Październik chylił się ku końcowi – coraz częściej wiały zimne, północne wiatry, a deszcz stukał w okna i nikt nie pamiętał już jak wyglądało piękne gwieździste niebo.
Annabel uniosła głowę i spojrzała na krople deszczu wolno spływające po szybie. W jej sercu po raz kolejny zapanował niepokój, tak samo jak za każdym razem gdy otrzymywała list od swojego kuzyna. Doskonale wiedziała, że od kilku lat coś niedobrego dzieje się w jej królestwie.
Wyspa Islay była bardzo wyjątkowa, stanowiła osobne Państwo i różniła się od innych miejsc które znała. Oczywiście do czasu aż nie otrzymali kruka z wiadomością, która jednoznacznie świadczyła o spisku szykującym się wśród mieszkańców. O buncie, który ponoć zapoczątkował serię zbrodni na królewskich strażnikach. Od tamtego czasu nic nie było takie samo. Różnego rodzaju rzadkie magiczne istoty zamieszkujące jak dotąd wyspę niespodziewanie zniknęły. Te, które posiadały skrzydła najpewniej przeniosły się za ocean, a te lądowe… właściwie to nikt nie wie co mogło się z nimi stać. Dziewczyna miała wrażenie, że mogły zostać wybite, po to aby wyspa straciła na zainteresowaniu i atrakcyjności wśród innych Czarodziejów. Przeczuwała, że mogło to jedynie być podstawą do zniszczenia błogiego spokoju w Państwie. Oczywiście opowiedziała o swoich przeczuciach królowi, ale w odpowiedzi usłyszała jedynie, że ma się tym nie przejmować ponieważ wszystko jest pod kontrolą. Niestety, kilka dni później dowiedziała się, że dla własnego bezpieczeństwa ma opuścić kraj i udać się do Szkocji, do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Na samym początku była temu przeciwna, wiedziała kim jest i właśnie dlatego nie zdziwiła się wiadomością, że posiada jakieś specyficzne magiczne zdolności. Zawiodła się, gdy przypadkowo dowiedziała się, że posiada coś, czego nawet Czarodzieje bez ówczesnej kilkuletniej nauki nie potrafią. Mało tego, siedem lat posłusznie uczęszczała na zajęcia. Jako osoba nadzwyczaj skryta i pochodząca z domu węża nie szczyciła się zbytnia popularnością. Nie wracała do kraju ani na wakacje, ani na święta, a do tego po ukończeniu szkoły otrzymała stanowczy zakaz powrotu do domu. Dlatego też wyjechała do Rumunii, a w jej kraju działo się coraz gorzej.
Jednak dzisiejszy list stał się apogeum złych wiadomości. Na ostatnim posiedzeniu rady Jego Wysokość, Król William Isbell został zamordowany przez jednego z swoich zaufanych ludzi. Zwyrodnialca niemal natychmiast złapano i posłano go na ścięcie, a nowym królem Islay został jego syn – Victor Isbell. Znała go bardzo dobrze, był dla niej jak brat, chociaż tak naprawdę był on jej kuzynem. Wraz z jego siostrą Christine bawili się wspólnie na dworze królewskim. Dlatego nie potrafiła sobie wyobrazić, jak ten niezdarny chłopiec poradzi sobie z obowiązkami Króla.
– Foutley, Matei wzywa nas do siebie.
Spojrzała w tamtą stronę. U wejścia do namiotu stał Charlie Weasley.
Był wyraźnie zaskoczony, wiedziała dlaczego. Zapewne miało to związek z tymi dwoma młodymi smokami, które odnaleźli wspólnie w lesie. Skinęła tylko głową, spojrzała spode łba na chłopaka i wymijając go udała się do namiotu ich przywódcy.
Spojrzała w niebo, nie wiedziała nawet kiedy przestało padać. Słabe słońce lekko przebijało się przez szare chmury, które powoli rozpływały się w powietrzu. Wzięła głęboki wdech. Zapach mokrej trawy zawsze potrafił ją uspokoić, chociaż tym razem nie odczuwała stresu.
– Jak myślisz? O co może mu chodzić? – spytał chłopak podbiegając do swojej współpracowniczki.
– Zgaduję, że chodzi o smoki.
– Przecież wszystko wyjaśniliśmy poprzednim razem. – odburknął jakby od niechcenia.
– W takim razie wyjaśnimy jeszcze raz.
Przyśpieszyła kroku, aby jak najszybciej znaleźć się u celu. Tak naprawdę chciała wrócić do swojego namiotu i spędzić w nim resztę dnia zastanawiając się i opłakując całą tą sytuację. Ale póki co musiała być dzielna. Nie mogła pozwolić, aby ktoś zobaczył jak płacze, od dzieciństwa uczyła się nie okazywać zbyt wielu emocji, co bardzo przydawało się w jej wcześniejszym życiu. Nie zdążyła nawet zapukać, a usłyszała wołanie do środka. Mimowolnie spojrzała jeszcze tylko na Charliego i weszła razem z nim wgłąb namiotu.
To co zobaczyła jako pierwsze to ogromny, drewniany stół, a na nim stała specjalna klatka z dwoma wcześniej znalezionymi smokami. Miała wrażenie jakby w tym miejscu wyglądały jeszcze gorzej niż za pierwszym razem. Nie dziwiła się temu, nikt nie lubił przebywać w zamknięciu, szczególnie istoty, które większość swego życia przebywają w powietrzu.
– Foutley, Weasley. Usiądźcie.
Posłusznie wykonali polecenie i usiedli na krzesłach specjalnie dla nich przygotowanych.
Nastąpiła niezręczna cisza. Mężczyzna przez jakiś czas nie odezwał się do nich słowem, stał tylko odwrócony plecami i uważnie obserwował stworzenia, poruszające słabo skrzydełkami i próbujące wzbić się w powietrze. Nikt nie wiedział o czym w danym momencie myśli. Umysł czarodzieja stanowił jedną wielką zagadkę. Powiadano nawet, iż za młodu służył Czarnemu Panu. On za to nigdy nie potwierdził, ani nawet nie zaprzeczył. Mimo wszystko cieszył się ogromnym autorytetem wśród smokologów., a jego umiejętności przeszły już nawet do historii.
– Zastanawiacie się pewnie, dlaczego kazałem Wam tutaj przyjść.
– Chodzi o te smoki, prawda?
– Otóż to. – mruknął pod nosem mężczyzna i spojrzał wnikliwym wzrokiem na Annabel.
Skuliła się lekko. Jego spojrzenie zawsze przyprawiało ją o ciarki. Tak jakby wiedział o niej więcej niżeli się przyznawał. Za to reakcję dziewczyny zauważył Charlie, który popchnął ją lekko ramieniem, aby zwrócić jej uwagę.
– Źle się czujesz? – szepnął troskliwie.
Weasley nigdy nie potrafił zrozumieć dlaczego za wszelką cenę chciał dowiedzieć się o dziewczynie wielu rzeczy. Zawsze wydawała się mu chłodna i zdystansowana. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest również zbytnio rozmowna. Ba, nawet kompletnie się do tego nie nadawała. Jednak były to tylko pozory, często był świadkiem jak dziewczyna rozmawiała z młodymi smokami, którymi się opiekowali, opowiadała im o wszystkim, wydawała się kompletnie inna robiąc to, weselsza. Na początku sądził iż zwariowała, ale one… zdawały się jej słuchać i rozumieć każde jej słowo.
– Nie, wszystko dobrze. – odparła szybko, przybierając poważną minę.
– Chciałbym, abyście na podstawie własnych doświadczeń czy też wiedzy określili mi co to jest za rasa smoka.
Spojrzeli po sobie, a później na pryncypała. Jego oczekujący wzrok nie pozostawiał im żadnych złudzeń. Wyrwali się do góry i posłusznie podeszli bliżej klatki.
Annabel od razu rozpoznała iż smoki nie posiadają jednej rasy. Różniły się nie tyle wielkością, co kolorem. Jeden z nich miał czarne, prawdopodobnie szorstkie łuski niczym czarny walijski, błyszczące fioletowe oczy, a wzdłóż grzbietu rząd małych, ostrych jak brzytwa wyrostków kostnych. Zdawało jej się, że wie jaka może być to rasa, jednakże miała za mało dowodów na to, aby potwierdzić tą tezę. Skupiła teraz swój wzrok na ogonie. Powszechnie wiadomo, że smoka najłatwiej poznać po kształcie ogona. Ten był zakończony szpikulcem w kształcie grotu strzały. Zastanowiła się przez chwilę. Niespodziewanie jej uwagę przykuły skrzydła, które przypominały te od nietoperza. Teraz już miała pewność jaka może być to rasa, chociaż nie należała ona do rezerwatu, w którym obecne się znajdowali.
– Ten smok po lewej stronie to Czarny Hebrydzki, przynajmniej o tym świadczą ogon i skrzydła, a ten drugi to…
– Długoróg Rumuński… – wtrącił się Charlie. – Jeden z gatunków długorogów zamieszkujących nasz rezerwat, chociaż jego złote rogi jeszcze się nie rozrosły. Po ich wielkości wydaje mi się, że musiały pochodzić z pierwszego miotu tego roku. Czyli ma najwyżej sześć do siedmiu miesięcy, a jeśli popatrzeć na wzrost, to jest on proporcjonalny do drugiego osobnika. Muszą być w podobnym wieku.
– Wzorowa obserwacja Panie Weasley.
Annabel spojrzała srogo na Charliego, ale ten nawet nie zauważył. Uśmiechał się tylko szeroko, a z jego oczu aż biła duma z samego siebie. Chociaż nigdy poważnie nie rozmawiali, znała go na tyle dobrze, aby stwierdzić, iż posiada on ogromne mniemanie o sobie. Nie znosiła u niego takich zachowań, irytowała ją jego pewność siebie. Jednak nie mogła oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że od zawsze zazdrościła mu wiedzy i poświęcenia, jakie sobą reprezentował.
– Wybaczy pan, ale nadal nie rozumiem celu naszej wizyty tutaj. – odparła nienaturalnym głosem, próbując ukryć niezadowolenie.
– Otóż obydwa smoki zdają się być bardzo nieśmiałe, do tego stopnia, że aż nie przyjmują pokarmu z rąk żadnego z opiekunów.
– Mówi pan, że od co najmniej dwóch dni nic nie jadły?
Zdenerwowanie ustąpiło z umysłu Annabel na rzecz troski. Doskonale wiedziała, że młode smoki muszą jeść o wiele częściej niż dorośli przedstawiciele niezależnie od gatunku, w końcu spalają trzy razy więcej pokarmu od nich.
– Tylko co my mamy z tym wspólnego? – spytał ciekawsko Weasley.
Matei uśmiechnął się tylko chytrze i strzelił palcami.
U wejścia namiotu pojawił jeden z naszych stażystów. Był bardzo młody, młodszy nawet od niej. Czarownicy wydawało się, że nie mógł nawet ukończyć Hogwartu. Co z początku wydało jej się dziwne, ale po głębszym zastanowieniu uznała, że musiał się czymś specjalnym wyróżnić, aby móc tutaj przebywać. Poczuła kolejne ukłucie zazdrości, ale o wiele mniejsze niżeli te o Weasley’a.
– Chcemy przeprowadzić pewien test. – odezwał się Matei i podszedł do stażysty.
Dziewczyna dopiero teraz dostrzegła, że chłopak trzyma naczynie kształtem przypominające tackę, na której znajdowały się cztery kawałki mięsa pokrojone w kostkę.
– Chyba pan sobie żartuje. – odparła z oburzeniem i spojrzała na Charliego.
Chciała, aby chłopak ją poparł. Oni nie mieli uprawnień do tego, aby karmić smoki. Nie przeszli odpowiednich szkoleń, a co najważniejsze nie zdali testów potwierdzających tego, że wiedzą jak wygląda cała procedura. Jednak on zdawał się kompletnie nie zwracać na to uwagi. Jego oczy stały się większe i był ucieszony co najmniej tak, jakby spełniło się jego marzenie.
Annabel nie znała nikogo bardziej nieodpowiedzialnego od niego. Po za tym nie dowierzała, że ich szef mógłby, aż tak złamać zasady narzucone im z góry przez Ministerstwo.
– Wyobraź sobie, że tylko kolejne to zajęcia Kettleburna, Foutley.
– To jest kompletnie inna sytuacja Panie Matei. Wydaje mi się, że nie powinniśmy tego robić. – zignorowała chłopaka.
– Doprawdy?
– Oczywiście. Uważam, że powinniśmy przejść najpierw masę szkoleń, zupełnie tak, jak nasi poprzednicy.
– To nudne. – westchnął Weasley.
– Za to bezpieczne.
– To są tylko młode, nie stanowią na dla nas żadnego większego zagrożenia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To niedorzeczne.
Annabel wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersi. Przymknęła oczy i oburzona odwróciła głowę na bok. Wiedziała, że to ona miała rację, ale jej duma w tym momencie ucierpiała. Nastąpiła niezręczna cisza. Czekała, aż szef się opamięta i jednak zmieni swoje stanowisko, jednak nic takiego się nie stało. Oprócz tego czuła spojrzenie Charliego na sobie. Wiedziała o czym mógł myśleć. Nie mogła pozwolić na to, aby ktoś posądził ją o tchórzostwo i mimo iż było to ryzykowne złapała w palce jeden z kawałków mięsa i podbiegła do klatki. Młode oddaliły się do siebie i jakby drżąc zaczęły wydobywać z siebie ciche piski. Stała przed nią kilka sekund i biła się z myślami. Miała żal do siebie, że dała się tak łatwo podpuścić, ale nie mogła się w tym momencie wycofać. Obydwa smoki zerwały się z miejsca, gdy dziewczyna przybliżyła się do nich i schowały się pod jednym stopniem próbując się ukryć, a spod spodu zaczął buchać słaby dym. One nawet nie potrafiły porządnie używać ognia
– Są wyraźnie przerażone. – mruknęła przez ramię, a jej wzrok spotkał się z zaciekawionym spojrzeniem Charliego. – Weasley, mógłbyś stanąć obok?
Ten wzruszył ramionami i sam podniósł kawałek mięsa z tacki. Stanął przy niej, a zauważając całą tą sytuację ukląkł w taki sposób, aby jego oczy były na wysokości ich pyszczków. Podniósł pożywienie tak, aby mogły go dostrzec. Jednak i to nie podziałało.
Spod stopnia znowu rozprysł się szary dym. Weasley od razu odsunął się w bok. Nie był specjalnie przerażony, dlatego ponowił próbę, ale tym razem podszedł bliżej. Złapał dziewczynę za rękę i pociągnął na dół, aby uklękła razem z nim.
– Co ty próbujesz osiągnąć?
– Smoki dobrze zapamiętują twarze, jeśli nie będziemy się ruszać skojarzą nas z wczorajszą sytuacją.
– Może i masz rację. – niechętnie, ale przyznała mu rację.
Oboje klęczeli w bezruchu i czekali na reakcję młodych. Nie wiedzieli, że Matei przygląda im się wnikliwie i ocenia ich posunięcia, aby na samym końcu wydać werdykt.
Trwało to kilka minut, Annabel już zaczynała tracić nadzieję i powoli tworzyła w głowie plan, jak czarami zmusić je, aby w końcu coś zjadły. Nie chciała tego, ale bez pożywienia nie przetrwałyby nawet tygodnia. To było dla ich dobra.
Nagle coś się wydarzyło. Czarny smok jakby wyczuwając ich dziwne zachowanie wyściubił pyszczek zza stopnia. Annabel zauważyła rząd kilkunastu małych, ostrych kłów zdolnych już przegryźć ludzką skórę. Zawahała się na ten widok, a gdy Charlie próbował wykonać ruch powstrzymała go. Coś kazało jej przeczekać jeszcze chwilę, aby upewnić się, że na pewno postępują właściwie tak bardzo się śpiesząc.
Chłopak usłuchał i nadal tkwił w bezruchu. W końcu sylwetka smoczątka w całości wyłoniła się z ciemności. Foutley uniosła wolno dłoń w której trzymała mięso i obracała nim delikatnie na boki.
Młody spojrzał na nią i już chciał wypuścić kolejny kłąb dymu, ale powstrzymał się w ostatnim momencie. Zamiast tego podleciał szybko do dziewczyny. Wystawił pysk przez kratkę i odebrał zdobycz, zaraz potem odleciał w drugi kąt. Nie minęła sekunda, a drugi smok zjawił się przy nim z zamiarem odebrania mu pożywienia.
– Spokojnie koledzy. – mruknął Charlie i rzucił drugi kawałek do środka.
Długoróg odłączył się od towarzysza, wydał z siebie jakby się mogło wydawać, wdzięczny dźwięk i zaczął pożerać swój kawałek mięsa, uprzednio podgrzewając go na swoim ogniu.
– Patrz, udało nam się! – odparła wesoło Annabel i uśmiechnęła się lekko.
Kamień spadł jej z serca. Zaraz potem odwróciła się do Weasley’a, a ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Trwało to kilka sekund, ale dziewczyna lekko speszona odwróciła głowę. Nie podobało się jej to, co właśnie się wydarzyło.
– Jeszcze przed chwilą dałbym sobie różdżkę złamać, że wam się nie uda. – odparł w końcu Matei. – A teraz zostałbym bez niej. Dobra robota młodzi.
– Cieszymy się, że mogliśmy pomóc. – odparła dziewczyna.
W powietrzu po za zapachem palonego mięsa rozniosła się już mniej widoczna, ale za to bardziej wyczuwalna miłość do tych pozornie groźnych stworzeń. Ulga, jaką poczuli nasi bohaterowie była nie do opisania. Nie było wiadomo ile te młode smoki spędziły czasu przykute do piedestału, a każdy z kolejnych dni bez pożywienia przybliżał ich do śmierci. Jednak była to tylko pierwsza w ich wspólnych przygód, bowiem Vasile Matei przygotował dla tych początkujących smokologów jeszcze jedną niespodziankę. Ogłosił więc wszem i wobec, że od teraz odpowiedzialność, za zdrowie i wychowanie tych młodych biorą Annabel i Charlie.
Zapadła niezręczna cisza. Przez dłuższą chwilę mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Stał odwrócony do nich plecami i uważnie obserwował stworzenia, które słabo poruszały skrzydłami, raz po raz bezskutecznie próbując wzbić się w powietrze. Nikt nie potrafił odgadnąć, o czym w tej chwili myśli. Umysł czarodzieja pozostawał dla wszystkich zagadką. Powiadano nawet, że za młodu służył Czarnemu Panu. On sam nigdy jednak ani tego nie potwierdził, ani temu nie zaprzeczył. Mimo to cieszył się ogromnym autorytetem wśród smokologów, a jego umiejętności już za życia obrosły legendą.
– Zastanawiacie się pewnie, dlaczego kazałem wam tutaj przyjść.
– Chodzi o te smoki, prawda?
– Właśnie tak. – mruknął cicho i przeniósł uważne spojrzenie na Annabel.
Dziewczyna lekko się skuliła. Jego wzrok zawsze przyprawiał ją o dreszcze, jakby wiedział o niej znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciał zdradzić. Jej reakcję natychmiast zauważył Charlie, który delikatnie szturchnął ją ramieniem.
– Źle się czujesz? – szepnął z troską.
Weasley nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy mu na poznaniu tej dziewczyny. Na co dzień wydawała się chłodna, zdystansowana i wyjątkowo małomówna. Właściwie rozmowa z nią graniczyła z cudem. Były to jednak tylko pozory. Nieraz widział ją rozmawiającą z młodymi smokami, którymi się opiekowali. Opowiadała im o wszystkim, uśmiechała się i sprawiała wrażenie zupełnie innej osoby – pogodniejszej i znacznie bardziej otwartej. Początkowo sądził, że postradała zmysły, lecz z czasem zaczął odnosić wrażenie, że smoki rzeczywiście słuchają każdego jej słowa i doskonale je rozumieją.
– Nie, wszystko w porządku. – odpowiedziała szybko, przybierając poważny wyraz twarzy.
– Chciałbym, abyście na podstawie własnej wiedzy i doświadczenia określili, z jakimi rasami smoków mamy do czynienia.
Spojrzeli po sobie, a następnie na swojego przełożonego. Jego wyczekujące spojrzenie nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości. Oboje wstali i podeszli do klatki.
Annabel od razu zauważyła, że nie należały do tego samego gatunku. Różniły się nie tylko ubarwieniem, lecz także budową ciała. Jeden z nich posiadał czarne, prawdopodobnie szorstkie łuski przypominające łuski Czarnego Walijskiego, błyszczące fioletowe oczy oraz rząd niewielkich, ostrych niczym brzytwa wyrostków kostnych biegnących wzdłuż grzbietu. Miała już pewne podejrzenia, jednak wciąż brakowało jej dowodów, by mieć całkowitą pewność.
Skupiła wzrok na ogonie. Powszechnie wiadomo było, że właśnie po jego kształcie najłatwiej rozpoznać gatunek smoka. Ten zakończony był szpikulcem przypominającym grot strzały. Zamyśliła się na moment. Chwilę później jej uwagę przykuły skrzydła, wyraźnie przypominające skrzydła nietoperza.
Teraz była już niemal pewna.
– Ten smok po lewej stronie to Czarny Hebrydzki. Świadczą o tym przede wszystkim ogon i skrzydła. Natomiast ten drugi to...
– ...Długoróg Rumuński. – wszedł jej w słowo Charlie. – Jeden z gatunków długorogów zamieszkujących nasz rezerwat, chociaż jego złote rogi nie zdążyły się jeszcze w pełni rozwinąć. Sądzę, że pochodzi z pierwszego miotu w tym roku, więc ma najwyżej sześć lub siedem miesięcy. Jeśli porównać jego wzrost z drugim smokiem, widać wyraźnie, że oba są mniej więcej w tym samym wieku.
– Wzorowa obserwacja, panie Weasley.
Annabel spojrzała na Charliego z wyraźną dezaprobatą, lecz on nawet tego nie zauważył. Szeroko się uśmiechał, a z jego oczu biła nieskrywana duma. Choć nigdy nie prowadzili ze sobą poważniejszych rozmów, znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. Drażniła ją jego pewność siebie, lecz jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że od dawna zazdrościła mu wiedzy i oddania, z jakim poświęcał się smokom.
– Wybaczy pan, ale nadal nie rozumiem celu naszej wizyty. – odezwała się chłodnym, opanowanym głosem.
– Otóż oba smoki są wyjątkowo płochliwe. Do tego stopnia, że odmawiają przyjmowania pokarmu z rąk któregokolwiek z opiekunów.
– Chce pan powiedzieć, że od co najmniej dwóch dni nic nie jadły?
Niepokój natychmiast ustąpił miejsca trosce. Annabel doskonale wiedziała, że młode smoki muszą odżywiać się znacznie częściej niż dorosłe osobniki, niezależnie od gatunku. Spalały przecież wielokrotnie więcej energii.
– Ale co my mamy z tym wspólnego? – zapytał zaciekawiony Charlie.
Matei uśmiechnął się jedynie pod nosem i pstryknął palcami.
Przy wejściu do namiotu pojawił się jeden ze stażystów. Był bardzo młody, chyba nawet młodszy od Annabel. Dziewczynie wydawało się wręcz niemożliwe, by zdążył ukończyć już Hogwart. Początkowo uznała to za dziwne, lecz po chwili doszła do wniosku, że musiał wyróżnić się czymś wyjątkowym, skoro otrzymał możliwość pracy w rezerwacie. Poczuła ukłucie zazdrości, choć zdecydowanie słabsze od tego, które odczuwała wobec Charliego.
– Chcemy przeprowadzić pewien test. – oznajmił Matei, podchodząc do stażysty.
Dopiero teraz zauważyła, że chłopak trzyma płytką tacę, na której leżały cztery kawałki mięsa pokrojone w kostkę.
– Chyba pan żartuje. – odpowiedziała z niedowierzaniem i spojrzała na Charliego.
Liczyła, że ją poprze. Nie mieli przecież żadnych uprawnień do karmienia smoków. Nie przeszli odpowiednich szkoleń ani nie zdali egzaminów potwierdzających, że znają właściwe procedury postępowania. Jednak Charlie zdawał się zupełnie tym nie przejmować. Jego oczy rozbłysły z ekscytacji, jakby właśnie spełniało się jedno z jego największych marzeń.
Annabel nie znała nikogo bardziej lekkomyślnego od niego. Nie potrafiła uwierzyć, że ich przełożony był gotów tak otwarcie nagiąć zasady narzucone przez Ministerstwo.
– Wyobraź sobie, że to tylko kolejne zajęcia profesora Kettleburna, Foutley.
– To zupełnie inna sytuacja, panie Matei. Uważam, że nie powinniśmy tego robić. – odpowiedziała, ignorując pełne entuzjazmu spojrzenie Charliego.
– Doprawdy?
– Oczywiście. Najpierw powinniśmy przejść odpowiednie szkolenia, tak samo jak nasi poprzednicy.
– To strasznie nudne. – westchnął Charlie.
– Za to bezpieczne.
– To tylko młode smoki. Nie stanowią dla nas większego zagrożenia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To niedorzeczne.
Annabel wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersi. Przymknęła oczy, po czym z wyraźnym oburzeniem odwróciła głowę. Była przekonana, że to ona ma rację, lecz jednocześnie czuła, jak cierpi jej duma. Zapadła kolejna cisza. Miała nadzieję, że Matei w ostatniej chwili zmieni zdanie, jednak nic na to nie wskazywało. Czuła też na sobie spojrzenie Charliego. Doskonale wiedziała, co może sobie pomyśleć.
Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek uznał ją za tchórza.
Mimo obaw sięgnęła po jeden z kawałków mięsa i podeszła do klatki. Oba smoki natychmiast cofnęły się pod ścianę i, cicho popiskując, zaczęły drżeć. Przez kilka sekund stała bez ruchu, walcząc sama ze sobą. Miała żal do siebie, że tak łatwo dała się sprowokować, lecz teraz było już za późno na wycofanie się.
Kiedy zrobiła jeszcze jeden krok, oba smoczęta błyskawicznie schowały się pod drewnianym podestem, próbując ukryć się przed ludźmi. Spod niego zaczął wydobywać się cienki strumień szarego dymu. Były tak młode, że nawet ogniem nie potrafiły jeszcze władać jak należy.
– Są wyraźnie przerażone – mruknęła przez ramię. Jej spojrzenie spotkało się z zaciekawionym wzrokiem Charliego. – Weasley, mógłbyś stanąć obok mnie?
Wzruszył ramionami, po czym sięgnął po kolejny kawałek mięsa z tacy. Stanął obok niej, a dostrzegłszy zachowanie młodych smoków, powoli uklęknął tak, by znaleźć się na wysokości ich pyszczków. Uniósł dłoń z mięsem, dając im czas, by mogły je dostrzec. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.
Spod drewnianego podestu ponownie wydobył się szary dym. Charlie odruchowo odsunął się o krok, ale nie wyglądał na przestraszonego. Chwilę później ponowił próbę, tym razem podchodząc jeszcze bliżej. Delikatnie chwycił Annabel za rękę i pociągnął ją w dół, dając znak, by uklękła obok niego.
– Co próbujesz osiągnąć?
– Smoki dobrze zapamiętują twarze. Jeśli nie będziemy wykonywać gwałtownych ruchów, mogą skojarzyć nas z wczorajszą sytuacją.
Annabel przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu.
– Być może masz rację – przyznała w końcu z wyraźną niechęcią.
Oboje pozostali w bezruchu, cierpliwie czekając na reakcję młodych. Nie mieli pojęcia, że Matei przez cały czas uważnie ich obserwuje, analizując każdy ruch i każde podjęte przez nich działanie, aby na końcu wydać własny osąd.
Mijały kolejne minuty. Annabel zaczynała już tracić nadzieję. W myślach układała plan wykorzystania zaklęć, które zmusiłyby smoki do przyjęcia pokarmu. Nie chciała uciekać się do podobnych metod, lecz wiedziała, że bez jedzenia młode nie przeżyją nawet tygodnia. Robiłaby to wyłącznie dla ich dobra.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego.
Czarny smok, jakby zaciekawiony ich nietypowym zachowaniem, ostrożnie wychylił pysk spod podestu. Annabel dostrzegła rząd drobnych, lecz niezwykle ostrych zębów, które bez większego trudu mogły już przebić ludzką skórę. Na ten widok odruchowo się zawahała. Gdy Charlie chciał wykonać ruch, powstrzymała go lekkim gestem dłoni.
Coś podpowiadało jej, że powinni poczekać jeszcze odrobinę.
Charlie uszanował jej decyzję i nadal trwał nieruchomo.
Po chwili całe smoczątko wyszło z kryjówki. Annabel bardzo powoli uniosła dłoń, w której trzymała kawałek mięsa, i delikatnie poruszyła nim na boki.
Młody smok spojrzał na nią uważnie. Już miał wypuścić kolejny kłąb dymu, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Zamiast tego ostrożnie podszedł do krat, wysunął pysk i błyskawicznym ruchem chwycił mięso z jej dłoni. Zaraz potem odleciał z nim na drugi koniec klatki.
Nie minęła nawet sekunda, gdy drugi smok ruszył za nim z wyraźnym zamiarem odebrania mu zdobyczy.
– Spokojnie, koledzy – mruknął Charlie z rozbawieniem i wrzucił do klatki drugi kawałek mięsa.
Długoróg natychmiast odłączył się od towarzysza, wydał z siebie dźwięk przypominający cichy pomruk zadowolenia, a następnie krótkim strumieniem ognia podgrzał mięso i zaczął je pożerać.
– Patrz, udało nam się! – zawołała Annabel z wyraźną radością, po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechając się szczerze.
Kamień spadł jej z serca.
Po chwili odwróciła się w stronę Charliego. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Trwało to zaledwie kilka sekund, jednak dziewczyna poczuła się nieswojo. Lekko speszona szybko odwróciła wzrok. Nie wiedziała nawet, dlaczego ta krótka chwila wywarła na niej takie wrażenie.
– Jeszcze przed chwilą dałbym sobie rękę uciąć, że wam się nie uda – odezwał się w końcu Matei z wyraźnym uznaniem. – Dobrze, że tego nie zrobiłem. Świetna robota.
– Cieszymy się, że mogliśmy pomóc – odpowiedziała Annabel.
W namiocie unosił się zapach przypalonego mięsa. Towarzyszyło mu jednak coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – rodząca się więź pomiędzy dwojgiem młodych smokologów a dwoma przestraszonymi stworzeniami. Ulga, jaką odczuwali Annabel i Charlie, była ogromna. Nie wiedzieli, jak długo smoczęta pozostawały przykute do podestu ani ile dni spędziły bez odpowiedniego pożywienia. Każda kolejna doba przybliżała je do śmierci.
Żadne z nich nie przypuszczało jednak, że był to dopiero początek ich wspólnej drogi.
Vasile Matei od samego początku miał wobec nich zupełnie inne plany.
– Skoro udało wam się zdobyć ich zaufanie – odezwał się po chwili – od dziś to wy będziecie odpowiedzialni za ich zdrowie, wychowanie i dalszą opiekę.
Przez moment w namiocie panowała absolutna cisza.
Charlie wyglądał, jakby właśnie usłyszał wiadomość, na którą czekał od początku swojej pracy w rezerwacie. Z kolei Annabel zamarła z niedowierzania. Nie spodziewała się, że jedno udane karmienie zakończy się powierzeniem im odpowiedzialności za dwa młode smoki.
Tak rozpoczęła się historia, która w przyszłości miała odmienić życie ich obojga.
Pierwszy rozdział, a już spełnia marzenia - Czarny Hebrydzki! W dzieciństwie czytając o rasach smoków w świecie Harrego Pottera, ten jeden szczególnie mi się spodobał, tak jak jego nazwa i długo żałowałam, że nie pokazali go w żadnym filmie.
OdpowiedzUsuńMiła niespodzianka ;)
Ciesze się, że Annabel potrafi się cieszyć.
Z początku sprawiała wrażenie oziębłej (niczym gad) i pozbawionej pozytywnych emocji.
Kto wie, może smoki też jej czegoś nauczą, jak spędzi choćby z jednym trochę więcej czasu.
Przeczytane, ale tradycyjnie nie potrafię w komentowanie. No co tu więcej mówić - podoba mi się. Ciekawa jestem jak to się wszystko potoczy, wojna domowa (Annabel jest spokrewniona z rodziną królewską? Aw), kto te smoki tam przykuł i dlaczego?
OdpowiedzUsuńI Charlie, jejku, ten zapomniany Weasley, który nawet potomka kanonicznie nie spłodził i którego kiedyś myliłam z Billem, bo to Bill miał kolczyk-kieł, a mojej głowie do tego bardziej pasował "ten Weasley od smoków". Chcę już ciąg dalszy.