty zamiesz­ku­jące jak dotąd wyspę nie­spo­dzie­wa­nie znik­nęły. Te, które posia­dały skrzy­dła najpew­niej prze­nio­sły się za ocean, a te lądowe… wła­ści­wie to nikt nie wie co mogło się z nimi stać. Dziew­czyna miała wra­że­nie, że mogły zostać wybite, po to aby wyspa stra­ciła na zain­te­re­so­wa­niu i atrak­cyj­no­ści wśród innych Cza­ro­dzie­jów. Prze­czu­wała, że mogło to jedy­nie być pod­stawą do znisz­cze­nia bło­giego spo­koju w Pań­stwie. Oczy­wi­ście opowie­działa o swo­ich prze­czu­ciach kró­lowi, ale w odpo­wie­dzi usły­szała jedy­nie, że ma się tym nie przej­mo­wać ponie­waż wszystko jest pod kon­trolą. Nie­stety, kilka dni póź­niej dowie­działa się, że dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa ma opu­ścić kraj i udać się do Szko­cji, do Szkoły Magii i Cza­ro­dziej­stwa w Hogwar­cie.
Na samym początku była temu prze­ciwna, wie­działa kim jest i wła­śnie dla­tego nie zdzi­wiła się wia­domością, że posiada jakieś spe­cy­ficzne magiczne zdol­no­ści. Zawio­dła się, gdy przy­pad­kowo dowie­działa się, że posiada coś, czego nawet Cza­ro­dzieje bez ówcze­snej kil­ku­let­niej nauki nie potra­fią. Mało tego, sie­dem lat posłusz­nie uczęsz­czała na zaję­cia. Jako osoba nad­zwy­czaj skryta i pocho­dząca z domu węża nie szczy­ciła się zbyt­nia popu­lar­no­ścią. Nie wra­cała do kraju ani na waka­cje, ani na święta, a do tego po ukoń­cze­niu szkoły otrzy­mała sta­now­czy zakaz powrotu do domu. Dla­tego też wyje­chała do Rumu­nii, a w jej kraju działo się coraz gorzej.
Jed­nak dzi­siej­szy list stał się apo­geum złych wia­domości. Na ostat­nim posie­dze­niu rady Jego Wyso­kość, Król Wil­liam Isbell został zamor­do­wany przez jed­nego z swo­ich zaufa­nych ludzi. Zwy­rod­nialca nie­mal natych­miast zła­pano i posłano go na ścię­cie, a nowym kró­lem Islay został jego syn – Vic­tor Isbell. Znała go bar­dzo dobrze, był dla niej jak brat, cho­ciaż tak naprawdę był on jej kuzy­nem. Wraz z jego sio­strą Chri­stine bawili się wspól­nie na dwo­rze kró­lew­skim. Dla­tego nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jak ten niezdarny chło­piec pora­dzi sobie z obo­wiąz­kami Króla.
– Foutley, Matei wzywa nas do sie­bie.
Spoj­rzała w tamtą stronę. U wej­ścia do namiotu stał Char­lie Weasley.
Był wyraź­nie zasko­czony, wie­działa dla­czego. Zapewne miało to zwią­zek z tymi dwoma mło­dymi smo­kami, które odna­leźli wspól­nie w lesie. Ski­nęła tylko głową, spoj­rzała spode łba na chło­paka i wymi­ja­jąc go udała się do namiotu ich przy­wódcy.
Spoj­rzała w niebo, nie wie­działa nawet kiedy prze­stało padać. Słabe słońce lekko prze­bi­jało się przez szare chmury, które powoli roz­pły­wały się w powie­trzu. Wzięła głę­boki wdech. Zapach mokrej trawy zawsze potra­fił ją uspo­koić, cho­ciaż tym razem nie odczu­wała stresu.
– Jak myślisz? O co może mu cho­dzić? – spy­tał chło­pak pod­bie­ga­jąc do swo­jej współ­pra­cow­niczki.
– Zga­duję, że cho­dzi o smoki.
– Prze­cież wszystko wyja­śni­li­śmy poprzed­nim razem. – odburk­nął jakby od nie­chce­nia.
– W takim razie wyja­śnimy jesz­cze raz.
Przy­śpie­szyła kroku, aby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się u celu. Tak naprawdę chciała wró­cić do swo­jego namiotu i spę­dzić w nim resztę dnia zasta­na­wia­jąc się i opła­ku­jąc całą tą sytu­ację. Ale póki co musiała być dzielna. Nie mogła pozwo­lić, aby ktoś zoba­czył jak pła­cze, od dzie­ciń­stwa uczyła się nie oka­zy­wać zbyt wielu emo­cji, co bar­dzo przy­da­wało się w jej wcze­śniejszym życiu. Nie zdą­żyła nawet zapu­kać, a usły­szała woła­nie do środka. Mimo­wol­nie spoj­rzała jesz­cze tylko na Char­liego i weszła razem z nim wgłąb namiotu.
To co zoba­czyła jako pierw­sze to ogromny, drew­niany stół, a na nim stała spe­cjalna klatka z dwoma wcze­śniej zna­le­zio­nymi smo­kami. Miała wra­że­nie jakby w tym miej­scu wyglą­dały jesz­cze gorzej niż za pierw­szym razem. Nie dzi­wiła się temu, nikt nie lubił prze­by­wać w zamknię­ciu, szcze­gól­nie istoty, które więk­szość swego życia prze­by­wają w powie­trzu.
– Foutley, Weasley. Usiądź­cie.
Posłusz­nie wyko­nali pole­ce­nie i usie­dli na krze­słach spe­cjal­nie dla nich przy­go­to­wa­nych.
Nastą­piła nie­zręczna cisza. Męż­czy­zna przez jakiś czas nie ode­zwał się do nich sło­wem, stał tylko odwró­cony ple­cami i uważ­nie obser­wo­wał stwo­rze­nia, poru­sza­jące słabo skrzy­deł­kami i pró­bu­jące wzbić się w powie­trze. Nikt nie wie­dział o czym w danym momen­cie myśli. Umysł cza­ro­dzieja sta­no­wił jedną wielką zagadkę. Powia­dano nawet, iż za młodu słu­żył Czar­nemu Panu. On za to ni­gdy nie potwier­dził, ani nawet nie zaprze­czył. Mimo wszystko cie­szył się ogrom­nym auto­ry­te­tem wśród smo­ko­lo­gów., a jego umie­jęt­no­ści prze­szły już nawet do histo­rii.
– Zasta­na­wia­cie się pew­nie, dla­czego kaza­łem Wam tutaj przyjść.
– Cho­dzi o te smoki, prawda?
– Otóż to. – mruk­nął pod nosem męż­czy­zna i spoj­rzał wni­kli­wym wzro­kiem na Anna­bel.
Sku­liła się lekko. Jego spoj­rze­nie zawsze przy­pra­wiało ją o ciarki. Tak jakby wie­dział o niej wię­cej niżeli się przy­zna­wał. Za to reak­cję dziew­czyny zauwa­żył Char­lie, który popchnął ją lekko ramie­niem, aby zwró­cić jej uwagę.
– Źle się czu­jesz? – szep­nął tro­skli­wie.
Weasley ni­gdy nie potra­fił zrozu­mieć dla­czego za wszelką cenę chciał dowie­dzieć się o dziew­czy­nie wielu rze­czy. Zaw­sze wyda­wała się mu chłodna i zdy­stan­so­wana. Zda­wał sobie sprawę z tego, że nie jest rów­nież zbyt­nio roz­mowna. Ba, nawet kom­plet­nie się do tego nie nada­wała. Jed­nak były to tylko pozory, czę­sto był świad­kiem jak dziew­czyna roz­ma­wiała z mło­dymi smo­kami, któ­rymi się opie­ko­wali, opo­wia­dała im o wszyst­kim, wyda­wała się kom­plet­nie inna robiąc to, wesel­sza. Na początku sądził iż zwa­rio­wała, ale one… zda­wały się jej słu­chać i rozu­mieć każde jej słowo.
– Nie, wszystko dobrze. – odparła szybko, przy­bie­ra­jąc poważną minę.
– Chciał­bym, aby­ście na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń czy też wie­dzy okre­ślili mi co to jest za rasa smoka.
Spoj­rzeli po sobie, a póź­niej na pryn­cy­pała. Jego ocze­ku­jący wzrok nie pozo­sta­wiał im żad­nych złu­dzeń. Wyr­wali się do góry i posłusz­nie pode­szli bli­żej klatki.
Anna­bel od razu roz­po­znała iż smoki nie posia­dają jed­nej rasy. Róż­niły się nie tyle wiel­ko­ścią, co kolo­rem. Jeden z nich miał czarne, praw­do­po­dob­nie szorst­kie łuski niczym czarny walij­ski, błysz­czące fio­le­towe oczy, a wzdłóż grzbietu rząd małych, ostrych jak brzy­twa wyrost­ków kost­nych. Zda­wało jej się, że wie jaka może być to rasa, jed­nakże miała za mało dowo­dów na to, aby potwier­dzić tą tezę. Sku­piła teraz swój wzrok na ogo­nie. Pow­szech­nie wia­domo, że smoka naj­ła­twiej poznać po kształ­cie ogona. Ten był zakoń­czony szpi­kul­cem w kształ­cie grotu strzały. Zasta­no­wiła się przez chwilę. Nie­spo­dzie­wa­nie jej uwagę przy­kuły skrzy­dła, które przy­po­mi­nały te od nie­to­pe­rza. Teraz już miała pew­ność jaka może być to rasa, cho­ciaż nie nale­żała ona do rezer­watu, w któ­rym obecne się znaj­do­wali.
– Ten smok po lewej stro­nie to Czarny Hebrydzki, przynaj­mniej o tym świad­czą ogon i skrzy­dła, a ten drugi to…
– Dłu­go­róg Rumuń­ski… – wtrą­cił się Char­lie. – Jeden z gatun­ków dłu­go­ro­gów zamiesz­ku­ją­cych nasz rezer­wat, cho­ciaż jego złote rogi jesz­cze się nie roz­ro­sły. Po ich wiel­ko­ści wydaje mi się, że musiały pocho­dzić z pierw­szego miotu tego roku. Czyli ma naj­wy­żej sześć do sied­miu mie­sięcy, a jeśli popa­trzeć na wzrost, to jest on pro­por­cjo­nalny do dru­giego osob­nika. Muszą być w podob­nym wieku.
– Wzo­rowa obser­wa­cja Panie Weasley.
Anna­bel spoj­rzała srogo na Char­liego, ale ten nawet nie zauwa­żył. Uśmie­chał się tylko sze­roko, a z jego oczu aż biła duma z samego sie­bie. Cho­ciaż ni­gdy poważ­nie nie roz­ma­wiali, znała go na tyle dobrze, aby stwier­dzić, iż posiada on ogromne mnie­ma­nie o sobie. Nie zno­siła u niego takich zacho­wań, iry­to­wała ją jego pew­ność sie­bie. Jed­nak nie mogła oprzeć się dziw­nemu wra­że­niu, że od zawsze zazdro­ściła mu wie­dzy i poświę­ce­nia, jakie sobą repre­zen­to­wał.
– Wyba­czy pan, ale na­dal nie rozu­miem celu naszej wizyty tutaj. – odparła nie­na­tu­ral­nym gło­sem, pró­bu­jąc ukryć nie­za­do­wo­le­nie.
– Otóż oby­dwa smoki zdają się być bar­dzo nie­śmiałe, do tego stop­nia, że aż nie przyj­mują pokarmu z rąk żad­nego z opie­ku­nów.
– Mówi pan, że od co naj­mniej dwóch dni nic nie jadły?
Zde­ner­wo­wa­nie ustą­piło z umy­słu Anna­bel na rzecz tro­ski. Dosko­nale wie­działa, że młode smoki muszą jeść o wiele czę­ściej niż doro­śli przed­sta­wi­ciele nie­za­leż­nie od gatunku, w końcu spa­lają trzy razy wię­cej pokarmu od nich.
– Tylko co my mamy z tym wspól­nego? – spy­tał cie­kaw­sko Weasley.
Matei uśmiech­nął się tylko chy­trze i strze­lił pal­cami.
U wej­ścia namiotu poja­wił jeden z naszych sta­ży­stów. Był bar­dzo młody, młod­szy nawet od niej. Cza­row­nicy wyda­wało się, że nie mógł nawet ukoń­czyć Hogwartu. Co z początku wydało jej się dziwne, ale po głęb­szym zasta­no­wie­niu uznała, że musiał się czymś spe­cjal­nym wyróż­nić, aby móc tutaj prze­by­wać. Poczuła kolejne ukłu­cie zazdro­ści, ale o wiele mniej­sze niżeli te o Weasley’a.
– Chcemy prze­pro­wa­dzić pewien test. – ode­zwał się Matei i pod­szedł do sta­ży­sty.
Dziew­czyna dopiero teraz dostrze­gła, że chło­pak trzyma naczy­nie kształ­tem przy­po­mi­na­jące tackę, na któ­rej znaj­do­wały się cztery kawałki mięsa pokro­jone w kostkę.
– Chyba pan sobie żar­tuje. – odparła z obu­rze­niem i spoj­rzała na Char­liego.
Chciała, aby chło­pak ją poparł. Oni nie mieli upraw­nień do tego, aby kar­mić smoki. Nie prze­szli odpo­wied­nich szko­leń, a co naj­waż­niej­sze nie zdali testów potwier­dza­ją­cych tego, że wie­dzą jak wygląda cała pro­ce­dura. Jed­nak on zda­wał się kom­plet­nie nie zwra­cać na to uwagi. Jego oczy stały się więk­sze i był ucie­szony co naj­mniej tak, jakby speł­niło się jego marze­nie.
Anna­bel nie znała nikogo bar­dziej nie­od­po­wie­dzial­nego od niego. Po za tym nie dowie­rzała, że ich szef mógłby, aż tak zła­mać zasady narzu­cone im z góry przez Mini­ster­stwo.
– Wyobraź sobie, że tylko kolejne to zaję­cia Ket­tle­burna, Foutley.
– To jest kom­plet­nie inna sytu­acja Panie Matei. Wydaje mi się, że nie powin­ni­śmy tego robić. – zigno­ro­wała chło­paka.
– Doprawdy?
– Oczy­wi­ście. Uwa­żam, że powin­ni­śmy przejść naj­pierw masę szko­leń, zupeł­nie tak, jak nasi poprzed­nicy.
– To nudne. – wes­tchnął Weasley.
– Za to bez­pieczne.
– To są tylko młode, nie sta­no­wią na dla nas żad­nego więk­szego zagro­że­nia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To nie­do­rzeczne.
Anna­bel wypro­sto­wała się i skrzy­żo­wała ręce na piersi. Przy­mknęła oczy i obu­rzona odwró­ciła głowę na bok. Wie­działa, że to ona miała rację, ale jej duma w tym momen­cie ucier­piała. Nastą­piła nie­zręczna cisza. Cze­kała, aż szef się opa­mięta i jed­nak zmieni swoje sta­no­wi­sko, jed­nak nic takiego się nie stało. Oprócz tego czuła spoj­rze­nie Char­liego na sobie. Wie­działa o czym mógł myśleć. Nie mogła pozwo­lić na to, aby ktoś posą­dził ją o tchó­rzo­stwo i mimo iż było to ryzy­kowne zła­pała w palce jeden z kawał­ków mięsa i pod­bie­gła do klatki. Młode odda­liły się do sie­bie i jakby drżąc zaczęły wydo­by­wać z sie­bie ciche piski. Stała przed nią kilka sekund i biła się z myślami. Miała żal do sie­bie, że dała się tak łatwo pod­pu­ścić, ale nie mogła się w tym momen­cie wyco­fać. Oby­dwa smoki zerwały się z miej­sca, gdy dziew­czyna przy­bli­żyła się do nich i scho­wały się pod jed­nym stop­niem pró­bu­jąc się ukryć, a spod spodu zaczął buchać słaby dym. One nawet nie potra­fiły porząd­nie uży­wać ognia
– Są wyraź­nie prze­ra­żone. – mruk­nęła przez ramię, a jej wzrok spo­tkał się z zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem Char­liego. – Weasley, mógł­byś sta­nąć obok?
Ten wzru­szył ramio­nami i sam podniósł kawa­łek mięsa z tacki. Sta­nął przy niej, a zauwa­ża­jąc całą tą sytu­ację ukląkł w taki spo­sób, aby jego oczy były na wyso­ko­ści ich pyszcz­ków. Pod­niósł poży­wie­nie tak, aby mogły go dostrzec. Jed­nak i to nie podzia­łało.
Spod stop­nia znowu roz­prysł się szary dym. Weasley od razu odsu­nął się w bok. Nie był spe­cjal­nie prze­ra­żony, dla­tego pono­wił próbę, ale tym razem pod­szedł bli­żej. Zła­pał dziew­czynę za rękę i pocią­gnął na dół, aby uklę­kła razem z nim.
– Co ty pró­bu­jesz osią­gnąć?
– Smoki dobrze zapa­mię­tują twa­rze, jeśli nie będziemy się ruszać sko­ja­rzą nas z wczo­raj­szą sytu­acją.
– Może i masz rację. – nie­chęt­nie, ale przy­znała mu rację.
Oboje klę­czeli w bez­ru­chu i cze­kali na reak­cję mło­dych. Nie wie­dzieli, że Matei przy­gląda im się wni­kli­wie i oce­nia ich posu­nię­cia, aby na samym końcu wydać wer­dykt.
Trwało to kilka minut, Anna­bel już zaczy­nała tra­cić nadzieję i powoli two­rzyła w gło­wie plan, jak cza­rami zmu­sić je, aby w końcu coś zja­dły. Nie chciała tego, ale bez poży­wie­nia nie prze­trwa­łyby nawet tygo­dnia. To było dla ich dobra.
Nagle coś się wyda­rzyło. Czarny smok jakby wyczu­wa­jąc ich dziwne zacho­wa­nie wyściu­bił pysz­czek zza stop­nia. Anna­bel zauwa­żyła rząd kil­ku­na­stu małych, ostrych kłów zdol­nych już prze­gryźć ludzką skórę. Zawa­hała się na ten widok, a gdy Char­lie pró­bo­wał wyko­nać ruch powstrzy­mała go. Coś kazało jej prze­cze­kać jesz­cze chwilę, aby upew­nić się, że na pewno postę­pują wła­ści­wie tak bar­dzo się śpie­sząc.
Chło­pak usłu­chał i na­dal tkwił w bez­ru­chu. W końcu syl­wetka smo­czątka w cało­ści wyło­niła się z ciem­no­ści. Foutley unio­sła wolno dłoń w któ­rej trzy­mała mięso i obra­cała nim deli­kat­nie na boki.
Młody spoj­rzał na nią i już chciał wypu­ścić kolejny kłąb dymu, ale powstrzy­mał się w ostat­nim momen­cie. Zamiast tego podle­ciał szybko do dziew­czyny. Wysta­wił pysk przez kratkę i ode­brał zdo­bycz, zaraz potem odle­ciał w drugi kąt. Nie minęła sekunda, a drugi smok zja­wił się przy nim z zamia­rem ode­bra­nia mu poży­wie­nia.
– Spo­koj­nie kole­dzy. – mruk­nął Char­lie i rzu­cił drugi kawa­łek do środka.
Dłu­go­róg odłą­czył się od towa­rzy­sza, wydał z sie­bie jakby się mogło wyda­wać, wdzięczny dźwięk i zaczął poże­rać swój kawa­łek mięsa, uprzed­nio pod­grze­wa­jąc go na swoim ogniu.
– Patrz, udało nam się! – odparła wesoło Anna­bel i uśmiech­nęła się lekko.
Kamień spadł jej z serca. Zaraz potem odwró­ciła się do Weasley’a, a ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się na chwilę. Trwało to kilka sekund, ale dziew­czyna lekko spe­szona odwró­ciła głowę. Nie podo­bało się jej to, co wła­śnie się wyda­rzyło.
– Jesz­cze przed chwilą dał­bym sobie różdżkę zła­mać, że wam się nie uda. – odparł w końcu Matei. – A teraz został­bym bez niej. Dobra robota mło­dzi.
– Cie­szymy się, że mogli­śmy pomóc. – odparła dziew­czyna.
W powie­trzu po za zapa­chem palo­nego mięsa roz­nio­sła się już mniej widoczna, ale za to bar­dziej wyczu­walna miłość do tych pozor­nie groź­nych stwo­rzeń. Ulga, jaką poczuli nasi boha­te­ro­wie była nie do opi­sa­nia. Nie było wia­domo ile te młode smoki spę­dziły czasu przy­kute do pie­de­stału, a każdy z kolej­nych dni bez poży­wie­nia przy­bli­żał ich do śmierci. Jed­nak była to tylko pierw­sza w ich wspól­nych przy­gód, bowiem Vasile Matei przy­go­to­wał dla tych począt­ku­ją­cych smo­ko­lo­gów jesz­cze jedną nie­spo­dziankę. Ogło­sił więc wszem i wobec, że od teraz odpo­wie­dzial­ność, za zdro­wie i wycho­wa­nie tych mło­dych biorą Anna­bel i Char­lie.
Zapadła niezręczna cisza. Przez dłuższą chwilę mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Stał odwrócony do nich plecami i uważnie obserwował stworzenia, które słabo poruszały skrzydłami, raz po raz bezskutecznie próbując wzbić się w powietrze. Nikt nie potrafił odgadnąć, o czym w tej chwili myśli. Umysł czarodzieja pozostawał dla wszystkich zagadką. Powiadano nawet, że za młodu służył Czarnemu Panu. On sam nigdy jednak ani tego nie potwierdził, ani temu nie zaprzeczył. Mimo to cieszył się ogromnym autorytetem wśród smokologów, a jego umiejętności już za życia obrosły legendą.
– Zastanawiacie się pewnie, dlaczego kazałem wam tutaj przyjść.
– Chodzi o te smoki, prawda?
– Właśnie tak. – mruknął cicho i przeniósł uważne spojrzenie na Annabel.
Dziewczyna lekko się skuliła. Jego wzrok zawsze przyprawiał ją o dreszcze, jakby wiedział o niej znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciał zdradzić. Jej reakcję natychmiast zauważył Charlie, który delikatnie szturchnął ją ramieniem.
– Źle się czujesz? – szepnął z troską.
Weasley nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy mu na poznaniu tej dziewczyny. Na co dzień wydawała się chłodna, zdystansowana i wyjątkowo małomówna. Właściwie rozmowa z nią graniczyła z cudem. Były to jednak tylko pozory. Nieraz widział ją rozmawiającą z młodymi smokami, którymi się opiekowali. Opowiadała im o wszystkim, uśmiechała się i sprawiała wrażenie zupełnie innej osoby – pogodniejszej i znacznie bardziej otwartej. Początkowo sądził, że postradała zmysły, lecz z czasem zaczął odnosić wrażenie, że smoki rzeczywiście słuchają każdego jej słowa i doskonale je rozumieją.
– Nie, wszystko w porządku. – odpowiedziała szybko, przybierając poważny wyraz twarzy.
– Chciałbym, abyście na podstawie własnej wiedzy i doświadczenia określili, z jakimi rasami smoków mamy do czynienia.
Spojrzeli po sobie, a następnie na swojego przełożonego. Jego wyczekujące spojrzenie nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości. Oboje wstali i podeszli do klatki.
Annabel od razu zauważyła, że nie należały do tego samego gatunku. Różniły się nie tylko ubarwieniem, lecz także budową ciała. Jeden z nich posiadał czarne, prawdopodobnie szorstkie łuski przypominające łuski Czarnego Walijskiego, błyszczące fioletowe oczy oraz rząd niewielkich, ostrych niczym brzytwa wyrostków kostnych biegnących wzdłuż grzbietu. Miała już pewne podejrzenia, jednak wciąż brakowało jej dowodów, by mieć całkowitą pewność.
Skupiła wzrok na ogonie. Powszechnie wiadomo było, że właśnie po jego kształcie najłatwiej rozpoznać gatunek smoka. Ten zakończony był szpikulcem przypominającym grot strzały. Zamyśliła się na moment. Chwilę później jej uwagę przykuły skrzydła, wyraźnie przypominające skrzydła nietoperza.
Teraz była już niemal pewna.
– Ten smok po lewej stronie to Czarny Hebrydzki. Świadczą o tym przede wszystkim ogon i skrzydła. Natomiast ten drugi to...
– ...Długoróg Rumuński. – wszedł jej w słowo Charlie. – Jeden z gatunków długorogów zamieszkujących nasz rezerwat, chociaż jego złote rogi nie zdążyły się jeszcze w pełni rozwinąć. Sądzę, że pochodzi z pierwszego miotu w tym roku, więc ma najwyżej sześć lub siedem miesięcy. Jeśli porównać jego wzrost z drugim smokiem, widać wyraźnie, że oba są mniej więcej w tym samym wieku.
– Wzorowa obserwacja, panie Weasley.
Annabel spojrzała na Charliego z wyraźną dezaprobatą, lecz on nawet tego nie zauważył. Szeroko się uśmiechał, a z jego oczu biła nieskrywana duma. Choć nigdy nie prowadzili ze sobą poważniejszych rozmów, znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. Drażniła ją jego pewność siebie, lecz jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że od dawna zazdrościła mu wiedzy i oddania, z jakim poświęcał się smokom.
– Wybaczy pan, ale nadal nie rozumiem celu naszej wizyty. – odezwała się chłodnym, opanowanym głosem.
– Otóż oba smoki są wyjątkowo płochliwe. Do tego stopnia, że odmawiają przyjmowania pokarmu z rąk któregokolwiek z opiekunów.
– Chce pan powiedzieć, że od co najmniej dwóch dni nic nie jadły?
Niepokój natychmiast ustąpił miejsca trosce. Annabel doskonale wiedziała, że młode smoki muszą odżywiać się znacznie częściej niż dorosłe osobniki, niezależnie od gatunku. Spalały przecież wielokrotnie więcej energii.
– Ale co my mamy z tym wspólnego? – zapytał zaciekawiony Charlie.
Matei uśmiechnął się jedynie pod nosem i pstryknął palcami.
Przy wejściu do namiotu pojawił się jeden ze stażystów. Był bardzo młody, chyba nawet młodszy od Annabel. Dziewczynie wydawało się wręcz niemożliwe, by zdążył ukończyć już Hogwart. Początkowo uznała to za dziwne, lecz po chwili doszła do wniosku, że musiał wyróżnić się czymś wyjątkowym, skoro otrzymał możliwość pracy w rezerwacie. Poczuła ukłucie zazdrości, choć zdecydowanie słabsze od tego, które odczuwała wobec Charliego.
– Chcemy przeprowadzić pewien test. – oznajmił Matei, podchodząc do stażysty.
Dopiero teraz zauważyła, że chłopak trzyma płytką tacę, na której leżały cztery kawałki mięsa pokrojone w kostkę.
– Chyba pan żartuje. – odpowiedziała z niedowierzaniem i spojrzała na Charliego.
Liczyła, że ją poprze. Nie mieli przecież żadnych uprawnień do karmienia smoków. Nie przeszli odpowiednich szkoleń ani nie zdali egzaminów potwierdzających, że znają właściwe procedury postępowania. Jednak Charlie zdawał się zupełnie tym nie przejmować. Jego oczy rozbłysły z ekscytacji, jakby właśnie spełniało się jedno z jego największych marzeń.
Annabel nie znała nikogo bardziej lekkomyślnego od niego. Nie potrafiła uwierzyć, że ich przełożony był gotów tak otwarcie nagiąć zasady narzucone przez Ministerstwo.
– Wyobraź sobie, że to tylko kolejne zajęcia profesora Kettleburna, Foutley.
– To zupełnie inna sytuacja, panie Matei. Uważam, że nie powinniśmy tego robić. – odpowiedziała, ignorując pełne entuzjazmu spojrzenie Charliego.
– Doprawdy?
– Oczywiście. Najpierw powinniśmy przejść odpowiednie szkolenia, tak samo jak nasi poprzednicy.
– To strasznie nudne. – westchnął Charlie.
– Za to bezpieczne.
– To tylko młode smoki. Nie stanowią dla nas większego zagrożenia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To niedorzeczne.
Annabel wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersi. Przymknęła oczy, po czym z wyraźnym oburzeniem odwróciła głowę. Była przekonana, że to ona ma rację, lecz jednocześnie czuła, jak cierpi jej duma. Zapadła kolejna cisza. Miała nadzieję, że Matei w ostatniej chwili zmieni zdanie, jednak nic na to nie wskazywało. Czuła też na sobie spojrzenie Charliego. Doskonale wiedziała, co może sobie pomyśleć.
Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek uznał ją za tchórza.
Mimo obaw sięgnęła po jeden z kawałków mięsa i podeszła do klatki. Oba smoki natychmiast cofnęły się pod ścianę i, cicho popiskując, zaczęły drżeć. Przez kilka sekund stała bez ruchu, walcząc sama ze sobą. Miała żal do siebie, że tak łatwo dała się sprowokować, lecz teraz było już za późno na wycofanie się.
Kiedy zrobiła jeszcze jeden krok, oba smoczęta błyskawicznie schowały się pod drewnianym podestem, próbując ukryć się przed ludźmi. Spod niego zaczął wydobywać się cienki strumień szarego dymu. Były tak młode, że nawet ogniem nie potrafiły jeszcze władać jak należy.
– Są wyraźnie przerażone – mruknęła przez ramię. Jej spojrzenie spotkało się z zaciekawionym wzrokiem Charliego. – Weasley, mógłbyś stanąć obok mnie?
Wzruszył ramionami, po czym sięgnął po kolejny kawałek mięsa z tacy. Stanął obok niej, a dostrzegłszy zachowanie młodych smoków, powoli uklęknął tak, by znaleźć się na wysokości ich pyszczków. Uniósł dłoń z mięsem, dając im czas, by mogły je dostrzec. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.
Spod drewnianego podestu ponownie wydobył się szary dym. Charlie odruchowo odsunął się o krok, ale nie wyglądał na przestraszonego. Chwilę później ponowił próbę, tym razem podchodząc jeszcze bliżej. Delikatnie chwycił Annabel za rękę i pociągnął ją w dół, dając znak, by uklękła obok niego.
– Co próbujesz osiągnąć?
– Smoki dobrze zapamiętują twarze. Jeśli nie będziemy wykonywać gwałtownych ruchów, mogą skojarzyć nas z wczorajszą sytuacją.
Annabel przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu.
– Być może masz rację – przyznała w końcu z wyraźną niechęcią.
Oboje pozostali w bezruchu, cierpliwie czekając na reakcję młodych. Nie mieli pojęcia, że Matei przez cały czas uważnie ich obserwuje, analizując każdy ruch i każde podjęte przez nich działanie, aby na końcu wydać własny osąd.
Mijały kolejne minuty. Annabel zaczynała już tracić nadzieję. W myślach układała plan wykorzystania zaklęć, które zmusiłyby smoki do przyjęcia pokarmu. Nie chciała uciekać się do podobnych metod, lecz wiedziała, że bez jedzenia młode nie przeżyją nawet tygodnia. Robiłaby to wyłącznie dla ich dobra.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego.
Czarny smok, jakby zaciekawiony ich nietypowym zachowaniem, ostrożnie wychylił pysk spod podestu. Annabel dostrzegła rząd drobnych, lecz niezwykle ostrych zębów, które bez większego trudu mogły już przebić ludzką skórę. Na ten widok odruchowo się zawahała. Gdy Charlie chciał wykonać ruch, powstrzymała go lekkim gestem dłoni.
Coś podpowiadało jej, że powinni poczekać jeszcze odrobinę.
Charlie uszanował jej decyzję i nadal trwał nieruchomo.
Po chwili całe smoczątko wyszło z kryjówki. Annabel bardzo powoli uniosła dłoń, w której trzymała kawałek mięsa, i delikatnie poruszyła nim na boki.
Młody smok spojrzał na nią uważnie. Już miał wypuścić kolejny kłąb dymu, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Zamiast tego ostrożnie podszedł do krat, wysunął pysk i błyskawicznym ruchem chwycił mięso z jej dłoni. Zaraz potem odleciał z nim na drugi koniec klatki.
Nie minęła nawet sekunda, gdy drugi smok ruszył za nim z wyraźnym zamiarem odebrania mu zdobyczy.
– Spokojnie, koledzy – mruknął Charlie z rozbawieniem i wrzucił do klatki drugi kawałek mięsa.
Długoróg natychmiast odłączył się od towarzysza, wydał z siebie dźwięk przypominający cichy pomruk zadowolenia, a następnie krótkim strumieniem ognia podgrzał mięso i zaczął je pożerać.
– Patrz, udało nam się! – zawołała Annabel z wyraźną radością, po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechając się szczerze.
Kamień spadł jej z serca.
Po chwili odwróciła się w stronę Charliego. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Trwało to zaledwie kilka sekund, jednak dziewczyna poczuła się nieswojo. Lekko speszona szybko odwróciła wzrok. Nie wiedziała nawet, dlaczego ta krótka chwila wywarła na niej takie wrażenie.
– Jeszcze przed chwilą dałbym sobie rękę uciąć, że wam się nie uda – odezwał się w końcu Matei z wyraźnym uznaniem. – Dobrze, że tego nie zrobiłem. Świetna robota.
– Cieszymy się, że mogliśmy pomóc – odpowiedziała Annabel.
W namiocie unosił się zapach przypalonego mięsa. Towarzyszyło mu jednak coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – rodząca się więź pomiędzy dwojgiem młodych smokologów a dwoma przestraszonymi stworzeniami. Ulga, jaką odczuwali Annabel i Charlie, była ogromna. Nie wiedzieli, jak długo smoczęta pozostawały przykute do podestu ani ile dni spędziły bez odpowiedniego pożywienia. Każda kolejna doba przybliżała je do śmierci.
Żadne z nich nie przypuszczało jednak, że był to dopiero początek ich wspólnej drogi.
Vasile Matei od samego początku miał wobec nich zupełnie inne plany.
– Skoro udało wam się zdobyć ich zaufanie – odezwał się po chwili – od dziś to wy będziecie odpowiedzialni za ich zdrowie, wychowanie i dalszą opiekę.
Przez moment w namiocie panowała absolutna cisza.
Charlie wyglądał, jakby właśnie usłyszał wiadomość, na którą czekał od początku swojej pracy w rezerwacie. Z kolei Annabel zamarła z niedowierzania. Nie spodziewała się, że jedno udane karmienie zakończy się powierzeniem im odpowiedzialności za dwa młode smoki.
Tak rozpoczęła się historia, która w przyszłości miała odmienić życie ich obojga.
  

środa, 13 lutego 2019

Prolog

Liście szeleściły pod ich stopami. W pozornej ciszy i spokoju kryła się jednak tajemnica. Lasów Rumunii nigdy nie przemierzył wzdłuż i wszerz żaden człowiek. Przynajmniej tak głosiła oficjalna wersja. Nieoficjalnie przez wieki wielu czarodziejów zagubiło się w tej gęstwinie i już nigdy z niej nie wróciło. Zamieszkujące ją stworzenia wydawały się przyjaźnie nastawione, lecz łatwo było odnieść wrażenie, że to jedynie pozory. Krążyły plotki, iż centaury zajęły znaczną część lasu i nie tolerowały na swoim terytorium żadnego intruza. Człowiek, zwierzę czy inna magiczna istota – każdy nieproszony gość był tam równie niemile widziany.
Annabel rozglądała się uważnie dookoła, próbując zapamiętać charakterystyczne miejsca, które później mogłyby potwierdzić, czy nie krążą przypadkiem w kółko. Tymczasem pewna ruda czupryna, a właściwie jej właściciel, doprowadzała ją do szaleństwa. Nie dawała jednak tego po sobie poznać. Zawsze sprawiała wrażenie spokojnej, jakby żyła we własnym, skomplikowanym świecie. Nie znosiła konfliktów, a jeszcze bardziej bała się ich konsekwencji. Dlatego szła przed siebie w milczeniu, starając się ignorować beztroskie zachowanie swojego towarzysza.
Słońce powoli chowało się za horyzontem. Zastanawiała się, ile czasu minie, zanim Weasley zorientuje się, że od dłuższej chwili krążą tą samą drogą. Przez moment przemknęło jej przez myśl, że powinna sama przejąć inicjatywę i wyprowadzić ich z lasu. W końcu nie była zwyczajną dziewczyną. Można nawet powiedzieć, że las od zawsze traktowała jak swój drugi dom. To właśnie dlatego, mimo że zaledwie niedawno opuściła mury Hogwartu, należała do najlepszych młodych smokologów. Pokręciła teatralnie oczami, przypominając sobie, kto jeszcze cieszył się podobną opinią.
– Weasley, zdajesz sobie sprawę, że chodzimy w kółko?
Po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwała się do chłopaka. Nie przepadała za nim. Nie dlatego, że brakowało mu wiedzy – wręcz przeciwnie. Drażniło ją to, z jaką łatwością nawiązywał więź z magicznymi stworzeniami. Ona, z powodów, o których nikt nie miał pojęcia, nigdy nie potrafiła robić tego w równie naturalny sposób.
– Myślałem, żeby wrócić po własnych śladach, ale chyba nic nam to nie da. – Podrapał się zakłopotany po głowie.
Nie odpowiedziała. Rzadko wdawała się z kimkolwiek w dłuższe rozmowy. To, że znaleźli się razem w lesie, było wyłącznie dziełem przypadku, a właściwie decyzją ich przełożonego, który przydzielił ich do wspólnego projektu promującego pracę smokologów. Mieli zachęcić młodych czarodziejów do wybrania tej ścieżki zawodowej. Sama nigdy się do tego nie zgłaszała, jednak dodatkowe wynagrodzenie skutecznie przekonało ją, by bez sprzeciwu ruszyć w głąb rumuńskich lasów z kimś, kogo uważała za zdecydowanie zbyt lekkomyślnego.
– Mam pewien pomysł. – mruknęła bardziej do siebie niż do niego, wyciągając zza pasa różdżkę. – Vermillious.
Z końca różdżki wystrzeliły trzy czerwone iskry, które pomknęły ku niebu. Miały zwrócić uwagę któregoś z pracowników rezerwatu i wskazać im miejsce pobytu. Niestety niemal natychmiast zniknęły pomiędzy koronami olbrzymich drzew.
– Myślisz, że to zadziała? – zapytał Charlie.
– Nie tutaj. – westchnęła.
Spojrzała ku górze. Drzewa były niezwykle wysokie, znacznie wyższe niż wszystkie, które dotąd widziała. Gęste korony niemal całkowicie zasłaniały niebo, skutecznie odcinając ich od świata poza lasem.
Gdyby tylko mogła wzbić się w powietrze, nie potrzebowałaby żadnych zaklęć. Wystarczyłby jeden lot ponad koronami drzew, aby odnaleźć drogę do obozu. Nie mogła jednak sobie na to pozwolić. Nie tutaj. Nie przy Weasleyu. Za wszelką cenę musiała ukrywać to, kim naprawdę jest.
– Spróbuję wspiąć się na drzewo i rozejrzeć z góry. – Wskazała jedno z najwyższych, którego pień wydawał się wystarczająco mocny.
– To raczej niebezpieczny pomysł.
– Znasz zaklęcie na zrastanie kości, prawda? – odparła spokojnie, spoglądając na niego. – W takim razie nic mi nie będzie.
Nie czekając na odpowiedź, wskoczyła na pierwszą gałąź i zaczęła sprawnie wspinać się coraz wyżej. Domyślała się, że po tych słowach Charlie uzna ją za lekkomyślną, ale jego opinia niewiele ją obchodziła. Przywykła do oceniania. Odkąd po rezerwacie rozeszły się plotki, że niemal wszystkie leśne stworzenia – z wyjątkiem smoków – uciekają na jej widok, nie brakowało złośliwych komentarzy i absurdalnych teorii na jej temat. Nawet jeśli nie miały nic wspólnego z prawdą, raniły bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Zawsze wracała z podniesioną głową, sprawiając wrażenie niewzruszonej. Dopiero za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju pozwalała sobie na łzy.
– Annabel! Widzisz stamtąd coś? – zawołał Charlie.
– Kto dał ci prawo zwracania się do mnie po imieniu? – odpowiedziała spokojnym, niemal chłodnym tonem.
Nie chciała być nieuprzejma. Po prostu od tak dawna nikt nie wypowiadał jej imienia, że zabrzmiało ono obco. Serce na moment zabiło jej szybciej, lecz nie zamierzała tego okazywać. Zareagowała odruchowo, zanim zdążyła się nad tym zastanowić.
– O co ci chodzi? Wołałem cię po nazwisku, ale w ogóle nie reagowałaś.
Zignorowała jego słowa i rozejrzała się po okolicy.
– Tam jest rzeka. – Wskazała kierunek. – Jeśli się nie mylę, powinna prowadzić do jeziora niedaleko naszego obozu.
– Możliwe. W takim razie schodź, tylko ostrożnie.
Sprawnie zsunęła się z drzewa i po wylądowaniu na ziemi wyciągnęła różdżkę. Dla pewności rzuciła zaklęcie wyznaczające strony świata. Dopiero gdy upewniła się, że właściwie określiła kierunek, skinęła głową.
Ruszyli przed siebie z nadzieją, że tym razem naprawdę zmierzają ku obozowi. Z każdą minutą las pogrążał się w mroku, więc wkrótce oboje przyspieszyli kroku, a potem przeszli do biegu. Jeszcze niedawno miejsce to wydawało się spokojne i niemal baśniowe. Teraz nawet Annabel odczuwała narastający niepokój. Nie wiedziała, czy odpowiadało za niego zimne, wilgotne powietrze, czy świadomość, że w tych lasach żyje wiele stworzeń, których nawet doświadczeni smokolodzy woleliby nie spotkać po zmroku.
Po kilkunastu minutach biegu Annabel nagle się zatrzymała. Z oddali, gdzieś spośród gęstych drzew, dobiegł ją stłumiony, przeciągły ryk. Nie przypominał odgłosu żadnego zwierzęcia, jakie dotąd słyszała. Wytężyła słuch. Chwilę później rozległ się ponownie, tym razem wyraźniej.
– Słyszałeś to? – zapytała cicho, wskazując dłonią ciemność przed sobą.
– Coś tam jest?
Charlie rozejrzał się nerwowo i natychmiast wyciągnął różdżkę, kierując ją w stronę, z której dochodził dźwięk.
– Nie... czekaj.
Annabel miała dziwne wrażenie, że zna ten odgłos. Nie potrafiła powiedzieć skąd ani dlaczego, ale była pewna jednego – stworzenie, które go wydawało, cierpiało.
Nie zastanawiała się ani chwili.
Ruszyła biegiem.
– Lumos!
Światło rozbłysło na końcu jej różdżki, rozcinając gęsty mrok. Wiedziała, że postępuje nierozsądnie. Mogła wpaść prosto w paszczę niebezpiecznej bestii albo zwabić na siebie coś znacznie gorszego. Mimo to nie potrafiła zawrócić. Każdy kolejny ryk odbierała niemal jak wołanie o pomoc.
– Oszalałaś?! Zaraz znowu się zgubimy! – krzyknął za nią Charlie.
Nie odpowiedziała.
Biegła przed siebie, kierując się wyłącznie instynktem.
Po kilku chwilach drzewa niespodziewanie zaczęły się przerzedzać. W świetle różdżki wyłonił się ogromny kamienny piedestał. To właśnie stamtąd dochodziły tajemnicze odgłosy.
Annabel zwolniła.
Dźwięki przeszywały ją na wskroś. Budziły w niej wspomnienie czegoś, czego nie potrafiła sobie przypomnieć. Miała wrażenie, że kiedyś już je słyszała, ale pamięć pozostawała nieuchwytna niczym mgła.
Ciekawość zwyciężyła.
Zrobiła kilka ostrożnych kroków w stronę kamiennej konstrukcji.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.
Drgnęła gwałtownie i odskoczyła.
– Spokojnie, Foutley. – odezwał się Charlie, oświetlając sobie twarz światłem różdżki.
– Mógłbyś mnie tak nie straszyć? – rzuciła z wyrzutem.
– Ja? To przez ciebie zboczyliśmy ze ścieżki i prawie się zgubiliśmy.
Już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy z piedestału ponownie dobiegł przeciągły ryk.
Tym razem usłyszał go również Charlie.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Bez słowa ruszyli w stronę kamiennej konstrukcji, ostrożnie oświetlając drogę różdżkami.
To, co zobaczyli chwilę później, miało na zawsze odmienić ich życie.
Na kamiennej posadzce leżały dwa młode smoki. Były poranione, wyraźnie wycieńczone i skute ciężkimi łańcuchami, które wbijały się w ich łuski. To właśnie one wydawały pełne bólu ryki, które przyprowadziły ich w to miejsce.
Na kamiennej posadzce leżały dwa młode smoki. Były poranione, wyraźnie wycieńczone i skute ciężkimi łańcuchami, które boleśnie wrzynały się w ich łuski. To właśnie one wydawały pełne bólu ryki, które przyprowadziły ich w to miejsce.
Annabel zamarła.
Przez krótką chwilę nie potrafiła oderwać od nich wzroku. Nigdy wcześniej nie widziała podobnego okrucieństwa. Jeden ze smoków miał niemal czarne łuski połyskujące granatem, drugi zaś był wyraźnie jaśniejszy, z zielonkawym odcieniem i niewielkimi, dopiero wyrastającymi złotymi rogami. Oba wyglądały na zaledwie kilkumiesięczne.
– Na Merlina... – wyszeptał Charlie.
Dziewczyna powoli podeszła bliżej, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Smoki natychmiast cofnęły się pod kamienny stopień, jak tylko pozwoliły im na to łańcuchy. Z ich gardeł wydobyły się ciche, przestraszone piski.
– Spokojnie... – szepnęła. – Już nic wam nie grozi.
Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Być może bardziej chciała przekonać samą siebie niż te dwa wystraszone stworzenia.
Przykucnęła przy jednym z łańcuchów i przesunęła po nim dłonią.
– Ktoś przykuł je tutaj celowo.
– I zostawił na śmierć. – dokończył Charlie.
Annabel pokręciła głową.
– Nie. Gdyby chciał je zabić, zrobiłby to od razu.
Charlie spojrzał na nią zaskoczony.
– Myślisz, że ktoś miał po nie wrócić?
Nie odpowiedziała od razu. Przyglądała się śladom pozostawionym na kamieniu. Wokół walały się resztki lin, połamane skrzynie i ślady ogniska, które zdążyło już całkowicie wygasnąć.
– Nie wiem... ale ktoś był tutaj jeszcze niedawno.
Przesunęła dłonią po łuskach czarnego smoka. Zwierzę drgnęło, lecz nie próbowało jej zaatakować. Zamiast tego wtuliło głowę w kamienną posadzkę, jakby zabrakło mu sił nawet na ucieczkę.
– Musimy zabrać je do rezerwatu. Natychmiast.
– Matei nas zabije. – westchnął Charlie.
– Jeśli ich tutaj zostawimy, umrą.
Nie miał argumentu, który mógłby temu zaprzeczyć.
Spojrzeli po sobie tylko przez krótką chwilę.
W tej jednej chwili oboje zrozumieli, że cokolwiek wydarzy się później, ich spokojne życie właśnie dobiegło końca.