środa, 20 lutego 2019

I

Paździer­nik chy­lił się ku koń­cowi – coraz czę­ściej wiały zimne, pół­nocne wia­try, a deszcz stu­kał w okna i nikt nie pamię­tał już jak wyglą­dało piękne gwie­ździ­ste niebo.
Anna­bel unio­sła głowę i spoj­rzała na kro­ple desz­czu wolno spły­wa­jące po szy­bie. W jej sercu po raz kolejny zapa­no­wał nie­po­kój, tak samo jak za każ­dym razem gdy otrzy­my­wała list od swo­jego kuzyna. Dosko­nale wie­działa, że od kilku lat coś nie­do­brego dzieje się w jej kró­le­stwie.
Wyspa Islay była bar­dzo wyjąt­kowa, sta­no­wiła osobne Pań­stwo i róż­niła się od innych miejsc które znała. Oczy­wi­ście do czasu aż nie otrzy­mali kruka z wia­domością, która jed­no­znacz­nie świad­czyła o spi­sku szy­ku­ją­cym się wśród miesz­kań­ców. O bun­cie, który ponoć zapo­cząt­ko­wał serię zbrodni na kró­lew­skich straż­ni­kach. Od tam­tego czasu nic nie było takie samo. Róż­nego rodzaju rzad­kie magiczne istoty zamiesz­ku­jące jak dotąd wyspę nie­spo­dzie­wa­nie znik­nęły. Te, które posia­dały skrzy­dła najpew­niej prze­nio­sły się za ocean, a te lądowe… wła­ści­wie to nikt nie wie co mogło się z nimi stać. Dziew­czyna miała wra­że­nie, że mogły zostać wybite, po to aby wyspa stra­ciła na zain­te­re­so­wa­niu i atrak­cyj­no­ści wśród innych Cza­ro­dzie­jów. Prze­czu­wała, że mogło to jedy­nie być pod­stawą do znisz­cze­nia bło­giego spo­koju w Pań­stwie. Oczy­wi­ście opowie­działa o swo­ich prze­czu­ciach kró­lowi, ale w odpo­wie­dzi usły­szała jedy­nie, że ma się tym nie przej­mo­wać ponie­waż wszystko jest pod kon­trolą. Nie­stety, kilka dni póź­niej dowie­działa się, że dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa ma opu­ścić kraj i udać się do Szko­cji, do Szkoły Magii i Cza­ro­dziej­stwa w Hogwar­cie.
Na samym początku była temu prze­ciwna, wie­działa kim jest i wła­śnie dla­tego nie zdzi­wiła się wia­domością, że posiada jakieś spe­cy­ficzne magiczne zdol­no­ści. Zawio­dła się, gdy przy­pad­kowo dowie­działa się, że posiada coś, czego nawet Cza­ro­dzieje bez ówcze­snej kil­ku­let­niej nauki nie potra­fią. Mało tego, sie­dem lat posłusz­nie uczęsz­czała na zaję­cia. Jako osoba nad­zwy­czaj skryta i pocho­dząca z domu węża nie szczy­ciła się zbyt­nia popu­lar­no­ścią. Nie wra­cała do kraju ani na waka­cje, ani na święta, a do tego po ukoń­cze­niu szkoły otrzy­mała sta­now­czy zakaz powrotu do domu. Dla­tego też wyje­chała do Rumu­nii, a w jej kraju działo się coraz gorzej.
Jed­nak dzi­siej­szy list stał się apo­geum złych wia­domości. Na ostat­nim posie­dze­niu rady Jego Wyso­kość, Król Wil­liam Isbell został zamor­do­wany przez jed­nego z swo­ich zaufa­nych ludzi. Zwy­rod­nialca nie­mal natych­miast zła­pano i posłano go na ścię­cie, a nowym kró­lem Islay został jego syn – Vic­tor Isbell. Znała go bar­dzo dobrze, był dla niej jak brat, cho­ciaż tak naprawdę był on jej kuzy­nem. Wraz z jego sio­strą Chri­stine bawili się wspól­nie na dwo­rze kró­lew­skim. Dla­tego nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jak ten niezdarny chło­piec pora­dzi sobie z obo­wiąz­kami Króla.
– Foutley, Matei wzywa nas do sie­bie.
Spoj­rzała w tamtą stronę. U wej­ścia do namiotu stał Char­lie Weasley.
Był wyraź­nie zasko­czony, wie­działa dla­czego. Zapewne miało to zwią­zek z tymi dwoma mło­dymi smo­kami, które odna­leźli wspól­nie w lesie. Ski­nęła tylko głową, spoj­rzała spode łba na chło­paka i wymi­ja­jąc go udała się do namiotu ich przy­wódcy.
Spoj­rzała w niebo, nie wie­działa nawet kiedy prze­stało padać. Słabe słońce lekko prze­bi­jało się przez szare chmury, które powoli roz­pły­wały się w powie­trzu. Wzięła głę­boki wdech. Zapach mokrej trawy zawsze potra­fił ją uspo­koić, cho­ciaż tym razem nie odczu­wała stresu.
– Jak myślisz? O co może mu cho­dzić? – spy­tał chło­pak pod­bie­ga­jąc do swo­jej współ­pra­cow­niczki.
– Zga­duję, że cho­dzi o smoki.
– Prze­cież wszystko wyja­śni­li­śmy poprzed­nim razem. – odburk­nął jakby od nie­chce­nia.
– W takim razie wyja­śnimy jesz­cze raz.
Przy­śpie­szyła kroku, aby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się u celu. Tak naprawdę chciała wró­cić do swo­jego namiotu i spę­dzić w nim resztę dnia zasta­na­wia­jąc się i opła­ku­jąc całą tą sytu­ację. Ale póki co musiała być dzielna. Nie mogła pozwo­lić, aby ktoś zoba­czył jak pła­cze, od dzie­ciń­stwa uczyła się nie oka­zy­wać zbyt wielu emo­cji, co bar­dzo przy­da­wało się w jej wcze­śniejszym życiu. Nie zdą­żyła nawet zapu­kać, a usły­szała woła­nie do środka. Mimo­wol­nie spoj­rzała jesz­cze tylko na Char­liego i weszła razem z nim wgłąb namiotu.
To co zoba­czyła jako pierw­sze to ogromny, drew­niany stół, a na nim stała spe­cjalna klatka z dwoma wcze­śniej zna­le­zio­nymi smo­kami. Miała wra­że­nie jakby w tym miej­scu wyglą­dały jesz­cze gorzej niż za pierw­szym razem. Nie dzi­wiła się temu, nikt nie lubił prze­by­wać w zamknię­ciu, szcze­gól­nie istoty, które więk­szość swego życia prze­by­wają w powie­trzu.
– Foutley, Weasley. Usiądź­cie.
Posłusz­nie wyko­nali pole­ce­nie i usie­dli na krze­słach spe­cjal­nie dla nich przy­go­to­wa­nych.
Nastą­piła nie­zręczna cisza. Męż­czy­zna przez jakiś czas nie ode­zwał się do nich sło­wem, stał tylko odwró­cony ple­cami i uważ­nie obser­wo­wał stwo­rze­nia, poru­sza­jące słabo skrzy­deł­kami i pró­bu­jące wzbić się w powie­trze. Nikt nie wie­dział o czym w danym momen­cie myśli. Umysł cza­ro­dzieja sta­no­wił jedną wielką zagadkę. Powia­dano nawet, iż za młodu słu­żył Czar­nemu Panu. On za to ni­gdy nie potwier­dził, ani nawet nie zaprze­czył. Mimo wszystko cie­szył się ogrom­nym auto­ry­te­tem wśród smo­ko­lo­gów., a jego umie­jęt­no­ści prze­szły już nawet do histo­rii.
– Zasta­na­wia­cie się pew­nie, dla­czego kaza­łem Wam tutaj przyjść.
– Cho­dzi o te smoki, prawda?
– Otóż to. – mruk­nął pod nosem męż­czy­zna i spoj­rzał wni­kli­wym wzro­kiem na Anna­bel.
Sku­liła się lekko. Jego spoj­rze­nie zawsze przy­pra­wiało ją o ciarki. Tak jakby wie­dział o niej wię­cej niżeli się przy­zna­wał. Za to reak­cję dziew­czyny zauwa­żył Char­lie, który popchnął ją lekko ramie­niem, aby zwró­cić jej uwagę.
– Źle się czu­jesz? – szep­nął tro­skli­wie.
Weasley ni­gdy nie potra­fił zrozu­mieć dla­czego za wszelką cenę chciał dowie­dzieć się o dziew­czy­nie wielu rze­czy. Zaw­sze wyda­wała się mu chłodna i zdy­stan­so­wana. Zda­wał sobie sprawę z tego, że nie jest rów­nież zbyt­nio roz­mowna. Ba, nawet kom­plet­nie się do tego nie nada­wała. Jed­nak były to tylko pozory, czę­sto był świad­kiem jak dziew­czyna roz­ma­wiała z mło­dymi smo­kami, któ­rymi się opie­ko­wali, opo­wia­dała im o wszyst­kim, wyda­wała się kom­plet­nie inna robiąc to, wesel­sza. Na początku sądził iż zwa­rio­wała, ale one… zda­wały się jej słu­chać i rozu­mieć każde jej słowo.
– Nie, wszystko dobrze. – odparła szybko, przy­bie­ra­jąc poważną minę.
– Chciał­bym, aby­ście na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń czy też wie­dzy okre­ślili mi co to jest za rasa smoka.
Spoj­rzeli po sobie, a póź­niej na pryn­cy­pała. Jego ocze­ku­jący wzrok nie pozo­sta­wiał im żad­nych złu­dzeń. Wyr­wali się do góry i posłusz­nie pode­szli bli­żej klatki.
Anna­bel od razu roz­po­znała iż smoki nie posia­dają jed­nej rasy. Róż­niły się nie tyle wiel­ko­ścią, co kolo­rem. Jeden z nich miał czarne, praw­do­po­dob­nie szorst­kie łuski niczym czarny walij­ski, błysz­czące fio­le­towe oczy, a wzdłóż grzbietu rząd małych, ostrych jak brzy­twa wyrost­ków kost­nych. Zda­wało jej się, że wie jaka może być to rasa, jed­nakże miała za mało dowo­dów na to, aby potwier­dzić tą tezę. Sku­piła teraz swój wzrok na ogo­nie. Pow­szech­nie wia­domo, że smoka naj­ła­twiej poznać po kształ­cie ogona. Ten był zakoń­czony szpi­kul­cem w kształ­cie grotu strzały. Zasta­no­wiła się przez chwilę. Nie­spo­dzie­wa­nie jej uwagę przy­kuły skrzy­dła, które przy­po­mi­nały te od nie­to­pe­rza. Teraz już miała pew­ność jaka może być to rasa, cho­ciaż nie nale­żała ona do rezer­watu, w któ­rym obecne się znaj­do­wali.
– Ten smok po lewej stro­nie to Czarny Hebrydzki, przynaj­mniej o tym świad­czą ogon i skrzy­dła, a ten drugi to…
– Dłu­go­róg Rumuń­ski… – wtrą­cił się Char­lie. – Jeden z gatun­ków dłu­go­ro­gów zamiesz­ku­ją­cych nasz rezer­wat, cho­ciaż jego złote rogi jesz­cze się nie roz­ro­sły. Po ich wiel­ko­ści wydaje mi się, że musiały pocho­dzić z pierw­szego miotu tego roku. Czyli ma naj­wy­żej sześć do sied­miu mie­sięcy, a jeśli popa­trzeć na wzrost, to jest on pro­por­cjo­nalny do dru­giego osob­nika. Muszą być w podob­nym wieku.
– Wzo­rowa obser­wa­cja Panie Weasley.
Anna­bel spoj­rzała srogo na Char­liego, ale ten nawet nie zauwa­żył. Uśmie­chał się tylko sze­roko, a z jego oczu aż biła duma z samego sie­bie. Cho­ciaż ni­gdy poważ­nie nie roz­ma­wiali, znała go na tyle dobrze, aby stwier­dzić, iż posiada on ogromne mnie­ma­nie o sobie. Nie zno­siła u niego takich zacho­wań, iry­to­wała ją jego pew­ność sie­bie. Jed­nak nie mogła oprzeć się dziw­nemu wra­że­niu, że od zawsze zazdro­ściła mu wie­dzy i poświę­ce­nia, jakie sobą repre­zen­to­wał.
– Wyba­czy pan, ale na­dal nie rozu­miem celu naszej wizyty tutaj. – odparła nie­na­tu­ral­nym gło­sem, pró­bu­jąc ukryć nie­za­do­wo­le­nie.
– Otóż oby­dwa smoki zdają się być bar­dzo nie­śmiałe, do tego stop­nia, że aż nie przyj­mują pokarmu z rąk żad­nego z opie­ku­nów.
– Mówi pan, że od co naj­mniej dwóch dni nic nie jadły?
Zde­ner­wo­wa­nie ustą­piło z umy­słu Anna­bel na rzecz tro­ski. Dosko­nale wie­działa, że młode smoki muszą jeść o wiele czę­ściej niż doro­śli przed­sta­wi­ciele nie­za­leż­nie od gatunku, w końcu spa­lają trzy razy wię­cej pokarmu od nich.
– Tylko co my mamy z tym wspól­nego? – spy­tał cie­kaw­sko Weasley.
Matei uśmiech­nął się tylko chy­trze i strze­lił pal­cami.
U wej­ścia namiotu poja­wił jeden z naszych sta­ży­stów. Był bar­dzo młody, młod­szy nawet od niej. Cza­row­nicy wyda­wało się, że nie mógł nawet ukoń­czyć Hogwartu. Co z początku wydało jej się dziwne, ale po głęb­szym zasta­no­wie­niu uznała, że musiał się czymś spe­cjal­nym wyróż­nić, aby móc tutaj prze­by­wać. Poczuła kolejne ukłu­cie zazdro­ści, ale o wiele mniej­sze niżeli te o Weasley’a.
– Chcemy prze­pro­wa­dzić pewien test. – ode­zwał się Matei i pod­szedł do sta­ży­sty.
Dziew­czyna dopiero teraz dostrze­gła, że chło­pak trzyma naczy­nie kształ­tem przy­po­mi­na­jące tackę, na któ­rej znaj­do­wały się cztery kawałki mięsa pokro­jone w kostkę.
– Chyba pan sobie żar­tuje. – odparła z obu­rze­niem i spoj­rzała na Char­liego.
Chciała, aby chło­pak ją poparł. Oni nie mieli upraw­nień do tego, aby kar­mić smoki. Nie prze­szli odpo­wied­nich szko­leń, a co naj­waż­niej­sze nie zdali testów potwier­dza­ją­cych tego, że wie­dzą jak wygląda cała pro­ce­dura. Jed­nak on zda­wał się kom­plet­nie nie zwra­cać na to uwagi. Jego oczy stały się więk­sze i był ucie­szony co naj­mniej tak, jakby speł­niło się jego marze­nie.
Anna­bel nie znała nikogo bar­dziej nie­od­po­wie­dzial­nego od niego. Po za tym nie dowie­rzała, że ich szef mógłby, aż tak zła­mać zasady narzu­cone im z góry przez Mini­ster­stwo.
– Wyobraź sobie, że tylko kolejne to zaję­cia Ket­tle­burna, Foutley.
– To jest kom­plet­nie inna sytu­acja Panie Matei. Wydaje mi się, że nie powin­ni­śmy tego robić. – zigno­ro­wała chło­paka.
– Doprawdy?
– Oczy­wi­ście. Uwa­żam, że powin­ni­śmy przejść naj­pierw masę szko­leń, zupeł­nie tak, jak nasi poprzed­nicy.
– To nudne. – wes­tchnął Weasley.
– Za to bez­pieczne.
– To są tylko młode, nie sta­no­wią na dla nas żad­nego więk­szego zagro­że­nia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To nie­do­rzeczne.
Anna­bel wypro­sto­wała się i skrzy­żo­wała ręce na piersi. Przy­mknęła oczy i obu­rzona odwró­ciła głowę na bok. Wie­działa, że to ona miała rację, ale jej duma w tym momen­cie ucier­piała. Nastą­piła nie­zręczna cisza. Cze­kała, aż szef się opa­mięta i jed­nak zmieni swoje sta­no­wi­sko, jed­nak nic takiego się nie stało. Oprócz tego czuła spoj­rze­nie Char­liego na sobie. Wie­działa o czym mógł myśleć. Nie mogła pozwo­lić na to, aby ktoś posą­dził ją o tchó­rzo­stwo i mimo iż było to ryzy­kowne zła­pała w palce jeden z kawał­ków mięsa i pod­bie­gła do klatki. Młode odda­liły się do sie­bie i jakby drżąc zaczęły wydo­by­wać z sie­bie ciche piski. Stała przed nią kilka sekund i biła się z myślami. Miała żal do sie­bie, że dała się tak łatwo pod­pu­ścić, ale nie mogła się w tym momen­cie wyco­fać. Oby­dwa smoki zerwały się z miej­sca, gdy dziew­czyna przy­bli­żyła się do nich i scho­wały się pod jed­nym stop­niem pró­bu­jąc się ukryć, a spod spodu zaczął buchać słaby dym. One nawet nie potra­fiły porząd­nie uży­wać ognia
– Są wyraź­nie prze­ra­żone. – mruk­nęła przez ramię, a jej wzrok spo­tkał się z zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem Char­liego. – Weasley, mógł­byś sta­nąć obok?
Ten wzru­szył ramio­nami i sam podniósł kawa­łek mięsa z tacki. Sta­nął przy niej, a zauwa­ża­jąc całą tą sytu­ację ukląkł w taki spo­sób, aby jego oczy były na wyso­ko­ści ich pyszcz­ków. Pod­niósł poży­wie­nie tak, aby mogły go dostrzec. Jed­nak i to nie podzia­łało.
Spod stop­nia znowu roz­prysł się szary dym. Weasley od razu odsu­nął się w bok. Nie był spe­cjal­nie prze­ra­żony, dla­tego pono­wił próbę, ale tym razem pod­szedł bli­żej. Zła­pał dziew­czynę za rękę i pocią­gnął na dół, aby uklę­kła razem z nim.
– Co ty pró­bu­jesz osią­gnąć?
– Smoki dobrze zapa­mię­tują twa­rze, jeśli nie będziemy się ruszać sko­ja­rzą nas z wczo­raj­szą sytu­acją.
– Może i masz rację. – nie­chęt­nie, ale przy­znała mu rację.
Oboje klę­czeli w bez­ru­chu i cze­kali na reak­cję mło­dych. Nie wie­dzieli, że Matei przy­gląda im się wni­kli­wie i oce­nia ich posu­nię­cia, aby na samym końcu wydać wer­dykt.
Trwało to kilka minut, Anna­bel już zaczy­nała tra­cić nadzieję i powoli two­rzyła w gło­wie plan, jak cza­rami zmu­sić je, aby w końcu coś zja­dły. Nie chciała tego, ale bez poży­wie­nia nie prze­trwa­łyby nawet tygo­dnia. To było dla ich dobra.
Nagle coś się wyda­rzyło. Czarny smok jakby wyczu­wa­jąc ich dziwne zacho­wa­nie wyściu­bił pysz­czek zza stop­nia. Anna­bel zauwa­żyła rząd kil­ku­na­stu małych, ostrych kłów zdol­nych już prze­gryźć ludzką skórę. Zawa­hała się na ten widok, a gdy Char­lie pró­bo­wał wyko­nać ruch powstrzy­mała go. Coś kazało jej prze­cze­kać jesz­cze chwilę, aby upew­nić się, że na pewno postę­pują wła­ści­wie tak bar­dzo się śpie­sząc.
Chło­pak usłu­chał i na­dal tkwił w bez­ru­chu. W końcu syl­wetka smo­czątka w cało­ści wyło­niła się z ciem­no­ści. Foutley unio­sła wolno dłoń w któ­rej trzy­mała mięso i obra­cała nim deli­kat­nie na boki.
Młody spoj­rzał na nią i już chciał wypu­ścić kolejny kłąb dymu, ale powstrzy­mał się w ostat­nim momen­cie. Zamiast tego podle­ciał szybko do dziew­czyny. Wysta­wił pysk przez kratkę i ode­brał zdo­bycz, zaraz potem odle­ciał w drugi kąt. Nie minęła sekunda, a drugi smok zja­wił się przy nim z zamia­rem ode­bra­nia mu poży­wie­nia.
– Spo­koj­nie kole­dzy. – mruk­nął Char­lie i rzu­cił drugi kawa­łek do środka.
Dłu­go­róg odłą­czył się od towa­rzy­sza, wydał z sie­bie jakby się mogło wyda­wać, wdzięczny dźwięk i zaczął poże­rać swój kawa­łek mięsa, uprzed­nio pod­grze­wa­jąc go na swoim ogniu.
– Patrz, udało nam się! – odparła wesoło Anna­bel i uśmiech­nęła się lekko.
Kamień spadł jej z serca. Zaraz potem odwró­ciła się do Weasley’a, a ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się na chwilę. Trwało to kilka sekund, ale dziew­czyna lekko spe­szona odwró­ciła głowę. Nie podo­bało się jej to, co wła­śnie się wyda­rzyło.
– Jesz­cze przed chwilą dał­bym sobie różdżkę zła­mać, że wam się nie uda. – odparł w końcu Matei. – A teraz został­bym bez niej. Dobra robota mło­dzi.
– Cie­szymy się, że mogli­śmy pomóc. – odparła dziew­czyna.
W powie­trzu po za zapa­chem palo­nego mięsa roz­nio­sła się już mniej widoczna, ale za to bar­dziej wyczu­walna miłość do tych pozor­nie groź­nych stwo­rzeń. Ulga, jaką poczuli nasi boha­te­ro­wie była nie do opi­sa­nia. Nie było wia­domo ile te młode smoki spę­dziły czasu przy­kute do pie­de­stału, a każdy z kolej­nych dni bez poży­wie­nia przy­bli­żał ich do śmierci. Jed­nak była to tylko pierw­sza w ich wspól­nych przy­gód, bowiem Vasile Matei przy­go­to­wał dla tych począt­ku­ją­cych smo­ko­lo­gów jesz­cze jedną nie­spo­dziankę. Ogło­sił więc wszem i wobec, że od teraz odpo­wie­dzial­ność, za zdro­wie i wycho­wa­nie tych mło­dych biorą Anna­bel i Char­lie.
Zapadła niezręczna cisza. Przez dłuższą chwilę mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Stał odwrócony do nich plecami i uważnie obserwował stworzenia, które słabo poruszały skrzydłami, raz po raz bezskutecznie próbując wzbić się w powietrze. Nikt nie potrafił odgadnąć, o czym w tej chwili myśli. Umysł czarodzieja pozostawał dla wszystkich zagadką. Powiadano nawet, że za młodu służył Czarnemu Panu. On sam nigdy jednak ani tego nie potwierdził, ani temu nie zaprzeczył. Mimo to cieszył się ogromnym autorytetem wśród smokologów, a jego umiejętności już za życia obrosły legendą.
– Zastanawiacie się pewnie, dlaczego kazałem wam tutaj przyjść.
– Chodzi o te smoki, prawda?
– Właśnie tak. – mruknął cicho i przeniósł uważne spojrzenie na Annabel.
Dziewczyna lekko się skuliła. Jego wzrok zawsze przyprawiał ją o dreszcze, jakby wiedział o niej znacznie więcej, niż kiedykolwiek chciał zdradzić. Jej reakcję natychmiast zauważył Charlie, który delikatnie szturchnął ją ramieniem.
– Źle się czujesz? – szepnął z troską.
Weasley nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy mu na poznaniu tej dziewczyny. Na co dzień wydawała się chłodna, zdystansowana i wyjątkowo małomówna. Właściwie rozmowa z nią graniczyła z cudem. Były to jednak tylko pozory. Nieraz widział ją rozmawiającą z młodymi smokami, którymi się opiekowali. Opowiadała im o wszystkim, uśmiechała się i sprawiała wrażenie zupełnie innej osoby – pogodniejszej i znacznie bardziej otwartej. Początkowo sądził, że postradała zmysły, lecz z czasem zaczął odnosić wrażenie, że smoki rzeczywiście słuchają każdego jej słowa i doskonale je rozumieją.
– Nie, wszystko w porządku. – odpowiedziała szybko, przybierając poważny wyraz twarzy.
– Chciałbym, abyście na podstawie własnej wiedzy i doświadczenia określili, z jakimi rasami smoków mamy do czynienia.
Spojrzeli po sobie, a następnie na swojego przełożonego. Jego wyczekujące spojrzenie nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości. Oboje wstali i podeszli do klatki.
Annabel od razu zauważyła, że nie należały do tego samego gatunku. Różniły się nie tylko ubarwieniem, lecz także budową ciała. Jeden z nich posiadał czarne, prawdopodobnie szorstkie łuski przypominające łuski Czarnego Walijskiego, błyszczące fioletowe oczy oraz rząd niewielkich, ostrych niczym brzytwa wyrostków kostnych biegnących wzdłuż grzbietu. Miała już pewne podejrzenia, jednak wciąż brakowało jej dowodów, by mieć całkowitą pewność.
Skupiła wzrok na ogonie. Powszechnie wiadomo było, że właśnie po jego kształcie najłatwiej rozpoznać gatunek smoka. Ten zakończony był szpikulcem przypominającym grot strzały. Zamyśliła się na moment. Chwilę później jej uwagę przykuły skrzydła, wyraźnie przypominające skrzydła nietoperza.
Teraz była już niemal pewna.
– Ten smok po lewej stronie to Czarny Hebrydzki. Świadczą o tym przede wszystkim ogon i skrzydła. Natomiast ten drugi to...
– ...Długoróg Rumuński. – wszedł jej w słowo Charlie. – Jeden z gatunków długorogów zamieszkujących nasz rezerwat, chociaż jego złote rogi nie zdążyły się jeszcze w pełni rozwinąć. Sądzę, że pochodzi z pierwszego miotu w tym roku, więc ma najwyżej sześć lub siedem miesięcy. Jeśli porównać jego wzrost z drugim smokiem, widać wyraźnie, że oba są mniej więcej w tym samym wieku.
– Wzorowa obserwacja, panie Weasley.
Annabel spojrzała na Charliego z wyraźną dezaprobatą, lecz on nawet tego nie zauważył. Szeroko się uśmiechał, a z jego oczu biła nieskrywana duma. Choć nigdy nie prowadzili ze sobą poważniejszych rozmów, znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. Drażniła ją jego pewność siebie, lecz jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że od dawna zazdrościła mu wiedzy i oddania, z jakim poświęcał się smokom.
– Wybaczy pan, ale nadal nie rozumiem celu naszej wizyty. – odezwała się chłodnym, opanowanym głosem.
– Otóż oba smoki są wyjątkowo płochliwe. Do tego stopnia, że odmawiają przyjmowania pokarmu z rąk któregokolwiek z opiekunów.
– Chce pan powiedzieć, że od co najmniej dwóch dni nic nie jadły?
Niepokój natychmiast ustąpił miejsca trosce. Annabel doskonale wiedziała, że młode smoki muszą odżywiać się znacznie częściej niż dorosłe osobniki, niezależnie od gatunku. Spalały przecież wielokrotnie więcej energii.
– Ale co my mamy z tym wspólnego? – zapytał zaciekawiony Charlie.
Matei uśmiechnął się jedynie pod nosem i pstryknął palcami.
Przy wejściu do namiotu pojawił się jeden ze stażystów. Był bardzo młody, chyba nawet młodszy od Annabel. Dziewczynie wydawało się wręcz niemożliwe, by zdążył ukończyć już Hogwart. Początkowo uznała to za dziwne, lecz po chwili doszła do wniosku, że musiał wyróżnić się czymś wyjątkowym, skoro otrzymał możliwość pracy w rezerwacie. Poczuła ukłucie zazdrości, choć zdecydowanie słabsze od tego, które odczuwała wobec Charliego.
– Chcemy przeprowadzić pewien test. – oznajmił Matei, podchodząc do stażysty.
Dopiero teraz zauważyła, że chłopak trzyma płytką tacę, na której leżały cztery kawałki mięsa pokrojone w kostkę.
– Chyba pan żartuje. – odpowiedziała z niedowierzaniem i spojrzała na Charliego.
Liczyła, że ją poprze. Nie mieli przecież żadnych uprawnień do karmienia smoków. Nie przeszli odpowiednich szkoleń ani nie zdali egzaminów potwierdzających, że znają właściwe procedury postępowania. Jednak Charlie zdawał się zupełnie tym nie przejmować. Jego oczy rozbłysły z ekscytacji, jakby właśnie spełniało się jedno z jego największych marzeń.
Annabel nie znała nikogo bardziej lekkomyślnego od niego. Nie potrafiła uwierzyć, że ich przełożony był gotów tak otwarcie nagiąć zasady narzucone przez Ministerstwo.
– Wyobraź sobie, że to tylko kolejne zajęcia profesora Kettleburna, Foutley.
– To zupełnie inna sytuacja, panie Matei. Uważam, że nie powinniśmy tego robić. – odpowiedziała, ignorując pełne entuzjazmu spojrzenie Charliego.
– Doprawdy?
– Oczywiście. Najpierw powinniśmy przejść odpowiednie szkolenia, tak samo jak nasi poprzednicy.
– To strasznie nudne. – westchnął Charlie.
– Za to bezpieczne.
– To tylko młode smoki. Nie stanowią dla nas większego zagrożenia.
– A ogień?
– Cykasz się.
– To niedorzeczne.
Annabel wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersi. Przymknęła oczy, po czym z wyraźnym oburzeniem odwróciła głowę. Była przekonana, że to ona ma rację, lecz jednocześnie czuła, jak cierpi jej duma. Zapadła kolejna cisza. Miała nadzieję, że Matei w ostatniej chwili zmieni zdanie, jednak nic na to nie wskazywało. Czuła też na sobie spojrzenie Charliego. Doskonale wiedziała, co może sobie pomyśleć.
Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek uznał ją za tchórza.
Mimo obaw sięgnęła po jeden z kawałków mięsa i podeszła do klatki. Oba smoki natychmiast cofnęły się pod ścianę i, cicho popiskując, zaczęły drżeć. Przez kilka sekund stała bez ruchu, walcząc sama ze sobą. Miała żal do siebie, że tak łatwo dała się sprowokować, lecz teraz było już za późno na wycofanie się.
Kiedy zrobiła jeszcze jeden krok, oba smoczęta błyskawicznie schowały się pod drewnianym podestem, próbując ukryć się przed ludźmi. Spod niego zaczął wydobywać się cienki strumień szarego dymu. Były tak młode, że nawet ogniem nie potrafiły jeszcze władać jak należy.
– Są wyraźnie przerażone – mruknęła przez ramię. Jej spojrzenie spotkało się z zaciekawionym wzrokiem Charliego. – Weasley, mógłbyś stanąć obok mnie?
Wzruszył ramionami, po czym sięgnął po kolejny kawałek mięsa z tacy. Stanął obok niej, a dostrzegłszy zachowanie młodych smoków, powoli uklęknął tak, by znaleźć się na wysokości ich pyszczków. Uniósł dłoń z mięsem, dając im czas, by mogły je dostrzec. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.
Spod drewnianego podestu ponownie wydobył się szary dym. Charlie odruchowo odsunął się o krok, ale nie wyglądał na przestraszonego. Chwilę później ponowił próbę, tym razem podchodząc jeszcze bliżej. Delikatnie chwycił Annabel za rękę i pociągnął ją w dół, dając znak, by uklękła obok niego.
– Co próbujesz osiągnąć?
– Smoki dobrze zapamiętują twarze. Jeśli nie będziemy wykonywać gwałtownych ruchów, mogą skojarzyć nas z wczorajszą sytuacją.
Annabel przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu.
– Być może masz rację – przyznała w końcu z wyraźną niechęcią.
Oboje pozostali w bezruchu, cierpliwie czekając na reakcję młodych. Nie mieli pojęcia, że Matei przez cały czas uważnie ich obserwuje, analizując każdy ruch i każde podjęte przez nich działanie, aby na końcu wydać własny osąd.
Mijały kolejne minuty. Annabel zaczynała już tracić nadzieję. W myślach układała plan wykorzystania zaklęć, które zmusiłyby smoki do przyjęcia pokarmu. Nie chciała uciekać się do podobnych metod, lecz wiedziała, że bez jedzenia młode nie przeżyją nawet tygodnia. Robiłaby to wyłącznie dla ich dobra.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego.
Czarny smok, jakby zaciekawiony ich nietypowym zachowaniem, ostrożnie wychylił pysk spod podestu. Annabel dostrzegła rząd drobnych, lecz niezwykle ostrych zębów, które bez większego trudu mogły już przebić ludzką skórę. Na ten widok odruchowo się zawahała. Gdy Charlie chciał wykonać ruch, powstrzymała go lekkim gestem dłoni.
Coś podpowiadało jej, że powinni poczekać jeszcze odrobinę.
Charlie uszanował jej decyzję i nadal trwał nieruchomo.
Po chwili całe smoczątko wyszło z kryjówki. Annabel bardzo powoli uniosła dłoń, w której trzymała kawałek mięsa, i delikatnie poruszyła nim na boki.
Młody smok spojrzał na nią uważnie. Już miał wypuścić kolejny kłąb dymu, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Zamiast tego ostrożnie podszedł do krat, wysunął pysk i błyskawicznym ruchem chwycił mięso z jej dłoni. Zaraz potem odleciał z nim na drugi koniec klatki.
Nie minęła nawet sekunda, gdy drugi smok ruszył za nim z wyraźnym zamiarem odebrania mu zdobyczy.
– Spokojnie, koledzy – mruknął Charlie z rozbawieniem i wrzucił do klatki drugi kawałek mięsa.
Długoróg natychmiast odłączył się od towarzysza, wydał z siebie dźwięk przypominający cichy pomruk zadowolenia, a następnie krótkim strumieniem ognia podgrzał mięso i zaczął je pożerać.
– Patrz, udało nam się! – zawołała Annabel z wyraźną radością, po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechając się szczerze.
Kamień spadł jej z serca.
Po chwili odwróciła się w stronę Charliego. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Trwało to zaledwie kilka sekund, jednak dziewczyna poczuła się nieswojo. Lekko speszona szybko odwróciła wzrok. Nie wiedziała nawet, dlaczego ta krótka chwila wywarła na niej takie wrażenie.
– Jeszcze przed chwilą dałbym sobie rękę uciąć, że wam się nie uda – odezwał się w końcu Matei z wyraźnym uznaniem. – Dobrze, że tego nie zrobiłem. Świetna robota.
– Cieszymy się, że mogliśmy pomóc – odpowiedziała Annabel.
W namiocie unosił się zapach przypalonego mięsa. Towarzyszyło mu jednak coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – rodząca się więź pomiędzy dwojgiem młodych smokologów a dwoma przestraszonymi stworzeniami. Ulga, jaką odczuwali Annabel i Charlie, była ogromna. Nie wiedzieli, jak długo smoczęta pozostawały przykute do podestu ani ile dni spędziły bez odpowiedniego pożywienia. Każda kolejna doba przybliżała je do śmierci.
Żadne z nich nie przypuszczało jednak, że był to dopiero początek ich wspólnej drogi.
Vasile Matei od samego początku miał wobec nich zupełnie inne plany.
– Skoro udało wam się zdobyć ich zaufanie – odezwał się po chwili – od dziś to wy będziecie odpowiedzialni za ich zdrowie, wychowanie i dalszą opiekę.
Przez moment w namiocie panowała absolutna cisza.
Charlie wyglądał, jakby właśnie usłyszał wiadomość, na którą czekał od początku swojej pracy w rezerwacie. Z kolei Annabel zamarła z niedowierzania. Nie spodziewała się, że jedno udane karmienie zakończy się powierzeniem im odpowiedzialności za dwa młode smoki.
Tak rozpoczęła się historia, która w przyszłości miała odmienić życie ich obojga.
  

2 komentarze:

  1. Pierwszy rozdział, a już spełnia marzenia - Czarny Hebrydzki! W dzieciństwie czytając o rasach smoków w świecie Harrego Pottera, ten jeden szczególnie mi się spodobał, tak jak jego nazwa i długo żałowałam, że nie pokazali go w żadnym filmie.
    Miła niespodzianka ;)
    Ciesze się, że Annabel potrafi się cieszyć.
    Z początku sprawiała wrażenie oziębłej (niczym gad) i pozbawionej pozytywnych emocji.
    Kto wie, może smoki też jej czegoś nauczą, jak spędzi choćby z jednym trochę więcej czasu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytane, ale tradycyjnie nie potrafię w komentowanie. No co tu więcej mówić - podoba mi się. Ciekawa jestem jak to się wszystko potoczy, wojna domowa (Annabel jest spokrewniona z rodziną królewską? Aw), kto te smoki tam przykuł i dlaczego?
    I Charlie, jejku, ten zapomniany Weasley, który nawet potomka kanonicznie nie spłodził i którego kiedyś myliłam z Billem, bo to Bill miał kolczyk-kieł, a mojej głowie do tego bardziej pasował "ten Weasley od smoków". Chcę już ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń