środa, 2 sierpnia 2023

XX


Matei siedział za swoim biurkiem, pisząc coś na kawałku pergaminu. Jego ruchy były gwałtowne, a nadgarstek ledwo co wyrabiał ogrom myśli, jakie mężczyzna chciał zawrzeć w liście. Annabel spojrzała pytająco na Charliego, który uniósł ramiona w geście braku zrozumienia dla tej sytuacji. Nie chcieli mu przerywać, ale nagłe ponaglenie jego asystenta mówiło im, że musiało być to naprawdę ważne. Weasley chrząknął, żeby zwrócić na nich jego uwagę, a wzrok mężczyzny od razu skierował się na tą dwójkę, zaraz potem wskazał im miejsca siedzące, dopisał kilka słów na kartce i odłożył pióro.

– Jeden z handlarzy, którego aurorzy złapali w tamtej wiosce nie jest skłonny do tego, aby cokolwiek więcej nam powiedzieć, jednak nieświadomie podsunął nam kilka wskazówek, z którymi chciałbym was skonfrontować.

– Zwykły handlarz i tak nie mógłby nam nic powiedzieć. Przesłuchany powinien być tej czarodziej, który nas zaatakował. – odezwała się Annabel.

– Pracujemy nad tym, ale to walenie głową w ścianę, nie chce nic mówić. Jednak Właśnie skończyłem pisać obszerny list do Ministerstwa z prośbą o możliwość użycia Veritaserum, ponieważ cytuję " ...zagraża to bezpośrednio smokom, oraz czarodziejom którzy tu pracują i może stanowić ryzyko dla funkcjonowania całego Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami" – odłożył pergamin na miejsce. – Jednak prawie na pewno odrzucą, sprawa jest jeszcze na mało rozdmuchana, żeby mogli traktować ją chociaż w połowie tak poważnie jak byśmy sobie tego życzyli.

Matei zjadł niegdyś zęby na znajomości funkcjonowania całego Ministerstwa, które w jego ocenie działa w większości bardzo chaotycznie, czego mógł doświadczyć podczas swojej krótkiej służby Czarnemu Panu. Jeszcze za tamtych czasów brak odpowiedniej organizacji  z ich strony sprawiło, iż mógł na tyle odeprzeć zarzuty skierowanie pod jego adresem, ażeby po krótkiej resocjalizacji mógł swobodnie funkcjonować i wspinać się po szczeblach kariery aż do tego miejsca. Jednak teraz bierność pracowników Ministerstwa co do przedstawianej im sprawy zaczęła powoli go irytować, dlatego właśnie wziął sprawy w swoje ręce, o czym dwójka jego pracowników miała się dopiero dowiedzieć.

– Jakie wskazówki zostawił handlarz? – tym razem to Charlie zabrał głos.

– Na tyle mocne, ażeby Biuro Wyszukiwania i Oswajania Smoków, zorganizowało wyprawę badawczą na tereny lasu Hoia Baciu. W niedługim czasie udało się odnaleźć domniemaną kryjówkę handlarzy, jednak była ona pusta. Podejrzewamy, że musieli przewidzieć rozwój wydarzeń po ich nieudanym ataku na waszą dwójkę i przenieść się gdzieś indziej. –  Charlie pokiwał głową ze zrozumieniem, a Matei rzucił im przed nos dwa skoroszyty. – W nich zawarte są szczegółowe informacje dotyczące ich kryjówki, czy na tej podstawie możecie mi potwierdzić, że to właśnie tam was przetrzymywano?

Annabel złapała na róg pergaminu i szybko przeleciała po tekście wzrokiem, to samo zrobił Charlie, ale dziewczyna podejrzała, że chłopak nie będzie mógł mieć stu procentowej pewności co do swoich wspomnień ponieważ wówczas został uderzony w głowę przez jeden z lecących kamieni.

– Nie widzieliśmy całej kryjówki, ale opis jednej z jaskiń zgadza się z tym, co tam zobaczyliśmy – potwierdził chłopak – Liczne ślady zadrapań i smoczych zębów na ścianach, słabo oświetlona zaledwie dwoma pochodniami, wysoka na kilkaset metrów, przy czym bardzo wąska...– wyliczał Charlie.

Annabel zmarszczyła brwi, zauważając jeden wers gdzie było napisane o odnalezieniu części smoczych szkieletów, zidentyfikowanych przez pracowników Departamentu jako należące do czterech różnych ras smoczych. W ich ocenie czaszki były pozbawione rogów, a na kościach znajdowało się wiele uszkodzeń i złamań. Największym dla niej szokiem było i tak to, że były to smoki mniej więcej w wieku Luminiego i Aseriela. Tamte młode musiały wówczas za życia przechodzić katusze, handlarze zdzierali im brutalnie łuski, albo pozbawiali ich pazurów. Zatrzymała się na tym fragmencie i przeczytała go kilka razy, czując narastającą złość z każdym nowo przeczytanym słowem. Tak bardzo żałowała tych biednych stworzeń, które przez wzgląd na swój wiek nie były w stanie w żaden sposób bronić się przed miotającymi w nich zaklęciami ze wszystkich stron. Typowe zagranie, przecież podczas ich ucieczki próbowano to samo zrobić z nią, a mimo iż miała skórę o wiele grubszą od nich,dodatkowo zabezpieczoną twardymi łuskami odczuwała ból, więc w takim samym wypadku co musiały czuć one.

– Annabel, wszystko w porządku? – spytał Charlie zauważając pojawiający się rumień na jej twarzy.

– Tak wszystko w porządku. - pokiwała głową wymijająco na boki, a chłopak dostrzegając przy jakim wersie zatrzymały się jej palce spojrzał na nią współczująco, już wtedy wiedział, że musiała postawić się na ich miejscu. – "Na niektórych kościach udowych udało się dostrzec ślady spopielenia, układające się w powtarzalny symbol". – zacytowała. – Gdy jeszcze przetrzymywali Aseriela i Luminiego ich również oznaczono w taki sposób, ale udało nam się to magicznie usunąć, jednak kości pamiętają. Musieli używać jakiegoś zaklęcia, ponieważ sam rozżarzony metal nie pozostawiłby żadnych śladów na ich skórze. Już samo to musiało świadczyć o tym, że kryjówka, którą odnaleziono była tą samą, z której uciekli.

– To bardzo ważnie informacje. Dziękuję. – powiedział Matei, potem napisał kilka słów, ale tym razem już z swoim brązowym notatniku, z którym nigdy się nie rozstawał.

– Czy pracownikom Departamentu udało się zaobserwować jakieś uchybienia, albo dziwne niekształtne odchylenia na tych kościach? 

– Wszystko co wiemy znajduje się w raporcie, który masz przed sobą Panno Foutley. Czy to pytanie ma jakiś głębszy sens?

– Taki, że jak już wiemy Aseriel i Lumini są hybrydami, prawdopodobnie to potomstwo dwóch odmiennych ras smoków, co zdarza się w naturze naprawdę bardzo rzadko. Jeśli więc uda się potwierdzić, że taką samą hybrydą był któryś z tych smoków, będziemy wiedzieli, że zostało to zainicjowane przez człowieka, nie przez naturę.

– Racja. – wtrącił Charlie. – Z tego co mój ojciec mi opowiadał, osób, które zajmują się takimi smoczymi krzyżówkami jest na świecie zaledwie garstka. Może uda się ustalić, która z nich może współpracować z handlarzami, być może ona będzie bardziej skłonna do rozmów.

– Weźmiemy wasze słowa pod uwagę, lecz nie sądzę, aby było to potrzebne. – odparł pod nosem –Jednak wyślę do Biura Kontroli owe kości z prośbą o ich dokładniejsze oględziny. – zgodził się Matei. – Cieszę się, że poruszyliśmy ten temat, proszę spójrzcie dwie strony dalej, chciałbym zbliżyć się do meritum naszego obecnego spotkania.

Annabel przewróciła strony i zaczęła czytać jeden z fragmentów, mówiący o tym jak Aseriel i Lumini tak właściwie znaleźli się w lesie. Handlarz przyznał, że jeden z nich dowiedziawszy się na bardzo wczesnym etapie o tym, iż są one mieszanką dwóch odmiennych ras smoków, chciał wypuścić je na wolność. Był to człowiek pełen idei, jednak jego pomysły utworzenia nowych gatunków magicznych bestii zostały odesłane z kretesem przez Rezerwat, a potem przez Ministerstwo. Uważa;i oni, że owe krzyżówki genetyczne posiadają wiele defektów i mogłyby stanowić zagrożenie dla obecnego ekosystemu świata magicznego. Później próbował jeszcze kilka razy wprowadzić własny plan, powołując się na co rusz nowsze argumenty, jednak zawsze skutek był ten sam. W pewnym momencie odrzucony i poniżony znalazł swoje miejsce wśród handlarzy, gdzie jego pomysły zdobyły uznanie przez żądnych łatwych galeonów osób. Handlarz wspomniał o tym, że gdy tylko tamten zaproponował przedłużenie ich nowego gatunku już na wolności, oraz ścisłe obserwowanie go, został zwyzywany i postanowiono, że młode zostaną tam gdzie są, ponieważ było to zbyt duże ryzyko. Rozgoryczony, pewnej nocy wkradł się do pomieszczenia, gdzie zostały one odosobnione i wykradł je, z nadzieją, że zdąży wypuścić je na wolność, niestety zauważył go jeden z strażników i wszczął alarm. Mężczyzna uciekał, ale został złapany kilka godzin później, już bez smoków, zginął od razu z rak swoich wspólników.

Dwójka smokologów niemal jednocześnie odłączyła swój wzrok od skoroszytów i spojrzeli na swojego szefa z nadzieją, że uda im się dowiedzieć czegoś więcej.

– Pracownicy Departamentu, uznali, że ten mężczyzna, dowiedziawszy się o tym, iż został odkryty musiał diametralnie zmienić swój plan. Podejrzewają, że zostawił smoki w lesie i przypiął je łańcuchami do pnia tak, aby nie odleciały, może właśnie dlatego zostały odnalezione tak blisko lasów naszego Rezerwatu, na jego własne życzenie.

– Ustaliliśmy na początku, że smoki spędziły w lesie kilka dni, więc jak było to możliwe, że nikt ich nie zauważył przez ten czas? – zadziwiła się Annabel.- I jak to możliwe, że nie zostały zaatakowane przez większe wygłodzone stworzenia? Młode, bezbronne i przykute smoki stanowiły bardzo prosty cel.

– Jestem pewien, że ten mężczyzna zabezpieczył je w taki sposób, aby nie było możliwości, żeby ktokolwiek je odnalazł, dopóki nie wróci. Jak dla mnie brzmi to jak najprostszy magiczny kamuflaż, który z czasem przestał po prostu działać. Możemy sobie tak  dalej gdybać, ale tracimy z oczu prawdziwy cel naszego zebrania.

– Dzięki temu dowiemy się, który z pracowników może mieć powiązania z handlarzami! – wystrzelił nagle Charlie, a Matei uśmiechnął się pod nosem.

– Dlaczego? – spytała zdziwiona Annabel, spoglądając niecierpliwie na chłopaka.

– Ten handlarz, tak samo jak ty Annabel nie miał prawa wiedzieć, że wszystkie wnioski składane do Ministerstwa są przechowywane w archiwach, a one wszystkie są imienne. Składający wniosek podpisuje się, a pracownicy  mają poświadczyć o autentyczności podpisu.

– Co chcesz mi przez to powiedzieć?

– Połączyliśmy ze sobą wszystkie fakty i powiązaliśmy tego mężczyznę z pracownikami rezerwatu. Jeden z naszych stażystów, którego przyjęliśmy niespełna rok temu. Douglas Boffe, sprawdziliśmy jego przeszłość. Wniosek, który został dostarczony do Ministerstwa przez tamtego handlarza o zmodyfikowaniu prawa na temat smoczych gatunków, był oznaczony jego podpisem jako pośrednika. Znaczy to, że jest jednym z handlarzy, a jego zadaniem było ułatwić obejście naszych zabezpieczeń w Rezerwacie i wpuścić do niego niepożądanych gości. – wyjaśnił Matei. – Dodatkowo data jego zatrudnienia pokrywa się z datą pojawienia się tutaj waszych podopiecznych.

– To trzeba go jak najszybciej złapać. – mruknęła Annabel.– Jeśli dowie się, że wiemy, może być już za późno na działania.

– Niekoniecznie, nie dowiemy się od niego niewiele więcej niż od tamtego, ale to że znamy jego tajemnicę daje nam przewagę. Chciałbym podzielić się z wami pewnym planem, a że obejmuje on udział Aseriela i Luminiego, postanowiłem podzielić się tym i z wami.

Prowokacja zaplanowana przez ich szefa obejmowało ogłoszenie wśród smokologów, tego że za trzy dni Aseriel i Lumini zostaną przetransportowane do innego rezerwatu celem badań, które miałyby wyjaśnić szczegóły dotyczące ich fizycznych predyspozycji i oficjalnego uznania go za "nowo powstały gatunek", co wiązałoby się z ich szczególną ochroną Ministerstwa. Matei miał pewność, że po ogłoszeniu tego komunikatu, handlarze - wyraźnie mocno zainteresowani tą dwójką nie będą chcieli pod żadnym warunkiem dopuścić do owej sytuacji, ponieważ ich odzyskanie stałoby się wtedy automatycznie niemożliwe i prawdopodobnie wcześniej podejmą próbę ich przechwycenia. Zaprzyjaźnieni autorzy wówczas będą stale obserwować rozwój wydarzeń i w odpowiednim momencie wkroczą do akcji, aby ich schwytać. Annabel i Charlie słuchali tego planu z zainteresowaniem, ale gdy tylko skończył przedstawiać im szczegóły, chłopak się odezwał.

– Nie zgadzam się. – mruknął poważnie spoglądając spode łba na szefa - To zbyt niebezpieczne, a co jeśli będą lepiej przygotowani od nas i uda im się położyć na nich łapy? Wtedy to my moglibyśmy ich już nigdy nie odzyskać.

Matei spojrzał na Weasleya, a później skierował wzrok na Annabel, która siedziała po cichu próbując przetworzyć w głowie to, co właśnie usłyszała. Mężczyzna wiedział, że ów plan niesie za sobą ryzyko niepowodzenia, ale nie sądził, aby inny (mniej inwazyjny) plan mógł odpowiednio zadziałać.

– Rozumiem twoje obawy Panie Weasley, wiem też, że darzy Pan dużym zaufaniem Ministerstwo, ale handlarze, czy też kłusownicy od lat działają na tych terenach i od kiedy tutaj pracuję, nie usłyszałem aby jakkolwiek działali na rzecz tych biednych stworzeń.

– Udało im się przecież doprowadzić nas do, tego, który nas zdradził. Może nie działają zbyt szybko, ale muszą mieć ku temu jakieś powody.

– Nasza strategia jest bardzo dobrze przemyślana i ma naprawdę spore powodzenie na sukces. Dodatkowo udział autorów w tym przedsięwzięciu daje nam wielką przewagę nad handlarzami. Ten plan może okazać się jedynym sposobem na ostateczne rozbicie tej grupy. Naszym obowiązkiem jest ochrona wszelkich smoków zamieszkałych nie tylko na naszym terenie. Wystarczy, że mi zaufacie i będziecie liczyć na to, że plan się powiedzie.

Matei nie zamierzał odpuszczać, zawsze był człowiekiem czynu, który nigdy nie zostawał nikomu dłużny. Oczywiście wiele razy spotkał się z dezaprobatą za swoje działania, ale wtenczas nie słuchał innych osób, dlatego właśnie ta rozmowa była dla niego tylko i wyłącznie przejawem dobrej woli. Smoki nigdy nie były ich własnością, a póki mieszkały w Rezerwacie, miał pełne prawo decydować o ich losie.

Charlie dyskutował ze swoim szefem, podczas gdy Annabel słuchała ich argumentów. Nie wiedziała kto miał w tym momencie rację. Zastanawiała się również co powiedziały by na to Aseriel i Lumini gdyby zdawały sobie sprawę z tego co się wokół nich dzieje. Sama Annabel nie chciałaby, aby ktokolwiek zrobił z młodych przynętę, ale czy to nie powinno wydarzyć się w imię większych celów? A co będzie, gdy w końcu będą musieli wypuścić smoki na wolność? Nie podobała jej się myśl, że nigdy nie mogłyby zaznać spokoju, a przecież nie mogłaby je ochraniać całe życie, niezależnie od tego jak bardzo ta wizja wydawała jej teraz prosta do zrealizowania. W końcu nie chodziło tylko o ich podopiecznych, chodziło tutaj również o każdego innego smoka bestialsko dręczonego przez kłusowników.

– Czy ci aurorzy są godni zaufania? – spytała Annabel, przerywając ich dyskusję.

– Na tyle, na ile godni zaufania mogą być elitarni czarodzieje chroniący życia innych, a nie możemy zbagatelizować faktu, iż czarnoksiężnicy są o wiele potężniejsi od handlarzy.

– Jeśli zgodzę się uczestniczyć w tym planie, możecie mi zagwarantować, że bezpieczeństwo Aseriela i Luminiego będzie na pierwszym miejscu i jeśli tylko coś pójdzie nie tak to akcja zostanie niezwłocznie przerwana?

– Jeśli coś pójdzie nie tak Panno Foutley, to mogę zagwarantować, że zostanę natychmiast zwolniony z rezerwatu i będę oskarżony o nadużycie swojej władzy. – Matei poprawił się na krześle i przysunął się bliżej do dziewczyny. – Dlatego też zapewniam, że będę osłaniał te smoki całym swoim ciałem, dopóty nie skonam.

Annabel pokiwała głową i spojrzała przekonująco na Charliego, który wydawał się nieco wstrząśnięty propozycją ich szefa.

– Myślę, że powinniśmy się na to zgodzić.

– Annabel, ten plan jest absurdalny, to nie jest zabawa i nigdy bym nie zgadł, że będziesz w stanie się na to szaleństwo zgodzić.

Dziewczyna położyła delikatnie swoją dłoń na jego dłoni. 

– Wiesz jak to jest być zagrożonym przez to kim się jest. – odparła patrząc na jego dłoń, która w tym momencie oplotła jej – Jeśli handlarze nie zostaną schwytani, ani Aseriel, ani Lumini już nigdy nie będą bezpieczne, nawet jeśli wypuścimy je na wolność, a one odlecą w nieznane. Oni zawsze powędrują za nimi, tacy są, niezłomni w swoich działaniach.

Charlie zastanowił się na chwilę, jego wzrok wbił się w pustą ścianę namiotu. Nastąpiła chwila ciszy, a Matei patrzył wyczekująco na Weasley'a. W końcu chłopak z ciężkim sercem musiał zgodzić się na ten plan, wiedząc że i tak pozostał w mniejszości.

~~*~~

Następne trzy dni minęły im na przygotowaniach do zrealizowania ich planu. Dwójka młodych smokologów spędzała dużo czasu w namiocie ich szefa dogrywając szczegóły i rozmawiając z kilkoma autorami, którzy zgodzili się zaoferować swoją pomoc. List z prośbą o użycie Veritserum został zgodnie z przeczuciem odrzucony, ale szef rezerwatu nie zamierzał odpuścić. Udał się więc do Departamentu Ochrony Magicznych Stworzeń, gdzie używając swoich licznych znajomości udało mu się wynegocjować sprzęt ochronny i specjalnie zaprojektowany wóz do przetransportowania młodych smokologów z punktu A do punktu B.

Charlie wyróżniał się szczególnie determinacją i dzięki swojej uporczywości udało mu się uzyskać zgodę na to, aby razem z Annabel towarzyszyć młodym smokom w ich podróży. Byli gotowi bronić ich przed jakimkolwiek zagrożeniem z zewnątrz, ale w powietrzu było czuć spięcie między nimi, a dodatkowo sytuacji nie ułatwili im inni smokolodzy, którzy co rusz próbowali pocieszać Annabel i Charliego, że przecież młode będą teraz w innym rezerwacie bezpieczniejsze, było to dla nich przykrym przeżyciem, ale jednocześnie świadczyło o tym, że ich kłamstwo stało się na tyle prawdopodobne i rozdmuchane na cały rezerwat, że z pewnością doszło już do uszy handlarzy.

 ~~*~~


Gdy nadszedł ten dzień konwój, który składał się z specjalnego ogromnego wozu, w którym przewiezione miały być smoki, a w którym jechali również Charlie i Annabel, kierowca i dwóch innych wtajemniczonych z akcję smokologów, oraz trzech innych samochodów prowadzonych przez aurorów, oraz poprzedzającego wszystkie wozy, pojazd prowadzony przez ich szefa wyjechał niemal punktualnie o 11. Każdy z pojazdów miał nałożone na siebie zaklęcie ochronne, ażeby uchronić je przez wścibskim wzrokiem mugoli, gdzie pojazd takich gabarytów mógłby wywołać nie małą sensację.

Aurorzy przewidzieli, że atak prawdopodobnie nastąpi gdzieś w połowie drogi, aby możliwie oddalić się jak najdalej od rezerwatu, a równocześnie zachować sobie pewien odstęp od miejsca, do którego mieli dotrzeć. Konwój poruszał się bardzo powoli, ażeby nie stresować młodych smoków, które kompletnie nieprzyzwyczajone do jazdy zaczęły krzątać się po swoich klatkach i pomrukiwać niezadowolone.

– Boją się. – odparł Charlie, który włożył palec między kratkę, tak żeby Lumini mógł spokojnie otrzeć się o jego skórę, próbując dodać mu otuchy. 

 - Zaczynam żałować, że się na to zgodziłam. – przyznała Annabel, patrząc jak Aseriel niespokojnie porusza ogonem, a z każdą nowo napotkaną dziurą w jezdni wydaje z siebie stłumione powarkiwania. – Nadal jesteś na to zły, prawda?

–  Jestem zły na to, że nie mieliśmy innego wyjścia. – odpowiedział chłopak łagodnie, ale Annabel wiedziała, że to nie jest jedynym powodem jego zachowania.

– Zawsze mogliśmy czekać na ruch Ministerstwa. – otworzyła klatkę jednym ruchem różdżki i wpuściła Aseriela na swoje kolana. Czując jego ciężar, przysunęła nogi do siebie i poprawiając się niezdarnie na fotelu oparła o nie swoje plecy. Aseriel zaś dosięgał jej już spokojnie do brody, więc przysunął łeb do jej szyi i zainteresował się kosmykami włosów, opadającymi na jej twarz.

– Te klatki mają specjalne zabezpieczenia, chyba nie powinniśmy tego robić. – odparł Charlie dostrzegając tą sytuację.

– Będzie gorzej, jak staną się na tyle przestraszone, że będziemy mieli problem, żeby nad nimi później zapanować. - odpowiedziała i pogładziła Aseriela pod pyskiem.

Charlie przytaknął zgodnie, w ostanim nie miał czasu, na to aby spędzić czas z Luminim, ot tak po prostu, siedząc sobie, oddając się pieszczotom i ciesząc się swoim towarzystwem, dlatego tak ochoczo powtórzył to, co przed sekundą zrobiła Annabel, z tą różnicą, że gdy tylko klatka została otworzona zaklęciem, młody długoróg wyfrunął sprintem w powietrzu i okręcając się wąsko opadł bezwiednie na rękę chłopaka i ugryzł go delikatnie w ucho, tak że Charlie skrzywił się z bólu, a wolną ręką złapał się za bolące miejsce. To było swoiste powitanie Luminiego, gdyż bardzo często gryzł Charliego w tą część ciała jak tylko był czymś mocno podekscytowany.

– To nie jest śmieszne. – mruknął pod nosem chłopak, zauważając uśmiech współpracowniczki. – Ja go tego nigdy nie uczyłem, nie wiem skąd mu się to wzięło.

– Mimo rozmiarów to wciąż nadal dziecko. – odpowiedziała mu Annabel posyłając łagodne spojrzenie.

– Dziecko, które wali ogonem tak mocno, że niedługo wybije nim okno. – odparł sarkastycznie Charlie, a w tym samym momencie młode przysunęły do siebie pyszczki i zaczęły bawić się w najlepsze, podgryzając się nawzajem.

– One po prostu chciały być razem. –  mruknęła dziewczyna obserwując ich zabawę.

 ~~*~~ 

Po kilku godzinach jazdy konwój wszedł na wąską, nieutwardzoną drogę, prowadzącą przez gęsty las. Aurorzy zaczęli zwiększać czujność, a ich wóz przyspieszył, zostawiając pozostałe wozy tyle, że nie było już z nimi kontaktu wzrokowego. Nagle, przed nimi pojawiła się barykada zrzucona na drogę przez kłusowników, co oznaczało, że ci złapali haczyk. Pojazd zatrząsł się pod wpływem zaklęć, które zostały posyłane w ich stronę, a klatki z smokami zaczęły na siebie napierać. Powietrze wypełniło się dźwiękiem spłoszonych smoków, które rykami próbowały uciekać z zamknięcia, a Annabel złapała obie klatki, aby te nie upadły na podłogę. Wóz zatrzymał się gwałtownie, a jeden z aurorów na tyłach wozu wypuścił czerwone światło z różdżki informując wszystkich o ataku.

– Zostań tutaj. – rozkazał Charlie, po czym wyszedł szybko z wozu i zaklęciem zabezpieczył dojście do młodych smoków.

Rozejrzał się, a zauważając dookoła siebie wiele drzew, uświadomił sobie, że żadna trasa, którą mieli jechać nie miała prowadzić przez las. W pierwszym założeniu, trasa miała odbywać się w większości przez rozległe pola, tak aby w razie czego zwiększyć pozostałym aurorom widoczność. Chłopak wyciągnął pośpiesznie różdżkę z specjalnego futeraliku, obwiązanego na biodrach i wyostrzył wzrok. Podszedł na przód wozu, gdzie miał siedzieć kierowca, ale miejsce było puste. Zacisnął palce na swojej różdżce i pognał z powrotem do Annabel, ale zaklęcie, posłane z niewiadomego kierunku o mało go nie ogłuszyło.

– Annabel! – krzyknął Charlie, odsuwając się od wejścia jak najdalej i obtaczając się zaklęciem obronnym.– Chyba zostaliśmy sami!

Dziewczyna nie mogła pozwolić na to, żeby Charlie sam walczył z kłusownikami, więc naprędce uśpiła smoki, które powoli zaczynały robić się agresywne i wyrywać się spod jej kontroli, następnie zmieniła je w zawieszki do naszyjnika, jak zrobiła to poprzednio i włożyła je w swój gorset, zawieszając je wcześniej na kawałku żyłki. Później wybiegła z wozu, po cym zauważyła jak chłopak odbija zaklęcia miotane w niego z dwóch stron. Włączyła się do ochrony, ale miała problemy w zlokalizowaniu przeciwników, którzy zwinnie poruszali się pośród drzew. Jedno zaklęcie przeleciało jej przed twarzą, ale ku jej zdziwieniu ugodziło jednego z handlarzy. Rzucił je Matei, który biegł w ich kierunku, a gdy stanął obok Charlie zlokalizował powalił drugiego przeciwnika na ziemię.

– Gdzie są aurorzy? – spytała Annabel. – Mieli nas ubezpieczać.

– Dostaliśmy informacje od naszego kierowcy, że musimy pojechać na zachód, ale chwilę później rumuński akcent go przypadkowo zdradził, to nie mógł być on. To ktoś inny musiał po cichu zająć jego miejsce. Zaraz tu będą.

Po drugiej stronie strumyka ukazał się ruch, a kilka postaci w czarnych płaszczach zaczęło zbliżać się do nich w szybkim tempie, powalając zaklęciami drzewa, które stały im na drodze.

– Smoki zabezpieczone? – spytał szybko Charlie zwracając się do Annabel.

– Wszystko zgodnie z planem.– potwierdziła dziewczyna i podniosła różdżkę. – Póki aurorzy się nie pojawią musimy się bronić.

Charlie potwierdził jej słowa i obydwoje z Mateiem włączyli się do walki. Dziewczyna skupiła się na unikach i ochronie siebie a Matei ją osłaniał. Charlie zaś używał różnorodnych zaklęć ofensywnych i defensywnych, starając się ustawić tak, aby mieć jak najwięcej przeciwników w polu widzenia. 

Walka trwała już dobrych kilka minut, ale aurorzy jeszcze się nie pojawili, musieli błądzić po lesie. W międzyczasie, Annabel udało się pozbawić kilku przeciwników możliwości walki. Charlie, zaś, miał więcej pracy, ponieważ kilku innych kłusowników się na niego rzuciło. Foutley wiedziała, że nie mogła ograniczać się jedynie do własnej defensywy, musiała ochraniać również Charliego, który w pewnym momencie, został powalony na ziemię przez jedno z zaklęć. Annabel natychmiast rzuciła się do jego obrony, otoczyła go tarczą ochronną, która rozbiła kolejne z zaklęć w drobny mak. Dzięki temu Charlie miał czas, by się podnieść i zacząć walczyć dalej. Jednakże, kłusownicy zaczęli zbliżać się ku nim coraz bliżej. 

Wtem jeden z ogłuszonych wcześniej aurorów przeteleportował się obok nich i przytaknął do szefa rezerwatu. Był już w pełni gotowości, a gdy uniósł różdżkę i wypowiedział formułkę zaklęcia, reszta jego grupy jak tornado zaczęło pojawiać się wokół nich rzucając zaklęciami krępującymi w kłusowników. Sytuacja zaczęła się powoli stabilizować, a kiedy Matei zauważył wyraźny ruch snujący się w ciemności, pokręcił nadgarstkiem - Priori incantatem. Ich oczom ukazał się mężczyzna, którego Annabel rozpoznała. Był to ten sam czarodziej, który uderzył ją wcześniej w twarz.

– Znowu bronisz tych bestii Matei? – zawarczał. – Szkoda, że musiałeś upaść tak bardzo nisko, gdy Czarny Pan został pokonany.

– A ty się nigdy nie zmieniasz. Od początku po tej gorszej stronie.

– Bestia nie jedno ma imię – puścił jego uwagę mimo uszu i spojrzał wymownie na Annabel, która w sekundzie oblała się falą gorąca. – Szczególnie jeśli to bestia o szlachetnej krwi. – dodał po czym wycelował różdżką w jej piersi. – Masz coś co jest mi potrzebne.

– Bestia też nigdy nie wybacza wyrządzonych jej krzywd. – Annabel zmarszczyła czoło.

– Annabel odsuń się. – odparł Charlie gotowy do ataku, celując w mężczyznę różdżką.

– Nie... – mruknął Matei i odsunął Charliego na bok. – To jest moja walka. Depulso!

Pojedynek między nimi rozpoczął się szybko i nieprzewidywalnie. Matei miał już swoje lata, ale przez to posiadał większe doświadczenie w walkach czarodziejów, więc stawiał mężczyźnie czynny opór co rusz odbijając zaklęcia i rzucając własne. Annabel i Charlie stanęli z boku, gotowi do interwencji, ale Matei wydawał się radzić sobie całkiem dobrze. Oczy miał skupione na przeciwniku, nie wahając się ani przez chwilę. Z każdym kolejnym zaklęciem Annabel zaciskała pięści. Wiedziała, że Matei musi stawić mężczyźnie czoła samemu, że to jest ich prywatny pojedynek. Jednocześnie jednak była przerażona, widząc, jak jej szef, wedle obietnicy ryzykował swoje życie dla zdrowia młodych. Chciała interweniować, pomóc mu, ale wiedziała, że nie powinna wychodzić przed szereg, szczególnie, że musiała oszczędzać energię na ochronie Luminiego i Aseriela. W końcu jednak udało mu się, odbił ostatnie zaklęcie Protego Maxima, gdy ten przybliżył się do niego na odpowiednią odległość, co sprawiło, że napastnik oberwał, a siła odśrodkowa posłała go kilka metrów w tył.

– To był tylko przedsmak tego, co jeszcze na was czeka – syknął, próbując szybko się podnieść, ale Matei już na niego wyskoczył, unieruchamiając go zaklęciem krępującym.

– Ty już nic nie zrobisz. - powiedział za spokojem, podchodząc bliżej i nabierając pewności siebie. – Aurorzy się tobą zajmą, a ja upewnię się, że nigdy już nie będziesz miał możliwości krzywdzenia smoków.

Młodzi smokolodzy stanęli u jego boku, wciąż gotowi do obrony, ale w oczach Mateia widać było wyraźną ulgę. Walka się skończyła, a oni wygrali. Pozostali kłusownicy dostrzegając porażkę swojego szefa ogłosili odwrót, ale nikomu nie udało się uciec.

  ~~*~~

Matei od razu po walce udał się do Ministerstwa w akompaniamencie aurorów, aby dopilnować by żaden handlarz przypadkowo nie dał nogi, a przy okazji musiał złożyć obszerne wyjaśnienia dotyczące tego, czego udało im się dokonać. Przed wyjściem poprosił jednak swoich pracowników o to, aby na razie zachowali dla siebie wydarzenia w których dziś wzięli udział. Annabel i Charlie wrócili więc do rezerwatu. Na niebie malował się wówczas zmrok, więc nie było ryzyka, żeby ktoś mógłby zadawać niewygodne dla nich pytania, mimo to uśmiechnięci i zmęczeni odprowadzili swoich podopiecznych do ich klatek, uprzednio upewniając się, że transmutacja nie wywołała u nich żadnych efektów ubocznych. Na sam koniec nakarmili je i rozmawiając wydarzeniach tego dnia rozeszli się po swoich domów, lecz gdy tylko Annabel weszła do swojego namiotu, dostrzegła na komodzie list adresowany do niej i zabezpieczony królewską pieczęcią. Było to zaproszenie na ślub Christine.

niedziela, 23 lipca 2023

XIX

Charlie wgryzł się w jej usta łapczywie, a Annabel nie zostawała mu dłużna. Oddawała pocałunki z dużym zaangażowaniem, obejmując go w pasie. Znowu stało się coś, co nie powinno, a przecież niedawno mówili coś o przyjaźni. Kręcili się po namiocie Charliego zatracając się w tańcu ciał, po drodze zrzucali kilka przedmiotów, które w zderzeniu z twardą posadzką roztrzaskały się na kilka części. Chłopak najpierw zacisnął dłonie na jej plecach, a później przenosił je na twarz, Annabel za to cały czas napierała na jego usta. Charlie w końcu przerwał pocałunek i spojrzał na swoją partnerkę, a ta tylko uśmiechnęła się szczerze.

- Na przyjaźń mi to nie wygląda. - wyszeptał.

- Jedno drugiego nie wyklucza.- odparła poważnie.

Przycisnęła się do niego i po raz kolejny wpiła się w jego usta. Palce Charliego zaczęły wędrować w okolice jej ramion. Przesuwał je delikatnie od góry do dołu, jakby głaskał rannego zwierzaka, jednocześnie oddając pocałunki z taką samą intensywnością jak ona. Jednym zgrabnym ruchem odsunął jej ramiączko, a czując gołą pierś na swojej klacie popchnął ją na łóżko.

- Sama tego chciałaś, pamiętaj. - mruknął Weasley i wyswobodził się z swetra, który rzucił na ziemię.

Annabel zaś opadła na sofę dysząc ciężko, a gdy spostrzegła nagi tors chłopaka zauważyła, że jego ciało wygląda inaczej niż myślała. Był dobrze zbudowany co zrobiło na niej wrażenie, spojrzała na niego wnikliwie, nie ukrywając zadowolenia, co wzbudziło w Chaliem pożądanie. Ten spoglądał jeszcze przez chwilę na nią, czekając, aż być może się rozmyśli, ale nie zauważając ani krzty wątpliwości na jej twarzy, zaczął rozpinać swoje spodnie. Gdy już się z nimi uporał podszedł do dziewczyny i ułożył się na niej tak, jak było mu wygodnie, a chwilę później bez wyrzutów sumienia powietrze wypełniło się romansem i ich równomiernymi oddechami.

- Przecież wiedzieliśmy, że w końcu musiało do tego dojść.

- A ja miałem nadzieję, że ta wojna da nam trochę więcej czasu. - odparł Sliloh i spojrzał w dół, na koc na którym obydwoje siedzieli.

- Mój brat jak dowiedział się o Synach Nomadu dostał wścieklizny. - odpowiedziała Christine. - Przyśpieszył mój ślub, a dla Annabel również znalazł potencjalnego męża.

Christine od zawsze opowiadała Slilohowi o działaniach wojennych jej brata, ufała mu bezgranicznie, wiedziała, że nie wyniesie tych informacji po za obieg ich spotkań. Było to lekkomyślne z jej strony, jednak zawsze co ważniejsze informacje pomijała. Sliloh nigdy nie chciał tej wojny, był zwykłym żeglarzem, który eksportował co ważniejsze towary z Jury. Nigdy nie dopytywał też o szczegóły owych działań, był ponadto. Od zawsze traktowany przez swojego ojca jako obywatel drugiej kategorii, przez to, że nie posiadał żadnych magicznych zdolności, zrzucony z piedestału na rzecz jego starszego brata - Burgessa, dumy rodziny. Gdyby ktoś spytał się go o to, czy bycie kimś niewidzialnym jest dla niego nie do wytrzymania - cóż, młodsza wersja powiedziałaby a i owszem, starsza natomiast była mądrzejsza, nauczona tylko i wyłącznie porażki  i lata później . Jego życiem teraz było morze, chciałby żeglować nie tylko po wodach Hybryd, a także w pozostałe części świata, zobaczyć kawałek świata. Jednak Anthony nigdy nie pozwolił mu się zapuszczać tak daleko. Sliloh zawsze zastanawiał się dlaczego ojciec tak bardzo naciska, aby ten nie poznawał cywilizacji z bliska. Może dlatego, iż obawiał się, że jeśli Sliloh poznałby cywilizację, to może zacząć porównywać swoje życie i pozycję z innymi, a wtedy mógłby poczuć się lepiej. Może też obawiał się, że Sliloh zacząłby marzyć o czymś więcej niż tylko o morzu i ostatecznie opuściłby rodzinny biznes, co oznaczałoby utratę dla wyspy znacznych dochodów. Niezależnie od powodu, Sliloh musiał się pogodzić z faktem, że jego życie zawodowe ogranicza się wyłącznie do żeglowania po wodach Hybryd. 

- Chodzi o twoją kuzynkę, tak?

-  Tak, dobrze, że w miarę szybko opuściła wyspę i zaczęła żyć własnym życiem, zazdroszczę jej tego, że prawdopodobnie nie będzie musiała wejść w zaaranżowane małżeństwo, a w końcu tego, że może swobodnie o sobie decydować. Może gdybym w czas pojęła jej zachowanie, zamiast ją od tego odciągać...

- Christine, nie mogłaś tego przewidzieć. - Odparł Sliloh najcieplejszym głosem, na jaki tylko było go stać i złapał ją za rękę.- Przez piętnaście lat nasze wyspy żyły w zgodzie. Czasami zastanawiam się, czy gdyby ten pokój został zachowany, a ojciec nie wpadł w chorą ambicję, mógłbym to ja stanąć u twojego boku przy ołtarzu.

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, wiele razy śniła jej się ta sytuacja, słodki sen, a później koszmar dnia codziennego. Zastanawiające było to, że w jej śnie za każdym razie wszystko wyglądało tak samo. W chwilach słabości chciała nawet wierzyć, że jest to jedna z jej wizji, jedyna pozytywna, ale tak się nie stawało, zaczynała wątpić. 

- Stałoby się to na pewno, od dnia kiedy zatańczyliśmy pierwszy, nieco niezdarny taniec w wieku dziesięciu lat. Christine pamiętała to dobrze.- Miałeś wtedy takie duże buty, że aż trudno było ci się było w nich poruszać - uśmiechnęła się z uznaniem. 

 - A ty byłaś tak piękna, mimo dziecięcego wyglądu, że aż mnie przytłoczyłaś swoim urokiem - odpowiedział Sliloh, czując jak ciepło zalewa jego policzki. 

Zakochani przez chwilę patrzyli sobie w oczy, oboje wiedząc, że nie ma już powrotu do normalności. Świat, który znali, właśnie się zawalił, a oni zostali w samym środku burzy. Niewiele mieli do stracenia, a jednocześnie wiele do zyskania. Może była to szansa, aby ostatecznie rozpocząć wspólną przyszłość, poświęcić się dla siebie nawzajem. 

 - Sliloh, co teraz? - zapytała Christine, łapiąc jego dłoń w swoje dłonie 

- Teraz musimy zdecydować, co dalej. Czy chcemy odważyć się na coś więcej, czy pozostać w miejscu, w którym nas umieszczono. - zamyślił się Sliloh. - Christine, pamiętasz co powiedziałem, gdy dowiedziałem się o twoich zaręczynach?

-  To, że Książę Skye jest bucem? - zapytała żartobliwie

- Też. - mruknął pod nosem i uśmiechnął się do niej - Ale też to, że świat jest duży, że na pewno znajdzie się dla nas miejsce, gdzieś tam.

- Chciałeś, abyśmy uciekli Sliloh. - odparła poważnie.

- Nie, nie chodziło mi o ucieczkę, ale o szukanie swojego miejsca na ziemi. Może to znaczyć zmianę otoczenia, może też znaczyć zmianę siebie samego. To, co ważne, to przede wszystkim odwaga, aby podjąć decyzję i zrobić krok w kierunku swojego marzenia. - wyjaśnił Sliloh, po czym patrzył na Christine z nadzieją w oczach. 

- Pamiętam co ci wtedy odpowiedziałam. Mówiłam o tym, że ucieczka nie wchodzi w grę. Nie mogłabym zostawić wyspy w rękach najeźdźców, bo to tak jakbym działała przeciwko sobie. Kocham swojego brata Sliloh, mimo iż ten nieświadomie robi wszystko aby to zatracić. Mówiłam też o tym, że od najmłodszych lat jestem skazana na to, co przynosi mi los. O tym, że nie jestem na tyle odważna aby zaczynać wszystko od nowa. I nie zrozum mnie źle, naprawdę spora część mnie chce z tobą żyć, ale na podjęcie tak radykalnych kroków nie jest jeszcze czas. Rozmawiałam z moim bratem, zaproponowałam mu pewien plan i jeśli się powiedzie być może wojna zakończy się szybciej niż nam się wydaje.

Sliloh pokiwał głową ze zrozumieniem, wierzył w Christine, wierzył też w to, że zrobi wszystko co w jej mocy, aby uniknąć małżeństwa. Również i on musiał działać, wesprzeć dziewczynę i jeśli ona odnalazła w sobie siłę, aby porozmawiać ze swoim bratem, on także musi spróbować wpłynąć na swojego ojca, chociaż nie wróżył temu zbyt wielkiego powodzenia. 

- Ile nam jeszcze zostało? - spytał.

- Całe szczęście kilka tygodni, brat pragnie aby wszyscy, którzy się liczą na Skye uczestniczyli w ceremonii, a niektórzy są obecnie w rozjazdach.

- W takim razie nie marnujmy cennych minut na rozmowy o wojnie. Nacieszymy się sobą. 



Sen, który miała Annabel, a w którym latała majestatycznie po niebie, obserwując ludzi, poruszających się po świecie jak małe mrówki, został brutalnie przerwany. Nieoczekiwanie pojawiły się ciemne chmury, zagrzmiało piorunami, a wiatr zaczął wiać coraz silniej. Annabel z trudem utrzymywała się w powietrzu, gdy nagle została uderzona przez błyskawicę. Upadła z wysokości, krzywiąc się z bólu i próbując złapać oddech. Obudziła się gwałtownie i wystrzeliła z łóżka, budząc tym samym śpiącego w najlepsze i chrapiącego wniebogłosy Charliego.

- Wszystko w porządku? - spytał na w pół śpiący, ocierając oczy.

- Tak, jak najbardziej. - odparła szybko. - Zły sen.

- Która godzina? - spytał, ale opadł z powrotem na poduszkę.

Annabel zwróciła swój wzrok na zegar, który wskazywał wpół do ósmej. Był to środek tygodnia, a ona od pół godziny powinna być w pracy i karmić smoki. Wystrzeliła z łóżka z prędkością światła, ale zauważając, że stoi kompletnie naga wyrwała Charliemu koc, pod którym ten ponownie zaczął się układać i otoczyła się nim, ale chłopak mimo to coś mruknął pod nosem i ponownie zasnął. Spojrzała na niego przez chwilę, on również spał nago, wtem w głowie zaczęły jej się pojawiać wizje z poprzedniego wieczora. Uśmiechnęła się do siebie i szepcząc pod nosem "dobra robota" zaczęła szukać po namiocie swoich ubrań.

Gdy już skompletowała całość odzienia porozrzucane po całym salonie ubrała się i nawet nie poświęcając minuty na ogarnięcie włosów wyszła na zewnątrz po cichu. Do jej oczu dotarło słabe wiosenne promienie słońca, oślepiły ją na chwilę, a gdy tylko odzyskała odpowiedni kąt widzenia zauważyła, że kilku współpracowników wpatruje się w nią niejednoznacznie. W końcu widok dziewczyny wychodzącej rano z namiotu kogoś innego, rozczochranej i lekko sponiewieranej oznacza jedno. Annabel wcale nie przeszkadzało to, że ktokolwiek mógł sobie coś pomyśleć. W końcu rozwiązłość wśród niektórych smokologów przeszła do historii, a ona wcale się tym nie przejmowała.

- Annabel, szukałem cię. - podszedł do niej Damon, a gdy zauważył gdzie tak naprawdę ona stoi i w jakim stanie była, spytał - Co tu tu robisz? To namiot Weasley'a?

- Do rzeczy Damon. - ucięła temat, w który wcale nie chciała się z nikim wgłębiać.

- Nie było cię rano, a Aseriel i Lumini były głodne. Wypuściłem je w teren, żeby sobie coś upolowały i rozruszały skrzydła. Niedługo powinny wrócić.

- Dzięki Damon, czy mógłbyś przypilnować je jeszcze chwilę? Zaraz wrócę, tylko muszę się umyć i przebrać. 

- Jasne - przeciągnął, a jego wzrok odprowadził ją wgłąb namiotów mieszkalnych, za którymi natychmiast zniknęła.


Damon odprowadził Annabel wzrokiem, nadal przetwarzając to, co właśnie się wydarzyło. Wiedział, że w końcu musiało się to stać, tylko nie spodziewał się iż stanie się to tak szybko. Ruszył więc posłusznie w stronę terenu szkoleniowego, aby spełnić prośbę swojej współpracowniczki, a gdy dotarł na miejsce usiadł na jednej z ławek poczuł, że powietrze było chłodne i świeże, a wiatr przynosił zapach lasu i łąk należących do Rezerwatu. Wziął głęboki oddech, który trochę go lekko ożywił. Damon od kilku dni miał problem z snem, od momentu gdy Matei ogłosił, że Hiryu natychmiast musi być wypuszczony. Chłopak nie spodziewał się tego kompletnie, mimo że owszem rozmowa między tą dwójką zazwyczaj schodziła na tematy jego podopiecznego, ale nigdy nie spodziewał się, że decyzję o tym podejmie jego szef, a nie on sam. Jednak jego argumenty powoli były na wykończeniu, więc musiał się zmierzyć z rzeczywistością.

Wziął jeszcze jeden oddech, a w jego głowie zaczęły miotać się wspomnienia o tym, jak wielki kredyt zaufania po aferze, gdzie jego nazwisko zostało zhańbiona otrzymał od szefa. On jako jedyny zechciał go zatrudnić w Rezerwacie i nawet nie spodziewając się tego w najśmielszych snach dał mu pod opiekę młodego Długoroga. Damon obiecał sobie wtedy, że całą swoją energię przeznaczy na odpowiednią opiekę nad nim, aby nikt nie mógł mu nic zarzucić. Pamiętał dobrze pierwsze próby karmienia młodego. Hiryu był bardzo malutki jak na swój wiek i częściej odsuwał jedzenie, niż je zjadał, ale dzięki systematyczności i częstym eksperymentowaniu z pożywieniem, trafił w jego gusta. Pamiętał również jak pewnego jesiennego dnia jeden ze smoków - ten który dopiero co trafił do Rezerwatu, całkowicie zdziczały próbował zranić Hiryu, gryząc go w skrzydło, Damon wtedy nie miał przy sobie różdżki, więc odruchowo stanął pomiędzy nimi, a zęby starszego smoka zatopiły się w udzie chłopaka, powodując krwotok i zostawiając blizny, które do teraz przypominają mu o swoim poświęceniu. Dzięki tej sytuacji Damon zaskarbił sobie uznanie swoich współpracowników, którzy dotąd patrzyli na niego niepewnie. 

Chłopak poczuł gniew i frustrację, że nie może zrobić nic więcej, aby jego podopieczny został w Rezerwacie. Musiał jednak przyjąć fakt, że to Matei ma ostatnie słowo, a on może jedynie pomóc w lepszym przygotowaniu Hiryu do życia na wolności. Damon spojrzał na zbierające się chmury i zaczął się zastanawiać, co przyniesie jutro. Czy Hiryu poradzi sobie na wolności? Oczywiście w to nie wątpił, krzątał się po prostu teraz w swoich egoistycznych pobudkach. 

- Aseriel i Lumini jeszcze nie wrócili? - Annabel wyrosła obok niego jak spod ziemi.

- Jeszcze nie, może potrzebują trochę czasu. - odparł Damon patrząc w przestrzeń.

- Pewnie są podekscytowane i latają między drzewami. Kto wie, może zechciały się jeszcze ścigać. - odparła Annabel spokojnie kręcąc się dookoła.

Damon nie odpowiedział, przed chwilą wspominał najlepsze momenty z swojego życia, a teraz dotarło do niego, że tak naprawdę Annabel dokładnie teraz przeżywa to samo.

- Wrócą.

- Hiryu nas opuszcza, tak? - spytała retorycznie, a Damon pokiwał głową. - Może jest tak samo podekscytowany jak Aseriel i Lumini, gdy tylko mogą wyfrunąć na deptak. 

- Tak, może i jest - odpowiedział. - Muszę przecież pamiętać, że dla niego to wielka sprawa i nowe wyzwania, ale jestem pewien, że sobie poradzi. 

Annabel pokiwała głową, ale w jej oczach pojawiła się smutna refleksja. 

- Myślę, że tak naprawdę każdy smok, który tutaj jest, marzy o wolności. O tym, by móc żyć po swojemu i robić to, co lubi. My tylko staramy się im to umożliwić, pomóc im przetrwać od maleństwa, po to by w końcu je wypuścić.

Chłopak uśmiechnął się do siebie. Nigdy nie musiał się starać, żeby Annabel pokazała swoją wrażliwą stronę, podczas rozmowy tej dwójki stawało się to naturalne, w żaden sposób nie wymuszone. Damon nie rozumiał dlaczego, ale czuł się co najmniej zaszczycony tym faktem.

- Niekoniecznie, Aseriel zdaje się za Tobą szaleć. 

- To czemu nie przyleciał gdy tylko pojawiłam się w pobliżu?

- Może wyczuł zapach kogoś innego - zaśmiał się, spoglądając dwuznacznie na Annabel, za co dostał od niej lekkiego kuksańca prosto w żebra. 

W tym momencie w polu widzenia Annabel pojawił się Lumini, trzymający w pysku zdobycz, a zaraz za nim leciał Aseriel również zwycięsko z swojej wyprawy. Młode poleciały z ekscytacją nad głowę Annabel i wypuściły z pyska zagryzione mięso (jeden kawałek o mało nie poleciał na Damona). Zaczęły kręcić się w kółko, a z ich pyszczków wydobywały się strużki ognia. Po chwili zmęczone ekscytacją zleciały na dół by jakby nigdy nic zająć się pożywieniem. 

- Już jestem! - krzyknął z oddali Charlie i biegł prosto na nich - Joshua powiedział mi gdzie jesteś!

- Ja nie wiem jak to jest z tym zapachem, ale jestem niemal pewien, że Weasley wyczuł Luminiego - wyszeptał żartobliwie Damon Annabel do ucha, po czym poszedł w swoją stronę, a zaraz potem został zaczepiony przez młodego stażystę.



Sliloh pożegnał się szarmancko z Christine i pożeglował z powrotem na swoją wyspę. Jeszcze nigdy droga do domu aż tak mu się nie dłużyła, z jednej strony obiecał sobie, że zaraz po powrocie odnajdzie swojego ojca i spróbuje z nim porozmawiać, ale im bliżej Jury się znajdował, tym ciężej oddychał. Był jednak bardzo zdeterminowany, więc pomimo swoich odczuć przez całą drogę zastanawiał się jak zacząć rozmowę i kontynuować ją w taki sposób, aby ten nie zaczął niczego podejrzewać.

Wysiadł z statku i zostawił go pod opieką swojego współpracownika, przeszedł przez most i jurydykę, a niedaleko znajdował się ich rodzinny Pałac. Po drodze mijał poddanych swojego ojca, którzy pozdrawiali go serdecznie. Sliloh był ukochanym synem ich władcy, zawsze stąpał bliżej ludzi niżeli Królewskich zasad. Często brał udział w różnych akcjach, mających na celu pomoc tym biedniejszym miasteczkom, znanym bliżej jako slumsy i zdecydowanie częściej niż swój brat angażował się w ich życie, był względem ich bezkrytyczny, a czasami nawet zdarzało mu się rozmawiać z nimi na wszelakie tematy, czekając na załadunek towarów na swój statek.

Po dotarciu do pałacu, Sliloh poprosił namiestnika o spotkanie z ojcem, ale jego prośba została odrzucona. Mości Król odbywał teraz spotkanie z swoimi doradcami, prawdopodobnie podczas których omawiane były dalsze wojenne posunięcia. Chłopak na samym początku chciał porozmawiać w cztery oczy z swoim ojcem, ale po dłuższym namyśle odparł, ku zdziwieniu mężczyzny, że również chciałby w nim uczestniczyć w tym spotkaniu, a namiestnik nie ma prawa mu tego odmawiać.

Po kilku minutach oczekiwania, został wprowadzony do sali, gdzie już czekał na niego jego ojciec, Król Jury, wraz z innymi doradcami. Sliloh musiał przyznać na początku, że jego ojciec wcale nie przypominał tego, którego miał "przyjemność" oglądać na co dzień. Król wydawał się mętny, złoszczący się na doradców, którzy starali się na siłę przeforsować swoje rozwiązania, a gdy zobaczył swojego niesławnego syna u progu komnaty wyprostował się dumnie jak paw. Zaraz potem Sliloh pozdrowił swojego ojca i usiadł przy stole u boku doradców. Nie był w stanie zrozumieć, dlaczego jego obecność wzbudzała tyle emocji, szczególnie dostrzegając minę, którą zrobił jego starszy brat - Burgess ale zdawał sobie sprawę, że to teraz nie był czas na zadawanie pytań. Król Jury powitał syna z surowością.

- Sliloh, co cię tu przynosi? Mam ważne sprawy do omówienia z moimi doradcami. Czy musisz być tu teraz? – spytał Król Jury, spoglądając na swego syna z wyrazem niechęci.

- Ojcze, mam swoje powody, dla których chcę uczestniczyć w tym spotkaniu" - odparł Sliloh, próbując zachować spokój.

Jego najważniejszym powodem była Christine, ale przecież tego mógł powiedzieć. Zamiast tego przez chwilę wsłuchiwał się z to jakie dalsze kroki proponują doradcy Króla. Sliloh miał plan, aby w miarę możliwości zniechęcić ojca, do tego, aby skorzystał z usług Synów Nomadu, którzy przecież nie są warci zaufania. Czekał jedynie na odpowiednią okazję, aby móc przemówić, a gdy tylko pojawił się ich temat postawił wszystko na jedną kartę.

- Ojcze, mam pewną sugestię - przerwał Sliloh, przyciągając uwagę wszystkich przy stole. - Nie powinniśmy opierać naszych działań na niesprawdzonych i niepewnych źródłach. Synowie Nomadu nie są doświadczonymi wojownikami, którzy potrafią sprowadzić zagrożenie do minimum. Są zwykłymi wyznawcami Boga, którego sobie wymyślili, nie potrafią cofnąć się przed niczym do osiągnięcia celu, zdradzili wiele razy, a czego uczy nas historia są również pierwszeństwem do upadku. 

Król Jury spojrzał na swojego syna mniej surowo niż przed chwilą, ale wciąż wydawał się sceptyczny. 

- Czy masz na myśli, synu? - zapytał z zainteresowaniem, uciszając jedną ręką swojego starszego syna, który właśnie miał zamiar przemówić.

- Mam na myśli to, że powinniśmy poszukać innych opcji. Nasi niedawni partnerzy handlowi, którzy swoją drogą finansują nasze zbrojenie wydawali się niepewni. W ich ocenie Synowie Nomadu są zwykłymi złodziejaszkami, a my finansujemy ich eskapady. Wydaje mi się nawet, że lwia część próbowała dać mi wyraźnie do zrozumienia, że obawiają się o swoje biznesy.

Anthony wydawał się coraz bardziej zainteresowany sugestią Sliloha, chociaż wciąż zachowywał pewną rezerwę, ale chłopakowi wydawało się, że ojciec gra z nim w jakąś dziwną grę. Chłopak wiedział, że przez to musi uważać na każde słowo, aby nie wpakować się w kłopoty. Dlatego postanowił kontynuować swoją argumentację w taki sposób, aby nie wywołać podejrzeń.

- Nie chodzi mi o to, żeby całkowicie z nich zrezygnować, ale musimy rozważyć to, czy ich "usługi" są warte ryzyka utraty naszych najlepszych klientów.

Anthony spojrzał na swojego namiestnika, a później starszego syna. W pewnym momencie zaśmiał się pod nosem, a w ślad za nim reszta jego doradców.

- To naprawdę słuszne spostrzeżenie Sliloh. Jednak, gdzie podczas tej rozmowy padło zdanie, że musimy im ufać? - odparł łagodnie Anthony. - Już dawno wzięliśmy pod uwagę ich zdradę i zapewniam cię synu, że nasze stosunki handlowe nie ucierpią na tym ani trochę.

- Czy masz do powiedzenia coś jeszcze, na przykład to, czego nie wiemy? - zapytał Burgess patrząc z politowaniem na swojego młodszego braciszka, który próbował bawić się w wojnę.

- Czyli niepowodzenie ponoć "najlepszego" z nich w schwytaniu smoczej dziewczyny było również zaplanowane? - odparł unosząc jedną brew i spojrzał poważnie na twarz swojego ojca, która na raz zmieniła grymas, a na sali zapanowała cisza. - Czyżby zwrócenie na siebie uwagi aurorów było również w planach? A może powiecie mi jeszcze, że Ministerstwo Magii miało dowiedzieć się o tym, że łamiemy ich zasady dotyczące pożycia z mugolami?

Sliloh spojrzał na swego ojca z mrocznym wzrokiem. Wiedział, że zaczyna dotykać tematu, który mógłby mu przysporzyć niepotrzebnych kłopotów, ale był gotów iść na to ryzyko. 

- Czyżbyśmy mieli coś do ukrycia, ojcze? - zapytał zimno, obserwując jak twarz Króla zaciska się w irytacji. - Czyżby nasza władza w Jurze była uzależniona od łamania magicznego prawa? A może to wszystko było zaplanowane i okazało się, że to teraz my jesteśmy marionetkami w rękach Synów Nomadu?

- Przekraczasz wszelkie granice synu. - odparł surowo Anthony wstając z miejsca i kierując się wolno w jego stronę. - Nie możesz mieć pojęcia z czym się tu mierzymy, nie możesz mieć pojęcia o tym z czym wiąże się wojna. - zatrzymał się w połowie drogi. - Oni są na potrzebni przede wszystkim do tego, aby odwrócić uwagę Ministerstwa od nas, w końcu nie mogą spodziewać się tego, że z nimi współpracujemy, a nawet jest podejrzewają nas o to, zapewniam cię, że żadnych konkretnych dowodów na to nie mają.

- Możesz mówić co chcesz ojcze, to że macie kontrolę, to że wojna usprawiedliwia narażanie się Ministerstwu, to że niczym nie ryzykujecie współpracą z Synami Nomadu, ale nic nie usprawiedliwia zagryzienia wilka przez owce, nawet jeśli wówczas ów wilk sądzi, że owce nie mają odpowiednio ostrych zębów. - odparł cicho, ale zdecydowanie. - Wiecie dlaczego Islay zawsze wychodzi z potyczek zwycięsko? Ponieważ nie stawia na półśrodki, poświęca czas na zdobywanie sojuszy, a pieczętuje je małżeństwem. - przez chwilę wielka gula utknęła mu w gardle, ponieważ pomyślał o Christine, ale to właśnie dlatego dalej kontynuował przemowę - Synowie Nomadu dzięki swojej krnąbrności już raz nimi przegrali, teraz są słabsi, chwilę powalczą, może i dają nam złudne zwycięstwo w kilku bitwach, ale polegną, tylko teraz z tą różnicą, że zabiorą nasze bogactwa ze sobą, albo nie polegną i opanują Islay, bo to zawsze było ich celem, a nam zostanie przełknąć po raz kolejny gorycz porażki. Więc, Królu jeśli teraz mi powiesz, że oddanie im tej wyspy jest zawarte w Twoim planie, to powiedz mi o tym, a ja już nigdy nie podważę twoich kompetencji.

Sliloh zakończył swój wywód zadowolony. Spoglądał po twarzach doradców i czytał z nich jak z otwartej księgi. Jedni zawstydzeni spoglądali na swoje dłonie, drudzy patrzyli na niego z podziwem, a jeszcze inni spoglądali po sobie. Burgess nawet się nie odezwał, zazwyczaj poniżał swojego brata, gdy tylko ten próbował wypowiedzieć się na tematy wyspy, ale teraz siedział i spoglądał obojętnie na swojego brata. Ojciec za to zamilkł, ale Sliloh wiedział, że mimo jego słów, ten zostanie nieugięty, ponieważ jego doświadczenie świadczyło o czymś innym i dzięki temu jest pewny tego, że postępuje odpowiednio. Król Jury jednak po chwili przerwy wypowiedział się ze spokojem, ale jednocześnie w jego głosie dało się słyszeć pewną nutkę irytacji. 

- Wszystko, co mówisz, jest prawdą. Jednakże, nie możemy pozwolić sobie na to, aby przegrać tę wojnę. Synowie Nomadu są ryzykownym wyborem, ale jednocześnie są jedynym sojusznikiem, na którego możemy sobie teraz pozwolić. Wiem, że masz dobre intencje, Synu, ale czasami trzeba myśleć pragmatycznie. Chcę, abyś zrozumiał, że to nie jest łatwa sytuacja i nie wolno nam teraz zawahać się i szukać innych opcji. 

Sliloh przypomniał sobie słowa Christine, że czasami trzeba brać na swoje barki odpowiedzialność za swoje decyzje, a teraz widział, że jego ojciec unikał tego, co jest trudne. Wiedział, że dalsza walka z nim w obecnej sytuacji nie ma sensu.

- Rozumiem, ojcze. - pochylił głowę i odpowiedział z powagą.  Król Jury spojrzał na swojego syna z uznaniem, ale jednocześnie w jego oczach widział się też pewien smutek i gorzka refleksja. Nie spodziewał się jednak, że jego młodszy syn tak bardzo wczuje się w obecną sytuację. - W takim razie muszę wracać do swoich obowiązków i spróbować przemówić do naszych partnerów handlowych, uspokoić ich w jakiś sposób. - Sliloh westchnął i wstał z miejsca - Królu, bracie. - ukłonił się im nisko i opuścił salę.

Sliloh czuł się zmęczony, w tym miejscu zawsze czuł się wyobcowany, ale jednocześnie wiedział, że musi działać. Mimo tego był zadowolony z siebie, może z ojcem nie poszło mu tak, jakby sobie tego życzył, ale udało mu się zasiać ziarno niepewności w umysłach jego zaufanych ludzi, a to pomoże ojcu spojrzeć nieco z szerszej perspektywy, a przynajmniej takiej, z jakiej on sam im to przedstawił.  Musiał jednak przede wszystkim znaleźć sposób, aby uwolnić Christine i powstrzymać Synów Nomadu przed opanowaniem wyspy. Mimo wszystko, nawet jeśli wcześniej o tym nie pomyślał, miał wrażenie, że nawet sam siebie przekonał o tym, iż tamci stanowią dla Jury duże zagrożenie.

poniedziałek, 17 lipca 2023

XVIII

Christine wstała z swojego łoża, jak zwykle obudzona przez służkę, jednak tym razem ta dostała polecenie od Króla, aby niezwłocznie doprowadzić siostrę przed jego oblicze. Kobieta stała niecierpliwie czekając, aż Księżniczka założy na siebie odzienie. Nie odważyła się jej poganiać, ale jej wzrok mówił Christine, że jest to naprawdę ważne, dlatego nie zważając na śniadanie które składało się z świeżo upieczonego chleba, masła, czterech rodzajów sera i szynki z dzika ubrała się szybko, wyminęła tacę z posiłkiem (sam zapach powodował u Christine głód) wyszła ze swoich komnat. Pozdrowiła skinieniem głowy ochroniarza, pilnującego jej od kilku miesięcy i pognała przed siebie. Po drodze spotkała jeszcze kilku rycerzy, którzy zawsze tęskno za nią spoglądają. Christine była piękna, niezależnie od sytuacji, biła od niej łagodność i posłuszeństwo, wychowywana jeszcze na starych zasadach, gdzie to mężczyzna był Panem domu, a jednocześnie pożądana przez wielu.

 Dziewczyna nigdy nie określała się jako osoba która czerpie radość z tego, że kilku mężczyzn ślini się na jej widok, odpychało ją to, a jej największym marzeniem odkąd zaczęła dorastać, a jej ciało zmieniać było takim, aby ktoś pokochał ją za to kim naprawdę jest - Shiloh był tą osobą, nigdy nie czuła się przy nim jak przedmiot, czyjaś ozdoba tylko jako człowiek, już nawet nie kobieta, po prostu człowiek ogarnięty marzeniami, szanowany i doceniony za swój wkład w sztukę. Tak, Księżniczka uwielbiała grać na harfie, te dźwięki tak wdzięczne, a jednocześnie dojrzałe. Robiła to od wielu lat, odkąd Annabel podarowała jej ten dziwny instrument. Zazwyczaj grała dla siebie, czasami dla swojej kuzynki, a rzadziej dla swoich służek. Dziewczyna nie była pewna czy słuchają jej dlatego, że musiały to robić, czy dlatego, że odnalazły w niej talent. Ten zwykły talent, a nie to przekleństwo jasnowidzenia.

Przekroczyła korytarz, który prowadził bezpośrednio do sali tronowej, ale zatrzymała się w miejscu. Właściwie dlaczego jej brat tak szybko chciał się z nią zobaczyć? Czyżby dowiedział się o jej potajemnych schadzkach z Shilohem Flockhartem? Christine poczuła jak ogarnia ją niepokój, wybudzona nagle i poganiana nie miała nawet czasu na myślenie. Temperatura jej ciała znacznie wzrosła, ewidentnie przeraziła się wizją, gdzie jej brat dowiaduje się o romansie i zamyka ją w komnatach, albo gorzej w lochach. Zaraz potem druga wizja, gdzie Książe Skye zrywa sojusz dowiedziawszy się o tym, że być można Christine nie jest "czysta", co pokrywa się trzecią wizją, tragedią Islay. Księżniczka oparła się o ścianę plecami próbując wyrównać puls, miała nawet wrażenie, że świat wiruje, ale otrząsnęła się w jednym momencie. Właściwie dlaczego od razu założyła najgorsze? Sytuacji mogło zdarzyć się wiele, a gdyby naprawdę chodziło o jej potajemne schadzki, dlaczego miałaby się sama pojawić przed oblicze Króla. Bardziej obstawiałaby, że jego zaufani ludzie siłą doprowadziliby ją do niego. Christine wyrównała oddech, przybrała maskę zatroskanej siostry i wbiegła przez wrota do sali tronowej.

W środku czekał już na nią Victor, ale nawet nie zwrócił uwagi na to, że Christine przekroczyła próg komnaty. Rozejrzała się dookoła, ale jej brat był sam, ulżyło jej po stokroć, wtedy już miała pewność, że nie chodzi o nią, a o coś innego. Król miał bardzo zatroskaną minę, a gdy Christine przybliżyła się do niego niemal bezgłośnie, zauważyła, że ten pochyla się nad kawałkiem pergaminu, przez to od razu wiedziała, że przybył list od Annabel i raczej nie zawierał on ani dobrych wieści, ani luźnych pozdrowień.

– Królu. – Christine przytaknęła przytrzymując rąbek swej sukni. - Przybyłam niezwłocznie, chciałeś mnie widzieć?

– Podejdź tu na chwilę. – mruknął dalej wpatrując się w pergamin.

Dziewczyna wykonała polecenie, czując, że w każdy nowy krok musiała włożyć więcej energii. Pomyślała, że coś się stało Annabel, albo jej smoczemu obliczu. Przeszła przez próg szybciej i w sekundzie stała oko w oko ze swoim bratem.

– Długo zastanawiałem się, czy przekazywać ci treść listu, który kruk przyniósł mi z samego rana.- pomachał nim przed jej nosem. – Już dla mnie jest on ogromnym szokiem, a w twoim przypadku może być czymś gorszym, jednak myślę, że może być on dla ciebie wyjaśnieniem moich następnych działań.

Sięgnęła listu zaciekawiona i czytała linijka po linijce. Victor przyglądał jej się wnikliwie, oczekując jej reakcji, miał wrażenie, że trwa to wieczność, dlatego wstał zniecierpliwiony, stał tak długo póki jej wzrok nie odłączył się od pergaminu i nie powędrował na jego twarz.

– Synowie Nomadu wrócili. – ściszyła głos, a Victor pokiwał troskliwie głową. – Jeden z nich o mało nie schwytał Annabel. – Bracie, powiedz mi proszę, że jest to nieprawdą.

– Niestety, list był oznaczony pieczęcią Annabel.

Christine opadła na tron i schowała twarz w dłoniach. Stało się to, co prawie piętnaście lat temu było przyczyną zniszczenia wyspy i śmierci wielu setek wysoko postawionych szlachciców Islay.

– Jak to się mogło stać? Nasz ojciec rozbił tę grupę u samego źródła, jak mimo tego te nauki zdołały utrzymać się na wyspie?

– Toczymy wojnę przeciwko Jurze, z wielu starć wychodzimy zwycięsko, dlatego Flockhart zaczął szukać sojuszników głębiej, musiał odnaleźć niedobitków z lat poprzednich i na nowo rozpalić ogień w ich sercach, srebrnikami przede wszystkim.

Christine zastanowiła się przez chwilę.

– Bracie, zastanawia mnie to od dłuższego czasu, ale czy Flockhart nie stara się aż nadto? Czyżby na  Islay nie ma czegoś więcej? – Victor spojrzał na nią zaciekawiony. – Oczywiście niektóre magiczne bestie żyjące na wyspie są bardzo cenne, a szczególnie ich rogi czy łuski, ale czy to jest warte każdej ceny, aby całe swoje życie poświęcić na zdobycie tego bogactwa?

– Są rzeczy o których nie wiesz siostrzyczko, na przykład o chęci objęcia władzy. "Dla pożądających władzy nie istnieje droga pośrednia między szczytem a przepaścią". – zacytował – Tacyt zdawał się posiadać rozległą wiedzę. Jako najwybitniejszy historyk rzymski, miał bardzo wielką świadomość psychologiczną, dlatego trafność jego poglądów była tak wysokim poziomie. Jeśli do tego dołożyć świadomość porażki historycznej jego rodu mamy skrywany głęboko żal i brak panowania nad sobą.

– Anthony Flockart nie cofnie się przed niczym. –  szepnęła, a Król przytaknął – Chociażby Synowie Nomadu za następny cel obraliby sobie Jurę. Historia przecież lubi zataczać koło, a zdradę traktują jako niezbędny środek do osiągnięcia celu.

– I tu właśnie mamy przewagę Christine. Znamy przeszłość, a kto zna przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością.

Księżniczka przytaknęła zgodnie. Znała brata od bardzo wielu stron, jednak dopiero teraz potrafiła dostrzec, jak Victor zmienił się przez ostatnie miesiące. Stał się o wiele bardziej pewny siebie i mądrzejszy, a przecież jeszcze jakiś czas temu był gotów uklęknąć przed Annabel byle tylko zgodziła się użyć swoich smoczych zdolności, aby ocalić wyspę.

– Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś mi powiedzieć Królu? Czy ten list był jedynym powodem ku temu, aby się tutaj niezwłocznie pojawić?

– Oczywiście, na początku wspomniałem o tym, że chęć zdradzenia ci treści listu nie była podyktowana tylko troską, a tym że musiałem podjąć kilka dodatkowych kroków, aby ponownie przesunąć szalę zwycięstwa na naszą stronę. Christine, twoja rola w całym planie jest jedną z ważniejszych. Jeszcze dzisiaj wczesnym rankiem spotkałem się z księciem Jeremy i uważam, że jest to dobry czas, aby przypieczętować nasz sojusz ze Skye.

– Królu. - wyprostowała się nagle. – Małżeństwo miało zostać zawarte po wygranej wojnie z Jurą. To był mój warunek, dlaczego taka decyzja została zawarta za moimi plecami? – próbowała zachować spokój, ale wewnątrz czuła jakby właśnie miała eksplodować.

– Okoliczności zadecydowały. Christine, zdaję sobie sprawę z tego, że ojciec niegdyś obiecał, że sama będziesz mogła wybrać sobie męża, ale w tym wypadku musimy robić wszystko, aby utrzymać nasze dziedzictwo.

– "Nasze dziedzictwo?", Królu proszę o to abyś jeszcze raz zastanowił się nad tą decyzją. Już tak szybkie zaręczyny były dla mnie nieprzyjemne. Jestem pewna, że musi być inny sposób na przypieczętowanie sojuszu. Zastanów się, wyspa Skye jest mała, nie ma na niej zbyt wielu bogactw. Oddając im mnie w tym momencie tracisz jedną ze swoich ważniejszych kart przetargowych, jest tyle wysp, które mogą zaoferować nam więcej dzięki małżeństwu. Skye do nich nie należy.

– Jak uczy nas historia wojownicy ze Skye są jednymi z potężniejszych rycerzy z Hybryd Wewnętrznych. Ich program treningowy wydał na świat wielu wybitnych wojów, a to jest teraz o wiele ważniejsze niż pieniądze. – skarcił ją Victor – A bogactwami się nie przejmuj, za kilka dni mam spotkanie z przedstawicielem wyspy Mull. Tamtejszy władca zauroczył się wyglądem Annabel, jeśli uda zaaranżować nam się ich małżeństwo, Flockhart będzie musiał uznać swoją porażkę.

– Jeśli o mnie chodzi, możesz ze mnie robić marionetkę w rękach naszych sojuszników, ale Annabel szybciej poświęci swoje smocze oblicze niż zgodzi się na wyjście za obcego człowieka.– mruknęła, odwracając się na pięcie i pełna gniewu wyszła z sali tronowej.

Christine ruszyła w stronę swoich komnat, ciągle myśląc o wszystkim co się wydarzyło. Miała mieszane uczucia, z jednej strony martwiła się o Annabel, z drugiej zaś irytowało ją to, że Król po raz kolejny zrobił coś za jej plecami, a tym razem to dotknęło jej samej, a nie tylko wyspy Islay. 

Kiedy dotarła do swoich komnat, sama nie była pewna co powinna robić. Część z niej czuła, że powinna działać w obronie swojej wyspy, ale równocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że może to oznaczać jej oddanie w ręce księcia Jeremy'ego. Zdecydowała więc, że musi rozmawiać ze swoim bratem i spróbować przekonać go do zmiany zdania. W końcu był on najbliższą jej osobą i miała nadzieję, że zrozumie jej punkt widzenia. Po chwili zastanowienia Christine postanowiła zebrać swoje myśli i spokojnie porozmawiać z Królem w bardziej formalny sposób. Wybiegła z komnat i skierowała się w stronę sali tronowej, gdzie wkrótce miało odbyć się kolejne spotkanie z jego królewską mością. Mimo że Christine była pewna, że Król będzie chciał ustanowić zasadę, iż to on decyduje o tym, z kim księżniczka ma się ożenić, to jeszcze długo nie zamierzała pozwolić mu na to, aby zrobił to za jej plecami. Zdawała sobie sprawę z tego, że potrzebowała jak najlepszych sojuszników, ale też chciała być szanowaną i docenianą za swoje pomysły i działania. Gdy w końcu dotarła na miejsce spotkania z Królem, stwierdziła, że na szczęście jest jeszcze wcześnie i ma jeszcze czas na przemyślenie swoich słów. Postanowiła po prostu poczekać, aż Król zwróci na nią uwagę i usiądzie na tronie. Kiedy już to zrobił, Christine nie czekała długo i przemówiła głośnym, rozważnym głosem.

– Bracie, zdaję sobie sprawę, że nie mam wyboru co do wyjścia za mąż dla księcia Jeremy'ego, ale chciałabym Cię przekonać, abyś przemyślał jeszcze raz swoją decyzję. Wiem, że potrzebujemy dobrych sojuszników, ale nie powinniśmy zapominać o tym, że Burgess Flockhart, syn Anthony'ego, może stanowić poważne zagrożenie dla naszej wyspy, w końcu jest czarodziejem, tak samo jak Anthony. Dlatego uważam, że powinniśmy zastanowić się nad znalezieniem innych bardziej 'magicznych" sojuszników, którzy będą nam pomagać w walce z Flockhartem, a jednocześnie pozwalają nam zachować nasze wartości.

Król spojrzał na Christine z powagą, uświadamiając jak wiele racji kryło się w słowach jego siostry.

– Masz rację Christine - musisz to zrobić, aby pomóc nam przetrwać ten ciężki czas, decyzja i tak już zapadła, ale w jednym muszę się z tobą zgodzić, fakt że potrafią czarować sprawia, że mają przewagę. Na dniach postaram się spotkać z Ministrem Magii. Odpowiem mu o całej sytuacji, w końcu Flockhartowie podlegają ich jurysdykcji, a teraz stanowią zagrożenie dla nas - nie magicznych.

Christine uśmiechnęła się, może nie udało jej się osiągnąć tego, czego oczekiwała, ale była zadowolona, że Król wysłuchał jej słów i w jakimś stopniu docenił jej spostrzeżenie. Miała nadzieję, że aby chronić siebie i swoje uczucia powinna bardziej udzielać się w sprawach Królestwa, może nie było jeszcze za późno, aby zaczęła decydować sama o sobie i pewnego dnia poczuć się na tyle pewnie, żeby bez konsekwencji narzucić swoje zdanie Królowi.



Krążyła u wejścia do namiotu, w którym na czas ich pracy mieszkał Charlie. Jeszcze rano była przekonana, że wyjawienie mu całej prawdy dotyczącej swojego daru, a także tożsamości było dobrym posunięciem. Męczyły ją te wszystkie tajemnice, które wytworzyły między nimi taką przepaść, że nagle zaczęli siebie unikać i ograniczyć kontakt do absolutnego minimum, które zazwyczaj oznaczało opiekę nad młodymi smokami.

Annabel wzięła wdech, nie chciała przyznawać przed sobą, że boi się konsekwencji swoich zachowań. Wyjawianie swojej tajemnicy wcześniej było czymś irytującym dla niej, zazwyczaj była zmuszona zrobić to przez sytuację, która tego wymagała - nigdy z własnej woli. Dzisiaj jednak było inaczej. Zrobiła kilka kroków w przód, a potem znowu w tył. Zwracała na siebie uwagę innych pracowników, którzy mimo wszystko jednak zawsze od razu, gdy jej spojrzenie skrzyżowało się z ich odwracali wzrok i kontynuowali dyskusję ze sobą nawzajem. Jej ręka zbliżyła się do drzwi, ale gdy usłyszała zbliżające głosy Charliego i Damona dyskutującego o czymś intensywnie odskoczyła na bok i schowała się w pobliskim krzaku.

– To musi być duże wydarzenie, w końcu Hiryu od jajka przebywał w naszym Rezerwacie. – Weasley był czymś wyraźnie podekscytowany.

– Wiem, że zazwyczaj hucznie obchodzimy pożegnanie naszych podopiecznych, ale wolałbym wypuścić go osobiście, towarzyszył mi od samego początku. Nie potrzebujemy nikogo więcej.


Annabel nadstawiła ucho, a jej smocze zdolności pozwalały jej wyraźnie słyszeć to, czego dotyczyła ich niemal "przyjacielska" rozmowa.

– Gdyby Lumini musiał mnie nagle opuścić czułbym to samo, ale pomyśl – kolejny smok, który lata na wolności, to szansa na przedłużenie gatunku i zwiększenie populacji Długorogów. A z tego co wiemy ta nie ma się za dobrze. Po to właśnie stworzono ten Rezerwat.

Damonowi nie podobała się ta sytuacja, bardzo zżył się z swoim smokiem, ale Annabel wiedziała od dłuższego czasu, iż Hiryu od dawna powinien zostać wypuszczony na wolność, a Hutcheanance niepotrzebnie odwlekał całą sytuację, narażając swojego podopiecznego na problemy z oswojeniem się z nowym środowiskiem, gdyż im smok starszy tym gorzej znosi jakiekolwiek zmiany.

Rozmowa - nawiasem mówiąc pomiędzy tą dwójką toczyła się nad wyraz spokojnie, różniła się znacznie od tych, które toczyli jeszcze miesiąc temu. Annabel zastanawiała się co takiego mogło się między nimi wydarzyć podczas jej chwilowej nieobecności, żeby zaczęli się chociażby tolerować, a tym bardziej komunikować się w niemal przyjacielski sposób. Ustaliła ze sobą, że dowie się o co tej dwójce chodzi, ale na chwilę obecną nie chciała im przeszkadzać, ani dłużej podsłuchiwać. Czując ulgę już chciała się oddalić od namiotu, gdy Damon odwrócił się na pięcie i zostawił Weaslaey'a samego, który jakby wyczuwając jej obecność spojrzał się w jej stronę.

– Annabel wiem, że tam jesteś. Widziałem jak się chowasz.

Dziewczyna wstała na równe nogi i niewzruszona otrzepała ubranie z liści, które najwyraźniej upodobały sobie jej jedwabny sweter.

– Nie ukrywałam się – zaprzeczyła – nie chciałam wam przeszkodzić w rozmowie. Damon wydawał się przygnębiony tym, że zwraca Hiryu wolność.

– Jak dla mnie on zawsze tak wygląda. – parsknął Charlie.

Annabel nie odpowiedziała, nastąpiła między nimi niezręczna cisza. Charlie schował ręce w kieszeniach, również czując się nieswojo w jej towarzystwie. Minione wydarzenia miały ogromny wpływ na ich relację i mimo, że Charlie już dawno przestał chować do niej urazę, nadal nie potrafił komunikować się z nią jak wcześniej.

– Więc, chciałaś coś konkretnego?

– Tak, to chyba dobry czas żebyśmy porozmawiali, ale nie tutaj. Wolałabym zachować chociaż pozory prywatności. – odpowiedziała miarowo.

Charlie pokiwał głową, po czym otworzył namiot i jednym ruchem zaprosił ją do środka. Annabel rozejrzała się dookoła i minęła chłopaka, a zaraz później usiadła na wskazane przez niego miejsce.

– Na początek chciałabym ci podziękować za to, że mi pomogłeś, wtedy gdy zostałam ogłuszona przez kłusowników, a później za to jak wspaniale zająłeś się Aserielem. Zauważyłam nawet, że upodobał sobie wyścigi z innymi młodymi. Niech zgadnę - błona pomiędzy jego paliczkami rozwija się szybciej niż powinna? – Charlie pokiwał twierdząco głową. – Tak w ogóle mam jeszcze kilka spostrzeżeń, które udało mi się zaobserwować i mam nadzieję, że któregoś razu prześledzisz ze mną cykl ich rozwoju. Różni się on bardzo od reszty, jak pewnie wiesz, u Luminiego jest to samo.

– Annabel wystarczy. – przerwał jej Charlie. –  Cały czas ładujesz się w niebezpieczne sytuacje, o ile początkowe potrafię zrozumieć, tak teraz za dużo się zdarza wokół ciebie żebym mógł uznać to za przypadek. Powiedz o co chodzi.

– Próbuję, ale to nie jest proste, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. Przez kontakty ze mną jesteś teraz bardziej zagrożony, więc chciałbym ci to wszystko wyjaśnić w najmniej skomplikowany sposób.

– Nagle zaczęłaś się martwić? Teraz kiedy mało brakowało żeby nas zabili? – spytał pretensjonalnie. – Gdybym wiedział wcześniej, że znajomość z tobą jest tak niebezpieczna, inaczej bym na to wszystko spojrzał.

– Naprawdę nie ułatwiasz mi tego. Spojrzałbyś inaczej, czyli jak? – Annabel również zaczęła miarowo podnosić głos. Nie pokazała tego po sobie, ale kontakty z Charliem naprawdę były dla niej ważne, więc zmartwiła się tym, że chłopak mógł żałować, że spędzał z nią ostatnio tak dużo czasu. Spojrzała na niego wyczekująco, jednak uzyskała odpowiedzi. Już wiedziała. – To nie ma sensu, lepiej już pójdę i postaram się nie narzucać ci się już więcej. –  wstała gotowa do wyjścia.

Weasley podszedł do niej.

– Nie no, poczekaj.– popchnął ją delikatnie na sofę i usiadł obok. – Kompletnie nie o to mi chodziło. Chciałbym być po prostu lepiej przygotowany na takie niespodzianki. Próbować nas ochronić, czy coś takiego, ale nie wiem jak mógłbym to zrobić skoro cały czas kreujesz się na osobę która nie potrzebuje pomocy, która jest na tyle samowystarczalna, żeby zmierzyć się z tuzinem dziwnych typów.

– Tam ich było więcej niż dwanaście. poprawiła go, ale zauważając minę Charliego, sprostowała –  Wiem o co chodzi, próbuję robić to samo względem Ciebie, ale.... – przerwała. – Nie jestem do końca pewna czy bardziej niebezpieczna jest dla ciebie wiedza, czy jednak niewiedza.

Milczeli przez dłuższą chwilę, na zewnątrz dochodziły odgłosy rozmów innych smokologów. Annabel spojrzała na zegar - była dwunasta, czyli czas na przerwę. Pomyślała, że od kilku dni o tej godzinie specjalnie zostawała dłużej, ze smokami, żeby tylko nie natknąć się na Charliego i odwlekać rozmowę do czasu, aż aurorzy nie wyłapią tych kłusowników i nie zamkną ich na długie lata w Azkabanie. Jednak widząc jak "doskonale:" zajmują się tą sprawą traktując pomoc smokom jako problem drugiej kategorii stwierdziła, że nie ma co na nich czekać.

– Wiesz, wolałabym aby smoki mnie spaliły lub zjadły, ale śmierć chroniąc bliskie mi oosoby też jest świetna. – zaśmiał się nieśmiało, rozładowując atmosferę, a dziewczyna również wydała z siebie ciche chrząknięcie i uśmiechnęła się do niego. 

Wraz stało się coś bardzo dziwnego i niezrozumiałego, wbrew wszelkim pozorom i nie zamierzając tego kompletnie Annabel nachyliła się i pocałowała go prosto w usta. Charlie początkowo był zaskoczony i nie wiedział, co się dzieje, ale szybko odpowiedział na pocałunek, zaciskając dłonie na plecach dziewczyny. Chłopak a chwilę zapomniał o swoim gniewie, który ustąpił przed zdziwieniem i względną ekscytacją. Nie odłączył się jednak mino tego, zrobiła to ona, a zaraz potem jakby nigdy nic odsunęła się od niego i spojrzała na ścianę, z ruszającymi się zdjęciami rodziny Weasley.

– Urodziłam się na wyspie Islay, tak jak mówiłam, ale nie jestem zwykłym obywatelem, pochodzę z rodziny tam panującej. Moim kuzynem jest obecnie panujący tam Król Victor Isbell, a ja biorąc pod uwagę zasady dziedziczenia na linii czarodziej-mugol, na chwilę obecną jestem trzecia do dziedziczenia tronu...– przerwała czekając na reakcję chłopaka, ale nic nie powiedział – W każdym razie Król wraz z siostrą są mugolami, którzy w imieniu mojej matki - czarodziejki, która zaginęła lata temu opiekują się całą wyspą. Ojciec zmarł gdy byłam dzieckiem, chroniąc mnie przed wrogami z sąsiedniej wyspy Jury. Obie wyspy są teraz w stanie wojennym. Chcą mnie dopaść, przez wzgląd na moje dziedzictwo, ale także to, że stwarzam realne zagrożenie dla wrogów. – Ich spojrzenia skrzyżowały się, twarz chłopaka zbladła bardziej niż poprzednio. – Nie będę cię zanudzać opowieścią o historii Islay, musisz wiedzieć, że w ten dzień gdy uciekliśmy, ten potężny czarodziej nie był ani handlarzem, ani kłusownikiem, pochodził z Islay, ale pewnie współpracuje z Koroną Jury więc myślę, że ich współpraca opiera się na zasadzie on dostaje mnie, a oni smoki.

– Dlaczego stanowisz zagrożenie dla nich, czemu chcą cię dopaść? – spytał zachowując pozorny spokój w głosie.

– Moja matka również zamieniała się w smoka, jak ja, i nie nie jestem animagiem jak założyłeś, moja moc jest czymś więcej, jest wrodzona. Nie zamieniam się w smoka bo tak mi wygodnie, zamieniam się pod wpływem silnych emocji, strachu. Ja jestem smokiem, dlatego właśnie moja mama została wygnana z wyspy przez przerażonych mugoli bo nim była, dlatego właśnie stanowię dla Jury zagrożenie i mogłabym jednym silnym podmuchem ognia zmieść wyspę z powierzchni ziemi, ale tego nie zrobię, chociaż Victor naciska. Nie zrobię tego, ponieważ smoka we mnie ciężko jest kontrolować, mogłabym temu nie podołać i całkowicie poddać się instynktowi. Wiem, że kłamałam, łgałam na każdym kroku, ale mam nadzieję, że teraz rozumiesz dlaczego to wszystko się wydarzyło, teraz znasz mój sekret, a Victor wie o sojuszu, to tylko kwestia czasu, aż podejmie odpowiednie kroki. 

Charlie wpatrywał się w Annabel, jeszcze nie do końca dowierzając temu co usłyszał. To wszystko było tak niespodziewane i niezapowiedziane, że musiał zebrać myśli żeby wiedzieć, co powiedzieć. 

– Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej? – zapytał w końcu. 

– Ponieważ nie spodziewałam się, że ktoś inny może wiele wiele stracić przez moje tajemnice. – odpowiedziała spokojnie.

Charlie zaczął przetwarzać w głowie informacje, które właśnie usłyszał. To wszystko wyjaśniało wiele rzeczy – jej tajemniczą przeszłość, ochronę jej ze strony aurorów i zachowanie młodych smoków w jej obecności. To wszystko także jego stawiało w niebezpieczeństwie i sprawiało, że musi uważać na każdym kroku. Zastanawiał się, co teraz zrobić, jak ma pomóc Annabel i jak zareaguje na tą sytuację jej brat. Pytań było wiele, a Charlie czuł się przerażony myślą, że może zaszkodzić jej jeszcze bardziej, jeśli zrobi coś źle. 

–  Chcę Ci pomóc Annabel, w każdy sposób w jaki tylko mogę, ale nie wiem jak, jeszcze teraz ten pocałunek, poważnie Annabel, dlaczego to zrobiłaś?

– Nie wiem sama. - odpowiedziała zastanawiając się przez chwilę. – Może to była impulsywna decyzja, albo znak mojego zdefiniowania się jako osoby, która chce otworzyć się na relacje z innymi. Może chodziło mi o to, żeby cię przekonać, że jestem zupełnie normalnym człowiekiem, a nie Księżniczką, którą trzeba traktować w przypiętym kagańcu...

– A może to po prostu zrobiłaś, bo chciałaś mnie pocałować. – przerwał jej żartobliwie Charlie.

– Aż taki wspaniały nie jesteś Weasley – zaśmiała się pod nosem .– Po za tym nie słyszałam słowa sprzeciwu.

Tak minęło kilka chwil, w których Annabel czuła jak przyjemne ciepło rozchodzi się po całym jej ciele, a Charlie patrzył na nią z tą samą ciekawością, jaką zawsze miał na poznawanie smoków, ich spojrzenia spotkały się ponownie, a cisza w tym momencie sprawiała, że każde ich następne słowo może oznaczać coś więcej niż powinno.

 – Powiem ci jedno Charlie – powiedziała Annabel po chwili, przenosząc wzrok na ścianę za jego plecami. – Nikt nigdy jeszcze nie poznał mnie tak dobrze jak ty. Od momentu, kiedy się poznaliśmy widziałeś we mnie coś, czego ja sama nie potrafiłam dostrzec.

– Zawsze byłem dobry w poznawaniu smoków, ale wydaje mi się, że z ludźmi jest trochę trudniej.–Charlie uśmiechnął się zadowolony, czując, że to co zdarzyło się między nimi, nie zmieniło ich relacji, tylko wzmocniło ich zaufanie do siebie nawzajem. 

– Tak, ale jesteś w tym mistrzem.

 Charlie uśmiechnął się szeroko, czując się trochę lepiej wiedząc o jej tajemnicach i mając teraz wrażenie, że znają się naprawdę dobrze. 

 – Czyli co teraz? – zapytał. 

– Teraz żyjemy jak zwykle. – odpowiedziała Annabel poważnie. – Ale będę cię prosić o jedno, nie traktuj mnie inaczej ze względu na to kim jestem. Chcę, żebyśmy zachowali to co było wcześniej między nami. 

Charlie zrozumiał co mówi, widząc w jej spojrzeniu szczerość i prawdziwość. 

– Oczywiście, nie zmieniamy naszej relacji. Jesteś dla mnie przyjaciółką, a nie Księżniczką.

wtorek, 9 maja 2023

XVII



Miała wrażenie, że sufit wiruje. Lekarstwa, które otrzymała od medyka w Świętym Mungu musiały zawierać jakieś substancje, których jej organizm nie toleruje. Leżała w stanie ogłupienia na oddziale wpatrując się w swoją dłoń, która wirowała wraz z sufitem, próbując przypomnieć sobie więcej szczegółów z dnia poprzedniego. Z biegiem czasu, coraz więcej wspomnień do niej docierało, a lekarstwo traciło na mocy i zaczęła wracać do siebie. Pamiętała pojedynek, pamiętała ból po uderzeniu w nią zaklęciem i pamiętała tę przeklętą maskę. To wspomnienie jak nic od razu postawiło ją na równe nogi, zaczęła się krzątać po izbie, w której o dziwo leżała sama, szukając kawałka pergaminu i pióra. Chciała napisać list do swojego kuzyna, poinformować go o zaistniałej sytuacji i bynajmniej nie po to, aby zdobyć jego współczucie, albo pożalić się Królowi na okrutny los, który ją spotkał, a dlatego, żeby ostrzec go, że dawno jak im się wydawało już nieistniejąca grupa oporu została reaktywowana po nieomal piętnastu latach i że to prawdopodobnie oni stoją za śmiercią jego ojca, a Annabel wujka. 

Annabel opisała ze szczegółami sytuację, która prowadziła do odkrycia przez nią tego niewygodnego faktu, wspomniała o handlarzach, kłusownikach i Synach Nomadu*, którzy zawarli bardzo nietrwały w jej ocenie sojusz i o tym, że jej tożsamość została przez nich odkryta, co stawia ją w bardzo niebezpiecznej sytuacji. W normalnych warunkach zachowałaby tę informację dla siebie. Często miewała wrażenie, że kuzyn miał ją za osobę skrajnie nieodpowiedzialną i lekkomyślną odkąd dowiedział się, że Annabel planuje wyprowadzić się z wyspy na stałe i zajmować się smokami. Patrząc na jej sytuację, mogło w istocie tak być, jednak praca z nimi dawała jej nadzieję, że poznając lepiej smocze zwyczaje uda jej się zapanować nad swoją drugą tożsamością lepiej niż była w stanie zrobić to jej matka. Jednak tym razem Victor musiał poczuć nad sobą presję, która jego ojca zmusiła do wielu działań powodujących rozpad grup kłusowniczych na wyspie, tak aby zdusić ich teraźniejsze działania w zarodku. W ostatnich słowach listu poprosiła także o to, aby darował jej karcące uwagi na temat Charlesa Weasleya, który stał się tylko niewinną ofiarą jej poczynań i zapewniła, że zrobi wszystko, ażeby wyjaśnić mu zaistniałą sytuację w jak na bardziej subtelny sposób, przy okazji zapewniając go, że wiele razy dowiódł tego, iż można mu ufać.

Podpisała się i zrobiła krok w stronę drzwi, dopiero wtedy, gdy wszystkie emocje przeniosła na papier, poczuła jak bardzo silne było zaklęcie, które zniszczyło jej tarczę i zwaliło ją z nóg. Zgięła się delikatnie i złapała ręką za brzuch. Jednak rozumiejąc powagę sytuacji, zrobiła kilka kroków na drugi koniec pokoju. Złapała klamkę, która w tym momencie poruszyła się, a drzwi zostały otwarte od zewnątrz. Do pokoju wszedł jeden z uzdrowicieli, który zauważając Annabel chwiejącą się lekko na nogach poprosił dosadnie, mimo jej sprzeciwów, żeby wróciła do łóżka, co po krótkim dialogu była zmuszona uczynić.
– Wyniki są dobre, nie ma żadnych wewnętrznych krwotoków, ani urazów organów, chociaż gdyby zaklęcie trafiło ciut wyżej mogłoby połamać Pani żebra. – zaśmiał się niepewnie.- Nazywam się Hopokates Smethwyck, dyżurny uzdrowiciel.
– Kiedy będę mogła stąd swobodnie wyjść? – spytała Annabel - Muszę powadomić moją rodzinę, że wszystko za mną w porządku.
– Bez nadzoru pewnie kilka dni – uśmiechnął się ciepło.– Z nadzorem nieco krócej, ale proszę się tym nie przejmować Pan Matei zapewnił, że przekaże Pani rodzinie informację o wypadku.
– Cudownie. – mruknęła ironicznie Annabel i poprawiła się na łóżku. Spojrzała ukradkiem na uzdrowiciela, który uzupełniał coś w pergaminie. Jego brązowe włosy do ramion bezwiednie opadały mu na ramiona, a kilka niesfornych kosmyków upadało na jego oczy przez to, co chwilę musiał zaczepiać je o lewe ucho.
– Zawsze sądziłem, że zagrożenie pracy ze smokami ogranicza się jedynie do kilku poparzeń. – odparł po chwili. – Tymczasem pojedynek z kłusownikami i wyjście z tego jedynie z niewielkim wstrząśnieniem mózgu. Imponujące.
– Gdybym była sama mogłoby się to skończyć gorzej.– odpowiedziała bez namysłu i zaraz przypomniała sobie o dwóch niesfornych skrzydlatych bestyjkach pod jej opieką.– Przepraszam, czy jest tutaj i mój współpracownik? Chciałabym zamienić z nim kilka słów
– Zjawił się niedawno na kontrolę, wszystko z nim w porządku. Miał tylko kilka siniaków i był w delikatnym szoku - odpowiedział przez ramię. - Właśnie, prosił przekazać Pani, że biżuteria ma się dobrze, cokolwiek to mogło oznaczać.

– Niewiele pamiętam z wieczoru kiedy napadnięto na Rezerwat. Zostaliśmy sprowadzeni na ziemię, napastnicy byli zamaskowani, a później ocknęliśmy się w jednej z jaskiń handlarzy. Wydostaliśmy z celi dzięki wyszczerbionemu smoczemu kłowi i uciekliśmy, a chwilę później znaleziono nas w jednej z pobliskich wiosek niedaleko Hoia Baciu, rozwiązał się między nami pojedynek a później wkroczyli do akcji aurorzy, którzy nas uratowali.– Charlie był już lekko podirytowany. Powtarzał od dwóch godzin tę samą opowieść, jednocześnie próbując przekształcić niektóre fakty, po to ochronić Annabel przed poniesieniem odpowiedzialności za niewpisanie się do rejestru animagów, dodatkowo od dłuższego czasu nie mógł sprawdzić, czy z młodymi smokami jest wszystko w porządku po odwróceniu przez niego zaklęcia transmutacji.
– Potrafisz wskazać dokładniej miejsce pobytu handlarzy?
– Nie, błądziliśmy do gęstym lesie. Wiem tyle, że niedaleko w linii prostej znajdują się wygięte drzewa.
Jeden z pracowników Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów, przesłuchujący go spojrzał na aurora wyznaczonego do poprowadzenia tej sprawy i zaraz potem spojrzał na młodego smokologa.
– Ten las słynie z takich drzew, niewiele nam pomoże w odkryciu ich lokalizacji. – odparł sucho.
– To może zajmiecie się w końcu tą sprawą, zamiast męczyć mnie tu od kilku godzin, powiedziałem co pamiętam, a to przecież wasza praca, a ja przez tę waszą pracę nie mogę wrócić do swojej.
– Panowie, to już naprawdę za długo trwa. – odezwał się Matei, stojący obok i przysłuchujący się całej rozmowie.– Mało, że wasza obecność stresuje smoki, to jeszcze najmłodsze z nich oczekują na posiłek od dłuższego czasu. Są bardzo niecierpliwe, a Pan Weasley jest już zbyt zmęczony przesłuchaniem. Jestem pewien, że jeśli tylko coś więcej sobie przypomni niezwłocznie przekaże tą informację odpowiednim organom.
Czarodzieje spojrzeli po sobie i przytaknęli zgodnie, prawdopodobnie dlatego, że wiedzieli, iż młody smokolog nic więcej nie będzie w stanie im powiedzieć. Pożegnali się więc szybko i wyszli przed namiot, po czym rozległ się huk teleportu.
– Chciałbym wrócić do swoich obowiązków. – Charlie zwrócił się do Matei'a gdy tylko mężczyźni zniknęli z jego pola widzenia.
– Możemy wypuścić młode na rejon polowań, jeśli potrzebuje Pan więcej odpoczynku.- odparł troskliwie.
– Nie szefie, po prosu proszę mi pozwolić wrócić do pracy. Na ten moment tylko tego potrzebuję.
Matei spojrzał chwilę na rozemocjonowanego podwładnego i niepewnie wskazał dłonią wyjście, godząc się na jego prośbę.

Przez całą drogę Charliego zaczepiali współpracownicy, pytając jak się czuje. Inni znowu dopytywali go o handlarzy, ale znaleźli się też tacy, którzy jedynie odprowadzili go wzrokiem, nie wydając z siebie ani słowa, wśród tych trzecich był także Damon, który właśnie oporządzał swojego smoka.
Przyśpieszył więc kroku i unikając jakiejkolwiek dalszej konfrontacji z innymi smokologami (w szczególności z nim), szybko znalazł się za barierą, która odcinała młode smoki od tych starszych, spojrzał w górę, gdzie rozpoznał syk Luminiego, a gdy młody Długoróg Rumuński dostrzegł go na wejściu, poszybował szybko w dół i w kilka sekund pojawił się przed Charliem obkręcając się radośnie wokół własnej osi trzy razy.
– Widzę, że cieszysz się ne mój widok.- mruknął chłopak, a Lumini ryknął przyjaźnie. W tym samym czasie Charlie uniósł dłoń w której trzymał, duży soczysty kawałek mięsa, a który został mu natychmiast "skradziony"– Albo nie mogłeś się doczekać na jedzenie. – zaśmiał się szczerze.
Płat mięsa takiego rozmiaru, że chłopak miał problem z utrzymaniem go w powietrzu więc ucieszył się z takiego obrotu sytuacji. Nie dziwiło go to, ponieważ dowiedział się, że podczas jego kilkudniowej nieobecności młode smoki zostały wypuszczane na polowanie do specjalnie przygotowanego do tego miejsca, tutaj w Rezerwacie.
Młode nadal nie tolerowały pożywienia, którym próbował je nakarmić ktoś inny, a jeść musiały, dlatego postanowiono, że najlepiej będzie, gdyby same upolowały sobie pożywienie. Podobno wówczas miały taki duży apetyt, że za każdym razem obierały za cel największe osobniki.

Podczas gdy Lumini pożerał swoją porcję Charlie przyglądał mu się wnikliwie, oceniając jego stan zdrowia. Łuski wydawały się błyszczące i o regularnym kształcie, czyli dokładnie tak, jak powinny wyglądać, ale ich kolor nieznacznie różnił się od pozostałych długorogów w tym wieku, były o dwa odcienie ciemniejsze niż powinny, bardziej malachitowe niżeli ciemno-zielone. Kły wydawały się odpowiedniej wielkości, ale dokładniej będzie musiał sprawdzić później, a rogi zaś były około 2-3 cm mniejsze niż powinny, ale o regularnej złotej barwie. Charlie wypisał na pergaminie wszystkie spostrzeżenia, po czym przybliżył się do swojego podopiecznego i przejechał delikatnie palcem po jego grzbiecie, aby sprawdzić dodatkowo nawilżenie łusek i w razie czego poratować go wodą. Jednak poczuł nie tylko odpowiednie nawilżenie, ale także malutkie ostrza. Zaskoczyło go to, ale gołym okiem nie był w stanie ich dokładnie dostrzec. Wyczarował więc lupę i spoglądając przez nią zauważył niewielkie wyrostki kostne wystające około 5 mm nad łuskami, co było niemałym zaskoczeniem, ponieważ typowe długorogi nigdy nie posiadały owych wyrostków na żadnym etapie życia. Usatysfakcjonowany swoim odkryciem ponownie nachylił się nad pergaminem i napisał na nim kilka słów. Później ponownie przejechał palcem po wyrostkach, aby spróbować określić ich kształt, a jego wzrok zboczył na jedną z tylnych łap, gdzie dostrzegł znak handlarzy, bestialsko wypalony na jego skórze, wtedy humor diametralnie mu się zmienił. Próbował tłumić negatywne emocje, ale ostatnie wydarzenia dawały mu się we znaki. Zmęczenie i bezsilność splatały się razem, a żal i złość ogarniały często jego myśli - "Księżniczko" - przypomniał sobie, w tamtej sytuacji nie brzmiało to jak najzwyklejszy zwrot, którym określa się bardzo wrażliwe i nierzadko głupiutkie dziewczęta, a jako coś innego, czego nie potrafił wyjaśnić, jednak zagłębiając się bardziej we wszystko to, co się wydarzyło na przestrzeni miesięcy, byłby w stanie stwierdzić, że Annabel miała wiele sekretów, a on nie był do końca pewien czy chciałby w dalszym ciągu uczestniczyć w jej gierkach, narażając siebie na utratę zdrowia bądź życia.
– Weasley. – do pomieszczenia wszedł Damon.
Jeszcze tego mu brakowało.
– Hut­che­anance. – odparł sucho Charlie.– Jeśli przychodzisz mi zaproponować pomoc w opiece nad Aserielem do powrotu Annabel, bo "oddajesz w wątpliwość moje zdolności opieki nad smokami" to mogę zapewnić z czystym sercem, że na pewno dam sobie z nim radę.
– Właściwie nie o to mi chodziło, chociaż skoro o tym wspomniałeś.
Charlie zbombardował go wzrokiem, a Lumini uniósł się nad ziemię i jakby wyczuwając irytację swojego opiekuna, zaczął wydawać bliżej niezidentyfikowane dźwięki.
– Nie mam nastroju, muszę nadrobić zaległości w pracy.
– Moment znajdziesz. – chłopak spojrzał na starszego smokologa, który wcale nie brzmiał tak arogancko jak zwykle. – Podziwiam to jak postawiliście się handlarzom i kłusownikom pomimo ich znacznej przewagi liczebnej- w jego ustach zabrzmiało to jak obelga - ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tam wydarzyło się coś więcej, niż nam powiedziano.
– Nie wiem, co kto słyszał, ale wiem, że na plotki trzeba wziąć z trzy poprawki, zanim zacznie się je powtarzać. – wstał, aby spakować swoje przyrządy do płóciennej sakwy, w której często nosił wszelkiego rodzaju notatki dotyczące smoczej egzystencji.- A że inni plotkują znaczy, że mają tak nudne życie, że muszą interesować poczynaniami innych.
– Nie jestem twoim wrogiem Weasley, po prostu znam sposoby działania handlarzy lepiej niż ktokolwiek inny, a jeśli w grę wchodzą tak potężni czarodzieje to znaczy, że nie sprawa jest o wiele poważniejsza niż próbujesz to przedstawić.
– Poważnie? Ciekawe skąd znasz ich tak dobrze? Czyżby informacje o tym, że w poprzedniej pracy zajmowałeś się handlem i po kryjomu wynosiłeś różne od smocze materiały i sprzedawałeś ja na czarnym rynku były prawdą?
– Nie wiesz, o czym mówisz. – zaczął niecierpliwić się Damon, a wspomnienie tamtych czasów, gdzie wyrzucono go z pracy bez żadnych konkretnych powodów za takie oskarżenia, które okazały się ujmą na jego honorze sprawiły, że po raz kolejny poczuł się pokrzywdzony.– Dobrze wiesz, że gdyby byłyby jakieś dowody na moją winę to odebrano by mi prawo wykonywania zawodu. – odparł twardo i w geście obronnym przyjął wyprostowaną postawę.
– Chyba że ma się znajomości.– ciągnął, podburzając Damona. Charlie zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien tak bardzo się mu stawiać, ale w tym momencie nie potrafił zapanować nad słowami, które wylewały się z niego falami.– A obecnie w Rezerwacie jest ktoś, kto współpracuje z handlarzami i przekazuje im informacje o naszych zabezpieczeniach. Mam mówić dalej, czy takie dziwne zrządzenie losu wystarczy, żeby nie mieć do ciebie krzty zaufania?
Damon próbował zapanować nad sobą, jego impulsywna osobowość doprowadziła do wielu potwarzy, które są powtarzane do dziś, a które są często używane przeciw niemu. Jeszcze na samym początku pracy tutaj za te oskarżenia oberwałby zaklęciem, ale tym razem nie mógł sobie pozwolić na żadne wyskoki. Praca ze smokami jest dla niego wszystkim, dlatego wiedział, że po ostatnim starciu z Weasleyem z udziałem smoków, którymi się opiekują Matei dał mu ostatnią szansę na pracę jako smokolog, a nie miał już więcej perspektyw, ponieważ przez krzywdzące plotki powtarzane przez tak wielu w żadnym innym rezerwacie nie odważono się go przyjąć do pracy.
– Chciałem zapytać konkretnie o Annabel, o to jak się czuje, Martwię się mimo, że jej zachowanie tamtej nocy było nieodpowiednie i doprowadziło do tego, że teraz leży w świętym Mungu. - wskazał na niego palcem. – Myślałem, że powiesz mi więcej i pomimo naszym niesnaskom uda nam się jakoś dogadać przez wzgląd na Annabel, ale się pomyliłem. Powinienem od razu się u niej pojawić w odwiedziny, zamiast próbować nawiązać kontakt z kimś, kto ocenia mnie tylko przez pryzmat bzdur i wyssanych z palca historyjek.
Po tych słowach Damon odwrócił się na pięcie i nie czekając na odpowiedź Charliego wyszedł z pomieszczenia, zostawiając go samemu sobie. Chłopak pozostał bez słowa, tym razem przekroczył wszelkie granice. Nie spodziewał się, że nagle Hut­che­anance zrobi się aż tak wylewny i zechce nawiązać z nim jakiś kontakt, może tej nocy on również nie spał i poszedł zobaczyć co dzieje się w rezerwacie. - "Mimo że jej zachowanie tamtej nocy było nieodpowiednie"? - pomyślał. - Czyżby też tam wtedy był?
Weasley pokręcił głową, żeby odgonić od siebie dalsze teorie spiskowe. Może i zachował się teraz jak egoista, ale wcześniejsze zachowanie starszego smokologa również nie należało do najlepszych, więc czego teraz mógł się po nim spodziewać.
Lumini ryknął, informując Charliego o tym, że spożył cały płat mięsa i oczekuje na trochę atencji ze strony swojego opiekuna.
– Przesadziłem, prawda? – zwrócił się do smoka, drapiąc go po szyi, na co ten mrugnął wdzięcznie jednym okiem.– Tak, chyba jednak przesadziłem.

Wieczorem, tego samego dnia chłopak siedząc w swoim starym namiocie studiował notatki dotyczące Luminiego i Aseriela. Mimo późnej pory i świadomości, że powinien porządnie się wyspać i zregenerować się po ostatnich wydarzeniach, pewne myśli nie dawały mu spokoju. Z jego zapisków wynikało, że u obydwóch młodych wystąpiły pewne anomalie w ich rozwoju. Od początku wiedział, iż posiadają pewne cechy odróżniające ich od reszty, jednak nie mógł określić, na jaką skalę mogły się rozwinąć lub zatracić wraz z upływem czasu. Młode smoki każdego gatunku posiadają pewne uchybienia, które z wiekiem zanikają, jednak w tym wypadku różnice między znanymi mu cechami poszczególnych gatunków pogłębiają się coraz bardziej. Mimo odmiennych ras na chwilę obecną coraz bardziej są do siebie podobne pod względem rozwoju. Zyskują cechy charakterystyczne dla siebie nawzajem, co mogłoby oznaczać, że nie tylko wychowały się razem, ale także przyszły na świat razem, jako wynik krzyżówki pomiędzy dwoma różnymi gatunkami. Charlie wiedział, że jest to coraz rzadsze zjawisko, a smoki-hybrydy nie przeżywają pierwszych miesięcy, co uniemożliwia dokładne zbadanie owego zjawiska i poznawania dobrodziejstw takich mieszanek, ale czy jest to wystarczający powód do tego, aby handlarzom mogło aż tak zależeć na ich podopiecznych? Według Charliego - tak, ponieważ mało kto mógł dorównać mu miłością do tych skrzydlatych bestii, ale według każdego innego - nie. Więc dlaczego tak bardzo im na nich zależy?
Chłopak był zafascynowany, a jednocześnie przerażony. W tym momencie wraz z Annabel mogą zapisać się w historii jako ci, którzy odpowiadają za wychowanie i opiekę nad nowym gatunkiem smoków, to oni będą tymi, którzy będą prowodyrami do kreowania młodych umysłów i ich uwielbienia dla tych istot, zaszczepiania im zalążka pasji i głodu wiedzy. W jego wyobrażeniach o swoim życiu właśnie tak widział swoją rolę w nauce. Mimo że miał również predyspozycje do zbytniego bujania w obłokach, jednak pomimo tak przyjemniej wizji, wciąż odczuwał gniew względem swojej współpracowniczki. Wydawało mu się, że przez ostatnie dni bariera między nimi powoli zanikała, jednak te sekrety począwszy od jej zdolności do tego, kim tak naprawdę była powodowały większy rozłam, mocniejszą barierę. Czuł się oszukany, mimo że cały czas starał się być z nią szczery, opowiedział jej przecież historię swojej rodziny i chciał ją z nimi zapoznać w wakacje, gdy rodzice przyjadą w odwiedziny. Pozwolił jej się do siebie zbliżyć, ale dlaczego? Wiedział przecież, jak się zachowuje. Znał ją od tylu lat, więc czemu miał nadzieję, że uda im się ze sobą dogadać. - Dosyć, Charlie. Za dużo myślisz.- powtarzał sobie.
Musiał wiedzieć więcej, jednak nie wiedział, jak tego dokonać. Teraz nic nie mógł zrobić, musiał czekać, póki nie wypiszą ją z Munga, wtedy miał nadzieję, że szczerze wyjaśni mu wszystko, co pozwoli im w jakiś sposób odbudować swoją relację. Położył się więc do łóżka i wbrew swoim poprzednim odczuciom, zasnął niemal od razu.

Tej nocy śniła mu się maska, tylko maska, podobna do oblicza harpii i pusta przestrzeń, potem głos, inny głos nie ten, którego właściciel mógł odebrać mu życie. Coś mówił, potem szeptał. Charlie nie mógł nic z tego zrozumieć, ale słyszał jak zmienia się jego barwa, a także skala, od kobiecego po męski, starczy styrany i niemowlęcy płaczący. Potem wcielił się w kłusownika, nie chciał tego, ale został zmuszony do miotania zaklęciami oszołamiającymi w żmijozęba peruwiańskiego, poranionego i powoli odpuszczającego pod natłokiem rzucanych w niego zaklęć, spojrzał raz jeszcze żmijoząb ustąpił innemu smokowi, o błękitnych ślepiach.- Annabel - myślał, chociaż nie miał ku temu powodów, ale wiedział, słyszał jej ryki, tylko ryki. Zbudził się. Był zlany potem, spojrzał po swoim namiocie, a potem na zegar, który wskazywał piętnaście po szóstej. Rzucił się ciałem na łóżko, ten sen okazał się odzwierciedleniem jego myśli, westchnął ciężko, zdając sobie sprawę, że naprawdę spaprał sprawę.


Od bardzo dawna nie miała tyle czasu wolnego, chociaż minęło dopiero kilka dni. Leżała w szpitalnym łóżku na obserwacji, mimo tego, że czuła się już bardzo dobrze, a przynajmniej na tyle, aby móc już samodzielnie funkcjonować. Wierciła się, a potem siadała, spacerek do stołówki i chwila na szpitalnym dziedzińcu - mniej więcej tak wyglądał każdy jej dzień. Martwiła się, że pomimo wysłania tak obszernego listu do jej kuzyna, nadal nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Wiadomym było, na raz obsypała go wieloma informacjami i złymi wiadomościami, dlatego zdawała sobie sprawę z tego, że powinna dać mu trochę czasu na dokładne zapoznanie się z sytuacją i wdrożenie odpowiednich działań. Jednak gdyby tylko odesłał jedno słowo, dał jakiś znak, że list bezpiecznie dotarł, byłaby o tyle spokojniejsza. Niedawno odwiedził ją również Damon, pojawił się tylko na chwilę, aby spytać o jej samopoczucie. Nie wnikał w to co wydarzyło się, gdy doszło do porwania, a przecież ostrzegał ją, aby nie stawała oko w oko z handlarzami tamtej nocy. Annabel była tym mile zaskoczona, spodziewała się raczej obszernego wykładu na ten temat, jednak w pełnym momencie rozmowa zeszła im na Charliego, co uświadomiło jej, że przez ten czas nie skontaktowała się z nim ani razu.

Sądziła, że potrzebował czasu, on przecież również ucierpiał, była pewna, że gdy tylko będzie dane spotkać im się po raz kolejny, będą potrzebowali szczerej rozmowy. Prawdy.
Jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że ostatnie zdanie do niej skierowane wydawało się pełne żalu. - Przecież taka jestem - powtarzała sobie - Jak mogłeś myśleć inaczej, no i "biżuteria ma się dobrze"? Jesteś błaznem Weasley. - zaśmiała się w myślach.- Czy powinna czuć się winna?
Od Damona dowiedziała się, że wrócił do pracy i radzi sobie z młodymi "zadziwiająco dobrze", chociaż Aseriel na co dzień wyczekuje mojego powrotu do pracy, ale czy powinna wracać? Wokół niej tyle się dzieje, przez to kim jest, naraża wielu ludzi na niebezpieczeństwo. Czy powinna wrócić na Islay, gdzie byłaby bezpieczniejsza? Gdzie pomogłaby kuzynowi planować odwet na Synach Nomadu za tą zniewagę, której wtedy doświadczyła? Spalić ich, zanim historia się powtórzy i ponownie staną się plagą jej wyspy? Perspektywa wydawała się jej kusząca, ale nie mogłaby nigdy zostawić Aseriela i Luminiego, tym bardziej nie na tym etapie rozwoju, przecież są dla niej jak dzieci, a przynajmniej wiedziała, że tak odbierał to smok, który gdzieś tam w niej siedział.
Weasley za to nie potrzebował do tego żadnych konkretnych zdolności, instynktownie wiedział, czego potrzebują i jak się czują, rozumiał je, chociaż ich uwaga często gęsto była skupiona tylko na niej.
Tak samo jak jej smocza połowa często koncentrowała się tylko na nim.

Relacja pomiędzy nimi była rzadka, niezwykła, ale czy szczera? Czy uczucia, którymi się kierują, są uzależnione od młodych, wspólnie ich wychowujących? Czy zależne jedynie od jej zdolności przemiany w smoka? Musieli sami to ocenić, tymczasem nad Islay zaczęły powoli zbierać się ciemne chmury.



* Synami Nomadu niegdyś zwała się grupa czarowników, która sprzeciwiała się monarchii Islay i ich rządom po ustaleniu prawa, które zakazywało tropienia i handlowania magicznymi bestiami żyjącym na Islay.*



* Notka z historii I : Wyspa Islay, dzięki swojej bogatej rzadko spotykanej gdzie indziej faunie i florze została okrzyknięta oazą dla zagrożonych gatunków, takich jak np. znikacze, uważane do niedawna za gatunki wymarłe przez Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, a których ostatnia parka została niedawno zauważona gdzieś w północnych lasach wyspy Islay. Klasyfikacja Ministerstwa: XXXX (Ministerstwo przewiduje duże kary za schwytanie lub skrzywdzenie go)*
* Notka z historii II : Większość wysp Hebrydów Wewnętrznych należących do Szkocji ma swoich władców pochodzących z rodzin czarodziejskich. Poprawka uchwalona w 1498r. przez ówczesnego Ministra Magii Roodneya Longowitza przewiduje, że w przypadkach gdy wyspa należąca do mugoli stanie się siedliskiem magicznych bestii, lub miejscem wyrostu wielu roślin pochodzących ze świata magicznego zostaje wybrany czarodziej, który będzie zarządzać danym miejscem w imieniu Ministerstwa, aby uchronić niczego niespodziewających się normalsów przed niezrozumiałym wpływem na ich świat. Zdarzają się jednak sytuacje, gdy wybrany czarodziej nie chce podjąć się owego zadania (np. z powodu osobistych), więc wybiera osobę godną zaufania, która obejmie tron, a on sam będzie stanowił pieczę nad nowym władcą i zostanie wybrany jako łącznik pomiędzy nim a Ministerstwem.