niedziela, 19 maja 2024

II.VIII

"Wybór niesie za sobą ryzyko: podejmując decyzję, trzeba porzucić wszystkie inne możliwości"


Wasza Wysokość, Księżniczko Annabel,

Z głębokim pokłonem i czcią donoszę, iż wypełniwszy Wasze polecenie, odnalazłam zaginioną Księżniczkę Christine. Stosownie do Waszych instrukcji, udałam się na dwór Lorda Anthony’ego Flockharta, gdzie po długich i żmudnych poszukiwaniach, udało mi się dotrzeć do śladów prowadzących do młodego Sliloha.

Droga do odkrycia prawdy była kręta i pełna niebezpieczeństw. Musiałam lawirować między dworskimi intrygami, prowadzić ożywione rozmowy i stawiać czoła czujnym strażnikom. Na szczęście, moje magiczne umiejętności okazały się nieocenione. Dzięki nim zdołałam zakraść się na statek Księcia Sliloha i popłynąć wraz z nim w nieznane.

Korzystając z nieobecności młodzieńca, odnalazłam zamknięty kufer, gdzie ukryte były listy i dzienniki Pana Sliloha. Z ich treści dowiedziałam się o jego planie ucieczki Księżniczki Christine i ukrycia jej na małej wyspie Iona. Wiedziałam już wtedy, że ów porwanie, wcale nim nie było.

Dopłynęliśmy w końcu na Iona, małą wysepkę skrytą wśród mgieł i fal. Podróż była długa i wyczerpująca, ale moja determinacja i siła woli były silniejsze od przeciwności losu. W końcu ujrzałam brzegi wyspy i z ulgą zszedłam na ląd.

Odnalazłam Księżniczkę Christine w skromnej chatce, położonej w zacisznym zakątku wyspy. Wyglądała na smutną i zrezygnowaną, ale w jej oczach wciąż tlił się ogień nadziei. Opowiedziała mi o swojej decyzji o ucieczce i o bólu rozstania z ukochanym Slilohem, a także o jej niepokojącej wizji.

Choć smutek ściskał jej serce, Christine nie żałowała swojej decyzji. Zdawała sobie sprawę z niemożliwości łączenia swego uczucia z obowiązkiem wobec królestwa. Nie chciała narażać Sliloha na niebezpieczeństwo ani skazywać go na ostracyzm ze strony społeczeństwa.

Obecnie Księżniczka Christine przebywa na Ionie, oczekując Waszego przybycia. Ufam, że uda Wam się dotrzeć do niej jak najszybciej, gdyż ów wizja o której mi opowiedziała zdaje się brzmieć jak upadek Islay.

Zdaję sobie sprawę, że moja misja nie jest jeszcze zakończona. Księżniczka Christine potrzebuje Waszej mądrości i opieki, a Sliloh wciąż musi stawić czoła gniewowi ojca i niebezpieczeństwom czyhającym na niego na dworze. Jestem gotowa służyć Wam dalej i wykorzystać swoje umiejętności, aby zapewnić im bezpieczeństwo i szczęście.

Z pokorą i oddaniem,

Wasza wierna służka,

Agatha

Annabel zasiadła na ławce z grubo ciosanego drewna, a jej wzrok był utkwiony w drżącym płomieniu różdżki. W dłoni ściskała list Agathy, a w jej oczach malowała się mieszanina sprzecznych uczuć. Z jednej strony ulga mieszała się z niepokojem. Wiadomość o odnalezieniu Christine i odkryciu prawdy o Slilohu niosła nadzieję na rozwiązanie konfliktu, który trawił królestwo od tak dawna. Z drugiej strony wizja spotkania z Christine budziła w Annabel głęboki niepokój. Wstała więc z ławki i ruszyła ścieżką wijącą się wśród gęstych koron drzew. Szelest liści pod jej stopami mieszał się z cichym śpiewem ptaków żegnających dzień. Po chwili dotarła do polany, gdzie leniwie wygrzewały się na słońcu młode smoki. Ich łuski połyskiwały w ostatnich promieniach słońca niczym klejnoty, a z nozdrzy wydobywały się kłęby dymu pachnącego siarką i żywicą. Usiadła na trawie obok jednego ze smoków, którego łuski mieniły się odcieniami szmaragdu i malachitu. Zwierzę spojrzało na nią inteligentnym wzrokiem, a potem pochyliło głowę, jakby zapraszając do głaskania. Annabel delikatnie dotknęła jego łuski, czując pod palcami ich ciepło i delikatną chropowatość. W tym prostym geście znalazła ukojenie, którego teraz tak bardzo potrzebowała.

Nagle tuż obok rozległ się głośny trzask gałęzi. Annabel zerwała się na nogi, instynktownie sięgając po różdżkę. Zza drzew wyłonił się jednak Charlie, jej partner, który właśnie ganiał się z jednym ze smoków po polanie. Twarz miał zaczerwienioną od wysiłku, a w oczach błyszczała ekscytacja zmieszana ze zmęczeniem.

– Chyba powinienem popracować nad kondycją – wygiął się do przodu, próbując rozprostować plecy. – Jeden z nich zawinął mi apaszkę, chyba chciał mi zakomunikować, że pora na kolację.

– Prawdopodobnie – zgodziła się Annabel. – Już późno – urwała, gdy Charlie zbliżył się do niej.

– Wszystko w porządku? – spytał zdziwiony jej poważnym tonem. – Co masz w dłoni? – Wskazał palcem zapieczętowany kawałek pergaminu. Znał tę pieczęć i raczej nigdy nie zwiastowała niczego dobrego.

– To od Agathy. Znalazła Christine – odpowiedziała szybko, chowając różdżkę w rękawie.

– Christine żyje? – zapytał z niedowierzaniem. – To wspaniale! Ale... co dalej? – Spytał, a Annabel podała mu list Agathy. Charlie przeczytał go szybko, a potem jego brwi zmarszczyły się z konsternacją.

– Kto to jest Sliloh?

– Młodszy syn Anthony'ego Flockharta.

– Żartujesz, prawda? Na wojnach to ja się nie znam, ale raczej nie powinno się bratać z wrogiem.

– Bo tak jest, ale zanim ta wojna wybuchła, obie nasze rodziny żyły w przyjaźni. – westchnęła, a w jej pamięci odżyło jedno ze wspomnień, gdzie Sliloh, jeszcze jako młodzieniec, zalecał się do jej kuzynki. – Sliloh i Christine byli kiedyś blisko, ale nie sądziłam, że nadal utrzymują ze sobą kontakt.

– Nic ci nigdy o nim nie wspominała?

– Pamiętałabym o tym, ale Charlie, rzecz w tym, że nigdy nie zagrażało jej niebezpieczeństwo, a Islay już tak. Musimy jak najszybciej dotrzeć do Christine.

Charlie westchnął cicho, przytaczając słowom Annabel. Wiedział, że sytuacja jest poważna i wymaga natychmiastowego działania. Wstał z trawy i podał partnerce dłoń, pomagając jej się podnieść.

– No to ruszamy na przygodę! – powiedział donośnie.

Annabel spojrzała na Charliego z determinacją i w milczeniu potwierdziła jego słowa gestem głowy. Wiedzieli, że czas nagli, muszą jak najszybciej dotrzeć na wyspę Iona, gdzie przebywała księżniczka Christine. Bez zbędnej zwłoki postanowili wyruszyć w podróż statkiem, aby skrócić czas podróży i dotrzeć na miejsce z większą szybkością.



Następnego dnia, gotowi na każdą ewentualność, Annabel i Charlie stanęli na nabrzeżu portowym, gdzie czekał na nich statek. Nie był to okazały okręt podróżny, lecz zwinna i szybka barka, wyróżniająca się charakterystyczną purpurową banderą na maszcie. Gdy weszli na pokład, powitał ich kapitan statku, starszy człowiek o imieniu Kapitan Morgan. Jego twarz, niczym mapa doświadczeń, skrywała niezliczone historie, a spojrzenie jego pełne było tajemniczości. Zmarszczki na jego skórze zaś opowiadały o spokojnych morzach i niezliczonych przygodach, jakie przeżył na otwartym oceanie.

– Witajcie, marynarze! – zawołał Kapitan Morgan z szerokim uśmiechem, w którym wciąż tliła się młodzieńcza energia. – Cieszy mnie wasze przybycie. Mam nadzieję, że podróż będzie dla was przyjemna i bezpieczna.

– Jesteśmy gotowi, Kapitanie – odpowiedział Charlie z determinacją w głosie. – Czekamy na wasze rozkazy.

Kapitan Morgan skinął głową z uznaniem i ruszył w kierunku sterówki, a Annabel i Charlie zajęli miejsca na pokładzie, przygotowując się do podróży. Wiatr rozwiewał im włosy, a szum fal towarzyszył im podczas odpływu z portu. Barka z gracją przecinała spokojne fale, kierując się ku horyzontowi. Annabel stała na dziobie, wpatrując się w dal z zasłanianą mgłą wzrokiem. Myślami zatopiona była w losie Christine, która wyczekiwała ich przybycia. Wiedziała, że musi dotrzeć do niej jak najszybciej, aby odkryć prawdę o jej sytuacji i wysłuchać prawdy o jej relacji ze Slilohem Flockhartem. Czuła żal za to, że pozwalała jej na milczenie. Niepokój zaś z powodu utraty zaufania Christine wypełniał jej serce, a napięta atmosfera na pokładzie barki odzwierciedlała jej wewnętrzne rozterki. Spojrzała przez ramię i dostrzegła Charliego, który rozmawiał z załogą, dbając o sprawny przebieg rejsu. Jego entuzjazm zdawał się udzielać innym, ale ona w milczeniu obserwowała zmieniające się krajobrazy na horyzoncie. Woda falowała pod kadłubem, a okoliczne wysepki przesuwały się powoli obok nich, jednak jej wzrok był obojętnie utkwiony w jeden punkt. Pogrążona w myślach i emocjach, nie zauważyła, jak Charlie podszedł do niej cicho, starając się nie zakłócać jej skupienia.

– Annabel? – zaczął delikatnie, obejmując ją ramionami i przyciągając do siebie. – Dlaczego tak milczysz? Jesteśmy znowu razem na tej samej drodze, a ty jesteś tu, ale gdzieś indziej myślami.

– Myślę o Christine – odwróciła głowę w jego stronę, delikatnie kładąc dłonie na jego ramionach, choć jej oczy nadal tkwiły w nieokreślonym punkcie na horyzoncie. – Nie mogę pojąć, jak mogłam niczego nie zauważyć. Oskarżałam ją o uległość, a ona w tym samym momencie oszukiwała Króla przez lata.

– Ciebie również – Charlie westchnął cicho, delikatnie pocierając kciukiem po plecach Annabel, dając jej do zrozumienia, że rozumie jej obawy.

– Przed jej ślubem, a nawet w trakcie, gardziłam jej zachowaniem. Na początku kierowała mną troska. Później, gdy dowiedziałam się o moim aranżowanym małżeństwie, myślałam tylko o sobie. Nie skupiłam się wystarczająco na jej problemach, gardziłam jej zachowaniem. Nie dziwi mnie to, że nie mogła mi zaufać. Sama bym tego nie zrobiła.

– Spójrz na to z tej strony – odparł Charlie, starając się by jego głos brzmiał uspokajająco. – Christine zrobiła to samo, wybierając kogoś, kogo pragnęła mieć u swego boku. Być może byłaś dla niej inspiracją, impulsem, którego potrzebowała, by pójść własną drogą.

Annabel przesunęła dłonią po jego ciepłym ramieniu, a jej oczy wciąż zdradzały zamyślenie.

– Czy ktoś inny mógł ją w taki sposób zainspirować? – dopytał.

– Możliwe – przyznała cicho, starając się zachować opanowanie. – Ale boję się, że przez to Sliloh wykorzysta jej uczucia, zmanipuluje nią aby wygrać wojnę.

– Christine na pewno by na to nie pozwoliła – wtrącił szybko, ale Annabel przyłożyła dłoń do jego ust, aby jej nie przerwał.

– Ale jeśli mam rację, a jego intencje okażą się nieszczere, przysięgam, że moja magia sprawi, iż ziemia osunie się pod jego stopami, a błękitny ogień pochłonie go niczym bezlitosny żywioł.

Charlie dostrzegł w jej oczach nie żądzę zemsty, a niezłomną wolę ochrony bliskiej osoby. Wiedział, że Annabel nie żartuje, z resztą jej wzrok lustrujący każdy centymetr jego twarzy mówił sam za siebie. Jednak zdolność przemiany w smoka, była jej mocą, jej sekretem, który mógł ją posiąść do cna.

– Jeśli to, co mówisz jest prawdą, nie będę cię powstrzymywał – powiedział łagodnie, rozumiejąc to, co próbowała mu teraz przekazać. – Musisz jednak działać rozsądnie. Sama mówiłaś, że smok nie może tobą zawładnąć.

W oddali majaczyła sylwetka wyspy Iona, niczym mroczny cień na tle zachodzącego słońca. Annabel ogarnęła fala melancholii. Pamięć przeniosła ją do czasów dzieciństwa, do beztroskich zabaw z Christine w królewskich ogrodach. Wówczas stanowiły nierozłączną parę, dzieląc się sekretami i marzeniami. Wiatr zaś muskał jej włosy, niosąc ze sobą zapach soli i świeżości. Szum fal mieszał się z rytmicznymi uderzeniami serca Annabel, tworząc melancholijną melodię. Spojrzenie Charliego, ciepłe i troskliwe, spoczęło na jej twarzy, gdy Annabel po raz kolejny zatonęła w swoich myślach. Charlie wiedział, że w tej chwili nie jest w stanie jej dosięgnąć. Pozostał więc u jej boku, cierpliwie czekając, aż powróci do rzeczywistości.

Wtem, Annabel drgnęła, jakby budząc się z transu i spojrzała na Charliego z determinacją.

– Musimy się spieszyć – powiedziała z nową mocą w głosie. – Nie wiem co tam zastaniemy, ale muszę ją zobaczyć. Muszę usłyszeć jej historię.

Charlie skinął głową w milczeniu, rozumiejąc jej uczucia. Podszedł do liny i z całej siły uderzył w dzwon okrętowy.

Jego donośny dźwięk rozbrzmiał po falach. Załoga natychmiast się ożywiła, przygotowując statek do szybszego rejsu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując niebo krwawymi i pomarańczowymi pasmami, a barka mknęła po wzburzonych wodach, zmierzając ku wyspie Iona.



Statek majestatycznie zbliżał się do wybrzeży Iony, rozcinając spokojną taflę wody. Annabel i Charlie, ubrani w stroje odpowiednie do eksploracji terenów nieznanych, stali na pokładzie, obserwując posępną sylwetkę wyspy rysującą się na tle gasnącego dnia. 

Gdy statek rzucił kotwicę, Annabel i Charlie zeszli na ląd. Wyspa ukazała im swoje dziewicze piękno - była dzika, porośnięta gęstym lasem i usiana skalistymi wzgórzami. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi, a nad głowami krążyły mewy, wydając jękliwe okrzyki. Słona bryza muskała ich twarze, niosąc ze sobą zapach soli i świeżości morza. Pierwsze kroki na lądzie były niepewne, jakby znaleźli się w równoległej rzeczywistości, a każdy szum liści czy trzask gałęzi budził w nich nagły alarm. Cienie drzew wydłużały się i stawały coraz bardziej mroczne, jakby pochłaniały ostatnie promienie słońca. Annabel instynktownie sięgnęła po różdżkę, odczuwając narastający niepokój. Nagle, przed nimi jak za sprawą magii pojawiła się sylwetka kobiety. To była Christine, ubrana w prostą, lnianą suknię koloru butelkowej zieleni i z włosami spiętymi w długi warkocz. Wyglądała na zmęczoną, ale na jej twarzy pojawił się blady uśmiech, gdy tylko ujrzała Annabel.

– Annabel! – zawołała, rzucając się ku kuzynce w objęcia. Czarownica zawahała się na moment, zanim odwzajemniła uścisk. W jej oczach dostrzegalny był błysk niepokoju i rezerwy. Pamięć o listach Agathy, o zdradzie Christine i o jej wizji wciąż tkwiła w jej umyśle, niczym cierń wbijający się w serce.

– Christine – zaczęła powoli, patrząc na kuzynkę z mieszaniną ulgi i niepokoju. – Cieszę się, że wszystko z tobą w porządku. Myślałam, że zginęłaś. – obdarowała ją wymownym spojrzeniem, a Christine wyczuła napięcie w głosie Annabel.

– Charlesie. – skierowała się do chłopaka, próbując uciec przed wzrokiem swojej kuzynki.

– Księżniczko – ukłonił się nisko. – To przyjemność móc cię znowu zobaczyć.

Annabel i Christine stały przez chwilę, patrząc sobie w oczy, a napięcie między nimi było niemal namacalne, niczym burzowa chmura wisząca nad wyspą.

– Annabel, wiem...– zaczęła Christine, ale Annabel jej przerwała.

– Musimy porozmawiać o wielu rzeczach. Jednak nie tutaj. – powiedziała stanowczo, rozglądając się dookoła. Jej głos był twardy i pełen powściąganych emocji. Charlie stał zaś dyskretnie za nią, wspierając ją swoją obecnością.

– Dobrze. Chodźmy do mojej chatki.

Annabel niechętnie zgodziła się na propozycję swojej kuzynki, mimo niepokoju tlącego się w jej sercu. Zagadka otaczająca ich sytuację dręczyła ją, ale wiedziała, że ​​musi skupić się na teraźniejszości.  Gdy już dotarli na miejsce, z Charliem czuwającym na zewnątrz, dziewczyny usadowiły się w przytulnej chatce, a cisza między nimi była ciężka od niewypowiedzianych emocji. Christine patrzyła na kuzynkę, szukając potwierdzenia w jej słowach i pocieszenia dla własnego niepokoju, a Annabel, rozdarta między wiarą w Christine a dręczącymi ją wątpliwościami, walczyła o zachowanie opanowania. W końcu przerwała ciszę, głosem niskim i poważnym.

– Christine, Agatha odnalazła cię na Ilonie i doniosła o twoim losie.– zaczęła. – Jednak muszę cię zapytać o coś kluczowego. Czy to prawda, że ​​uciekłaś ze Slilohem Flockhartem? Przez uczucia, które do niego żywisz?

Christine westchnęła głęboko, a jej wzrok stężał. Spojrzała na drżące płomienie w kominku, jakby szukając w nich odpowiedzi.

– Annabel, wiesz, że to skomplikowana historia. Nie mogę zaprzeczyć, że między mną a Slilohem istnieje więź. Znamy się od dzieciństwa, dorastaliśmy razem i dzieliliśmy wiele wspólnych chwil. Z biegiem czasu ta przyjaźń przerodziła się w coś więcej. Nie potrafię opisać tego słowami, ale tak, żywię do niego uczucia, których nie mogę zignorować.

Annabel przyglądała się jej uważnie, starając się rozszyfrować prawdę w jej słowach.

– Rozumiem, Christine, ale muszę wiedzieć, czy jest w tą relację równie mocno zaangażowany jak ty i przede wszystkim, czy czyni to z czystego serca, czy kierują nim inne pobudki. Nasze wyspy toczą wojnę. Pamiętasz?

Christine spuściła wzrok i zacisnęła dłonie na kolanach.

– Nie potrafię zaglądać w jego serce, Annabel. Mogę jedynie wierzyć w to, co mi mówi i co pokazuje swoimi czynami. Sliloh zapewnia mnie o swojej miłości i obiecuje, że zrobi wszystko, aby mnie chronić. Jednak jest rozdarty między lojalnością wobec rodziny a swoimi uczuciami do mnie. Nie chce brać udziału w wojnie, ale czuje się zobowiązany do wypełniania rozkazów ojca. Wierzę jednak, że w głębi serca pragnie pokoju i szuka sposobu na uniknięcie rozlewu krwi.

– Dobrze, Christine, wierzę ci . Rozumiesz mimo wszystko, że potrzebuję czegoś więcej niż słów. Potrzebuję dowodów, że uczucia Sliloha są szczere, a jego serce niezhańbione zdradą

– Gdyby nie on, nie byłoby ciebie tutaj. List był napisany przeze mnie, ale to on zaproponował, abym cię ściągnęła tutaj. Gdy tylko dowiedział się o mojej wizji, nie chciał do niej dopuścić. Zaryzykował cały nasz plan ucieczki dla Islay, ale moja wizja... och Annabel nie jestem pewna, czy do końca ją zrozumiałam. Widziałam ogień, który trawił naszą wyspę, potężny żywioł nieokreślonego źródła. Czy jest chociaż zalążek obaw, że mógłby pochodzić od smoka, który w tobie drzemie?

– To nie może być prawdą – oznajmiła spokojnym głosem, gwałtownie unosząc wzrok. – Mój ogień jest błękitny, myślę że wizja by ci to pokazała.

– Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. – odparła Christine, pochylając głowę i splatając nerwowo dłonie. – Ale czuję, że ta sytuacja ma związek z tobą. Dlatego myślę, że powinnaś wrócić na Islay i ostrzec Victora o tym, co widziałam.

– Nie mogę tego zrobić, Christine. Może nie wiesz, ale wyrzekłam się tytułu, rzuciłam nim Victorowi w twarz, a potem uciekłam z wyspy. Gdy powrócę, mogą grozić mi lochy, a nawet coś gorszego. – Annabel wbiła wzrok w Christine. Jej słowa uderzyły ją niczym grom z jasnego nieba, burząc fundamenty wolności, którymi cieszyła się przez ostatnie miesiące.

– Ależ ty nadal jesteś księżniczką Islay, Annabel. – pokiwała głową na boki, spoglądając na kuzynkę z niedowierzaniem. – Victor nigdy nie odebrałby ci twojego miejsca w rodzinie. Jesteś jego kuzynką, na Boga! A dla większości ludu osobą, która powinna zasiąść na tronie po matce. Nie mógłby wygnać cię z wyspy ot tak, zmierzyłby się wówczas z ogromnym sprzeciwem.

– To nie jest prawdą. Victor jest królem, robi co chce, a ja wybrałam inną drogę. Nie ma już dla mnie miejsca na Islay. – odparła uparcie. Nie mogła pozwolić, aby kolejna osoba wierciła jej dziurę w głowie na temat jej dziedzictwa. – I nie wracajmy już do tego.

W izbie zapadła cisza, gęsta od emocji. Christine patrzyła na kuzynkę, a w jej sercu mieszały się żal, złość i bezsilność. Zerwała się z krzesła i podeszła do okna. Spojrzała na rozciągający się przed nią krajobraz. Słońce chyliło się ku zachodowi, w oddali szumiało morze, a fale rozbijały się o skaliste wybrzeże.

– Spójrz. – powiedziała Christine, gestykulując w stronę okna. – Ta wyspa jest przepiękna, ale pozbawiona władcy. Ludzie tutaj są biedni i prości. Żyją jedynie z rybołówstwa, mieszkają w wilgotnych chatkach, bez dostępu do edukacji. Sliloh im pomaga, dostarcza pożywienia i leki. Historia wyspy również zanika, potężny jej potencjał gaśnie. Nie to co Islay. Islay to twój dom, tam się urodziłaś, tam dorastałaś. Islay to nie tylko mury zamku i dworski ceremoniał. To cudowni ludzie, którzy tam mieszkają, to krajobrazy, które zachwycają swoim pięknem, to historia i tradycja, które spajają społeczność. Wyspa potrzebuje twojej mocy i odwagi, są one niezbędne dla naszego królestwa.

Annabel odwróciła się od okna i spojrzała na Christine. W jej oczach dostrzegła niezachwianą wiarę w jej oddanie wyspie, mimo iż wcześniej z niej uciekła. Nagle przypomniała jej się opowieść o Aislinn, którą nie tak dawno zgłębiali razem z Charliem.

– Christine proszę cię.

– Boisz się prawda? – spytała, ale nie czekała na odpowiedź – Nie możesz się bać, nie możesz uciekać. Stań z Victorem oko w oko. Zrób to co należy, zrób to, czego ja nie potrafię. Uratuj wyspę, zakończ tą wojnę. Oddaj hołd zmarłym, zadośćuczyń ich rodzinom. Jesteś w stanie to zrobić.

Christine spojrzała na Annabel z intensywnym przekonaniem, które przepływało przez jej słowa. W tych chwilach, gdy wzrok ich się spotykał, było to coś więcej niż tylko słowa - była tam głęboka więź, która łączyła je od dzieciństwa. Annabel czuła to, jak wiatr podczas sztormu, który oplatał ich obie, przypominając im o wspólnym dziedzictwie i odpowiedzialności. Miała przed sobą decyzję o powrocie do królestwa, które kiedyś traktowała jako swój dom, a które teraz wydawało się jej obce i odległe. Obiecała przecież sobie, że będzie żyć po swojemu. Los nie pozostawiał jej jednak złudzeń. Teraz zobaczyła jednak w oczach Christine płonący zapał i oddanie dla sprawy Islay. Była pod wrażeniem tej siły, którą sobą reprezentowała. Czuła, jak z każdym uderzeniem serca wyspa w niezrozumiały dla niej sposób staje się dla niej bardziej rzeczywista, jakby jej dusza ponownie odnajdywała swoje miejsce na tej ziemi. Nagle, jakby wybuchającą iskrą, uznała, że musi stanąć twarzą w twarz z przeszłością, z prawdą o sobie i o swoim dziedzictwie. 



W komnacie Agaty panował chaos niczym po przejściu huraganu. Strażnicy królewscy, niczym sfora wygłodniałych wilków, pod wodzą bezwzględnego sekretarza Thomasa, przeszukiwali każdy zakamarek, każdy kuferek, każdą szufladę. Ich twarze, niczym kamienne maski pozbawione wyrazu, nie zdradzały żadnych emocji, a ich ruchy przywodziły na myśl bezduszne automaty. W powietrzu unosił się duszący zapach kurzu, starych ksiąg i strachu, zmieszany z metalicznym brzękiem mieczy i zbroi. Nagle jeden ze strażników, niczym jastrząb wypatrujący zdobyczy, wykrzyknął z triumfem, podnosząc do góry kawałek pergaminu. Był to list, a na nim widniała pieczęć kapitana Garretha, dowódcy królewskiej floty wyspy Jury – człowieka, który swym atakiem objął część rubieży wschodnich, należących do Islay, co tylko potęgowało uczucie, niczym krwawy znak zdrady. Thomas chwycił go z łapczywością i zaczął czytać na głos. Namiętne słowa miłosnych wyznań kapitana Garretha rozbrzmiewały w komnacie, uderzając w uszy Agaty niczym ostre miecze. Jej serce tłukło się w piersi niczym uwięziony ptak, a łzy spływały po jej bladych policzkach. Nie mogła uwierzyć, że te listy, które chciała przecież zniszczyć, stały się wcześniej jej zgubą. Jak to możliwe, że jej ostrożność i umiejętności magiczne zawiodły, wystawiając ją na łaskę bezwzględnego króla?

W tym samym momencie do komnaty niczym lew wchodzący na swoje terytorium wkroczył sam Król Victor. Jego majestatyczna postać wypełniała całą przestrzeń, a surowa twarz budziła respekt i strach. Spojrzał na Agathę z pogardą, a w jego oczach nie było miejsca na litość ani cień wątpliwości.

– Więc to ty jesteś tą, która donosiła nasze plany wrogim armiom? – jego głos niczym grzmot rozległ się po komnacie. – Myślałaś, że lata oddanej służby wystarczą, aby uniknąć podejrzeń? Błąd! Sprawiedliwość królewska dopadnie każdego, kto ośmieli się złamać prawo i zagrozić bezpieczeństwu mojego ludu.

Agatha padła na kolana, zanosząc się łkaniem. Jej głos drżał niczym liść na wietrze, gdy próbowała się tłumaczyć.

– Mój Królu, błagam, uwierzcie mi! – szlochała. – Te listy to tylko niewinne wyznania miłosne. Nigdy nie zdradziłabym Królestwa! Jestem czysta jak łza i gotowa oddać życie za Waszą chwałę! 

Król Victor nie dał się jednak przekonać. Przepełniony pychą i przekonany o swojej nieomylności, wydał rozkaz aresztowania Agaty.

– Zabierzcie ją! – rozkazał surowo. – Niech stanie przed sądem królewskim i poniesie karę za swoje zbrodnie!

Strażnicy bezceremonialnie chwycili Agathę i wyprowadzili ją z komnaty. Jej rozpaczliwe krzyki i błagania o litość nikogo nie poruszyły. Król Victor patrzył na nią z zimną obojętnością, a w jego oczach nie było miejsca na litość.

czwartek, 11 kwietnia 2024

II.VII

"Bo czasami trzeba przestać myśleć tylko o własnym bezpieczeństwie!
Czasami trzeba pomyśleć o większym dobru!"



Dni upływały powoli, jak leniwa rzeka w promieniach słońca. Charlie z determinacją godną mnicha pochłaniał treści z wiekowych ksiąg, przeglądając pożółkłe strony w poszukiwaniu sposobu na ukoić bestię ogarniętą szaleństwem. Potrzebna mu była wiedza ukryta w zakurzonych woluminach, spisana starożytnym językiem, coś na kształt szyfru czekającego na odkrycie. Noce spędzał przy lampie oliwnej, zanurzając się w studiowaniu zachowań bestii pogrążonych w obłędzie, a w ciągu dnia to właśnie Annabel była dla niego niezastąpionym źródłem wiedzy i zrozumienia. Opowiadała mu o zwyczajach Zephyr, o subtelnych sygnałach zwiastujących gniew lub spokój. Uczyła go rozpoznawać nastrój bestii po mruczeniu, ruchu ogona, drganiu łusek. Im więcej się uczył, tym bardziej podziwiał jej odwagę i intuicję. W wolnych chwilach obserwował Zephyr z nieustającą ciekawością. Smok zaś był jak uwięzione zwierzę, kręcąc się bezustannie w klatce, rzucając się z furią na pręty. Narastający niepokój Charliego mieszał się z podziwem dla determinacji Annabel, która codziennie, niczym zaklinacz tańczący z kobrą, wchodziła do klatki i próbowała nawiązać kontakt z rozszalałą bestią. Z każdym dniem więź między nimi stawała się coraz silniejsza.

Nie była to łatwa relacja. Bywały momenty frustracji, gdy ryki rozdzierały ciszę rezerwatu. Annabel znosiła to cierpliwie, wiedząc, że ból i strach są źródłem jej gniewu. Nigdy nie odpowiadała magią czy agresją, zawsze pozostając spokojną i opanowaną. Równocześnie za jej pozwoleniem, Charlie regularnie odwiedzał Zephyr w ciągu dnia. Rozmawiał z nią, opowiadał o swoich obserwacjach, dzielił się przemyśleniami, a Zephyr zaczęła reagować na jego obecność. Podchodziła do kraty, gdy tylko go widziała, a jej łuski mieniły się delikatnie w świetle słonecznym. Czasami pozwalała mu nawet dotknąć swego potężnego ciała. To były subtelne gesty, ale dla Charliego oznaczały ogromny postęp. Wieczorami, gdy słońce kładło się za horyzontem, a mrok okrywał rezerwat swym welonem, Charlie pojawiał się ze skromnym wyposażeniem - kocem, lampą oliwną i książką. Zasiadał na kamieniu naprzeciwko potężnej konstrukcji z żelaza i wpatrywał się w bursztynowe oczy smoka. Milczał, pozwalając ciszy nocy otulić ich oboje. Czasami czytał na głos, splatając opowieści o dalekich krainach, odważnych rycerzach i mądrych czarodziejach. Jego głos, łagodny i ciepły, wypełniał mrok jak kojąca melodia. Innym razem po prostu siedział w milczeniu, obserwując Zephyr. Przenikał każdy ruch jej potężnego ciała, każdy błysk łusek w blasku księżyca, aż pewnego dnia, gdy Charlie czytał fragment jednej z pierwszych ksiąg Ignatusa Pyrrhusa, Zephyr podniosła głowę i utkwiła w nim swe bursztynowe oczy. W jej spojrzeniu nie było już furii, lecz smutek i cień nadziei. Od tego momentu młodszy smokolog ponownie zaczął dostrzegać w Zephyr nie tylko bestię, ale również czującą istotę. Pragnął zbliżyć się do niej, złamać bariery strachu i nieufności, nawet w sytuacji bezpośredniego zagrożenia.

Pewnego wieczoru, gdy Charlie siedział przed jej klatką, nagle ciszę nocną rozdarł potężny grzmot. Niebo rozświetliła jaskrawa błyskawica, rozdzierając mrok na pół i rzucając złowieszcze cienie na ziemię. W kilka chwil zerwał się wiatr, szarpiąc drzewami i rzucając deszczem na ziemię, niczym ostre strzały. W klatce Zephyr zerwała się na równe nogi, rycząc z przerażenia. Błyskawice rozświetlały jej przerażone oczy, jak małe, rozżarzone słońca, a łuski mieniły się złowrogo w ciemności, przypominając fale na wzburzonym morzu. Charlie zerwał się z kamienia, krzycząc do Annabel, że zbliża się burza. Nim jednak skończył zdanie, Zephyr rzuciła się na klatkę, miażdżąc pręty niczym patyczki. Potężne szczęki ujadały z furią, a ostre pazury raniły metal z głośnym zgrzytem. Charlie rzucił się w bok, unikając spadającego metalu. Potężny ogon smoka uderzył w ziemię tuż obok niego, trzęsąc ziemią i raniąc go odłamkiem żelaza. Charlie zagiął się z bólu, czując, jak gorąca krew spływa mu po nodze, przywodząc na myśl strumień z rozbitego dzbana. Annabel, czuwając kilka metrów dalej, błyskawicznie rzuciła zaklęcia ochronne. Magiczny krąg światła otoczył Charliego, tworząc kokon bezpieczeństwa, który chronił go przed szalejącą bestią. Zephyr ryczała z furii, rzucając się na barierę ze wszystkich sił. Jej potężne ciało uderzało o magiczną osłonę, a łuski iskrzyły od uderzeń. Czarownica, czując, że jej tarcza niedługo się złamie, krzyknęła do chłopaka, by uciekał, ale on nie ruszył się z miejsca. Wiedział, że teraz, bardziej niż kiedykolwiek, Zephyr potrzebuje jego pomocy. Chciał sięgnąć po swoją różdżkę, by odwrócić uwagę smoka, ale przypomniały mu się słowa partnerki, że taka magia może prowokować intensywniejsze ataki. W mgnieniu oka Charlie znalazł się w śmiertelnej pułapce. Z jednej strony szalała rozjuszona Zephyr, z drugiej - Annabel, walcząca o utrzymanie nad nim magicznej bariery. Czując ostry ból rany na nodze i gorącą krew spływającą po kostce, Charlie wiedział, że czas ucieka. Podjął więc decyzję - taktycznie poturlał się w bok, zostawiając na kamiennej posadzce jasnoczerwony ślad krwi, a gdy uciekł na odpowiednią odległość, zerwał się z ziemi, ignorując pulsujący ból, i rzucił się w stronę klatki. Gdy już dobiegł złapał za wystający pręt, szorstki od rdzy, i wbijając go w ziemię tuż obok pędzącego ogona smoka, metal zgrzytnął o kamień, a Zephyr ryknęła z zaskoczenia. Ten moment dał Annabel czas na użycie zaklęcia Conjunctivitis, oślepiając na chwilę Zephyr, która szczęśliwie zaczęła miotać się w klatce, próbując odzyskać wzrok. Charlie, wykorzystując chwilę wytchnienia, wyciągnął z kieszeni fiolkę z eliksirem uspokajającym, który przygotował wcześniej. Szybko wylał go na ziemię przed klatką. Silny, ziołowy zapach natychmiast wypełnił powietrze. Zephyr, zdezorientowana i oszołomiona, wciągnęła go nosem. Jej ruchy stały się wolniejsze, a ryk przygasł. Annabel, widząc, że bestia słabnie, podeszła bliżej smoczycy i użyła na niej eliksiru przywracającego wzrok. W tym samym momencie, za cichym przyzwoleniem partnerki, Charlie również ostrożnie przybliżył się do klatki, wyciągając dłoń w stronę smoka. Mrużąc oczy, szeptał uspokajające słowa, których nauczył się od Annabel. Początkowo Zephyr reagowała z lękiem, warcząc i szczerząc zęby, lecz z każdym słowem smokologa, z każdym powiewem uspokajającego eliksiru, jej furia stopniowo ustępowała. W końcu, po długich minutach walki, jej łuski przestały drżeć, a ogromne oczy wypełniły się łagodnym smutkiem. Charlie, widząc, że Zephyr jest spokojna, powoli otworzył klatkę. Bestia nie rzuciła się na niego. Zamiast tego, opadła na potężne łapy, patrząc na niego błagalnie. Współczując, podszedł do niej i delikatnie pogłaskał jej łuski, wtedy też dostrzegł nową, rozległą ranę na jej ogonie. Pomyślał, że musiała się zranić podczas ataku. Wyciągnął więc zza paska swoją różdżkę i, racząc smoczycę delikatnym dotykiem, użył na jej ogonie zaklęcia leczącego.

Kilka minut później burza ucichła. Wiatr powoli milknął, a szalejący deszcz ustąpił miejsca cichemu szumowi liści. Wokół zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosami głębokich oddechów smokologów. Po raz pierwszy od dłuższego czasu w rezerwacie zapanował spokój. Annabel, odetchnęła z ulgą, czując zmęczenie i ulgę, że sytuacja ostatecznie się uspokoiła. 

– Wzorowa współpraca, partnerze – odparła Annabel, gdy oddech nieco jej się uspokoił. Głos płynął jakby pełen ulgi, ale w jej oczach można było wyczytać zmęczenie.

– To było przerażające. Jak wcześniej robiłaś to zupełnie sama? – Charlie westchnął z ulgą, ale adrenalina nadal buchała w jego żyłach, zmuszając go do nerwowego oblizywania ust.

– Nie byłam zupełnie sama. Moja smocza połowa była wtedy ze mną – Annabel spojrzała na Zephyr, która leżała teraz spokojnie w swojej klatce, obserwując ich z uniesioną głową. – Chociaż muszę przyznać, że to pierwszy raz, kiedy nie musiałam sięgnąć po jej wsparcie.

Po burzy, Charlie i Annabel potrzebowali chwili spokoju i regeneracji. Usiedli razem na kamieniu w pobliżu klatki smoka, oddychając głęboko. Zephyr, choć wyczerpana, nadal wydawała się spokojniejsza niż kiedykolwiek. W tym samym czasie chłopak zlustrował ranę na swojej nodze, którą zadał mu odłamek metalu podczas szarży Zephyr. Była głęboka i krwawiła, ale nie wyglądała na zbyt poważną. Annabel natychmiast dobyła swojej różdżki, a jej twarz złagodniała.

– Teraz możemy się zająć twoją nogą. – powiedziała spokojnie, skupiając się na zaklęciu.

Charlie odchylił się lekko, pozwalając Anniebel zbliżyć się do jego rany. Czuł delikatne mrowienie, gdy magia zaczęła pracować nad jego skórą. Zacisnął zęby, starając się skoncentrować na uldze, rozchodzącej się po jego nodze. Po chwili Annabel schowała swoją różdżkę, a Charlie spojrzał na ranę. Widział, jak skóra zaczynała się zasklepiać, a krew zatrzymywała swoje płynięcie.

– Dziękuję, Annabel – wyszeptał z ulgą. – To było naprawdę niebezpieczne.

Annabel skinęła lekko głową, a jej spojrzenie przeleciało na jej podopieczną, która leżała teraz spokojnie w swojej klatce, uważnie obserwując ich zachowania.

– Zephyr jest bardzo wdzięczna za twoją pomoc – odparła, patrząc na Charliego. – To, że uleczyłeś jej ogon, było dla niej ważne.

– Powiedziała ci to? – spytał Charlie, chociaż było to bardziej pytanie retoryczne.

– Nie musiała – pokręciła głową. – Popisałeś się odwagą, na którą mało kogo byłoby stać. Ona to czuje, a wbrew wszystkiemu smoki mają niezwykłą zdolność do współodczuwania emocji.

Charlie uśmiechnął się delikatnie, czując się trochę zaskoczony pochwałą, mimo iż złamał cichą umowę pomiędzy nimi i nie posłuchał swojej partnerki w sytuacji, gdy powinien to zrobić. Jednak nie był to dobry czas na chełpienie się jej słowami. Zephyr przeszła swoje małe piekło, a póki mieli czas, gdy pozostawała pod wpływem eliksiru uspokajającego, musieli sprawdzić, czy nie zraniła się przypadkowo w innym miejscu.

– Powinniśmy ją dokładnie obejrzeć – powiedział do Annabel, wstając z kamienia. – Nie wiem, jak się zachowa, gdy eliksir przestanie działać.

Annabel również wstała i podeszła bliżej klatki. Spojrzała na Zephyra, która podniosła łeb i warknęła cicho, jakby chcąc powiedzieć, że nie zamierzać sprawiać kłopotów.

– Spokojnie, Zephyr – powiedziała Annabel, jej głos był teraz łagodny i kojący. – Chcemy ci tylko pomóc. Sprawdzimy, czy nie odniosłaś innych obrażeń podczas burzy.


Noc splótła zasłonę ciemności nad wyspą Skye, a mgły unosiły się jak cienie drapieżnych bestii wzdłuż brzegów. W mroku widniały kontury masztów statku Sliloha, przygotowanego do kolejnej nieznanej podróży. Gwiazdy, jak lodowate oczy, spoglądały z nieba na tę ponurą scenę.

Burgess zaciągnął dym z fajki, która tliła się w jego dłoni. Dym powoli snuł się w powietrzu, mieszał się z mgłą otaczającą wyspę. Patrzył na brata, który krzątał się po pokładzie. Sliloh był ubrany w grubą, wełnianą szatę, chroniącą go przed nocnym chłodem. Na jego głowie spoczywała skórzana czapeczka, a na nogach miał ciężkie, skórzane buty.

– Dokąd zmierzasz tej nocy, Slilohu? – zapytał Burgess, nie odrywając wzroku od wirujących w mroku kłębów mgły.

Sliloh zatrzymał się, rzucając na brata krótkie spojrzenie. W jego oczach mignęła irytacja. Od tygodni czuł na sobie wzrok Burgessa, jego dociekliwość i nieufność.

– Tam, gdzie noc mnie zaprowadzi – odpowiedział wymijająco, rzucając na pokład worek z prowiantem.

Burgess zmarszczył brwi. Ta lakoniczna odpowiedź drażniła jego już napięte nerwy. Od tygodni obserwował nocne ucieczki brata, czując narastający niepokój.

– Nie możesz ciągle ukrywać się w tajemnicy, Slilohu – powiedział Burgess, tonując głos. – Jesteśmy braćmi. Powinieneś mi zaufać.

– Mam swoje powody, by podróżować nocą. I nie, nie są to twoje sprawy. Może nie mam magii, ale mam siłę i zdrowy rozsądek. Wiem, kiedy moje żagle powinny się unosić.

Burgess, zirytowany lekceważącym podejściem Sliloha, wziął głęboki wdech z fajki. W jego oczach pojawiła się złośliwość. Następnie skierował swoją różdżkę na żagle brata, intonując magiczne zaklęcie. W mgnieniu oka jeden z żagli stanął w płomieniach. Ogniste języki buchały w niebo, rozświetlając mroczną noc jak krwawa zorza. Na twarzy Sliloha malował się strach i gniew.

– Stracony jesteś, bracie!? – krzyknął, rzucając się w stronę płonącego żagla. W jego głosie było słychać panikę i desperację.

– To tylko skromna lekcja pokory od starszego brata – uśmiechnął się krzywo Burgess, twarz otrzymała wyraz zimnej obojętności. – Być może teraz zrozumiesz, że magia, której tak zazdrościsz, nie czyni człowieka lepszym.

Sliloh zignorował jego słowa, skupiając się na gaszeniu ognia. Wraz z pomocą załogi, z narażeniem życia, udało mu się opanować żywioł, ale żagiel został zniszczony. Statek dryfował teraz bez steru na łasce fal, niczym ranny ptak na wietrze. Noc stała się jeszcze bardziej ponura, a gwiazdy zgasły, jakby w proteście przeciwko lekkomyślności Burgessa. W mroku słychać było jedynie szum fal i trzask palącego się drewna.

– Zasłużyłeś sobie na to! – krzyknął Sliloh, gdy ogień został ugaszony. – Właśnie sprawiłeś, że o mało nie straciliśmy jednego z najlepiej wyposażonych statków. Jesteś egoistą i tyranem, niegodnym miana brata.

– Możesz tak uważać, Slilohu – rzekł Burgess obojętnie, a jego twarz stwardniała. – Ale gdyby nie moja magia, statek ten zostałby strawiony przez ogień, a ty i twoja załoga moglibyście utonąć w morzu. Pamiętaj o tym, gdy będziesz mnie obelżał.

– Tak myślisz? – prychnął Sliloh, zaciskając pięści ze złości. – Gdybyś chciał mnie powstrzymać, powinieneś pozwolić mu spłonąć. Jutro wywiesimy nowy żagiel. A twoja magia, bracie… twoja magia pokazuje tylko, jak zawsze mnie traktowałeś – jak dziecko, które trzeba trzymać na krótkim łańcuchu.

Milczenie zapanowało między braćmi, ciężkie i gęste jak mgła otaczająca wyspę. W powietrzu wisiała nie tylko woń spalenizny, ale również uraza i gniew.

– Dokąd, na litość boską, zmierzasz tymi nocami? – Burgess w końcu przerwał ciszę, jego głos był lodowaty. – Nie wierzę, że to tylko twoja kapryśność.

– Są rzeczy, których nie warto wyjaśniać – odparł Sliloh, jego głos był cichy, ale stanowczy. – Są miejsca, które lepiej zostawić w spokoju.

– Tchórzostwo – warknął Burgess, ale Sliloh był szybki. Chwycił za miecz, który miał u boku. Ostrze błysnęło w bladym świetle księżyca, gdy lód spotkał się z szyją Burgessa. Mężczyzna zbladł, a jego dłoń zdrętwiała na rękojeści fajki. Oczy Sliloha, jak dwa czarne węgle, spoglądały na niego z zimną determinacją.

– Nie odważysz się tego zrobić – wyszeptał Burgess, choć w jego głosie było wyczuwalne załamanie. Magia dawała mu przewagę, ale w oczach Sliloha widział determinację, która go zaintrygowała. Ostrze miecza nadal tkwiło na jego szyi, a napięcie w powietrzu było jak naprężona cięciwa łuku. Na pokładzie widać było sylwetki marynarzy, którzy z przerażeniem obserwowali tę scenę. Noc stała się świadkiem braterskiej kłótni, która groziła tragedią.

– Nie jestem tchórzem, bracie – powiedział Sliloh, a jego ręka nie drgnęła. – Możesz rzucać na mnie swoje czary, ale to nic nie zmieni. Robię to, co powinienem zrobić od dawna.

– Wiesz, że to szaleństwo, Slilohu – mruknął Burgess, próbując zachować spokój pomimo napięcia. – To nie prowadzi do niczego dobrego.

Sliloh nie odpowiedział, patrzył tylko na brata z tą samą zimną determinacją. W jego wnętrzu toczyła się walka między lojalnością a koniecznością. Ostatecznie jednak, ostrze miecza opuściło gardło Burgessa, a Sliloh cofnął się o krok, utrzymując wzrok na nim.

– Idź – szepnął, głos pełen gniewu i smutku. – Opuść mój statek nim zmienię zdanie.

Burgess, zachowując ostrożność, odsunął się od niego. Jego dłoń drżała, ale w oczach wciąż iskrzyła się determinacja. Westchnął jeszcze raz, spojrzał na Sliloha, a potem skierował się w kierunku rufy statku, zostawiając brata samego na pokładzie, na którym ukrywała się także Agatha, skrywająca swoją prawdziwą twarz i niepewna swego losu w tym konflikcie.

Cienie tańczyły na pokładzie w rytm trzaskających płomieni, które wciąż dogasały na maszcie. Nocny wiatr hulał wokół nich, przynosząc ze sobą słony zapach morza i przenikliwy chłód. Czarownica, ukryta za stertą lin w tylnej części statku, wstrzymywała oddech, śledząc scenę. Jej serce biło jak uwięziony ptak w klatce. Nigdy wcześniej nie widziała dwóch braci w takim stanie – wściekłych, grożących sobie nawzajem bronią. Kiedy Burgess odwrócił się, by odejść, jej wzrok spotkał się na chwilę z jego lodowatym spojrzeniem. Oniemiała z szoku i obawy przed odkryciem, ale udało jej się pozostać niezauważoną. Mężczyzna zniknął na środku molo, prowadzącym na ląd, a Sliloh pozostał na miejscu przez dłuższy czas. Wydawał się zmagać z wewnętrznymi demonami. W końcu podszedł do burty i złapał za swój miecz.

– Bracie – mruknął do siebie, w jego głosie brzmiała mieszanka gniewu, żalu i rezygnacji. – Nie rozumiesz, że chodzi o coś więcej niż twoja magia. – Zaraz potem zniknął w kajucie.



W komnacie tronowej, gdzie płomienie świec drgały niczym dusze w mękach czyśćca, stopniowo gasły w szklanych kloszach, rzucając posępne cienie na króla Victora. Surowy i majestatyczny władca, niczym posąg wyrzeźbiony z najtwardszego marmuru, zasiadał nieporuszony na tronie, gniew burzący jego serce niczym fale uderzające o nieosiągalne brzegi. Ciężar korony i obowiązków władcy spoczywał na nim k
jak niewidzialny łańcuch, przykuwając go do tego miejsca z nieubłaganą mocą.

Nagle ciszę przerwał zgrzyt otwieranych drewnianych drzwi. Z cienia wyłoniła się postać odziana w czarny płaszcz - Thomas, sekretarz króla, wierny sługa latami oddania.

– Wasza Królewska Wysokość.– odezwał się Thomas głosem chropawym niczym stare drewno skrzypiące w wietrze – Muszę donieść o sprawie, która może wstrząsnąć fundamentami naszego królestwa.

– Mów, Thomasie. Przygotuj się na moje pytania. To, co przynosisz, brzmi groźnie. – Król spojrzał na niego z niepokojem. 

– Tak, Wasza Królewska Wysokość.– Thomas przetarł dłonią pot spływający mu po czole. – Nocami, pod osłoną ciemności, nasz zwiadowca dostrzegł podejrzaną postać w okolicach zamku Flockahrtów. Wydaje się, że pochodzi ona z naszego dworu.

– Kim jest ta postać? Mów szybko, Thomasie! – Król wypuścił ciężki westchnienie, zaciśnięte pięści drżały na oparciach tronu.

– Wasza Królewska Wysokość, imię Lady Agathy pojawiło się w naszych raportach. Wierna służąca księżniczki Annabel, kuzynki Waszej Królewskiej Wysokości, została rozpoznana przez naszego zwiadowcę.

– Lady Agatha? To niemożliwe! Nie może być prawdą, że osoba, która służyła naszej rodzinie z taką oddaniem, mogłaby dopuścić się takiej zdrady. 

 – Wiadomość była dla mnie równie szokująca, Wasza Królewska Wysokość. – Thomas spojrzał na swojego władcę z wyrazem współczucia. – Jednak dla bezpieczeństwa wyspy musimy to zbadać, zanim będzie za późno.

– Dobrze, Thomasie. Nakażę zwiadowcom przeprowadzenie gruntownego dochodzenia. Musimy poznać całą prawdę, zanim podejmiemy jakiekolwiek dalsze kroki. Ale żadne informacje nie wychodzą poza te ściany. Rozumiesz?

– Tak, Wasza Królewska Wysokość. – odpowiedział Thomas z powagą.

– Niech nasz los będzie w rękach Opatrzności. Muszę pogodzić się z tą wiadomością i zatroszczyć się o losy naszego królestwa. 

Thomas skinął głową i cicho opuścił komnatę, pozostawiając króla samego z jego myślami i niepokojami. Victor, osamotniony w swoim smutku i gniewie, pozostał na tronie, patrząc w pustkę, jak płomienie świec drżą i gasną, niczym symbolizując niepewność i zagrożenie, które ogarnęło jego królestwo. Wiedział tym samym, że musi zachować rozwagę. Oskarżenia bez solidnych dowodów mogłyby prowadzić do niesprawiedliwości i chaosu. Niemniej jednak płomień podejrzeń już zaczynał trawić jego wnętrze. Trudno było mu uwierzyć, że Lady Agatha, która służyła jego rodzinie przez pokolenia, mogłaby dopuścić się takiego zdradzieckiego czynu w tych krytycznych dla królestwa czasach. Oczy króla Victora pozostały utkwione w płomieniach świec, które teraz, już prawie wygasłe, tańczyły niczym duchy w tanecznym kręgu. Jego umysł spowijał mrok nie tylko nocy, lecz także wewnętrznej rozterki. Przypomniał sobie czasy, gdy Lady Agatha, zawsze lojalna i oddana, służyła jego rodzinie z bezwarunkową gorliwością. Była jak skarbiec wierności, który teraz, według słów Thomasa, miał być zarażony zdradą. Czy podejrzenia są rzeczywiście uzasadnione, czy też tylko wynikają z chwilowego chaosu, jaki ogarnął królestwo? A może istnieje inna, bardziej racjonalna wyjaśnienie? Nie mógł sobie pozwolić na błędne oskarżenie kogoś, kto służył jego rodzinie przez tyle lat. W głębi duszy tliła się nadzieja, że to wszystko to tylko nieporozumienie, a Lady Agatha okaże się niewinna. Jednakże gniew i rozgoryczenie towarzyszyły temu uczuciu, ponieważ samo istnienie podejrzeń było ciosem dla królewskiej dumy. Zamyślony, wstał z tronu. Jego ciężkie buty odbijały się od zimnego kamienia komnaty, wydając dźwięki niczym ponury werbel. Król zdecydowanym krokiem opuścił tronową salę. Musiał sięgnąć do prawdy, zanim podejmie jakiekolwiek dalsze kroki. Zwiadowcy zostaną wysłani nocą, by dyskretnie obserwować Lady Agathę i otoczenie zamku Flockhartów. Każdy szczegół, każda nocna wędrówka, miała zostać dokładnie prześwietlona.

czwartek, 14 marca 2024

II.VI


„Będziemy na tyle silni, na ile będziemy zjednoczeni, i na tyle słabi, na ile będziemy podzieleni.”



Promienie zachodzącego słońca leniwie przebijały się przez gęste gałęzie smoczych jodeł, rzucając na ziemię misterne wzory. Annabel ostrożnie stawiała kroki, niosąc w dłoni miskę wypełnioną surowym mięsem. W jej oczach malowała się mieszanina determinacji i troski. Przed nią, niczym posąg z czarnego obsydianu, stała Zephyr – hybryda Czarnego Hebrydzkiego i Długoroga Rumuńskiego. Wyłaniająca się z cienia smoczyca emanowała strachem. Jej łuski, czarne jak noc, połyskiwały w świetle zachodzącego słońca, a potężne skrzydła, niczym postrzępione żagle, drżały nerwowo. W oczach, żółtych jak bursztyn, czaił się strach i gniew. Dziewczyna uklękła przed bestią, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Wbiła spojrzenie w nieufne ślepia smoczycy, która z trudem walczyła z paniką w jej sercu. Zephyr, bo tak ją nazywała, podążała za każdym jej ruchem, czujna i nieufna, gotowa do ataku w każdej chwili. Annabel jak zwykle starała się zachować spokój, choć serce biło jej gwałtownie. Musiała przekonać Zephyr, że mogła jej zaufać, inaczej zagrażała zarówno swojemu zdrowiu, jak i bezpieczeństwu otaczających ją osób.

– W porządku. – powiedziała cicho, starając się dźwiękiem swojego głosu wzbudzić w samicy choć iskierkę spokoju. – Nie zrobię ci krzywdy. – Powoli wyciągnęła kawałek surowego mięsa z miski, trzymając go przed siebie na wyciągniętej ręce, na co Zephyr z fałszywie spokojnym sykiem cofnęła się o kilka metrów, otoczona w strzępach czarnego dymu i gotowa do ataku. – Niezbyt głodna, co? – mruknęła Annabel, próbując ukryć swoje frustracje, po czym odłożyła mięso na jego miejsce i zaalarmowana zrobiła dwa kroki w tył.

Z wnętrza pyska bestii wydobył się gardłowy pomruk. Zephyr zbliżyła się powoli do miski pełnej surowego mięsa, jej nozdrza drgały, a język śmigał po wargach. Nagle, bez ostrzeżenia, smoczyca zamachnęła się ogonem, uderzając Annabel w klatkę piersiową z siłą huraganu. Czarownica z impetem uderzyła o kamienną ścianę, czując ostry ból w żebrach i mdłości podchodzące do gardła. Zaraz potem Zephyr natychmiast wydobyła przerażający ryk, a jej skrzydła rozpostarły się szeroko, gotowe do ataku.

– Zephyr, nie! - krzyknęła, walcząc o oddech.

Smoczyca ryknęła, a z jej gardła wydobył się strumień ognia. Annabel z trudem rzuciła się na bok, unikając płomieni o włos. Gorące powietrze musnęło jej twarz, a włosy przeszył zapach spalenizny. W uszach dzwoniło jej od huku, a serce waliło jak młotem. Wiedziała jednak, że ​​musi działać szybko, zanim smoczyca rzuci się do kolejnego ataku. Wyciągnęła różdżkę i skupiła swoje myśli na obronie. Jeden ruch ręki i wystrzeliła strumień zaklęcia ochronnego, chroniąc się przed płomieniami, które zaczęły buchać z pyska Zephyr. Strumień ognia zasypał czarownicę gradem żaru, a jej uszy wciąż dzwoniły od huku. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Smoczyca, niczym wulkan, buchała ogniem, a jej czarne łuski połyskiwały złowrogo w świetle płomieni. Czarownica wiedziała, że ​​musi działać szybko, zanim odgłosy walki zwabią do nich innych smokologów, którzy mogliby ucierpieć, tak jak ostatnim razem. Z determinacją w oczach zacisnęła dłoń na różdżce i skupiła się na zaklęciu. – Protego Maxima – odparła szybko, a w mgnieniu oka wokół niej po raz kolejny rozbłysła potężniejsza tarcza ochronna, odbijając płomienie niczym lustro. Zephyr ryknęła z frustracji, próbując przebić się przez magiczną barierę. Annabel wykorzystała ten moment, by rzucić kolejne zaklęcie, ale tym razem nebulusa. Czar wypiścił z jej różdżki strugę lodowatej mgły, która owinęła się wokół rozpalonej głowy smoczycy. Na moment ogień przygasł, a Zephyr, zaskoczona i zdezorientowana, cofnęła się o krok. Czarownica wiedziała jednak, że ​​to tylko tymczasowe rozwiązanie. Musiała znaleźć sposób na uspokojenie bestii, zanim ta znowu zaatakuje. Wpatrując się jednak pośpiesznie w żółte oczy smoczycy, Annabel dostrzegła w nich mieszankę strachu i bólu. W jej sercu na nowo wzbudziła się litość i wyrozumiałość. Na chwilę zapomniała, że to przecież magia odpowiadała za większość cierpienia w jej życiu.

– Zephyr, proszę. – powiedziała łagodnie – Nie chcę ci zrobić krzywdy. Chcę ci tylko pomóc. – Jej słowa zdawały się docierać do swojej podopiecznej, gdyż strach w jej oczach powoli przygasał, a ryk stał się bardziej żałosny. Annabel ostrożnie podeszła bliżej, wyciągając dłoń bez różdżki, którą wcześniej wymownie rzuciła na ziemię. – Zephyr. – powtórzyła, a jej oczy objęły się błękitnym blaskiem – Jestem tu, żeby ci pomóc. Zaufaj mi.

Smoczyca patrzyła na nią przez chwilę, a potem powoli opuściła głowę, jakby w geście akceptacji. Annabel podeszła jeszcze bliżej i delikatnie pogłaskała ją po łuskowatym pysku. Zephyr wydała z siebie cichy pomruk, a jej czarne skrzydła opadły w akcie poddania się. Wiedziała jednak, że ​​to dopiero początek. Zephyr była zraniona i przestraszona, a odbudowanie zaufania zajmie sporo czasu. Wraz z tą myślą Annabel przypomniała sobie również wydarzenia sprzed tygodnia, które doprowadziły ją do tego stanu. Młody smok z gatunku Długorogich Rumuńskich, lekkomyślny i żądny wrażeń, wślizgnął się na terytorium Zephyr. Widząc intruza, smoczyca wpadła w panikę i zareagowała instynktownie, atakując wszystko, co uznała za zagrożenie. Niestety, młody smok nie miał żadnych szans. Pomimo natychmiastowej interwencji opiekunów i rzucenia zaklęć leczniczych, obrażenia okazały się zbyt poważne. Od tamtego tragicznego dnia w Rezerwacie zapanował chaos i wszechobecne poruszenie. Pracownicy i smokolodzy podjęli decyzję o odizolowaniu Zephyr od pozostałych mieszkańców rezerwatu. Annabel była jedyną, która sprzeciwiła się tej decyzji, ale wobec nacisków swoich współpracowników oraz argumentacji, że młody smok pozostał bez opieki, przegrała tą walkę. Widziała wówczas w oczach bestii nie tylko gniew i strach, ale też głęboki smutek. Czuła, że izolacja pogorszy jej stan psychiczny. Dlatego też, pomimo sprzeciwu innych, pozostała przy Zephyr, cierpliwie ją oswajając i zapewniając poczucie bezpieczeństwa. Nawet kosztem swojego zdrowia. 

– Tak... tak, spokojnie – szepnęła Annabel, głaszcząc łagodnie potężny łeb smoczycy. – Wiem, że to wszystko jest dla ciebie trudne. Ale nie jesteś sama. Jestem tutaj.

W głębi jej serca tliła się nadzieja. Nadzieja, że z czasem Zephyr znowu poczuje się bezpieczna i zacznie ufać ludziom. Była to jednak długa droga, wymagająca cierpliwości, zrozumienia i przede wszystkim zaufania. Wiatr zaś szalał wśród gałęzi smoczych jodeł, a deszcz uderzał o kamienistą ziemię. Zephyr, skulona w jaskini, drżała na całym ciele, a z pyska wydobywał się jęk bólu.




Noc otuliła wyspę Iona czarnym suknem, a na jej opustoszałych uliczkach panowała głucha cisza. Sliloh szedł szybko, a jego oddech stawał się coraz bardziej parowy w zimnym powietrzu. Chłód przejmował go do kości, ale nie zwracał na to uwagi. Myśli krążyły mu wokół tajemniczego wezwania, które otrzymał od Chrisy. W świetle księżyca uważnie obserwował mroczne uliczki, które wyglądały jak zjawiskowe, ale zarazem złowieszcze obrazy. Cienie drzew kołysały się na poboczach niczym groźne potwory, a każdy dźwięk wydawał się być zwiastunem niebezpieczeństwa. Sliloh zaciskał pięści, starając się opanować rosnący w nim strach.
Niewielka nizinna wyspa Iona, położona u południowych wybrzeży Szkocji, była dla Sliloha niczym azyl. Zamieszkiwana zaledwie przez 125 osób, podlegała jurysdykcji Wielkiej Brytanii, co w praktyce oznaczało brak wpływów ojca Sliloha i innych władców Hebrydów. Spokojne życie mieszkańców, opierające się na hodowli zwierząt, rybołówstwie i turystyce, stanowiło idealną odskocznię od dworskiego, pełnego intryg życia, od którego Sliloh tak bardzo pragnął uciec. Podczas licznych wizyt na wyspie poznał mieszkańców, a ich skromność i prostolinijność imponowała mu. Zyskał ich sympatię, dostarczając im w tajemnicy przed ojcem towary pierwszej potrzeby, gdyż wyspa od zawsze była traktowana po macoszemu przez władze. Iona stała się dla niego wymarzoną kryjówką, miejscem ukojenia i bezpieczeństwa. Teraz jednak każdy krok prowadził go do coraz większej świadomości powagi sytuacji. Coś złego musiało się wydarzyć, skoro Chrisa w tak naglącym tonie wezwała go na pomoc. W jego głowie kłębiły się pytania. Co się stało? Czy ktoś ją odnalazł? Czy nadal jest tu, na wyspie, w swoim starym domu na uboczu, w zacienionym zakątku ulicy?

Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak. Dom Chrisy stał cichy i ciemny, jak gdyby pogrążony w śnie, ale Sliloh wyczuwał niepokojącą atmosferę, niczym woń strachu wiszącą w powietrzu. Zatrzymał się na moment przed drzwiami, nabierając tchu. W jego sercu mieszały się strach przed ujawnieniem, determinacja, by pomóc dziewczynie, i uczucia, które do niej darzył. W końcu zapukał, a czekając na odpowiedź, czuł jak jego serce wali w piersi, gdy w uszach brzmiały mu słowa z listu Chrisy: "Muszę ci coś powiedzieć." Drzwi otworzyły się nagle z cichym skrzypnięciem. Chrisa stała w progu, blada i obolała. Na jej nieumalowanej twarzy malował się niepokój, a blond włosy, zamiast upięte jak zazwyczaj w fikuśną fryzurę, opadały jej na ramiona. Jedyne co świadczyło o tym, że to właśnie jest jego Chrisa to żywoczerwony płaszcz, w który była odziana, niczym symbol krwi i niebezpieczeństwa.

– Co się wydarzyło? – odrzekł szybko, nie czekając na jej słowa.

Spojrzała na niego tymi ogromnymi niebieskimi oczami, w których malował się błagalny błysk. W mgnieniu oka rzuciła mu się w ramiona, oplatając ręce wokół jego szyi. Sliloh z trudem utrzymał równowagę, a gdy wyczuł, że dziewczyna drży, otulił ją ramionami i pozwolił, aby w jego objęciach uspokoiła się nieco, nim zacznie mówić.

– Christine. Wszystko w porządku? – spytał półszeptem.

– Miałam wizję Sliloh. – odparła drżącym głosem.

W nocnej ciszy Christine tuliła się do Sliloha, drżąc jak liść na wietrze. Przerażająca wizja, która wyrwała ją ze snu, wciąż tkwiła w jej pamięci, a lodowaty strach ściskał jej serce. Żywe obrazy nadchodzącej zagłady przesuwały się przed jej zamkniętymi powiekami - najpierw mrożąca krew w żyłach śmierć jej brata, potem szalejący ogień pochłaniający Islay, niszcząc wszystko z bezwzględną siłą. W uszach brzmiały jej fantomatyczne krzyki ginących ludzi, a gardło ściskał ją paraliżujący strach. Sliloh trzymał ją mocno w ramionach, a w jego sercu mieszały się strach i determinacja. To on zaplanował jej ucieczkę z Islay, skrupulatnie opracowując plan, zdobywając niezbędne eliksiry i przygotowując schronienie na Ionie. Ich największym marzeniem od kiedy się poznali było zbudowanie wspólnego życia w Norwegii, przyszłości wypełnionej rodziną, miłością i niezachwianym wsparciem. Zdawał sobie sprawę z niezwykłego daru Christine - jej umiejętności przewidywania przyszłości. Nigdy nie miało to dla niego znaczenia, ale świadomość niszczycielskiego wpływu tych wizji na dziewczynę była nowym i niepokojącym odkryciem. Fala protekcjonalizmu zalała go, a w jego sercu zrodziła się silna determinacja, by chronić ją nie tylko przed koszmarami wizji, ale przed wszystkim, co mogłoby zagrozić jej bezpieczeństwu.

– Opowiedz mi wszystko – szepnął w jej włosy, odsuwając lekko głowę, by spojrzeć jej w oczy. – Co zobaczyłaś?

Christine zaczerpnęła głęboki oddech, desperacko próbując odzyskać panowanie nad sobą. Jej głos drżał, gdy zaczęła opowiadać o mrożących krew w żyłach scenach, które nawiedzały jej sny. Mówiła o śmierci brata, płomieniach pochłaniających lasy Islay i przerażających krzykach swoich ludzi. Z każdym bolesnym szczegółem jej głos łamał się coraz bardziej, a łzy spływały po jej policzkach jak rwący strumień. Słuchając jej, Sliloh poczuł, jak ściska go w żołądku. Chociaż wizje mogły być tylko złudzeniami, znał potęgę daru Christine. Rozróżnienie między przeczuciem a wymysłami przerażonego umysłu było niemożliwe, ale widok jej cierpienia był dla niego męką, której nie mógł znieść.

– Uspokój się, Christine. – powiedział stanowczo, ale z nutą czułości w głosie. – Nie pozwól, by to załamało twoje życie. Jesteśmy w tym razem i znajdziemy sposób, żeby przez to przejść.

– Myśl o stracie brata, o cierpieniu ludzi... – dziewczyna odsunęła się od niego, jakby ukazując swoje niezadowolenie. – Jak możesz być tak bezwzględny.

– Nie wiemy na pewno, czy to się wydarzy – odparł Sliloh, próbując złapać ją za rękę. – Twoje wizje mogą się zmieniać w zależności od wyborów, których ktoś dokona. Musimy być silni, Christine. Musimy walczyć o przyszłość, jakiej pragniemy.

– Nie wyobrażam sobie przyszłości, w której mam przez całe życie obwiniać się, za coś co mogłam uczynić, a tego nie zrobiłam. 

– Wiem, że cierpisz – odparł Sliloh, patrząc jej w oczy. – Ale posłuchaj mnie. Powrót na Islay jest zbyt niebezpieczny. Twój brat...

– Musimy go ostrzec! On musi wiedzieć! – przerwała mu Christine, jej oczy błyszczały determinacją. – Nie ważne, jakie ryzyko, nie mogę pozwolić, by...

– Nie możesz ryzykować swojego bezpieczeństwa – przerwał jej znowu, jego głos był twardy, ale nacechowany troską. –  Nie możesz po takim czasie wrócić na Islay. Twój brat ponownie zmusi cię do małżeństwa i już nigdy nie wypuści z zamku.

Christine zacisnęła usta, walcząc z wewnętrznym konfliktem. Wiedziała, że Sliloh ma rację, ale myśl o cierpieniu brata i potencjalnej tragedii ją paraliżowała.

– Musi być jakieś wyjście.

Sliloh pogłaskał ją po policzku, a w jego głowie gorączkowo kłębiły się myśli. Wiedział, że nie może pozwolić jej wrócić na Islay, ale też nie mógł ignorować jej wizji. I chociaż od samego początku był temu przeciwny, musiał zaryzykować.

– Jest ktoś, kto mógłby popłynąć na Islay – powiedział w końcu, jego głos nabrał pewności. – Ktoś, kto zna Victora, ktoś to może i potrafi z nim rozmawiać.

– Kto? – Christine spojrzała na niego z nadzieją w oczach.

– Annabel – rzekł Sliloh, a cień niepokoju przemknął mu po twarzy.




Stopy Charliego niosły go jak ołowiane kule, gdy zbliżał się do namiotu Annabel. W jego piersi tłukło się serce niczym ptak w klatce, a każdy krok potęgował niepokój ściskający jego gardło. Plotki o nocnym ataku Zephyr dotarły do niego niczym czarny ptak zwiastujący nieszczęście. W jego uszach wciąż brzmiały echem opowieści o poprzednich atakach bestii, a świadomość, że to jego partnerka znów mogła stać się jej ofiarą, budziła w nim mieszankę gniewu i strachu. Gniew na bestię, która nie potrafiła powstrzymać swojej dzikiej natury, i strach o dziewczynę, która każdego dnia stawiała czoła śmiertelnemu zagrożeniu. Zdawał sobie bowiem sprawę z niebezpieczeństwa, jakie wiązało się z opieką nad tak potężnym stworzeniem. Zephyr, niczym uosobienie chaosu i destrukcji, była niczym tykająca bomba, która mogła wybuchnąć w każdej chwili. Każdy kolejny incydent był jak iskra na prochu, która mogła doprowadzić do kolejna tragedii, a chłopak gdzieś w środku czuł, że mimo swojej miłości do smoków, ma coraz mniejszą tolerancję na zachowania Zephyr, która już dawno powinna zostać deportowana do innego, lepiej przygotowanego na takie wypadki Rezerwatu. Na domiar złego, na jego drodze do namiotu czuł na sobie spojrzenia innych smokologów. Plotki obiegły już cały rezerwat niczym rwący strumień, a świadomość, że Zephyr znowu zaatakowała, mieszała się z nutą złośliwości i osądu. Niektórzy patrzyli na niego z politowaniem, inni z wyższością, jakby to on był winny całej sytuacji. Charlie zignorował te spojrzenia, skupiając się na jedynym celu – dotarciu do Annabel i upewnieniu się, że jest cała i zdrowa.

Pukał do namiotu przez dłuższą chwilę, zniecierpliwiony ciszą, która panowała w środku. W jego wyobraźni malowały się czarne scenariusze, a serce podchodziło mu do gardła z każdym kolejnym uderzeniem w płachtę. W końcu usłyszał jakiś trzask, niczym łamanie gałęzi pod ciężarem drapieżnika, a jego intuicja podpowiadała mu, że coś jest nie tak. Nie zastanawiając się dłużej, natychmiast rozsunął płachtę, zaklęciem otworzył drzwi i wszedł do środka. Zastał tam półmrok i Annabel leżącą na podłodze, z trudem podnoszącą się na równe nogi. Ból w klatce piersiowej przeszył ją niczym ostry sztylet, gdy próbowała stanąć prosto. Jej twarz była blada, a na jej czole lśniły się krople potu. Charlie natychmiast podbiegł do niej, chwytając ją za ramiona i pomagając jej wstać. W jego oczach malował się strach i troska, a jego dłonie drżały z niepokoju.

– Annabel! Co się stało? - zapytał z przerażeniem w głosie, jego wargi drżały, a głos łamał się z emocji. – Wyglądasz strasznie.

– Wszystko w porządku - odpowiedziała wymijająco, starając się ukryć ból, który malował się na jej twarzy. Odwróciła wzrok, nie chcąc patrzeć mu w oczy.

– Przecież wyraźnie widzę w jakim stanie jesteś. – nalegał, jego głos stał się twardy. – Nie rób z siebie męczennicy. – Charlie nie dał się jednak zbyć. Dostrzegł, jak nerwowo łapie się za bok brzucha, a jego intuicja podpowiadała mu, że coś jest poważnie nie tak. W jego oczach pojawił się błysk determinacji.

Annabel westchnęła ciężko. Nie chciała go martwić, obarczać problemami. Jednak Charlie był zbyt wyczulony na punkcie jej bezpieczeństwa, szczególnie ostatnio by dać się jakkolwiek zbyć. W końcu, po długiej chwili wahania i pod wpływem intensywności jego spojrzenia, opowiedziała mu o wieczornym ataku Zephyr. O gniewie smoczycy, o płomieniach liżących jej ciało i o tym, jak desperacko próbowała uspokoić rozwścieczoną bestię. Chłopak słuchał jej relacji w milczeniu, ale jego twarz stawała się coraz bardziej ponura.

– Udało mi się ją uspokoić. Zjadła wszystko, co dla niej przygotowałam i ułożyła się blisko mnie do snu. – zakończyła swoją opowieść, a jej twarz nagle pojaśniała. – Docieramy się powoli.

– Nie takim kosztem Annabel! Tym razem udało ci się ocalić, ale czy możesz zagwarantować, że uda się to następnym razem? – Charlie był bliski wybuchu. – Nie mogę patrzeć jak narażasz się na to niebezpieczeństwo.

– To nasza praca. Tak samo moja jak i twoja. Podejmując ją, gwarantowaliśmy, że znamy zagrożenia i przyjmujemy je bez względu na wszystko.

– Annabel, martwię się o ciebie. – głos Charliego złagodniał, a on sam złapał partnerkę w tali i spojrzał w jej oczy. – Boisz się, widzę to.

– Nie mam wyboru, Charlie. – Annabel próbowała się oswobodzić. – Nie wiesz jak to jest patrzeć na bestię, która się boi, która cierpi w zamknięciu. Słyszeć ryki przeszywające serce i wrzaski tęsknoty za wolnością? Dostrzegać wystające żebra i łamiące się kły z wycieńczenia organizmu. – Annabel spuściła wzrok. – Zrozum proszę, że tylko ja mogę dać jej nadzieję na przyszłość. Jeśli ja będąc smokiem nie poradzę sobie z jej gniewem to nikt inny tego nie zrobi.

Charlie z ulgą przytulił Annabel, czując jak jej drżenie stopniowo ustępuje. W jego sercu wciąż tliła się obawa o jej bezpieczeństwo, ale w tym momencie najważniejsza była dla niego ich bliskość. Czuł, że słowa Annabel poruszyły coś głęboko w jego duszy. Nie patrzył w ten sposób na Zephyr i nie zastanawiał się nad jej cierpieniem. Zamiast tego winił ją wciąż za śmierć jednego z młodych smoków i realne zagrożenie dla jego partnerki. Otaczał Annabel troskliwym objęciem, wyczuwając stopniowe ustępowanie jej drżenia, a w jego wnętrzu kłębiły się sprzeczne emocje. Gniew na bestię, niezdolną do okiełznania swoich instynktów, mieszał się z podziwem co do determinacji czarownicy. W jej drobnej sylwetce kryła się siła, której on sam nigdy nie posiadał.

– Zapomniałem. – wyrzekł cicho, uświadamiając sobie pewną prawdę i odsuwając się na moment, by móc dojrzeć jej twarz. – Zapomniałem, dlaczego pragnąłem zostać smokologiem.

– Nie zapomniałeś.– Annabel podniosła dłoń i delikatnie dotknęła jego policzka. W jego oczach malowała się gorycz i smutek. Nagły przypływ nostalgii za czasami, kiedy jego fascynacja smokami była czysta i nieskażona brutalną rzeczywistością Rezerwatu.– Martwisz się o mnie, a ja doceniam twoją troskę, ale jesteś tylko człowiekiem, ja nie.

W jej słowach tkwiła prawda, której nie mógł zignorować. Annabel była smokologiem z krwi i kości, a jej więź ze smokami była czymś wyjątkowym, czymś, czego on, nie posiadając takiego daru nigdy nie mógłby zrozumieć.

– Nie mogę ci zabronić tego, co robisz. – powiedział cicho, a jego głos drżał z emocji. – Pozwól mi jednak wziąć udział w jej okiełznaniu.

– To niebezpieczne. – Annabel zawahała się, a w jej oczach pojawił się cień niepewności.

– Wiem. – odparł stanowczo. – Ale jestem gotów zaryzykować. Nie mogę stać z boku i patrzeć, jak rzucasz się w paszczę bestii. Jesteśmy partnerami, prawda? Patrz ile razem już osiągnęliśmy.

Annabel patrzyła na niego przez chwilę, jakby mierząc w myślach jego determinację. Widziała w jego oczach nie tylko strach o nią, ale też żar dawnej pasji do smoków, który zdawał się przygasnąć pod naporem brutalnej rzeczywistości Rezerwatu. W końcu westchnęła.

– Dobrze. – odrzekła – Ale obiecujesz mi, że będziesz ostrożny. Nie możesz dać się ponieść emocjom. Pamiętaj, to nie ty masz ją okiełznać, a ja.

– Obiecuję. – zapewnił ją, a ulga spłynęła na jego twarz niczym kojący balsam. – Ale ty też musisz mi obiecać, że powiesz mi, jeśli poczujesz się choć trochę zagrożona. Żadnego heroizmu, rozumiesz?

Skinęła głową, a cień niepokoju wciąż wisiał w powietrzu. Wiedziała, że słowa to jedno, a rzeczywistość rezerwatu – drugie. Zephyr była nieprzewidywalna, a jej gniew niczym burza, mogła wybuchnąć w każdej sekundzie.

czwartek, 1 lutego 2024

II.V

"Przysięgam uroczyście, że knuje coś niedobrego."


Agatha czuła, iż w powietrzu wisiało coś niepokojącego. Od chwili, gdy usłyszała od Annabel, iż ten odpowiedzialny za zaginięcie Księżniczki Christine może być ktoś, kto działał na zlecenie Anthony'ego Flockharta, wiedziała, iż musi działać szybko. Jura, wyspa otoczona często mgłą, była miejscem, gdzie magia i polityka splatały się w oczywisty sposób. Skrzydła jej czarnego, znoszonego płaszcza delikatnie szumiały, gdy przemykała między drzewami ogrodu, ukrywając się w cieniu. Wspierała się zaklęciem kameleona, który miał ją chronić przed ewentualnym rozpoznaniem i niewygodnymi pytaniami. Doskonale wiedziała, iż większość mugoli na dworze Anthony'ego nie zna magii, ale sam Król już tak. Wszakże dzięki niej obalił poprzedniego Króla i rościł sobie prawa do jego tronu, dlatego musiała działać rozważnie, aby dostać się do jego zamku, gdzie miała nadzieję dowiedzieć się więcej na temat zaginięcia Księżniczki Christine, a kto wie — może nawet uwolnić ją z niedoli.

W ciemnościach nocy, trzymając w ręce swoją różdżkę, Agatha skradła się na teren dworu, eliksirem usypiając czujne straże i znikając w cieniu. Wnętrze zamku emanowało luksusem, ale Agatha nie pozwoliła sobie na rozproszenie uwagi. Skierowała się ku sali tronowej, gdzie miała szansę dowiedzieć się czegoś istotnego. Szybkim rozpoznaniem terenu, stwierdziła, że w komnacie panował względny spokój. Dwór Króla Anthony'ego przygotowywał się do wielkiego bankietu, który miał odbyć się w związku z przejęciem wysp podlegających jurysdykcji Islay. Wiedziała, że to doskonała okazja, aby zanurzyć się w tłumie i zebrać informacje, dlatego właśnie wybór tego dnia nie był przypadkiem. W mrocznym blasku komnaty, Król Anthony zasiadał na swoim tronie, otoczony rycerzami, którzy rozglądali się dookoła, a ich niepokój niemal wibrował w powietrzu.
Naprzeciwko niego zaś stał Burgess Flockhart — pierworodny króla, który najwyraźniej zaniepokoił go tym, co od niego usłyszał. Skoncentrowała się więc na obserwacji tej dwójki z ukrycia, starając się podsłuchać rozmowy między nimi. Jej czujne uszy wychwyciły szepczące głosy i pomruki, które przemieszczały się wśród dworzan. Postanowiła więc zbliżyć się nieco bliżej, trzymając różdżkę, aby utrzymać zaklęcie, które na siebie rzuciła.

– Nasza kraina stoi w obliczu wojny, a ja muszę skoncentrować się na prowadzeniu armii i utrzymaniu porządku, synu. – Anthony, z wyrazem niezadowolenia, oparł dłonie na drewnianej powierzchni tronu.

– Ojcze, Sliloh odmawia uczestnictwa w dworskim życiu od dłuższego czasu, nawet dzisiaj, podczas bankietu, pozostaje w cieniu i nie zamierza się na nim pojawić. – odparł Burgess z marszczonym czołem. – Spędza całe dnie na kontroli statków towarowych i pływa swoim w nieznane, przez mgły, które nawiedzają naszą wyspę.

– Nie zauważyłem niczego, co by uzasadniało twoje obawy. Może po prostu znalazł sobie rozrywkę w postaci jakiejś dziewki. Młodzi ludzie często łapią się za takie rzeczy. – machnął ręką.

Burgess zamyślił się nad słowami ojca, które bagatelizowały sytuację. Z goryczą zauważył, że ta odpowiedź była łatwą ucieczką od problemu, jaką ojciec zdawał się często stosować wobec Sliloha. Nigdy nie ukazywał tego publicznie, ale w jego sercu tliło się oburzenie, widząc, jak ojciec lekceważy zaniepokojenie związane z jego młodszym synem, mimo tego, starając się zachować godność, postanowił przekonać go do swojej racji nieco innymi argumentami.

– Sliloh nie posiada magii, wobec jego nocne eskapady są niebezpieczne. Być może rozmowa z ojcem przyniosłaby rozwiązanie tej sprawy. W końcu w grę wchodzi również opieka nad statkami, dzięki którym nie musimy, chociażby głodować.

Agatha uważnie słuchała rozmowy między Królem Anthonym a jego synem. Jej obserwacje były skupione na detalach, które mogły rzucić światło na zagadkę zniknięcia Księżniczki Christine, gdyż już wcześniejsze ustalenia prowadziły ją do Sliloha. Równocześnie musiała uważać na siebie, aby nie zostać wykrytą. Burgess zaś, starając się przekonać ojca do powagi sytuacji, postanowił skoncentrować się na bezpieczeństwie wyspy i potrzebie rozmowy z bratem.

– Synu, waż na słowa. Sliloh zawsze był nieco wycofany, ale to nie oznacza, że powinniśmy się martwić. Jego obowiązki nad statkami są ważne dla naszego królestwa. Pokładam wiarę w to, że doskonale o tym wie i nie zaryzykuje wobec tego żadnym głupstwem.

– Ojcze, to nie tylko o jego wycofanie chodzi. Wiesz doskonale, że Sliloh zawsze był inny, ale teraz coś się zmieniło. Jeśli nie zastanowimy się nad tym poważnie, możemy stracić najlepszego żeglarza na wyspie, a nie jest ich wielu. Tym bardziej teraz, w dobie szarży, którą planujemy przeprowadzić na wrogiej wyspie.

Anthony spojrzał na syna z pewnym niezadowoleniem. Wydawało się, że umniejsza roli jego obawom. Jednakże, gdy Burgess wspomniał o ich planach, wydawał się zainteresować losem Sliloha. Dopiero teraz, gdy widział w nim korzyści, postanowił zareagować.

– Jeśli jesteś tak pewien, że to ważne, to porozmawiaj z bratem. Jednak nie chcę, abyś zbyt mocno go naciskał. Nie chcemy, aby bardziej zamknął się w sobie. Możesz już iść.

Usłyszała dość. Postanowiła zacząć się wycofywać z miejsca podsłuchiwania, zanim zostanie zauważona. Skierowała się w stronę wyjścia, a później teleportowała się na tyły gospody, na obrzeżach wyspy, gdzie pod fałszywym nazwiskiem wynajmowała pokój. Pozdrowiła gestem przemiłą właścicielkę dobytku, a chwilę później zamknęła swój pokój na klucz. Ukrywając się w środku, zaczęła zdawać sobie sprawę z zawiłości sytuacji. Zdawało się, że istnieje jakiś związek między zniknięciem Królewskiej siostry a tamtym młodzieńcem. Jednak rozmowa, którą podsłuchała, dobitnie wskazywała na to, że nawet jeśli to książę jest odpowiedzialny za zniknięcie księżniczki, to zrobił to sam, bez rozkazu, a natura jego zaangażowania była niejasna. Zamknęła oczy, zastanawiając się, jak połączyć kawałki układanki. Sliloh, choć najmniej wcześniej podejrzany, był ważnym człowiekiem na wyspie. Jego nocne żeglugi wydawały się skrywać sekret, zwłaszcza w kontekście zaginięcia Christine i ich wcześniejszych relacji. Znakiem tego wiedziała, że musi zbadać sprawę bliżej. Postanowiła przekształcić się w postać bardziej odpowiednią do udziału w dworskim życiu. Zmieniła swój strój, nadając mu elegancki charakter, i zaczęła przygotowywać się do bankietu, który miał odbyć się wieczorem. Miała nadzieję, że w tłumie dworzan znajdzie więcej informacji.



Po pewnym czasie dotarli do wyjścia z Izby Pamięci, kierując się w stronę Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Drzwi były wielkie i zdobione rzeźbami fantastycznych istot. Wchodząc do środka, Annabel i Charlie zostali przywitani widokiem olbrzymiego akwarium, w którym pływały druzgotki pomniejszone o kilka rozmiarów. Magiczne stworzenia poruszały się z gracją, a ich bladozielona skóra mieniła się w różnych odcieniach. Gdy zauważyły jednak dwójkę czarodziejów, natychmiast podpłynęły bliżej, a ich długie palce delikatnie dotknęły przeźroczystej ściany akwarium. Zdawało się nawet, że próbują otwierać paszczę z walecznym nastawieniem, ale nie były w stanie zaatakować.

– Dość swoiste zwierzątka domowe. – odparła Annabel, patrząc na rząd ich ostrych zębów, które pokazywały, próbując bądź co bądź ochronić terytorium.

– Wydają się niezadowolone z naszej obecności – zauważył Charlie, obserwując reakcję magicznych stworzeń. – Ale przynajmniej nas nie zaatakują.

– Uważaj Weasley, skoro mogą udusić człowieka palcami, to nie jest wcale pewne, że z wściekłości nie będą w stanie nimi rozkruszyć szkła. – odpowiedział dobrze znany im głos. Młodzi smokolodzy odwrócili się, a w kolejnych drzwiach na końcu korytarza dostrzegli Damona, który stał z założonymi rękami, a jego wzrok skierował się na akwarium. – Trytony potrafią je udomowić, natomiast wobec ludzi są bardzo agresywnie nastawione.

– W takim razie Hutcheanance nie dziwi mnie to, że to właśnie one witają czarodziejów u progu twojego biura. – podszedł do niego Charlie, po czym wymienił z dawnym współpracownikiem przyjacielski uścisk dłoni.

– Damonie, jak ja dawno cię nie widziałam. – Annabel dołączyła do powitania, uśmiechając się lekko. – Co prawda nadal jestem zła, że postanowiłeś nas opuścić, ale i tak miło cię w końcu zobaczyć.

– Błędnie sądziłem, że gdy wypuścicie na wolność swoje smoki to zrozumiecie, dlaczego byłem zmuszony to zrobić. – odparł już bardziej oficjalnym tonem. – Jednak teraz pracuję tutaj, mam pełne ręce pracy i absolutny brak czasu na rozmyślania. Proszę, wejdźcie do środka.

Wnętrze biura emanowało atmosferą profesjonalizmu. Ściany były utrzymane w stonowanych odcieniach drewna, co nadawało pomieszczeniu ciepły i przytulny charakter. Były one ozdobione ilustrowanymi mapami różnych regionów mugolskich, na których zamieszkiwały magiczne istoty. Obwieszone informacyjnymi notatkami i zakreśleniami. W centrum pomieszczenia stało solidne, ciemne biurko z drewna dębowego, za którym zasiadał Damon. Na blacie biurka leżały sterty zwojów pergaminu, otwarte księgi i notatki pełne szczegółowych danych na temat magicznych stworzeń, jak i również starannie wykonany drewniany organizer z przegródkami, w którym Damon trzymał pióra, a także swoją różdżkę. W jednym z kątów znajdował się również niewielki kredens, a obok zajmował miejsce kącik z wygodnymi fotelami dla gości, przy którym stał okrągły stolik z herbatą, zapraszając do chwil relaksu podczas rozmów. Czarodziej wskazał przyjaciołom miejsca siedzące, po czym sam usadził się za biurkiem. Annabel i Charlie z uznaniem przyglądali się biurze Damona, doceniając elegancję i porządek, który w nim panował. Usiedli na wygodnych fotelach, czując się jak w miejscu, gdzie mogą spokojnie porozmawiać.

– Muszę przyznać, Damonie, że twoje biuro robi wrażenie. – skomplementowała Annabel, rozglądając się po pomieszczeniu. – Namioty w Rezerwacie są o wiele mniej okazałe.

– Staram się, aby wszystko było odpowiednio uporządkowane. Praca w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami wymaga precyzji i odpowiedniej organizacji. – spojrzał na nich poważnie. – Jednak wiem, że nie przyszliście tu tylko po to, aby podziwiać wnętrze. Jak mogę wam pomóc?

Młodsi smokolodzy spojrzeli po sobie, a później zaczęli opowiadać historię o Zephyr, która niedawno pojawiła się w ich rezerwacie. Nie szczędzili szczegółów dotyczących stanu, w jakim przywieziono ją do rezerwatu i w jakich warunkach była przetrzymywana, a także wyrazili głośną nieufność wobec nowej szefowej Rezerwatu — Pani Luci. Wiedząc także, że Damon jest ich przyjacielem, podzielili się z nim również podejrzeniami dotyczącymi motywacji działania Czarownicy, jednocześnie domagając się wyjaśnienia co tak naprawdę stoi za tajemniczym projektem Zephyr i bezprawną próbą zwiększenia jej populacji przez handlarzy. Damon wysłuchał ich relacji uważnie, a jego poważne spojrzenie wskazywało na głębokie zaniepokojenie. Po zakończeniu relacji Annabel i Charliego Damon przez chwilę milczał, zastanawiając się nad sytuacją. Następnie spojrzał na nich zdecydowanym wzrokiem.

– Rzeczywiście stan, w którym przewieziono do was Zephyr, jest kontrowersyjny. Jednak z mojego niewielkiego doświadczenia wiem, że mógł to być po prostu błąd w procedurze przewiezienia, lub co bardziej prawdopodobne uznano, że smoczyca była na tyle agresywna bądź wystraszona, że uznano, iż najlepiej zająć się jej stanem pod barierą, a nie otwartym niebem. – Damon odszukał pośród swoich notatek kilka dokumentów dotyczących transportu magicznych stworzeń, po czym przejrzał je uważnie, analizując każdy szczegół. – Punkt szczególny procedury mówi jasno, że magiczne stworzenie przewożone na teren rezerwatu powinno być poddane delikatnemu i profesjonalnemu traktowaniu, aby nie wywoływał stresu i ewentualnych urazów, z uwzględnieniem zminimalizowania ryzyka ucieczki. To, o czym mówicie wydaje się być zwykłym zaniedbaniem ze strony przewoźników, ale w pełni uzasadnionym prawnie.

– A co z Panią Lucą? – spytała Annabel, wbijając srogie spojrzenie w oczy Damona, tak jakby chciała w ten sposób zmusić go do natychmiastowych działań. – Nie wydaje ci się dziwnym, że jej ostatnie reformacje w Rezerwacie nie wpisują się w kanony jego wcześniejszego działania?

– Słyszałem od współpracowników, że Pani Luca nigdy nie zamierzała dążyć do drastycznych zmian w funkcjonowaniu Rezerwatu, ale zgadzam się, że jej reformy wydają się znacznie bardziej radykalne niż to, co wcześniej obserwowaliśmy.

– „Bardziej radykalne?” – powtórzyła. – Damonie, one są niepokojące. Wprowadza zmiany bez konsultacji z doświadczonymi smokologami, ignorując tym samym zdanie wielu znawców w tej dziedzinie.

– To jest naprawdę poważna sprawa. – dodał Charlie, włączając się do dyskusji. – To nie tylko kwestia złego traktowania pojedynczego smoka. Wprowadzenie Zephyr do naszego rezerwatu mogło skończyć się tragicznie. Źle znosi obecność innych smoków, robi sobie krzywdę, miota się w szale po klatce i rozdrapuje przy tym swoje skrzydła. Codzienne zaleczanie tych ran jest wobec tego bezcelowe, powinna zostać od razu odseparowana od reszty smoków.

– Decyzja o umieszczeniu Zephyr w waszym Rezerwacie nie została podjęta przez Panią Lucę. Gdyby tak było, wierzę, że to, o czym mi mówicie, byłoby dla niej wystarczającym powodem do separacji smoczycy. – Damon spojrzał na nich poważnie. – Rozporządzenie o umieszczeniu Zephyr w waszym Rezerwacie podjęła Rada Czarodziejów ds. Magicznych Stworzeń. Była to sprawa z góry narzucona, a ona jako urzędnik musiała ją zreflektować.

– Rada Czarodziejów? – zdziwił się Charlie. – Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Dlaczego mieliby zdecydować o przewiezieniu Zephyr do naszego rezerwatu?

– Swoją decyzję argumentowali odbudową populacji smoków. – Damon spojrzał na nich z powagą. – W ostatnich latach zauważono znaczący spadek liczby smoków w dzikiej naturze. Z różnych powodów, takich jak działalność handlarzy, czy kłusowników, lub utrata środowiska naturalnego na rzecz mugoli. Rada Czarodziejów podjęła decyzję, że konieczne jest podjęcie działań mających na celu przywrócenie równowagi w ekosystemie. Brano pod uwagę różne środki, a jednym z nich jest umieszczanie takich smoków w rezerwatach, aby na bieżąco monitorować ich rozwój i pomóc w odbudowie populacji.

– Zephyr nie jest smokiem, który wcześniej występował w naturze i stanowi wręcz zagrożenie dla ekosystemu tych gatunków. – odparła Annabel. – Jedno przeczy drugiemu.

– Annabel, musisz zrozumieć, że Rada Czarodziejów ma inne spojrzenie na tę kwestię. Oni patrzą na większą skalę, na całe środowsko magicznych stworzeń. Zephyr jest jednym z wielu środków, jakie podjęli, aby przywrócić równowagę.

– Handlarze robili to nielegalnie, a decyzja rady, aby kontynuować ich „eksperyment” ukazuje jedynie ich hipokryzję.

– To jest kwestia, którą wielu ekspertów podnosiło, również wewnątrz samej Rady Czarodziejów. Dlatego właśnie uznano, że zanim cokolwiek zrobią, muszą zbadać dokładnie cały proces „powstania” jej gatunku, jego zachowań charakterystycznych i możliwych komplikacjach z tego wynikających. Dlatego pozostałe podobnie jej smoki zostały ulokowane w pozostałych rezerwatach.

– Od lat uczono nas, że osobne gatunki smoków są jednostkami niemieszalnymi. Dlaczego próbujesz ich bronić Damonie? Myślałam, że dobro smoków zawsze było dla ciebie priorytetem.

– Bo tak jest, ale ja, tak samo, jak i Pani Luca musimy wykonywać polecenia rady. Musimy działać zgodnie z zasadami i procedurami, nawet jeśli osobiście się z nimi nie zgadzamy. – Damon spojrzał na Annabel, a rozczarowanie, które wyczytał z jej twarzy, było dla niego bolesne i równie zauważalne, co jej determinacja.– Ale to nie oznacza, że nie mogę działać w obronie smoków w granicach neutralnej możliwości. Mam jednak ograniczone pole manewru, zwłaszcza wobec decyzji Rady Czarodziejów.

– Czyli co możemy zrobić, żeby pomóc Zephyr? – zapytał Charlie, próbując znaleźć konstruktywne rozwiązanie.

– Annabel, ty jako opiekunka Zephyr jesteś w stanie zrobić więcej, niż ja mógłbym uczynić. Obserwuj ją uważnie, gdy tylko coś wyda ci się podejrzane — poinformuj mnie od razu. To samo polecę zrobić innym opiekunom smoków jej gatunku w różnych rezerwatach. Jestem absolutnie pewien, że takie hybrydy na pewno muszą ukazywać jakieś uchybienia, chociażby anatomiczne. Muszą mieć w sobie coś, co dyskwalifikuje je do dalszej egzystencji, tylko tak możemy zatrzymać ten projekt. – Damon spojrzał na Annabel i Charliego z powagą. – Warto również przekazać obserwacje i obawy swoim współpracownikom w Rezerwacie, abyście nie byli sami w tej sytuacji. Jeśli uda wam się przekonać innych opiekunów smoków o potencjalnym zagrożeniu, może to doprowadzić do zbiorowego sprzeciwu wobec decyzji Rady Czarodziejów.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by odwieść ich od tego pomysłu. – oznajmiła z determinacją Annabel, a Charlie kiwnął głową, wyrażając zgodę.

– A jeśli zdobędziemy wsparcie innych rezerwatów i ekspertów, to może uda nam się zmusić Radę do ponownego rozważenia swojej decyzji. –  dodał chłopak, myśląc o możliwości rozprzestrzenienia się informacji o kontrowersyjnych działaniach Rady. 

– Działać jednostkowo to jedno, ale razem możecie mieć większy wpływ. – potwierdził Damon. – Pamiętajcie jednak, że rada Czarodziejów to potężna instytucja, a opór wobec niej nigdy nie należał do łatwych.



Agatha ukazująca się na bankiecie, przyodziana była w suknię o głębokim odcieniu amarantu, delikatnie podkreślającą kobiece kształty. Na jej dłoniach lśniły srebrne, misternie zdobione bransolety. Włosy natomiast były starannie splecione w skomplikowaną fryzurę, z której wyłaniały się drobne, srebrne ozdoby, dodając całości elegancji. Jej makijaż był skromny, ale podkreślał naturalne piękno, a zarazem wydobywał naturalną zmysłowość. Pod gorsetem zaś skrywała różdżkę, gotową do użycia w razie potrzeby.

Sala, gdzie odbywał się bal, była olśniewająca. Wysokie, zdobione kolumny podtrzymywały sklepienie, na którym malowane były sceny z historii wyspy Skye. Okna sali zdobiły zasłony z delikatnej, złotej tkaniny, przepuszczając w pomieszczenie złote światło księżyca. Na środku umiejscowiony był okazały stół, przybrany bukietami egzotycznych kwiatów i zdobieniami ze srebrzystego jedwabiu. Świeczniki, rozmieszczone wzdłuż stołu, rzucały ciepłe światło na kolorowe potrawy i srebrne naczynia. Wzrok każdego gościa przyciągały efektowne, perłowe serwetki, ułożone w skomplikowane wzory. Dworzanie tańczyli już w rytm muzyki, wydobywającej się z zespołu lutnistów i skrzypków. Każdy gest, każdy ukłon emanował gracją, a ruchy sukni kobiet tworzyły malownicze obrazy w tańcu. Agatha przemieszczała się po sali, zlewając się z tłumem, a jednocześnie obserwując każdy detal. Jej zdolności magiczne wspierały utrzymanie zaklęcia kameleona, co pozwalało bez wysiłku przemieszczać się między gośćmi, którzy chcieli ją zatrzymać. Starała się tym samym podsłuchać rozmowy, które mogły rzucić światło na zagadkę zniknięcia Księżniczki Christine. W jednym z kątów ujrzała swój cel – kapitana głównego portu Jury – przystojnego mężczyznę imieniem Gareth. Jego czarne włosy falowały się w rytm muzyki, a niebieskie oczy świeciły stanowczym blaskiem. Kapitan ubrany był w elegancki, morski strój, co zdobił go jak śmiały żeglarz gotów na każde wyzwanie. Agatha, według planu, użyła eliksiru miłosnego, schowanego w kieszonce, aby przykuć uwagę mężczyzny. Niezauważona wlała amortencję do jego kielicha, po czym delikatnie dotknęła go podczas mijania, zaczynając subtelny taniec z innym gościem, by nie wzbudzić podejrzeń.

Gareth natychmiast zwrócił uwagę na tajemniczą damę w sukni amarantu, unoszącą się lekko w tańcu. Jego wzrok ujął blask srebrnych zdobień na sukni Agathy i migotliwe światło jej oczu. Czarownica, z uśmiechem, skierowała się ku niemu, świadoma działania eliksiru, który zaczynał działać. Gareth zaś, niezdolny oderwać wzroku od tajemniczej kobiety, postanowił podążyć za nią na środek sali, gdzie ich rozmowa skierowana została w pytania o port, statki i podróże. Kapitan, pod wpływem działania eliksiru, zaczynał opowiadać o swoich przygodach na morzu, ujawniając jednocześnie więcej informacji, niż zamierzał. W międzyczasie Agatha zauważyła, że mężczyzna zaczął być bardziej otwarty na rozmowę, a jego wzrok stał się bardziej zalotny. Wiedziała, że musi działać ostrożnie, aby nie wydać swoich prawdziwych intencji. Postanowiła więc subtelnie zmienić temat na podróże księcia Sliloha, a po kilku tanecznych momentach, zdołała uzyskać cenne informacje. Kapitan opowiedział o tajemniczych wyprawach Sliloha, które odbywał w tajemnicy co tydzień o podobnej porze od lat. Przyznał również, że dworzanie śmiało podejrzewają, że te podróże mają związek z tajemniczą dziewczyną, z którą książę upodobał sobie spędzać czas. Agatha, z wysublimowanym uśmiechem, kontynuowała swój misterny taniec z kapitanem, utrzymując z nim subtelny kontakt.

– Czy miałeś może okazję zobaczyć tę tajemniczą parę? – spytała Agatha z delikatnym uśmiechem, pozwalając na to, aby kapitan ujął jej dłoń w swoją.

– Niestety, nie miałem zaszczytu widzieć ich osobiście. Książę Sliloh jest jednak mistrzem utrzymywania tajemnic. Żyje własnym życiem z dala od powszechnego zainteresowania, a jego wyprawy są zawsze perfekcyjnie przygotowane. – odparł Gareth, lekko pochylając się w stronę Agathy, a później okręcając ją wokół swojej dłoni. – Wiem to stąd, że tylko moje pozwolenie upoważnia do wypłynięcia w morze.

– Słyszałam wiele opowieści na temat tych podróży. Czy nie martwisz się, że książę może wpadać w kłopoty? Warunki na morzu otaczającym wyspę bardzo często zmieniają się w te niezbyt odpowiednie do żeglugi.

– Książę ma swoje powody, o których niewiele mi wiadomo. To jego przywilej, a ja nie chciałbym, aby widział we mnie wroga, stamtąd to już prosta droga do lochu. – wzruszył lekko ramionami, unosząc jednocześnie brwi.

– Książę wydaje się fascynującą postacią. Pewnie wiele kobiet pragnęłoby być tą tajemniczą dziewczyną, której towarzyszy podczas podróży.

– Takie spekulacje krążą, ale prawda jest zazwyczaj bardziej skomplikowana. Kobieta, która zdobyłaby serce księcia, musiałaby być wyjątkowa. – Gareth uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się lekki blask. – W tajemnicy muszę jednak powiedzieć, że w jednej jego sieci rybackiej odnalazłem zaplątany w nią liścik skierowany do Księcia. Oczywiście treść zamazała słona woda, ale podpis był całkiem wyraźny. – mężczyzna przysunął swoje usta do jej ucha, a Agatha zadrżała lekko czując jego oddech na swojej szyi. – Dziewka ta zwie się Chrisie.