środa, 13 lutego 2019

Prolog

Liście szeleściły pod ich stopami. W pozornej ciszy i spokoju kryła się jednak tajemnica. Lasów Rumunii nigdy nie przemierzył wzdłuż i wszerz żaden człowiek. Przynajmniej tak głosiła oficjalna wersja. Nieoficjalnie przez wieki wielu czarodziejów zagubiło się w tej gęstwinie i już nigdy z niej nie wróciło. Zamieszkujące ją stworzenia wydawały się przyjaźnie nastawione, lecz łatwo było odnieść wrażenie, że to jedynie pozory. Krążyły plotki, iż centaury zajęły znaczną część lasu i nie tolerowały na swoim terytorium żadnego intruza. Człowiek, zwierzę czy inna magiczna istota – każdy nieproszony gość był tam równie niemile widziany.
Annabel rozglądała się uważnie dookoła, próbując zapamiętać charakterystyczne miejsca, które później mogłyby potwierdzić, czy nie krążą przypadkiem w kółko. Tymczasem pewna ruda czupryna, a właściwie jej właściciel, doprowadzała ją do szaleństwa. Nie dawała jednak tego po sobie poznać. Zawsze sprawiała wrażenie spokojnej, jakby żyła we własnym, skomplikowanym świecie. Nie znosiła konfliktów, a jeszcze bardziej bała się ich konsekwencji. Dlatego szła przed siebie w milczeniu, starając się ignorować beztroskie zachowanie swojego towarzysza.
Słońce powoli chowało się za horyzontem. Zastanawiała się, ile czasu minie, zanim Weasley zorientuje się, że od dłuższej chwili krążą tą samą drogą. Przez moment przemknęło jej przez myśl, że powinna sama przejąć inicjatywę i wyprowadzić ich z lasu. W końcu nie była zwyczajną dziewczyną. Można nawet powiedzieć, że las od zawsze traktowała jak swój drugi dom. To właśnie dlatego, mimo że zaledwie niedawno opuściła mury Hogwartu, należała do najlepszych młodych smokologów. Pokręciła teatralnie oczami, przypominając sobie, kto jeszcze cieszył się podobną opinią.
– Weasley, zdajesz sobie sprawę, że chodzimy w kółko?
Po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwała się do chłopaka. Nie przepadała za nim. Nie dlatego, że brakowało mu wiedzy – wręcz przeciwnie. Drażniło ją to, z jaką łatwością nawiązywał więź z magicznymi stworzeniami. Ona, z powodów, o których nikt nie miał pojęcia, nigdy nie potrafiła robić tego w równie naturalny sposób.
– Myślałem, żeby wrócić po własnych śladach, ale chyba nic nam to nie da. – Podrapał się zakłopotany po głowie.
Nie odpowiedziała. Rzadko wdawała się z kimkolwiek w dłuższe rozmowy. To, że znaleźli się razem w lesie, było wyłącznie dziełem przypadku, a właściwie decyzją ich przełożonego, który przydzielił ich do wspólnego projektu promującego pracę smokologów. Mieli zachęcić młodych czarodziejów do wybrania tej ścieżki zawodowej. Sama nigdy się do tego nie zgłaszała, jednak dodatkowe wynagrodzenie skutecznie przekonało ją, by bez sprzeciwu ruszyć w głąb rumuńskich lasów z kimś, kogo uważała za zdecydowanie zbyt lekkomyślnego.
– Mam pewien pomysł. – mruknęła bardziej do siebie niż do niego, wyciągając zza pasa różdżkę. – Vermillious.
Z końca różdżki wystrzeliły trzy czerwone iskry, które pomknęły ku niebu. Miały zwrócić uwagę któregoś z pracowników rezerwatu i wskazać im miejsce pobytu. Niestety niemal natychmiast zniknęły pomiędzy koronami olbrzymich drzew.
– Myślisz, że to zadziała? – zapytał Charlie.
– Nie tutaj. – westchnęła.
Spojrzała ku górze. Drzewa były niezwykle wysokie, znacznie wyższe niż wszystkie, które dotąd widziała. Gęste korony niemal całkowicie zasłaniały niebo, skutecznie odcinając ich od świata poza lasem.
Gdyby tylko mogła wzbić się w powietrze, nie potrzebowałaby żadnych zaklęć. Wystarczyłby jeden lot ponad koronami drzew, aby odnaleźć drogę do obozu. Nie mogła jednak sobie na to pozwolić. Nie tutaj. Nie przy Weasleyu. Za wszelką cenę musiała ukrywać to, kim naprawdę jest.
– Spróbuję wspiąć się na drzewo i rozejrzeć z góry. – Wskazała jedno z najwyższych, którego pień wydawał się wystarczająco mocny.
– To raczej niebezpieczny pomysł.
– Znasz zaklęcie na zrastanie kości, prawda? – odparła spokojnie, spoglądając na niego. – W takim razie nic mi nie będzie.
Nie czekając na odpowiedź, wskoczyła na pierwszą gałąź i zaczęła sprawnie wspinać się coraz wyżej. Domyślała się, że po tych słowach Charlie uzna ją za lekkomyślną, ale jego opinia niewiele ją obchodziła. Przywykła do oceniania. Odkąd po rezerwacie rozeszły się plotki, że niemal wszystkie leśne stworzenia – z wyjątkiem smoków – uciekają na jej widok, nie brakowało złośliwych komentarzy i absurdalnych teorii na jej temat. Nawet jeśli nie miały nic wspólnego z prawdą, raniły bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Zawsze wracała z podniesioną głową, sprawiając wrażenie niewzruszonej. Dopiero za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju pozwalała sobie na łzy.
– Annabel! Widzisz stamtąd coś? – zawołał Charlie.
– Kto dał ci prawo zwracania się do mnie po imieniu? – odpowiedziała spokojnym, niemal chłodnym tonem.
Nie chciała być nieuprzejma. Po prostu od tak dawna nikt nie wypowiadał jej imienia, że zabrzmiało ono obco. Serce na moment zabiło jej szybciej, lecz nie zamierzała tego okazywać. Zareagowała odruchowo, zanim zdążyła się nad tym zastanowić.
– O co ci chodzi? Wołałem cię po nazwisku, ale w ogóle nie reagowałaś.
Zignorowała jego słowa i rozejrzała się po okolicy.
– Tam jest rzeka. – Wskazała kierunek. – Jeśli się nie mylę, powinna prowadzić do jeziora niedaleko naszego obozu.
– Możliwe. W takim razie schodź, tylko ostrożnie.
Sprawnie zsunęła się z drzewa i po wylądowaniu na ziemi wyciągnęła różdżkę. Dla pewności rzuciła zaklęcie wyznaczające strony świata. Dopiero gdy upewniła się, że właściwie określiła kierunek, skinęła głową.
Ruszyli przed siebie z nadzieją, że tym razem naprawdę zmierzają ku obozowi. Z każdą minutą las pogrążał się w mroku, więc wkrótce oboje przyspieszyli kroku, a potem przeszli do biegu. Jeszcze niedawno miejsce to wydawało się spokojne i niemal baśniowe. Teraz nawet Annabel odczuwała narastający niepokój. Nie wiedziała, czy odpowiadało za niego zimne, wilgotne powietrze, czy świadomość, że w tych lasach żyje wiele stworzeń, których nawet doświadczeni smokolodzy woleliby nie spotkać po zmroku.
Po kilkunastu minutach biegu Annabel nagle się zatrzymała. Z oddali, gdzieś spośród gęstych drzew, dobiegł ją stłumiony, przeciągły ryk. Nie przypominał odgłosu żadnego zwierzęcia, jakie dotąd słyszała. Wytężyła słuch. Chwilę później rozległ się ponownie, tym razem wyraźniej.
– Słyszałeś to? – zapytała cicho, wskazując dłonią ciemność przed sobą.
– Coś tam jest?
Charlie rozejrzał się nerwowo i natychmiast wyciągnął różdżkę, kierując ją w stronę, z której dochodził dźwięk.
– Nie... czekaj.
Annabel miała dziwne wrażenie, że zna ten odgłos. Nie potrafiła powiedzieć skąd ani dlaczego, ale była pewna jednego – stworzenie, które go wydawało, cierpiało.
Nie zastanawiała się ani chwili.
Ruszyła biegiem.
– Lumos!
Światło rozbłysło na końcu jej różdżki, rozcinając gęsty mrok. Wiedziała, że postępuje nierozsądnie. Mogła wpaść prosto w paszczę niebezpiecznej bestii albo zwabić na siebie coś znacznie gorszego. Mimo to nie potrafiła zawrócić. Każdy kolejny ryk odbierała niemal jak wołanie o pomoc.
– Oszalałaś?! Zaraz znowu się zgubimy! – krzyknął za nią Charlie.
Nie odpowiedziała.
Biegła przed siebie, kierując się wyłącznie instynktem.
Po kilku chwilach drzewa niespodziewanie zaczęły się przerzedzać. W świetle różdżki wyłonił się ogromny kamienny piedestał. To właśnie stamtąd dochodziły tajemnicze odgłosy.
Annabel zwolniła.
Dźwięki przeszywały ją na wskroś. Budziły w niej wspomnienie czegoś, czego nie potrafiła sobie przypomnieć. Miała wrażenie, że kiedyś już je słyszała, ale pamięć pozostawała nieuchwytna niczym mgła.
Ciekawość zwyciężyła.
Zrobiła kilka ostrożnych kroków w stronę kamiennej konstrukcji.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.
Drgnęła gwałtownie i odskoczyła.
– Spokojnie, Foutley. – odezwał się Charlie, oświetlając sobie twarz światłem różdżki.
– Mógłbyś mnie tak nie straszyć? – rzuciła z wyrzutem.
– Ja? To przez ciebie zboczyliśmy ze ścieżki i prawie się zgubiliśmy.
Już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy z piedestału ponownie dobiegł przeciągły ryk.
Tym razem usłyszał go również Charlie.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Bez słowa ruszyli w stronę kamiennej konstrukcji, ostrożnie oświetlając drogę różdżkami.
To, co zobaczyli chwilę później, miało na zawsze odmienić ich życie.
Na kamiennej posadzce leżały dwa młode smoki. Były poranione, wyraźnie wycieńczone i skute ciężkimi łańcuchami, które wbijały się w ich łuski. To właśnie one wydawały pełne bólu ryki, które przyprowadziły ich w to miejsce.
Na kamiennej posadzce leżały dwa młode smoki. Były poranione, wyraźnie wycieńczone i skute ciężkimi łańcuchami, które boleśnie wrzynały się w ich łuski. To właśnie one wydawały pełne bólu ryki, które przyprowadziły ich w to miejsce.
Annabel zamarła.
Przez krótką chwilę nie potrafiła oderwać od nich wzroku. Nigdy wcześniej nie widziała podobnego okrucieństwa. Jeden ze smoków miał niemal czarne łuski połyskujące granatem, drugi zaś był wyraźnie jaśniejszy, z zielonkawym odcieniem i niewielkimi, dopiero wyrastającymi złotymi rogami. Oba wyglądały na zaledwie kilkumiesięczne.
– Na Merlina... – wyszeptał Charlie.
Dziewczyna powoli podeszła bliżej, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Smoki natychmiast cofnęły się pod kamienny stopień, jak tylko pozwoliły im na to łańcuchy. Z ich gardeł wydobyły się ciche, przestraszone piski.
– Spokojnie... – szepnęła. – Już nic wam nie grozi.
Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Być może bardziej chciała przekonać samą siebie niż te dwa wystraszone stworzenia.
Przykucnęła przy jednym z łańcuchów i przesunęła po nim dłonią.
– Ktoś przykuł je tutaj celowo.
– I zostawił na śmierć. – dokończył Charlie.
Annabel pokręciła głową.
– Nie. Gdyby chciał je zabić, zrobiłby to od razu.
Charlie spojrzał na nią zaskoczony.
– Myślisz, że ktoś miał po nie wrócić?
Nie odpowiedziała od razu. Przyglądała się śladom pozostawionym na kamieniu. Wokół walały się resztki lin, połamane skrzynie i ślady ogniska, które zdążyło już całkowicie wygasnąć.
– Nie wiem... ale ktoś był tutaj jeszcze niedawno.
Przesunęła dłonią po łuskach czarnego smoka. Zwierzę drgnęło, lecz nie próbowało jej zaatakować. Zamiast tego wtuliło głowę w kamienną posadzkę, jakby zabrakło mu sił nawet na ucieczkę.
– Musimy zabrać je do rezerwatu. Natychmiast.
– Matei nas zabije. – westchnął Charlie.
– Jeśli ich tutaj zostawimy, umrą.
Nie miał argumentu, który mógłby temu zaprzeczyć.
Spojrzeli po sobie tylko przez krótką chwilę.
W tej jednej chwili oboje zrozumieli, że cokolwiek wydarzy się później, ich spokojne życie właśnie dobiegło końca.

2 komentarze:

  1. Prolog krótki, ale przedstawił zarówno smoki jak i początek historii.
    Annabele Foutley. Boją się jej dzikie stworzenia oprócz smoków. Kiedy usłyszała ryki młodych od razu do nich pobiegła, jakby doskonale wiedziała, co tam znajdzie. Poza tym kryje w sobie jakąś tajemnicę.
    W mojej głowie zagościła już pierwsza teoria ;)

    Zdrowia i weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też mam teorię, też mam, zwłaszcza przez to zdanie o wznoszenie się w powietrze bez pomocy czarów (i miotły).
    Annabelle ma ładne imię, lubię. Nie chcę porównywać tego ficzka do poprzedniego, ale już na wstępie mogę wywnioskować, że Annabelle, czy też Foutley, skoro woli po nazwisku, będzie zupełnym przeciwieństwem Rachel.
    I, ach, ale jestem ciekawa tego rozszerzenia magicznego świata, bo w końcu coś innego niż ten wieczny fanfickowy Hogwart.

    OdpowiedzUsuń