– Nie każdy dostaje taką szansę. Powinnaś się cieszyć.
Annabel siedziała skulona przy kominku i wpatrywała się w płomienie wesoło tańczące w palenisku. Miała wrażenie, że zrobiło się chłodniej niż jeszcze przed chwilą. Zwykle lubiła rozmowy z Damonem, jednak tym razem dotyczyły one „wyróżnienia”, jakim ich przełożony obdarzył ją i Weasleya. Wcale nie podzielała jego entuzjazmu. Rzeczywiście, wielu czarodziejów oddałoby wiele za taką szansę, lecz ona miała poważne wątpliwości. Gdzieś w głębi serca czuła, że nie są jeszcze gotowi na tak wielką odpowiedzialność. Już pomijając fakt, że Czarny Hebrydzki powinien znaleźć się w zupełnie innym rezerwacie, wśród przedstawicieli własnego gatunku.
– A opanujesz młodego, jeśli stracę nad nim kontrolę?
– Smoki cię lubią. Nieraz to widziałem.
– Jakbym słyszała Weasleya. – Przewróciła teatralnie oczami. – Sam wiesz, jak niebezpieczne potrafią być Czarne Hebrydzkie. Są znacznie bardziej agresywne niż smoki z naszego rezerwatu.
Damon zmarszczył brwi. Nigdy nie lubił rozmów o rezerwacie, w którym pracował wcześniej. Nikt nie wiedział, dlaczego został stamtąd przeniesiony, a on sam nigdy nie kwapił się do wyjaśnień. Wielu próbowało choćby dowiedzieć się, jak wygląda praca w Rezerwacie Hebrydzkim, powszechnie uznawanym za najniebezpieczniejsze miejsce dla smokologów na świecie, ustępujące grozą jedynie Azkabanowi. Damon jednak uparcie milczał, jakby przed laty złożył przysięgę, że nigdy nie zdradzi tego, co tam przeżył. Pod tym względem był zadziwiająco podobny do Annabel. Oboje nosili w sobie tajemnice, o których nie zamierzali mówić nikomu, i być może właśnie dlatego tak szybko znaleźli wspólny język.
– Przecież sama mówiłaś, że młody nie potrafi jeszcze ziać ogniem. – odparł spokojnie.
– To wcale nie znaczy, że nie jest niebezpieczny.
– Wiesz, Foutley... czasami zastanawiam się, dlaczego zostałaś smokologiem, skoro uważasz tę pracę za aż tak ryzykowną.
Annabel spojrzała na niego spode łba, lecz twarz Damona pozostała niewzruszona. Patrzył na nią uważnie, jakby wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Ktoś postronny mógłby odnieść wrażenie, że ta dwójka zwyczajnie za sobą nie przepada. Prawda była jednak zupełnie inna. Znali się na tyle dobrze, że nie bali się mówić sobie tego, co naprawdę myślą. Ich znajomość różniła się od wszystkich pozostałych. Oboje skrywali bowiem prawdę, która mogła odmienić ich życie.
– W każdym razie... skoro tak bardzo chcesz, możesz pomóc mi radą. W końcu tylko ty znasz się na tym gatunku smoków. Wiem, że nie powinnam cię o to prosić...
– Zgadzam się. – przerwał jej spokojnie.
– Dobrze wiesz, że bez ciebie nie poradzę sobie z tym szaleństwem. – mówiła dalej, jakby go nie usłyszała.
– Mówiłem przecież, że się zgadzam, Foutley. Nie musisz mnie już przekonywać.
Dziewczyna zamilkła i spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem. Od kilku dni układała sobie w głowie całą tę rozmowę. Wiedziała, że poruszanie tematu jego dawnej pracy zazwyczaj kończyło się niepowodzeniem, dlatego przygotowała dziesiątki argumentów, którymi zamierzała przekonać go do pomocy. Tymczasem Damon po prostu się zgodził. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale jednocześnie nie zamierzała dociekać powodów jego decyzji. Cieszyła się przede wszystkim z tego, że nie będzie musiała się przed nim upokarzać, bo i taki scenariusz brała pod uwagę, gdyby wszystkie inne argumenty zawiodły.
– Poszło szybciej, niż się spodziewałam.
– Musisz jednak zrozumieć trzy rzeczy. Po pierwsze, smok pozostaje smokiem. Opieka nad młodymi wygląda bardzo podobnie bez względu na gatunek. Po drugie, rezerwaty nie powstały dlatego, że różne gatunki źle znoszą swoje towarzystwo. Powód jest znacznie prostszy – żaden kraj nie dysponuje wystarczająco dużym obszarem, by utrzymać wszystkie gatunki w jednym miejscu. A po trzecie... Czarne Hebrydzkie należą do najwierniejszych stworzeń, jakie istnieją. Pod względem lojalności często przewyższają nawet ludzi. Jeśli to zrozumiesz, znacznie łatwiej będzie ci się nim opiekować.
– Nigdy nie twierdziłam, że sobie nie poradzę.
– Naprawdę?
Annabel opuściła ramiona i utkwiła wzrok w podłodze. Biła się z własnymi myślami. Tak naprawdę sama nie potrafiła wskazać powodu, dla którego tak bardzo bała się tego zadania. Obawiała się jedynie, że zawiedzie. Już nieraz rozczarowała samą siebie albo osoby, na których jej zależało. Z czasem przestała więc wierzyć we własne możliwości.
– Dobrze wiesz, że niczego nie robię bez powodu. – mruknęła z irytacją. – Skończmy już ten temat. Powiedz mi lepiej... co jeszcze możesz opowiedzieć o Czarnych Hebrydzkich?
~~~
Słyszała jedynie szczęk ocierających się o siebie mieczy. Chowała się, sparaliżowana strachem. Jako mała dziewczynka, córka dowódcy straży, przez większość życia była chroniona przed brutalnością świata zewnętrznego. Być może nawet zbyt skutecznie. Jej ojciec, choć przeszedł w życiu tak wiele i choć na początku niewielu w niego wierzyło, stał się wzorem rycerza. Walczył jak lew, broniąc kraju i swojego szwagra – króla. Wydawał się niepokonany. Annabel doskonale o tym wiedziała, lecz znała też realia. Tamtej nocy kilku buntowników zakradło się do zamku i obrało go za cel.
Wyczuł zagrożenie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było obudzenie Annabel i rozkazanie jej, by się schowała.
Teraz leżała pod łóżkiem, drżąc z przerażenia. Po raz pierwszy w życiu doświadczała czegoś podobnego. Słyszała krzyki bólu i bez trudu rozpoznała w nich głos ojca. Łzy same napływały jej do oczu. Mogła coś zrobić. Była w stanie. Była przecież smokiem, choć wciąż nie rozumiała, skąd wzięła się w niej ta niezwykła moc. Wystarczyło przemienić się i błękitnym ogniem spopielić napastników.
Bała się.
Wiedziała, że mogłaby ocalić najbliższą sobie osobę, a mimo to nie potrafiła się poruszyć. Krzyki stawały się coraz cichsze, jakby ktoś usiłował je zagłuszyć, lecz bezskutecznie. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Drżało, ale nie było zdolne do niczego więcej. Cóż za okrutny paradoks. Moc zdolna w kilka chwil obrócić w popiół ludzkie kości i potężne drzewa spoczywała w dłoniach niespełna siedmioletniej dziewczynki, która nie potrafiła zrobić nawet jednego kroku. Nie krzyczała. Nie płakała głośno. Wołała o pomoc jedynie w myślach, zasłaniając usta dłońmi, by nikt jej nie usłyszał.
Trwało to zaledwie kilka minut. W tym czasie jej ojciec zdołał zabić kilku buntowników, lecz ostatecznie jego krzyki ucichły, a pozostali napastnicy zdołali uciec.
Kiedy królewscy strażnicy zorientowali się, że wydarzyło się coś strasznego, było już za późno. Wchodząc do komnaty, ujrzeli jedynie strugi krwi rozmazane na ścianach i meblach oraz brunatne plamy pokrywające podłogę. Leżało tam sześciu martwych buntowników, a pośród nich on – blady, ciężko poraniony, jakby jego ciało rozszarpało zaklęcie Sectumsempra. Serce człowieka, który przez całe życie walczył za królestwo, przestało bić. Nawet jego towarzysze broni zamarli na ten widok.
Dopiero później odnaleźli Annabel. Małą, przerażoną dziewczynkę ukrytą pod łóżkiem. Zabrali ją do króla, który przyjął ją jak własne dziecko. Otoczył opieką, zapewnił dach nad głową i wszystko, czego potrzebowała. Ona jednak już nigdy nie była taka sama.
Wizja dobiegła końca. Trwała dłużej niż zwykle. Annabel wyjęła głowę z myślodsiewni i powoli otarła twarz ręcznikiem. Często wracała do tego wspomnienia i sama nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Większość ludzi pragnęłaby zapomnieć o tak traumatycznych wydarzeniach. Ona przeciwnie. Wracała do nich raz za razem.Usiadła ciężko w fotelu. Krzyki ojca wciąż rozbrzmiewały w jej głowie, jakby minęło zaledwie kilka chwil. Czasami miała wrażenie, że próbuje zapamiętać każdy szczegół tamtej nocy tylko po to, by kiedyś móc ją odmienić. Wiedziała jednak, że ingerowanie w czas mogłoby zaburzyć bieg wydarzeń. Pozostawały jej jedynie marzenia. Gdyby wtedy zdobyła się na odwagę... gdyby zrobiła choć jeden krok... wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Teraz nie zawahałaby się już stanąć w obronie tych, których kocha.
Podeszła do lustra i spojrzała na swoje odbicie. Pozostawało tylko jedno pytanie. Kto musiałby stać się jej na tyle bliski, by była gotowa wyjawić światu swój największy sekret?
~~~
– Znowu zjadły. Nie mogę uwierzyć, że tylko my potrafimy je nakarmić. – odezwał się Charlie z wyraźną dumą.
– Karmimy je już od tygodnia. Dziwię się, że nadal aż tak cię to zachwyca.
Annabel odstawiła wiadro, w którym przed chwilą znajdowało się mięso, i spojrzała na młode smoki. Z dnia na dzień wyglądały coraz lepiej. Wyraźnie nabrały ciała, a łuski odzyskały żywe, intensywne barwy. Energia wręcz je rozpierała. Nieustannie bawiły się ze sobą, jakby były nierozłączne. Najwidoczniej wychowywały się razem od chwili wyklucia. Nawet ich pazury wyglądały już znacznie zdrowiej. Widok ten uspokajał młodą smokolożkę. Od wielu dni niemal bez przerwy martwiła się ich stanem. Wciąż niepokoiła ją jednak jedna rzecz. Czarny Hebrydzki nadal nie potrafił ziać ogniem, w przeciwieństwie do swojego zielonego towarzysza.
– Nie czujesz tego, Foutley? To trochę tak, jakbyśmy mieli własne psy.
– Nie nazywaj ich psami, Weasley. Ty bardziej je przypominasz. – mruknęła pół żartem, zerkając na jego rozczochrane rude włosy sterczące we wszystkie strony.
Charlie zastygł na moment, próbując zrozumieć, czy właśnie został obrażony. Kiedy jednak zauważył, na co patrzy Annabel, uśmiechnął się szeroko.
– To był żart... prawda?
– Może tak, może nie. W każdym razie powinieneś coś zrobić z tymi włosami.
Odwróciła od niego wzrok i spojrzała na puste wiadro, uśmiechając się pod nosem. Młode smoki wymagały nieustannej opieki, dlatego siłą rzeczy coraz więcej czasu spędzała z Charliem. Z każdym kolejnym dniem coraz lepiej poznawała jego sposób bycia. Ku własnemu zaskoczeniu wcale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Była wdzięczna, że nie została z tym wszystkim sama. Charlie każdego dnia udowadniał, jak bardzo kocha smoki, a tym samym nieświadomie zyskiwał w jej oczach.
– Dobrze, zgadzam się. Nazwanie ich psami nie było najszczęśliwszym pomysłem. – westchnął Charlie.
Annabel pokiwała głową z satysfakcją.
– Chodziło mi tylko o to, że to tak, jakbyśmy mieli je na własność.
– Gdy tylko nabiorą zaufania do innych opiekunów, od razu nam je odbiorą. Lepiej nie przywiązuj się zbyt mocno. Chodź, trzeba je trochę ogrzać.
Sięgnęła po specjalną szczotkę i skinieniem głowy wskazała Charliemu drugą. Sama podeszła do Czarnego Hebrydzkiego i delikatnie podrapała go pod pyskiem. Doskonale wiedziała, że to uwielbia. Smok natychmiast wyciągnął szyję i wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia, gdy ogrzana szczotka musnęła jego łuski.
– Nie martw się, młody. Jesteś w dobrych rękach. Zaraz znowu będzie ci ciepło.
Nie zauważyła nawet, że Charlie od dłuższej chwili przygląda się jej z uwagą. Coraz częściej odnosił wrażenie, że w obecności smoków Annabel całkowicie się zmieniała. Stawała się spokojniejsza, łagodniejsza i znacznie bardziej otwarta niż podczas rozmów z ludźmi. Czuł, że kryje się za tym coś więcej. Nigdy jednak nie odważyłby się zapytać. Był niemal pewien, że nie uzyska odpowiedzi, a mógłby jedynie zburzyć delikatne zaufanie, które powoli zaczynało rodzić się między nimi.
– Może chciałabyś go jakoś nazwać?
– Nadal myślisz o tych psach, Weasley? – Pokręciła głową z dezaprobatą, nie przerywając czyszczenia rogów młodego. – Nie widzę sensu w nadawaniu imion smokom.
– A mnie się wydaje, że byłoby łatwiej. Wiesz... dla komunikacji. – Delikatnie przesuwał szczotką po skrzydłach Długoroga. – Tego nazwę Lumini. I wcale nie uważam, żeby było w tym coś dziwnego.
– Lumini? – powtórzyła Annabel, spoglądając na niego z zaciekawieniem. W tej samej chwili Długoróg wydał z siebie cichy, nieznany im dotąd dźwięk.
– Przez jego rogi. Świecą jak złoto. – Charlie z uśmiechem przesunął dłonią po niewielkim porożu. W tej samej chwili jesienne słońce padło na złociste rogi, które zalśniły tak mocno, że oboje musieli zmrużyć oczy. – Po rumuńsku oznacza „światło”.
– Mało oryginalne. – rzuciła zaczepnie, choć w głębi duszy imię przypadło jej do gustu. Było proste i wyjątkowo dobrze do niego pasowało. Zaskakiwało ją też, jak swobodnie Charlie posługiwał się językiem rumuńskim.
– Teraz twoja kolej.
Annabel przenosiła wzrok to na Charliego, to na Czarnego Hebrydzkiego. W głowie miała zupełną pustkę. Mogłaby nazwać go po prostu Negru – „czarny” po rumuńsku – ale wydawało jej się to zbyt banalne. Charlie bez wątpienia zarzuciłby jej kopiowanie jego pomysłu, a poza tym to imię zwyczajnie do niego nie pasowało. Skoro już miała nadać mu imię, chciała, aby było wyjątkowe. W końcu był jedynym Czarnym Hebrydzkim w całym rezerwacie.
Przez chwilę zastanawiała się w milczeniu. Nie przypuszczała, że nadanie smokowi imienia może okazać się tak trudnym zadaniem. Odpowiedź przyszła jednak sama, gdy przypomniała sobie osobę, której pamięć chciała w ten sposób uczcić.
– Aseriel... – szepnęła cicho, mimowolnie się wzdrygając.
– Aseriel? – powtórzył Charlie, wyraźnie zaskoczony.
– Po moim ojcu. Tak naprawdę miał na imię Ariel, ale...
Urwała. Szczotka znieruchomiała w jej dłoni, a głowa bezwiednie opadła. Młody smok natychmiast wyczuł zmianę jej nastroju. Spojrzał na nią fioletowymi oczami, po czym podszedł bliżej i delikatnie wsunął łepek między jej dłonie. Charlie również zauważył, że coś się zmieniło.
– Jeśli nie chcesz, nie musisz o tym mówić.
Odpowiedziała mu cisza. Odruchowo chciał położyć dłoń na jej ramieniu, by dodać jej otuchy, lecz zawahał się. Zbyt dobrze wiedział, że z Annabel trzeba obchodzić się ostrożnie. Zamiast tego pogłaskał Lumini po głowie.
– ...ale nie wypada nadawać żywym istotom imion zmarłych.
Hebrydzki wydał z siebie cichy pisk, jakby wyczuwając smutek swojej opiekunki. Annabel uniosła głowę i, mimo wilgoci zbierającej się w oczach, zdobyła się na słaby uśmiech. Pogłaskała go po szyi.
– Przykro mi, Annabel. – odezwał się cicho Charlie. – Nie powinienem był zaczynać tego tematu.
Dziewczyna jedynie pokręciła głową. Tym razem nawet nie zwróciła uwagi na to, że po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu. Chciała jedynie jak najszybciej uciec od tej rozmowy. Spojrzała na miskę i zauważyła, że woda zdążyła już wystygnąć.
– Przyniosę ciepłej.
Chwyciła miskę i niemal natychmiast odeszła.
Oczywiście mogła ogrzać wodę jednym zaklęciem i dopasować jej temperaturę do potrzeb młodych smoków. Wolała jednak zrobić to własnymi rękami. W duchu ganiła się za to, że w ogóle wspomniała o swojej rodzinie. Nie powinna była tego robić. Był to zbyt bolesny temat, a każda podobna rozmowa mogła kiedyś narazić ją na niebezpieczeństwo. Kłopotów ze strony wrogów swojej rodziny potrzebowała teraz najmniej.Nie miała jednak pojęcia, że oni już od dawna wiedzieli, gdzie jej szukać.
Młodemu Hebrydzkiemu chyba przypadło do gustu imię ojca Annabel. Mi osobiście nie pasuje do niego imię Negru. Jakoś tak...mniej smoczo brzmi. Widać też, że ich więź staje się silniejsza i tu, po poznaniu jej tajemnicy, nie ma cienia wątpliwości dlaczego tak jest.
OdpowiedzUsuńSzybko pokazują się nowe osoby, dobre i złe, a jeszcze trochę ich będzie. Czekam w szczególności na jedną ;)
"– …ale nie wypada nadawać żywym istotom imienia zmarłych." - powiedz to Harry'emu. X'D
OdpowiedzUsuńSzalejesz z tymi rozdziałami, zazdroszczę, aż też mnie na pisanie wzięło, ale otworzę openoffice i polegnę pewnie.
W ogóle znacznie bardziej przemawia do mnie narracja trzecioosobowa, opowiadań w pierwszej czytam mniej i chyba Rachel była ostatnim, które w tej narracji przeczytałam. I widzę, że zaczęłaś używać półpauz, ha, estetyczny orgazm.