czwartek, 1 lutego 2024

II.V

"Przysięgam uroczyście, że knuje coś niedobrego."


Agatha czuła, iż w powietrzu wisiało coś niepokojącego. Od chwili, gdy usłyszała od Annabel, iż ten odpowiedzialny za zaginięcie Księżniczki Christine może być ktoś, kto działał na zlecenie Anthony'ego Flockharta, wiedziała, iż musi działać szybko. Jura, wyspa otoczona często mgłą, była miejscem, gdzie magia i polityka splatały się w oczywisty sposób. Skrzydła jej czarnego, znoszonego płaszcza delikatnie szumiały, gdy przemykała między drzewami ogrodu, ukrywając się w cieniu. Wspierała się zaklęciem kameleona, który miał ją chronić przed ewentualnym rozpoznaniem i niewygodnymi pytaniami. Doskonale wiedziała, iż większość mugoli na dworze Anthony'ego nie zna magii, ale sam Król już tak. Wszakże dzięki niej obalił poprzedniego Króla i rościł sobie prawa do jego tronu, dlatego musiała działać rozważnie, aby dostać się do jego zamku, gdzie miała nadzieję dowiedzieć się więcej na temat zaginięcia Księżniczki Christine, a kto wie — może nawet uwolnić ją z niedoli.

W ciemnościach nocy, trzymając w ręce swoją różdżkę, Agatha skradła się na teren dworu, eliksirem usypiając czujne straże i znikając w cieniu. Wnętrze zamku emanowało luksusem, ale Agatha nie pozwoliła sobie na rozproszenie uwagi. Skierowała się ku sali tronowej, gdzie miała szansę dowiedzieć się czegoś istotnego. Szybkim rozpoznaniem terenu, stwierdziła, że w komnacie panował względny spokój. Dwór Króla Anthony'ego przygotowywał się do wielkiego bankietu, który miał odbyć się w związku z przejęciem wysp podlegających jurysdykcji Islay. Wiedziała, że to doskonała okazja, aby zanurzyć się w tłumie i zebrać informacje, dlatego właśnie wybór tego dnia nie był przypadkiem. W mrocznym blasku komnaty, Król Anthony zasiadał na swoim tronie, otoczony rycerzami, którzy rozglądali się dookoła, a ich niepokój niemal wibrował w powietrzu.
Naprzeciwko niego zaś stał Burgess Flockhart — pierworodny króla, który najwyraźniej zaniepokoił go tym, co od niego usłyszał. Skoncentrowała się więc na obserwacji tej dwójki z ukrycia, starając się podsłuchać rozmowy między nimi. Jej czujne uszy wychwyciły szepczące głosy i pomruki, które przemieszczały się wśród dworzan. Postanowiła więc zbliżyć się nieco bliżej, trzymając różdżkę, aby utrzymać zaklęcie, które na siebie rzuciła.

– Nasza kraina stoi w obliczu wojny, a ja muszę skoncentrować się na prowadzeniu armii i utrzymaniu porządku, synu. – Anthony, z wyrazem niezadowolenia, oparł dłonie na drewnianej powierzchni tronu.

– Ojcze, Sliloh odmawia uczestnictwa w dworskim życiu od dłuższego czasu, nawet dzisiaj, podczas bankietu, pozostaje w cieniu i nie zamierza się na nim pojawić. – odparł Burgess z marszczonym czołem. – Spędza całe dnie na kontroli statków towarowych i pływa swoim w nieznane, przez mgły, które nawiedzają naszą wyspę.

– Nie zauważyłem niczego, co by uzasadniało twoje obawy. Może po prostu znalazł sobie rozrywkę w postaci jakiejś dziewki. Młodzi ludzie często łapią się za takie rzeczy. – machnął ręką.

Burgess zamyślił się nad słowami ojca, które bagatelizowały sytuację. Z goryczą zauważył, że ta odpowiedź była łatwą ucieczką od problemu, jaką ojciec zdawał się często stosować wobec Sliloha. Nigdy nie ukazywał tego publicznie, ale w jego sercu tliło się oburzenie, widząc, jak ojciec lekceważy zaniepokojenie związane z jego młodszym synem, mimo tego, starając się zachować godność, postanowił przekonać go do swojej racji nieco innymi argumentami.

– Sliloh nie posiada magii, wobec jego nocne eskapady są niebezpieczne. Być może rozmowa z ojcem przyniosłaby rozwiązanie tej sprawy. W końcu w grę wchodzi również opieka nad statkami, dzięki którym nie musimy, chociażby głodować.

Agatha uważnie słuchała rozmowy między Królem Anthonym a jego synem. Jej obserwacje były skupione na detalach, które mogły rzucić światło na zagadkę zniknięcia Księżniczki Christine, gdyż już wcześniejsze ustalenia prowadziły ją do Sliloha. Równocześnie musiała uważać na siebie, aby nie zostać wykrytą. Burgess zaś, starając się przekonać ojca do powagi sytuacji, postanowił skoncentrować się na bezpieczeństwie wyspy i potrzebie rozmowy z bratem.

– Synu, waż na słowa. Sliloh zawsze był nieco wycofany, ale to nie oznacza, że powinniśmy się martwić. Jego obowiązki nad statkami są ważne dla naszego królestwa. Pokładam wiarę w to, że doskonale o tym wie i nie zaryzykuje wobec tego żadnym głupstwem.

– Ojcze, to nie tylko o jego wycofanie chodzi. Wiesz doskonale, że Sliloh zawsze był inny, ale teraz coś się zmieniło. Jeśli nie zastanowimy się nad tym poważnie, możemy stracić najlepszego żeglarza na wyspie, a nie jest ich wielu. Tym bardziej teraz, w dobie szarży, którą planujemy przeprowadzić na wrogiej wyspie.

Anthony spojrzał na syna z pewnym niezadowoleniem. Wydawało się, że umniejsza roli jego obawom. Jednakże, gdy Burgess wspomniał o ich planach, wydawał się zainteresować losem Sliloha. Dopiero teraz, gdy widział w nim korzyści, postanowił zareagować.

– Jeśli jesteś tak pewien, że to ważne, to porozmawiaj z bratem. Jednak nie chcę, abyś zbyt mocno go naciskał. Nie chcemy, aby bardziej zamknął się w sobie. Możesz już iść.

Usłyszała dość. Postanowiła zacząć się wycofywać z miejsca podsłuchiwania, zanim zostanie zauważona. Skierowała się w stronę wyjścia, a później teleportowała się na tyły gospody, na obrzeżach wyspy, gdzie pod fałszywym nazwiskiem wynajmowała pokój. Pozdrowiła gestem przemiłą właścicielkę dobytku, a chwilę później zamknęła swój pokój na klucz. Ukrywając się w środku, zaczęła zdawać sobie sprawę z zawiłości sytuacji. Zdawało się, że istnieje jakiś związek między zniknięciem Królewskiej siostry a tamtym młodzieńcem. Jednak rozmowa, którą podsłuchała, dobitnie wskazywała na to, że nawet jeśli to książę jest odpowiedzialny za zniknięcie księżniczki, to zrobił to sam, bez rozkazu, a natura jego zaangażowania była niejasna. Zamknęła oczy, zastanawiając się, jak połączyć kawałki układanki. Sliloh, choć najmniej wcześniej podejrzany, był ważnym człowiekiem na wyspie. Jego nocne żeglugi wydawały się skrywać sekret, zwłaszcza w kontekście zaginięcia Christine i ich wcześniejszych relacji. Znakiem tego wiedziała, że musi zbadać sprawę bliżej. Postanowiła przekształcić się w postać bardziej odpowiednią do udziału w dworskim życiu. Zmieniła swój strój, nadając mu elegancki charakter, i zaczęła przygotowywać się do bankietu, który miał odbyć się wieczorem. Miała nadzieję, że w tłumie dworzan znajdzie więcej informacji.



Po pewnym czasie dotarli do wyjścia z Izby Pamięci, kierując się w stronę Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Drzwi były wielkie i zdobione rzeźbami fantastycznych istot. Wchodząc do środka, Annabel i Charlie zostali przywitani widokiem olbrzymiego akwarium, w którym pływały druzgotki pomniejszone o kilka rozmiarów. Magiczne stworzenia poruszały się z gracją, a ich bladozielona skóra mieniła się w różnych odcieniach. Gdy zauważyły jednak dwójkę czarodziejów, natychmiast podpłynęły bliżej, a ich długie palce delikatnie dotknęły przeźroczystej ściany akwarium. Zdawało się nawet, że próbują otwierać paszczę z walecznym nastawieniem, ale nie były w stanie zaatakować.

– Dość swoiste zwierzątka domowe. – odparła Annabel, patrząc na rząd ich ostrych zębów, które pokazywały, próbując bądź co bądź ochronić terytorium.

– Wydają się niezadowolone z naszej obecności – zauważył Charlie, obserwując reakcję magicznych stworzeń. – Ale przynajmniej nas nie zaatakują.

– Uważaj Weasley, skoro mogą udusić człowieka palcami, to nie jest wcale pewne, że z wściekłości nie będą w stanie nimi rozkruszyć szkła. – odpowiedział dobrze znany im głos. Młodzi smokolodzy odwrócili się, a w kolejnych drzwiach na końcu korytarza dostrzegli Damona, który stał z założonymi rękami, a jego wzrok skierował się na akwarium. – Trytony potrafią je udomowić, natomiast wobec ludzi są bardzo agresywnie nastawione.

– W takim razie Hutcheanance nie dziwi mnie to, że to właśnie one witają czarodziejów u progu twojego biura. – podszedł do niego Charlie, po czym wymienił z dawnym współpracownikiem przyjacielski uścisk dłoni.

– Damonie, jak ja dawno cię nie widziałam. – Annabel dołączyła do powitania, uśmiechając się lekko. – Co prawda nadal jestem zła, że postanowiłeś nas opuścić, ale i tak miło cię w końcu zobaczyć.

– Błędnie sądziłem, że gdy wypuścicie na wolność swoje smoki to zrozumiecie, dlaczego byłem zmuszony to zrobić. – odparł już bardziej oficjalnym tonem. – Jednak teraz pracuję tutaj, mam pełne ręce pracy i absolutny brak czasu na rozmyślania. Proszę, wejdźcie do środka.

Wnętrze biura emanowało atmosferą profesjonalizmu. Ściany były utrzymane w stonowanych odcieniach drewna, co nadawało pomieszczeniu ciepły i przytulny charakter. Były one ozdobione ilustrowanymi mapami różnych regionów mugolskich, na których zamieszkiwały magiczne istoty. Obwieszone informacyjnymi notatkami i zakreśleniami. W centrum pomieszczenia stało solidne, ciemne biurko z drewna dębowego, za którym zasiadał Damon. Na blacie biurka leżały sterty zwojów pergaminu, otwarte księgi i notatki pełne szczegółowych danych na temat magicznych stworzeń, jak i również starannie wykonany drewniany organizer z przegródkami, w którym Damon trzymał pióra, a także swoją różdżkę. W jednym z kątów znajdował się również niewielki kredens, a obok zajmował miejsce kącik z wygodnymi fotelami dla gości, przy którym stał okrągły stolik z herbatą, zapraszając do chwil relaksu podczas rozmów. Czarodziej wskazał przyjaciołom miejsca siedzące, po czym sam usadził się za biurkiem. Annabel i Charlie z uznaniem przyglądali się biurze Damona, doceniając elegancję i porządek, który w nim panował. Usiedli na wygodnych fotelach, czując się jak w miejscu, gdzie mogą spokojnie porozmawiać.

– Muszę przyznać, Damonie, że twoje biuro robi wrażenie. – skomplementowała Annabel, rozglądając się po pomieszczeniu. – Namioty w Rezerwacie są o wiele mniej okazałe.

– Staram się, aby wszystko było odpowiednio uporządkowane. Praca w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami wymaga precyzji i odpowiedniej organizacji. – spojrzał na nich poważnie. – Jednak wiem, że nie przyszliście tu tylko po to, aby podziwiać wnętrze. Jak mogę wam pomóc?

Młodsi smokolodzy spojrzeli po sobie, a później zaczęli opowiadać historię o Zephyr, która niedawno pojawiła się w ich rezerwacie. Nie szczędzili szczegółów dotyczących stanu, w jakim przywieziono ją do rezerwatu i w jakich warunkach była przetrzymywana, a także wyrazili głośną nieufność wobec nowej szefowej Rezerwatu — Pani Luci. Wiedząc także, że Damon jest ich przyjacielem, podzielili się z nim również podejrzeniami dotyczącymi motywacji działania Czarownicy, jednocześnie domagając się wyjaśnienia co tak naprawdę stoi za tajemniczym projektem Zephyr i bezprawną próbą zwiększenia jej populacji przez handlarzy. Damon wysłuchał ich relacji uważnie, a jego poważne spojrzenie wskazywało na głębokie zaniepokojenie. Po zakończeniu relacji Annabel i Charliego Damon przez chwilę milczał, zastanawiając się nad sytuacją. Następnie spojrzał na nich zdecydowanym wzrokiem.

– Rzeczywiście stan, w którym przewieziono do was Zephyr, jest kontrowersyjny. Jednak z mojego niewielkiego doświadczenia wiem, że mógł to być po prostu błąd w procedurze przewiezienia, lub co bardziej prawdopodobne uznano, że smoczyca była na tyle agresywna bądź wystraszona, że uznano, iż najlepiej zająć się jej stanem pod barierą, a nie otwartym niebem. – Damon odszukał pośród swoich notatek kilka dokumentów dotyczących transportu magicznych stworzeń, po czym przejrzał je uważnie, analizując każdy szczegół. – Punkt szczególny procedury mówi jasno, że magiczne stworzenie przewożone na teren rezerwatu powinno być poddane delikatnemu i profesjonalnemu traktowaniu, aby nie wywoływał stresu i ewentualnych urazów, z uwzględnieniem zminimalizowania ryzyka ucieczki. To, o czym mówicie wydaje się być zwykłym zaniedbaniem ze strony przewoźników, ale w pełni uzasadnionym prawnie.

– A co z Panią Lucą? – spytała Annabel, wbijając srogie spojrzenie w oczy Damona, tak jakby chciała w ten sposób zmusić go do natychmiastowych działań. – Nie wydaje ci się dziwnym, że jej ostatnie reformacje w Rezerwacie nie wpisują się w kanony jego wcześniejszego działania?

– Słyszałem od współpracowników, że Pani Luca nigdy nie zamierzała dążyć do drastycznych zmian w funkcjonowaniu Rezerwatu, ale zgadzam się, że jej reformy wydają się znacznie bardziej radykalne niż to, co wcześniej obserwowaliśmy.

– „Bardziej radykalne?” – powtórzyła. – Damonie, one są niepokojące. Wprowadza zmiany bez konsultacji z doświadczonymi smokologami, ignorując tym samym zdanie wielu znawców w tej dziedzinie.

– To jest naprawdę poważna sprawa. – dodał Charlie, włączając się do dyskusji. – To nie tylko kwestia złego traktowania pojedynczego smoka. Wprowadzenie Zephyr do naszego rezerwatu mogło skończyć się tragicznie. Źle znosi obecność innych smoków, robi sobie krzywdę, miota się w szale po klatce i rozdrapuje przy tym swoje skrzydła. Codzienne zaleczanie tych ran jest wobec tego bezcelowe, powinna zostać od razu odseparowana od reszty smoków.

– Decyzja o umieszczeniu Zephyr w waszym Rezerwacie nie została podjęta przez Panią Lucę. Gdyby tak było, wierzę, że to, o czym mi mówicie, byłoby dla niej wystarczającym powodem do separacji smoczycy. – Damon spojrzał na nich poważnie. – Rozporządzenie o umieszczeniu Zephyr w waszym Rezerwacie podjęła Rada Czarodziejów ds. Magicznych Stworzeń. Była to sprawa z góry narzucona, a ona jako urzędnik musiała ją zreflektować.

– Rada Czarodziejów? – zdziwił się Charlie. – Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Dlaczego mieliby zdecydować o przewiezieniu Zephyr do naszego rezerwatu?

– Swoją decyzję argumentowali odbudową populacji smoków. – Damon spojrzał na nich z powagą. – W ostatnich latach zauważono znaczący spadek liczby smoków w dzikiej naturze. Z różnych powodów, takich jak działalność handlarzy, czy kłusowników, lub utrata środowiska naturalnego na rzecz mugoli. Rada Czarodziejów podjęła decyzję, że konieczne jest podjęcie działań mających na celu przywrócenie równowagi w ekosystemie. Brano pod uwagę różne środki, a jednym z nich jest umieszczanie takich smoków w rezerwatach, aby na bieżąco monitorować ich rozwój i pomóc w odbudowie populacji.

– Zephyr nie jest smokiem, który wcześniej występował w naturze i stanowi wręcz zagrożenie dla ekosystemu tych gatunków. – odparła Annabel. – Jedno przeczy drugiemu.

– Annabel, musisz zrozumieć, że Rada Czarodziejów ma inne spojrzenie na tę kwestię. Oni patrzą na większą skalę, na całe środowsko magicznych stworzeń. Zephyr jest jednym z wielu środków, jakie podjęli, aby przywrócić równowagę.

– Handlarze robili to nielegalnie, a decyzja rady, aby kontynuować ich „eksperyment” ukazuje jedynie ich hipokryzję.

– To jest kwestia, którą wielu ekspertów podnosiło, również wewnątrz samej Rady Czarodziejów. Dlatego właśnie uznano, że zanim cokolwiek zrobią, muszą zbadać dokładnie cały proces „powstania” jej gatunku, jego zachowań charakterystycznych i możliwych komplikacjach z tego wynikających. Dlatego pozostałe podobnie jej smoki zostały ulokowane w pozostałych rezerwatach.

– Od lat uczono nas, że osobne gatunki smoków są jednostkami niemieszalnymi. Dlaczego próbujesz ich bronić Damonie? Myślałam, że dobro smoków zawsze było dla ciebie priorytetem.

– Bo tak jest, ale ja, tak samo, jak i Pani Luca musimy wykonywać polecenia rady. Musimy działać zgodnie z zasadami i procedurami, nawet jeśli osobiście się z nimi nie zgadzamy. – Damon spojrzał na Annabel, a rozczarowanie, które wyczytał z jej twarzy, było dla niego bolesne i równie zauważalne, co jej determinacja.– Ale to nie oznacza, że nie mogę działać w obronie smoków w granicach neutralnej możliwości. Mam jednak ograniczone pole manewru, zwłaszcza wobec decyzji Rady Czarodziejów.

– Czyli co możemy zrobić, żeby pomóc Zephyr? – zapytał Charlie, próbując znaleźć konstruktywne rozwiązanie.

– Annabel, ty jako opiekunka Zephyr jesteś w stanie zrobić więcej, niż ja mógłbym uczynić. Obserwuj ją uważnie, gdy tylko coś wyda ci się podejrzane — poinformuj mnie od razu. To samo polecę zrobić innym opiekunom smoków jej gatunku w różnych rezerwatach. Jestem absolutnie pewien, że takie hybrydy na pewno muszą ukazywać jakieś uchybienia, chociażby anatomiczne. Muszą mieć w sobie coś, co dyskwalifikuje je do dalszej egzystencji, tylko tak możemy zatrzymać ten projekt. – Damon spojrzał na Annabel i Charliego z powagą. – Warto również przekazać obserwacje i obawy swoim współpracownikom w Rezerwacie, abyście nie byli sami w tej sytuacji. Jeśli uda wam się przekonać innych opiekunów smoków o potencjalnym zagrożeniu, może to doprowadzić do zbiorowego sprzeciwu wobec decyzji Rady Czarodziejów.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by odwieść ich od tego pomysłu. – oznajmiła z determinacją Annabel, a Charlie kiwnął głową, wyrażając zgodę.

– A jeśli zdobędziemy wsparcie innych rezerwatów i ekspertów, to może uda nam się zmusić Radę do ponownego rozważenia swojej decyzji. –  dodał chłopak, myśląc o możliwości rozprzestrzenienia się informacji o kontrowersyjnych działaniach Rady. 

– Działać jednostkowo to jedno, ale razem możecie mieć większy wpływ. – potwierdził Damon. – Pamiętajcie jednak, że rada Czarodziejów to potężna instytucja, a opór wobec niej nigdy nie należał do łatwych.



Agatha ukazująca się na bankiecie, przyodziana była w suknię o głębokim odcieniu amarantu, delikatnie podkreślającą kobiece kształty. Na jej dłoniach lśniły srebrne, misternie zdobione bransolety. Włosy natomiast były starannie splecione w skomplikowaną fryzurę, z której wyłaniały się drobne, srebrne ozdoby, dodając całości elegancji. Jej makijaż był skromny, ale podkreślał naturalne piękno, a zarazem wydobywał naturalną zmysłowość. Pod gorsetem zaś skrywała różdżkę, gotową do użycia w razie potrzeby.

Sala, gdzie odbywał się bal, była olśniewająca. Wysokie, zdobione kolumny podtrzymywały sklepienie, na którym malowane były sceny z historii wyspy Skye. Okna sali zdobiły zasłony z delikatnej, złotej tkaniny, przepuszczając w pomieszczenie złote światło księżyca. Na środku umiejscowiony był okazały stół, przybrany bukietami egzotycznych kwiatów i zdobieniami ze srebrzystego jedwabiu. Świeczniki, rozmieszczone wzdłuż stołu, rzucały ciepłe światło na kolorowe potrawy i srebrne naczynia. Wzrok każdego gościa przyciągały efektowne, perłowe serwetki, ułożone w skomplikowane wzory. Dworzanie tańczyli już w rytm muzyki, wydobywającej się z zespołu lutnistów i skrzypków. Każdy gest, każdy ukłon emanował gracją, a ruchy sukni kobiet tworzyły malownicze obrazy w tańcu. Agatha przemieszczała się po sali, zlewając się z tłumem, a jednocześnie obserwując każdy detal. Jej zdolności magiczne wspierały utrzymanie zaklęcia kameleona, co pozwalało bez wysiłku przemieszczać się między gośćmi, którzy chcieli ją zatrzymać. Starała się tym samym podsłuchać rozmowy, które mogły rzucić światło na zagadkę zniknięcia Księżniczki Christine. W jednym z kątów ujrzała swój cel – kapitana głównego portu Jury – przystojnego mężczyznę imieniem Gareth. Jego czarne włosy falowały się w rytm muzyki, a niebieskie oczy świeciły stanowczym blaskiem. Kapitan ubrany był w elegancki, morski strój, co zdobił go jak śmiały żeglarz gotów na każde wyzwanie. Agatha, według planu, użyła eliksiru miłosnego, schowanego w kieszonce, aby przykuć uwagę mężczyzny. Niezauważona wlała amortencję do jego kielicha, po czym delikatnie dotknęła go podczas mijania, zaczynając subtelny taniec z innym gościem, by nie wzbudzić podejrzeń.

Gareth natychmiast zwrócił uwagę na tajemniczą damę w sukni amarantu, unoszącą się lekko w tańcu. Jego wzrok ujął blask srebrnych zdobień na sukni Agathy i migotliwe światło jej oczu. Czarownica, z uśmiechem, skierowała się ku niemu, świadoma działania eliksiru, który zaczynał działać. Gareth zaś, niezdolny oderwać wzroku od tajemniczej kobiety, postanowił podążyć za nią na środek sali, gdzie ich rozmowa skierowana została w pytania o port, statki i podróże. Kapitan, pod wpływem działania eliksiru, zaczynał opowiadać o swoich przygodach na morzu, ujawniając jednocześnie więcej informacji, niż zamierzał. W międzyczasie Agatha zauważyła, że mężczyzna zaczął być bardziej otwarty na rozmowę, a jego wzrok stał się bardziej zalotny. Wiedziała, że musi działać ostrożnie, aby nie wydać swoich prawdziwych intencji. Postanowiła więc subtelnie zmienić temat na podróże księcia Sliloha, a po kilku tanecznych momentach, zdołała uzyskać cenne informacje. Kapitan opowiedział o tajemniczych wyprawach Sliloha, które odbywał w tajemnicy co tydzień o podobnej porze od lat. Przyznał również, że dworzanie śmiało podejrzewają, że te podróże mają związek z tajemniczą dziewczyną, z którą książę upodobał sobie spędzać czas. Agatha, z wysublimowanym uśmiechem, kontynuowała swój misterny taniec z kapitanem, utrzymując z nim subtelny kontakt.

– Czy miałeś może okazję zobaczyć tę tajemniczą parę? – spytała Agatha z delikatnym uśmiechem, pozwalając na to, aby kapitan ujął jej dłoń w swoją.

– Niestety, nie miałem zaszczytu widzieć ich osobiście. Książę Sliloh jest jednak mistrzem utrzymywania tajemnic. Żyje własnym życiem z dala od powszechnego zainteresowania, a jego wyprawy są zawsze perfekcyjnie przygotowane. – odparł Gareth, lekko pochylając się w stronę Agathy, a później okręcając ją wokół swojej dłoni. – Wiem to stąd, że tylko moje pozwolenie upoważnia do wypłynięcia w morze.

– Słyszałam wiele opowieści na temat tych podróży. Czy nie martwisz się, że książę może wpadać w kłopoty? Warunki na morzu otaczającym wyspę bardzo często zmieniają się w te niezbyt odpowiednie do żeglugi.

– Książę ma swoje powody, o których niewiele mi wiadomo. To jego przywilej, a ja nie chciałbym, aby widział we mnie wroga, stamtąd to już prosta droga do lochu. – wzruszył lekko ramionami, unosząc jednocześnie brwi.

– Książę wydaje się fascynującą postacią. Pewnie wiele kobiet pragnęłoby być tą tajemniczą dziewczyną, której towarzyszy podczas podróży.

– Takie spekulacje krążą, ale prawda jest zazwyczaj bardziej skomplikowana. Kobieta, która zdobyłaby serce księcia, musiałaby być wyjątkowa. – Gareth uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się lekki blask. – W tajemnicy muszę jednak powiedzieć, że w jednej jego sieci rybackiej odnalazłem zaplątany w nią liścik skierowany do Księcia. Oczywiście treść zamazała słona woda, ale podpis był całkiem wyraźny. – mężczyzna przysunął swoje usta do jej ucha, a Agatha zadrżała lekko czując jego oddech na swojej szyi. – Dziewka ta zwie się Chrisie.

wtorek, 9 stycznia 2024

II.IV

"Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc 
trzeba się z nią obchodzić ostrożnie."


Ministerstwo Magii, ukryte głęboko w sercu magicznego świata, emanowało tajemniczością na każdym kroku. Główna sala, przez którą przechodzili Annabel i Charlie, była jak katedra zaklęć i enigmatycznych sekretów. Od razu dostrzegli czarne marmurowe ściany oraz okazałe kolumny, sięgające sufitu. Ich złote detale zdawały się migotać niczym ukryte światła gwiazd, a ściany zdobiły portrety przedstawiające dawnych Ministrów Magii. Światła zaś, unoszące się w powietrzu, odbijały się od powierzchni kryształowych kandelabrów, tworząc zjawiskowe refleksy na podłodze. Runy, znajdujące się na owych kolumnach, nieczytelne dla przeciętnego czarodzieja, układały się w zaklęcia ochronne, pulsujące magicznym światłem przy każdym kroku. Dźwięki delikatnych szmerów brzmiały tak, jakby wiatr prześlizgiwał się między zakamarkami przestrzeni, a szeptane konferencje czarodziejów z różnych departamentów dopełniały atmosferę tajemnicy. Pracownicy Ministerstwa przemykali między kolumnami jak duchy z innej epoki. Drzwi do różnych działów były bogato zdobione, a każdy zakamarek Ministerstwa zdawał się skrywać niezgłębione sekrety. Szum papierów unoszących się na powietrzu, jakby pod wpływem niewidzialnych czarów, dodawał temu miejscu jeszcze większej tajemniczości. Wąskie przejście między kolumnami prowadziło do Izby Pamięci, po której przejściu mieli dotrzeć do Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami.

– Jesteś absolutnie pewien, że udajemy się w dobrym kierunku? – odezwała się zaniepokojona Annabel. Atmosfera wszelkiej biurokracji wywoływała u niej lekką dozę ryzyka. Czuła się co najmniej tak, jakby przebywała tutaj w zupełnie nielegalny sposób.

– Ojciec mówił, że najbliższa droga prowadzi przez Izbę Pamięci. – odpowiedział jej Charlie, ale niepokój jego partnerki sprawił, iż nie był już tego tak bardzo pewien, jak wcześniej.

– A czym ona jest? – spytała zapobiegawczo.

– Coś jak ogromna biblioteka. – odpowiedział jej z lekkim uśmiechem. Już dawno przestało go dziwić to, jak mało o magicznym świecie wie jego partnerka. – Przechowuje się tam wspomnienia, dokumenty i archiwa dotyczące historii czarodziejów i magii. To miejsce, gdzie ponoć każdy detal przeszłości jest starannie zachowany – wyjaśnił Charlie, próbując rozwiać jej obawy.

Annabel spojrzała na niego z mieszanką ciekawości i niepokoju, ale ufała jego intuicji i postanowiła podążyć za nim, a gdy w końcu dotarli do wysokich, zdobionych drzwi, usłyszeli szept historii, który przenikał przez korytarze izby, jak niewidzialne strugi magii. Znaleźli się wtedy przed imponującymi drzwiami, które zdawały się pulsować energią przeszłości. Charlie dobył swojej różki i przyłożył ją do jednej z run, która zaczęła migotać, a równocześnie z nią inne symbole na drzwiach zrobiły to samo, układając się w magiczny wzór. Drzwi powoli się otworzyły, odsłaniając wnętrze Izby Pamięci. Czarownica, wdychając zapach starego pergaminu i czując kurz unoszący się w powietrzu, spojrzała na nie z zaciekawieniem. W pomieszczeniu rozmieszczono ogromne regały, wypełnione starożytnymi zwojami, zakurzonymi tomami i tajemniczymi przedmiotami. Ściany zdobiły ogromne portrety wielkich Czarodziejów, którzy zapisali się w historii. Wielu z nich poruszało się tak naturalnie, ale znaleźli się też tacy, którzy zajęci rozmowami między sobą, zignorowali obecność dwójki czarodziei, którzy właśnie dziarsko wstąpili do środka.

– To jest przerażające. – westchnęła Annabel, zerkając na portret Salazara Slytherina, który właśnie wymieniał się uwagami z Merlinem.

– Jak dla mnie całkiem fajne. – zaśmiał się Charlie. – Wyobraź sobie, że twoja dusza po śmierci nie umiera całkowicie, a pewna jej część świadomości przenosi się do portretu.

– Brzmi jak coś, co może być doskonałym preludium do wiecznej monotonii. – skwitowała.

– Nie wszyscy czarodzieje decydują się na taką formę wiecznego istnienia? Za to ci, którzy się na nią zgodzili, uważali to za swoisty zaszczyt i szansę na przekazywanie wiedzy kolejnym pokoleniom. To jakby mieć na własność kawałek nieśmiertelności – wyjaśnił Charlie, podążając przed siebie między regałami.

– Dobrze, w takim razie, obok kogo chciałbyś zawisnąć po śmierci? – spytała, a chłopak uśmiechnął się szeroko, tak jakby od urodzenia czekał, żeby ktoś zadał mu takie pytanie.

– Ja na przykład chciałbym, aby moja podobizna zawisła obok Ignatiusa Pyrrhusa*. Wyobrażasz to sobie? Toczyć nieskończone rozmowy z kimś, kogo podziwiało się od dziecka i o czymś, co jest twoją pasją.

– Twój świat jest naprawdę dziwny, Charlie. – Annabel spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale i z lekkim uśmiechem.

– Nie mniej niż twój. – odpowiedział kokieteryjnie, sugerując, że jej świat, choć inny, również jest pełen tajemnic. – Już o twoim darze zamiany w smoka nie wspomnę. Ignatius byłby nim zachwycony.

Czarownica spojrzała na niego z przymrużeniem oka. Jego uśmiech i żartobliwe spojrzenia sprawiały, że każdy gest, każde słowo zdawało się zawierać ukryte znaczenie, a ona sama była wdzięczna, że po tym, co przeszli, czego dowiedzieli się o sobie, nadal miała w nim partnera, przy którym każda taka przygoda zdawała się czymś niezwykłym.

– Mogę tylko rzec, że jesteś jego lwią częścią. – odparła w podobnym tonie do jego. Charlie uśmiechnął się ciepło w odpowiedzi i typowym dla siebie gestem ujął jej dłoń, dając tym samym wyraz pewności i wsparcia, po czym lekko ucałował jej grzbiet. Wiedział bowiem, że Annabel wychowała się w świecie, gdzie taka forma ukazywania swojego przywiązania, czy też bliskości była czymś zupełnie naturalnym i ważnym.

Wtenczas przechodzili również przez gęste korowody regałów pełnych pergaminów i tomów, aż dotarli do zakamarków Izby Pamięci, gdzie zgromadzone były archiwa dotyczące historycznych legend i opowieści o magicznych istotach. W tej części sali, światło ogromnych świec skupiało się na starych manuskryptach, przywołując do życia ilustracje i zapiski o fantastycznych stworzeniach. Na jednym z regałów wyróżniały się zwoje opisujące magiczne bestie, takie jak hipogryfy, smoki, jednorożce i błędne rycerze. Charlie zatrzymał się w miejscu i sięgnął po jeden z nich, a strony zaczęły samoczynnie przewracać się w szybkim tempie, odsłaniając piękne rysunki i starannie zapisane opowieści. Uwagę Annabel przykuł zaś duży fresk, przedstawiający smoka, ale nie takiego zwykłego. Dziewczyna zadrżała na ten widok. Jego czarna jak muł łuska przypominała nieustannie zmieniający się nieboskłon, absorbujący światło i odbijający je w tajemnicze odcienie. Skrzydła smoka były potężne, jakby potargane przez wiatr wieków, które jednocześnie dodawały im charakteru i groźnego piękna. Kiedy skrzydła rozwijały się na fresku, zdawały się rozpinać na tle leśnych krajobrazów, unosząc się w blasku magicznego światła. Oczy smoka zaś emanowały błękitnym blaskiem, który przykuwał uwagę i przenikał ją niczym mroźny wiatr z wysokich gór. To wszystko zdawało się idealnie odwzorować tajemniczą moc, co sprawiało, że błękitne spojrzenie smoka przenikało przez jej duszę. Nienaturalny ogień, który żywo buchał z gardła smoka, również przykuwał wzrok. Płomienie, wydobywające się z jego pyska miały intensywny kolor jego ślepi, pulsujące niczym serce magicznego świata.

– Niebywałe. – odparła Annabel na tyle głośno, że zdołała odwrócić uwagę swojego partnera od księgi, którą tak intensywnie wcześniej oglądał.

– Co się stało? – spytał, podchodząc do dziewczyny, a ona zapatrzona w sylwetkę smoka, otrząsnęła się lekko i spojrzała na Charliego rozstrojona, a zaraz po tym wskazała palcem na to samo malowidło na ścianie. Gdy chłopak zatrzymał się przed freskiem przedstawiającym skrzydlatą bestię, nie rozpoznawał w niej nic niezwykłego. Zamiast tego najpierw zafascynował się malowniczymi szczegółami anatomii, próbując rozszyfrować, jaki gatunek smoka znajduje się na obrazie. Zastanawiał się, czy może to być przedstawienie jakiegoś konkretnego smoka, może nawet wariację Czarnego Hebrydzkiego. Po chwili jednak zamarznięty w zachwycie, jakby zatrzymany w czasie, spostrzegł prawdziwą naturę tego obrazu.

– Nie potrafisz to wyjaśnić, prawda? – zamarł, patrząc na Annabel, a potem wrócił wzrokiem do fresku smoka. Zrozumiał, że obraz przedstawiał nie jakiegokolwiek smoka, ale dokładną replikę jej transformacji. Oczywiście, detale były inne, ale istota była ta sama.

– Nawet nie zdawałam sobie sprawy o istnieniu tej izby. Jak wobec tego mogłabym wiedzieć, że ktoś stworzył takie malowidło.

– Patrz tu, masz nawet opis. – Charlie podniósł kawałek pergaminu, na którym została spisana historia niemal poetyckim zacięciem i pięknym, zdobionym, ręcznym pismem.

„Na wyspie, gdzie cienie tańczyły między gałęziami starożytnych drzew, narodziła się Aislinn, jej imię oznaczało »rzeźba snów«, lecz dla mieszkańców wyspy stała się symbolem prastarej tajemnicy, zwiastunką nieznanych mocy i tajemniczego losu. Jej oczy, jak refleksy księżycowego światła na powierzchni jeziora, ukazywały przenikliwość, która przekraczała granice ludzkiego zrozumienia. Przeklęcie to, które spoczęło na Aislinn, było nie do odczytania w układzie gwiazd czy starych runach. Zamiast tego, to był szept wiatru, nieuchwytny i nieodgadniony, który zawiązał jej los z wyspą. Moc zamiany w smoka stała się jej darem i jednocześnie łańcuchem, który skrępowany był tajemnicą porozumienia. W mrocznych zaś chwilach, gdy księżyc osnuwał wyspę swym srebrzystym płaszczem, Aislinn odnawiała przysięgę, przemieniając się w smoka, który ukrywał się w gęstwinie drzew. Zaklęta w dualizmie, Aislinn była zarówno strażniczką, jak i uwięzioną duszą. Jej życie było połączeniem piękna i tragedii, a tajemnica płonącego smoka ukazywała głęboką więź między ludźmi a naturą, której żadne z nich nie mogło uniknąć. Rozterki Aislinn były przez to głębokie jak otchłań oceanu. Pragnęła normalności, spokoju i codziennego życia. Marzyła o prostych radościach, które oferowała ludzka egzystencja. Jednak jej los był związany z obroną wyspy, a moc smoka nie pozostawiała jej wyboru. Gdy błyszczała więc w oczach mężczyzny, który podziwiał jej piękno, czy w sercu przyjaciół, którym służyła radą, czuła się samotna w swojej tajemnej misji. Pragnęła bliskości i zrozumienia, ale obawa przed ujawnieniem prawdziwej natury zamykała ją w klatce własnych tajemnic. Moc, której doświadczała, była jak wyjęta z zakazanej księgi, nasycona magią nieznaną czarodziejom. Rytuał ten był zarówno sztuką, jak i tajemniczym aktem oddania się przeznaczeniu. Mieszkańcy wyspy cieszyli się ochroną smoczej magii, ale jednocześnie byli świadomi ceny, jaką płaciła Aislinn za swą potężną rolę.

... Dziedziczki przeklętej czarownicy, zrodzone jako kobiety w długich sukniach, kroczyły ścieżką kamieni obrosłych mchem, będącymi świadkami wieków ich rodowego dziedzictwa. Każda z nich przekazywała swą spuściznę kolejnemu pokoleniu, a ich oblicza nosiły piętno nie tylko piękna, ale i ciężaru, jaki wynikał z ich wyjątkowej misji. Od matki do córki były przedstawione w odświętnych próbach, z oczami, których spojrzenia wędrowały przez wieki, twarze zaś ukrywały sekrety przekazywane w ciszy i mrocznych zwrotach losu. I choć magia ukrywała się w odległych zakątkach, Aislinn i jej dziedziczki przypominały o jej istnieniu, pozostając niewidzialnymi strażniczkami tajemnic, których korzenie sięgały głęboko w ziemię i niewysłowioną historię magicznego świata.

Na fresku w Izbie Pamięci Ministerstwa Magii, artysta zatrzymał chwilę przemiany Aislinn. Jej postać, połączona z mistycznym światłem księżyca, roztaczała wokół siebie aurę niezrównanej mocy. Na tle wyspy jawiło się jako kraina ukrytych zakątków, gdzie duchy magicznych stworzeń przemykały między korzeniami drzew, a strumienie niosły ze sobą szepty nieodgadnionych proroctw. Współczesne dziedziczki Aislinn, zapatrzone we fresk, czuły, jak w ich żyłach pulsuje ta sama magia, a oczekiwanie na ich losy splatało się z uniesieniem mgieł wyspy. Nikt nie wiedział, co skrywa przyszłość, ale każda z nich miała przed sobą tajemniczą ścieżkę, która musiała być przebyta w imię magii, przyjaźni z naturą i ochrony tych, którzy ukrywali się w cieniu drzew i gór tej tajemniczej wyspy...”


Charlie uniósł głowę do góry, a gdy spojrzał na twarz swojej partnerki, zauważył, że ta w dalszym ciągu patrzy na tekst z głębokim zaciekawieniem, chłonąc łapczywie każde słowo, zapisane na pergaminie. Rozumiejąc więc, że to dla niej coś więcej niż tylko historia, postanowił delikatnie złamać ciszę.

– Wygląda na to, że ta Aislinn była kimś naprawdę wyjątkowym. I te dziedziczki, które noszą jej spuściznę przez wieki...

– Wiem, jak to wygląda Charlie. – wymamrotała, zanim spojrzała na chłopaka. – Niestety muszę cię rozczarować. Nie miałam pojęcia, że taka historia została gdziekolwiek opisana.

– To może być historia twojego daru. Nigdy nie interesowało cię to, skąd go masz?

– Nie, już sama jego świadomość jest dla mnie przytłaczająca. – westchnęła i poprawiła kłosy włosów, zastanawiając się, jak najlepiej wyjaśnić Charliemu swoje postępowanie. – Nie zdajesz sobie sprawy, jak długo te moce ukrywane były przed moimi oczami. Matka nigdy nie mówiła mi o żadnych magicznych dziedzictwach czy przeklęciach. Byłam wychowywana na księżniczkę, która uczyła się etykiety i manier, jazdy konnej, czy też polowań. Tak samo roli matki i polityki małżeńskiej. Dopiero w  momencie, gdy odleciała, wszystko stało się jasne. Wówczas pierwszy raz usłyszałam ryk jej smoczego oblicza i dowiedziałam się czym jestem. Moja zdolność była dla mnie zawsze po prostu częścią tego, kim jestem i nigdy nie śmiałabym się spodziewać, że kryje się za tym jakaś legenda.

„W mrocznych zaś chwilach, gdy księżyc osnuwał wyspę swym srebrzystym płaszczem, Aislinn odnawiała przysięgę, przemieniając się w smoka, który ukrywał się w gęstwinie drzew”. – zacytował – Aislinn zmieniała się podczas pełni? Mało to osobliwe, ale nie ma słowa o tym, że zmieniając się w smoka, traciła kontrolę na swoim umysłem.

– Czy ty właśnie próbujesz mi coś zasugerować? – spytała retorycznie, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.

– To, że być może nie musisz wcale obawiać się swoich zdolności.– zaczął, lecz piorunujący wzrok Annabel jakby przyparł go do muru.

– Mam zapomnieć o swoim strachu, tylko dlatego, że jakieś bajanie mi o tym opowiedziało?

– Nie mówię, że masz zapomnieć o swoich obawach. Wręcz przeciwnie, powinnaś być świadoma konsekwencji.– odpowiedział szybko i ogarnął jej włosy z twarzy, która ukazywała niezadowolenie z jego słów. – Myślę, że może warto zgłębić tę historię, zrozumieć, jak Aislinn radziła sobie z własnym darem, jakie wybory podejmowała. Może przez to będziesz w stanie kontrolować smoka bardziej świadomie.

– To, co opisane jest w legendzie, to nie jest dosłowne przekazywanie rzeczywistości, Charlie. Opowieści nie takie mają zadanie. To, co one opisują, stanowi bardziej metaforę, wiesz, symboliczne przedstawienie mocy. Nie wiem, czy w takim przypadku mogę pokładać w niej jakąkolwiek wiarę.– zaprzeczyła.

– Ale fresk... stworzenie na nim jest niemal identyczne, jak to, co widziałem, kiedy się zmieniłaś.

– To tylko twórcza interpretacja artysty, zainspirowana legendą o Aislinn. – wyjaśniła Annabel – Wszelkie malowidła są jedynie artystycznym przedstawieniem historii, z pewnym stopniem dramatyzmu, aby przyciągnąć uwagę i wzbudzić emocje.

– To wyjątkowe, Annabel i mało prawdopodobne. – odparł z pełnym przekonaniem. – W magicznym świecie nie ma miejsca na przypadki. Chciałbym po prostu zrozumieć, co to może oznaczać dla ciebie.

– Dla mnie to tylko historia. Ciekawa, przyznaję, ale nie definiująca istoty mojej mocy. – upierała się.

– Czy masz pewność, że Aislinn wcale nie była twoją przodkinią? – zauważył słusznie, próbując, chociaż w taki sposób zachęcić partnerkę do dalszych działań.

– Może była, moja wiedza na temat historii rodziny nie sięga aż tak daleko, ale równie dobrze może być to jedynie wymyślona postać.  Historia też jest pewnie mocno przekształcona przez lata.

Charlie spojrzał na malowidło i ponownie na pergamin. Zastanawiał się nad tym, co właśnie odkrył, i próbował zrozumieć, jak zdolność Annabel wpływa na ich teraźniejszość. Nie potrafił zrozumieć tego, dlaczego jego partnerka tak bardzo wzbrania się przed uznaniem, chociaż minimalnej prawdy w tej opowieści. Ta zaś jakby równocześnie z jego myślami spojrzała na pergamin z pewną refleksją. „Jednak jej los był związany z obroną wyspy, a moc smoka nie pozostawiała jej wyboru". Czyżby jej kuzyn od samego początku miał rację? Czy powinna postąpić wbrew sobie i porzucić obawy, którymi tak wielokrotnie zasłaniała się przed działaniem? Nie potrafiła wycentrować swoich myśli. Jednak nie był to dobry czas na dociekanie czyjejś racji.

– Czyli chcesz o tym zapomnieć? 

– Na razie skupmy się na tym, po co tu przyszliśmy. Musimy dotrzeć do Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Mam nadzieję, że to już niedaleko.



W komnacie pełnej dębowego blasku, z kandelabrami rozświetlającymi ciemne narożniki, Król Victor zasiadał na swym tronie, w którym przetopione miecze pokonanych wcześniej wrogów wyglądały tak, jakby przerywały aurę otaczającej go elegancji. Król ubrany był w bogaty, ciemnofioletowy płaszcz zdobiony złotymi nićmi. Jego korona, utkana z białego złota i wysadzana rubinami wieńczyła jego głowę, emanując ogromem władzy i majestatu. Przybrany w takie szaty, wydawał się trzymać ciężar całego królestwa na swoich barkach. Jednak jego ruchy, choć obdarte z wewnętrznego spokoju, były pełne godności i pewności siebie. Dookoła rozpostarta była aura dostojności, a ściany zdobiły herby i tapiserie przedstawiające bohaterów minionych bitew. Na stole przed Królem leżała mapa Islay, która przy każdym nieregularnym oddechu Victora przypominała o bitwie, która rozlała się boleśnie na jej wschodnich rubieżach. W zachodzącym wówczas słońcu promienie światła wtargnęły przez okna — symboli wygranych onegdaj bitew, ożywiając komnatę niczym pozłacane strzały.
Wewnątrz komnaty znajdowała się również dziewka o szmaragdowych oczach. Jej sukienka zdobiona srebrem błyszczała w świetle, a koronka na głowie kreowała wspomnienie dziewiczego piękna. Jednak w oczach koloru tych samych szmaragdów malowała się trwoga. Uroda i tragedia tańczyły ze sobą w jej spojrzeniu, a skrzyżowane palce drżały, próbując ukryć zaniepokojenie.

– Nigdy nie mogłam zrozumieć tej sztuki wojennej – powiedziała cicho, znikając za zasłoną.

Król Victor spojrzał na Elolise O'MacLeod z szacunkiem. Jej obecność była przypomnieniem o zawiłych układach politycznych, jakie kształtują losy wielu królestw.

– Twój ojciec, Lord Høren, jest sojusznikiem naszego królestwa, a ty jesteś zwiastunem jedności między naszymi ludami – powiedział, starając się brzmieć pocieszająco. – Sztuka wojenna także jest nieodłączną częścią życia i losu każdego królestwa, a bezpieczeństwo naszej wyspy wymaga czasem bolesnych wyborów i nieuchronnych konfliktów.

– Wasza Królewska Wysokość – zaczęła, starając się utrzymać stabilny głos. – Rozumiem konieczność sojuszy i obowiązków wojennych, lecz serce me trwoży się o tych, których żegnamy na polu bitwy.

– Wojna to tragiczna rzeczywistość, której nie da się uniknąć. Jednak, choć twe lata mogą być młode, to twój umysł jest już dojrzały. Obawa o życie poddanych jest cechą jak najbardziej szlachetną. – Król Victor spojrzał na nią z wyrazem empatii. – Będzie z ciebie wspaniała Królowa.

– Zawsze będę lojalna wobec ciebie. Będziesz w końcu moim mężem, Panie.– odpowiedziała, starając się brzmieć pewnie, choć wewnętrznie odczuwała nutę niepewności. – Dziedzictwo sprawiedliwości, mądrości, miłości do ludu również jest dla mnie ważne. Te wartości są jak latarnia morska w mroku, kierując naszą drogę nawet w najcięższych chwilach. Modlę się o to, by zawsze były twoim przewodnikiem – kontynuowała, a w jej głosie brzmiała głęboka mądrość.

Zanim zdążył jej odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z wielkim hukiem. Do sali tronowej wbiegł chwiejącym się krokiem doradca, ubrany w płaszcz barwy krwi. Jego oblicze ukazywało zmęczenie, a siwe włosy świadczyły o wielu bitwach, w których uczestniczył. Przez jego oczy przebijała się ta dobrze mu znana niepewność, wyglądał jak dzikie zwierzę, które zaczęło czuć się zagrożone.

– Najjaśniejszy! – zawołał, kłaniając się nisko – Doniosłem wiadomości, które przygniotą nas swoim ciężarem.

– Mów, Alaric. Jaka nowina przynosi cię do tej komnaty? – Król Victor uniósł brwi, spoglądając na doradcę z powagą, a Elolise przyglądała się im obojgu, czując napięcie unoszące się w powietrzu.

– Siły Wysokopańskie przekroczyły nasze granice. Doszło do potyczki na wschodnich rubieżach, a nasze oddziały poniosły znaczne straty. Niestety, utrzymaliśmy tylko niewielką część terytorium. Wróg zdobywa nad nami coraz większą przewagę.

W komnacie nastała chwila ciszy, przerywanej jedynie skrzypieniem drewna w ognisku. Król Victor spojrzał na mapę Islay, a na jego twarzy malowało się zaniepokojenie.

– Mówisz, że utrzymaliśmy tylko niewielką część terytorium? – westchnął król. Jego głos brzmiał poważnie, a Alaric skinął głową.

– Tak, Najjaśniejszy. Wrogiem dowodzi zręczny strateg, znany jako Lord Walerian. Jego armie zdają się liczniejsze i lepiej przygotowane niż przewidywaliśmy. Potrzebujemy natychmiastowego pospieszenia z pomocą, zanim utracimy więcej ziem.

– Zwołajcie najwyższą radę i wszystkich dowódców wojskowych, mobilizujcie armię. Elolise, powiadom ojca, że potrzebujemy pełnego zaangażowania jego sił w obronie wschodnich rubieży. –
Na ten rozkaz dziewczyna przytaknęła, a zaraz potem opuściła salę tronową, zostawiając króla wraz z jego doradcą. – Zadbajcie również o bezpieczeństwo tamtejszej ludności cywilnej, przewieźcie ich do stolicy, dajcie schronienie – dodał król i natychmiast ruszył w kierunku sali komnaty, gdzie czekała już na niego najwyższa rada.

Wszyscy zasiedli wokół okrągłego stołu, zdobionego piękną, wyrzeźbioną w drewnie mozaiką. Ich stroje — zarówno szaty, jak i zbroje — były ciemne i mroczne, z geometrycznymi wzorami będącymi odzwierciedleniem ich własnych planów i strategii. Ich twarze były sternikami — pełnymi enigmatycznych uśmiechów i szepczących spojrzeń. Wśród nich dominował jednak wysoki mężczyzna o głowie obłożonej siwymi włosami, ten najstarszy i najbardziej szanowany w swoim królestwie. Dawny przyjaciel i towarzysz broni jego ojca — Dowódca Armii, człowiek o niezrównanej mądrości i doświadczeniu, przemawiał z pewnością i autorytetem, jakby znalazł się na polu bitwy.

– Wielki generalski Mistrz Nicholas, jeden z naszych najbliższych przyjaciół, został pojmany przez wojska Anthony’ego Flockharta. Atak zaskoczył nas od strony gór, a Nicholas został schwytany. – rozpoczął mężczyzna, ale jego głos brzmiał jak szept wiatru niosący nieprzyjemne doniesienia z frontu.

Generałowie Króla, stojący wokół stołu, spoglądali na mapę, a ich twarzach malowało się zaniepokojenie. Najjaśniejszy zaś zdębiał na brzmienie tej wieści. Gorycz porażki zalała jego umysł, zgniatając każdą nutę nadziei. Zamyślił się przez chwilę, spojrzawszy na się na swojego towarzysza ze smutkiem w oczach.

– Dlaczego znów? Jak mogliśmy być tak naiwni? – wymamrotał cicho jakby do siebie, a jego oczy świeciły jak płomienie, odbijające się od rubinów w jego koronie.

– Najjaśniejszy, Flockhart znał nasze plany zbyt dobrze, zdaje się, że z każdym naszym ruchem, wrogie armie są o krok przed nami.

– Pytanie, dlaczego nasze operacje nie są już tajne? Dlaczego ta kolejna akcja została zdradzona wcześniej, niż zdążyliśmy zareagować?

– To musi być zdrada, mój Panie. – odezwał się sir Euan, który dzięki trwającej wojnie, galopem wdarł się w łaski Króla na tyle skutecznie, ażeby zasiadać w ławie najwyższej rady.

– Ktoś z nas? Ktoś na naszym dworze? – zagrzmiał Król głośno.

Również inni doradcy zaczęli się zastanawiać nad tą możliwością. Wzajemnie spojrzeli, doszukując się odpowiedzi w oczach swoich towarzyszy. Wreszcie jeden z nich, wzruszając ramionami, zwrócił uwagę Monarchy.

– Śmiem zasugerować, że zdrajca musi żyć pośród osób wyróżniających się wysokim stanem. – odparł beznamiętne, co najmniej tak jakby miał inne ciekawsze zajęcia, a narady stanowiły tylko kolejny punkt, który był zmuszony odhaczyć. – Nikomu, o niższym statusie takie informacje nie byłyby znane.

– Szpieg na naszym dworze – powtórzył Król, a jego słowa brzmiały jak echo wciąż rosnącego groźnego szumu burzy. – Ktoś, kogo utrzymuję i karmię. Nie, nie możemy sobie pozwolić na kolejną zdradę. – oznajmił zdecydowanie, patrząc na mapę. Światło świec migotało, odbijając się od jego oczu i tworząc grę cieni, jak tańczące demony, ukazując tłumiony gniew, który wzbierał się w Królu. – Zlecę najlepszym zwiadowcom, aby dociekali, kto podaje Flockhartowi nasze plany. – oznajmił zdecydowanie, patrząc na naścienne herby. – Nie możemy sobie pozwolić na kolejne zaprzepaszczone tereny.

– Rozumiem, Panie. Natychmiast się tym zajmę. – Dowódca skłonił głowę, uginając kolano przed Królem.

Inni uczestnicy narad skinęli głowami, a później za poleceniem Króla opuścili pokój, zwracając mu ostatnie spojrzenie pełne troski, a gdy drzwi do sali narad zamknęły się z hukiem za nimi, Victor pozostał sam, wśród mroczności oświetlającej jedynie skąpe światło świec. Jego myśli zaczęły biec jak wściekłe psy, unosząc się w przestrzeni ze szalonym rykiem, a strach i frustracja coraz bardziej niwelowały monarchę, niszcząc jego wewnętrzne fundamenty. Słabość nie była opcją, o ile chciał zachować swoją władzę i ocalić przewagę, którą zbudował przez ostatnie miesiące. Jednakże, wraz z każdą kolejną porażką, wściekłe myśli zbierały cenne żniwo w jego wnętrzu. Rozproszone świece, palce trzęsące się i napięcie w jego oczach nie kłamały. Victor był bliski całkowitego załamania nerwowego.



W chaotycznej sytuacji, kiedy musiał wykonywać kilka rzeczy naraz, miał wyrwaną z rąk szklankę, co niestety skończyło się uszkodzeniem i dezintegracją kilku papierów, które musiał odzyskać. Poświęcił więc kawałek czasu, by zażegnać kryzys i zrobił notatkę, żeby przepisać zniszczone pergaminy, potem dość długo gotował zakwas na chleb, uprał kilka koszul, co już od jakiegoś czasu odkładał w celu wykonania, i przygotowywał się na przyjęcie kolejnych statków towarowych. Późnym popołudniem zaś, kiedy już nic ważnego nie musiał wykonywać, zrelaksował się w wannie z ciepłą wodą i mugolską gazetą. Wtedy też, zaczął mówić po norwesku, by sobie przypomnieć podstawowe słownictwo, a gołąb nagle wleciał przez otwarte drzwi, przedziwnie wiążąc się z tymi obco brzmiącymi wyrazami. Odwrócił głowę, by szczegółowo przebadać ptaka, który jednak nie zawsze był dobrym posłańcem. Miał w pamięci, że w przeszłości gołębie przynosiły jego rodzinie ważne wiadomości, ale to było już tak dawno temu, że niepokoił się jedynie tym, czy ten przyjaciel nie przywłaszczył sobie czegoś z jego prywatnej przestrzeni. Zobaczył jednak, że gołąb jest lekko przerażony, ale jednocześnie zdecydowany, więc dał mu szansę, aby wykonał swoje zadanie.

Usiadł na bokach wanny, trzymając gazetę przed sobą, a ptak przyniósł mu notatkę od niejakiej Chrisy, która zażądała, by odwiedził ją jeszcze tego samego wieczoru. Nie podała żadnych szczegółów ani powodów, ale wiedział, że takie bezpośrednie wezwanie było używane tylko w przypadku sytuacji niecierpiącej zwłoki. Czuł się trochę zestresowany, ale wiedział, że gdyby stało się to, co ich przeraża, nie zdołałaby się z nim skontaktować, ale nie ufał swoim intuicjom zbyt często, dlatego ubierając się, zastanawiał się nad tym, co tak właściwie miała mu do przekazania i z czym przyjdzie mu się jeszcze dzisiaj zmierzyć.



Notka z historii:
* Ignatius Pyrrhus ukończył Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, gdzie zdobył wybitne umiejętności w dziedzinie opieki nad magicznymi stworzeniami. Jego fascynacja smokami jednak sięgała znacznie głębiej. Po latach poszukiwań, podróży po całym świecie i niezliczonych spotkaniach ze smokami, Ignatius zaczął dostrzegać pewien układ w ich zachowaniach. Za sprawą swojej niezwykłej spostrzegawczości i zdolności do nawiązywania niezwykłego zrozumienia z magicznymi stworzeniami, profesor Pyrrhus zaczął systematyzować informacje na temat smoków. Jego szereg notatek, skrupulatnie zebrane w skomplikowanej księdze, stał się podstawą do stworzenia pierwszego schematu zachowań smoków występujących w świecie magicznym. Ignatius Pyrrhus podzielił smoki na kategorie według wielu czynników, takich jak, preferowane siedliska, preferencje żywieniowe i zdolności ofensywne. Opracował nawet unikalny system komunikacji ze smokami, zdolny do zminimalizowania ryzyka podczas zbliżania się do tych potężnych stworzeń. Jego badania i odkrycia stały się nieocenionym źródłem wiedzy dla kolejnych pokoleń smokologów. Dzięki profesorowi Pyrrhusowi podchodzono do smoków z większym zrozumieniem i szacunkiem. Jego dziedzictwo przetrwało, a stworzony przez niego schemat zachowań smoków jest nadal używany w nauczaniu magii stworzeń magicznych i stosowany w wielu Rezerwatach zamieszkujących smoki do dziś.

czwartek, 30 listopada 2023

II.III

"Nigdy nie ufaj niczemu i nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg."

 

Charlie, trzymając w ręku zeszyty pełne notatek, kierował się w stronę biura Pani Margaret Luci — nowej szefowej rezerwatu rumuńskiego Smoków. Drzwi były solidne, a młody smokolog chwilę zastanowił się, czy powinien zapukać, zanim postanowił wziąć głęboki oddech i wstąpić do środka. Pani Margaret siedziała za biurkiem, skupiona nad jakimiś dokumentami. Jej srogie spojrzenie uniosło się, gdy Charlie wszedł do pokoju, a wyrazista postać kobiety była niczym osa, gotowa zabezpieczyć swój ul na wszelkie wyzwania.

– Witaj, Panie Weasley. Jak mogę pomóc?

– Dzień dobry, Pani Luco. Przepraszam, że przerywam. Mam dla Pani coś ważnego – powiedział, czując, jak żywo drżą mu w dłoniach pergaminy.

– To notatki dotyczące Pana byłego już podopiecznego, prawda? – zapytała, lekko unosząc brwi, jednocześnie unikając bezpośredniego kontaktu wzrokowego.

– Tak, właśnie tak, ale mam pewne wątpliwości co do jakości mojej pracy. Mam dziwne wrażenie, że Ministerstwo może nie uznać moich badań za wystarczające – wyznał szczerze.

Pani Margaret spojrzała na niego przez chwilę, a potem wróciła wzrokiem ponownie na notatki. Jej wyraz twarzy był nieczytelny, co sprawiało, że Charlie czuł się jeszcze bardziej nieswojo.

– Nie jestem zwolenniczką straty czasu, Panie Weasley. Jeśli masz coś ważnego do przekazania, mów od razu – oznajmiła sucho.

Charlie spojrzał na Panią Margaret z lekkim zdumieniem. Jej wyraz twarzy był surowy, a spojrzenie ostrzejsze niż topór do cięcia drewna. Wydawała się kobietą, która nie traci czasu na zbędne gadanie. Skupiona, pewna siebie, jak królowa swojego małego królestwa smoków. Wizerunek osy, gotowej do obrony swojego ulu, idealnie pasował do sylwetki czarownicy, a jej krótkie włosy, zaczesane do tyłu, zdawały się mieć pewien porządek, ale jednocześnie emanowały energią nieposkromionej siły. Charlie zastanawiał się, czy kiedykolwiek udałoby się jej złagodzić ten surowy wyraz, czy może to był integralny element jej charakteru, niepodlegający zmianom.

– Pani Luco, może to tylko kwestia mojej niepewności, ale myślę, że moje badania mogą być źle zinterpretowane przez Ministerstwo Magii. Mam wrażenie, że bez odpowiedniego zrozumienia mogą uznać moje notatki za nadmierną fantazję smokologa, a nie za rzetelne obserwacje – wyznał, zaciskając dłonie na pergaminy.

Pani Margaret spojrzała na niego, unosząc jedną z wysoko podniesionych brwi. Jej spojrzenie było pełne lekceważenia, jakby Charlie próbował się z nią wymieniać argumentami, a ona miała dość czasu na takie pustosłowie.

– Panie Weasley, Ministerstwo Magii zajmuje się wieloma sprawami. Jeśli chcesz, aby zainteresowali się twoimi notatkami, musisz przedstawić im coś więcej niż tylko domysły. – powiedziała z tonem, który sprawiał, że młody smokolog czuł się jak uczeń w szkole, który właśnie otrzymał naganę od nauczyciela.

Charlie otworzył usta, próbując znaleźć odpowiednie słowa, ale Pani Margaret przerwała mu zdecydowanym gestem.

– Jeśli chcesz zasięgnąć mojej opinii, to przynieś mi dowody. Fakty, nie domysły. Ministerstwo nie toleruje tych, którzy tracą ich czas. A ja także nie mam zamiaru. – oznajmiła sucho, skierowawszy swoją uwagę z powrotem na dokumenty na biurku. Charlie zaś spojrzał na Panią Margaret z determinacją. Mimo surowego tonu kobiety postanowił, że pokaże, iż jego badania są naprawdę warte uwagi.

– Mam szczegółowe szkice, a także dokładne notatki z obserwacji, obejmujące nawet opinie starszych smokologów. Chciałem jednak uzyskać Pani opinię i ewentualne sugestie przed oficjalnym przedstawieniem tego Ministerstwu.

Pomimo swoich słów i towarzyszących im surowego wyrazu, byłaby niesprawiedliwym szefem, gdyby nie zwróciła jednak uwagi na pergaminy, które przed nią postawiono. Nachyliła się nad nimi, a w miarę przewracania kolejnych stron notatek, jej dotychczasowa pewność siebie zaczęła się chwiać. Przeczytane frazy były wnikliwe, pełne szczegółów dotyczących zachowania jego smoka, a także opisów niespotykanych jak dotąd wśród długorogów rumuńskich cech fizycznych. Pani Margaret nie była smokologiem, ale nawet dla laika te notatki były imponujące. Charlie spojrzał na reakcję Pani Margaret z ukrytą nadzieją na uznanie, a nieco zaskoczona kobieta zaczęła coraz intensywniej czytać notatki. Jej srogie spojrzenie zmiękło, a brwi opadły nieco niżej, wskazując na rosnące zainteresowanie. Po dłuższej chwili Pani Margaret odłożyła notatki na biurko i spojrzała na Charliego z zupełnie innym wyrazem twarzy. Tym razem nie było w tym lekceważenia czy surowości, a jedynie cicha ocena.

– Panie Weasley, czy to wszystko pochodzi z badań, dotyczących jednego osobnika? – zapytała, unosząc wzrok znad notatek, a jej oczy zajarzyły się pewnego rodzaju oświeceniem.

– Tak, Pani Luco. To rezultat mojej niedawnej rozmowy z klanem rodziny MacFusty, zamieszkującym Hebrydy. Moja partnerka pochodzi z tamtych okolic i umożliwiła mi bezpieczny kontakt z nimi. A tamci z kolei zdradzili mi wiele mało znanych faktów dotyczących rozwoju smoków Hebrydzkich. Lumini, wyglądem bardzo przypomina pozostałe długorogi zamieszkujące rezerwat, ale rozwijał się w podobnym czasie i w ten sam sposób co młode Hebrydzkie.

– Hmm, interesujące – odezwała się Pani Margaret, spuszczając notatki na biurko i skupiając się teraz całkowicie na rozmowie. – MacFustowie są dość hermetyczni, a jeśli udało ci się zdobyć takie informacje, to mogą być one istotne. Jednak, Panie Weasley, zawsze pamiętaj, żeby mieć twardą podstawę dla swoich twierdzeń. Ministerstwo potrzebuje dowodów, nie tylko opowieści rodzinnej.

Charlie kiwnął głową, czując ulgę, że w końcu zdobył jej pełną uwagę.

– Zdaję sobie sprawę, Pani Luco. Pracuję nad zebraniem dodatkowych dowodów, zwłaszcza jeśli chodzi o dzielenie smoczej krwi pomiędzy przedstawicielami kilku gatunków. Chcę, aby Ministerstwo zobaczyło, że to nie czyjeś fantazje, ale solidne badania smokologii. Moje notatki to dopiero początek.

– Dobrze, Panie Weasley. Przynieś mi te dodatkowe relacje, a potem omówimy, jak przedstawić je Ministerstwu. Czas płynie szybko, a ja nie mam zamiaru marnować go na słuchanie niepotwierdzonych opowieści. Teraz idź i pracuj nad tym, co masz. Nie zawiedź mnie.

Charlie czuł mieszankę zadowolenia i wyzwania. Zdawał sobie sprawę, że teraz naprawdę musi dostarczyć solidne dowody, ale wiedział, że to szansa na to, by jego badania zostały docenione.

– Dziękuję, Pani Luco. Nie zawiodę. Postaram się dostarczyć jak najwięcej solidnych faktów. – odpowiedział z uśmiechem.

Pani Margaret skinęła mu głową, a jej surowy wyraz twarzy nieco się złagodził.

– Mam nadzieję, Panie Weasley. A jeśli mowa o Pana partnerce, to proszę jej przekazać, żeby w najbliższym czasie pojawiła się w moim biurze. Teraz idź i działaj.

Charlie opuścił biuro Pani Margaret zdecydowany i pełen determinacji, a w drodze do swojego namiotu zastanawiał się nad reakcją swojej szefowej. Choć była surowa i wymagająca, zaczynała dostrzegać potencjał w jego badaniach. Z jednej strony czuł się pod presją, ale z drugiej — podekscytowany, że może udowodnić wartość swojej pracy.

Po dotarciu do namiotu zanurzył się w analizie swoich dotychczasowych notatek. Zastanawiał się, jak uzupełnić je dodatkowymi informacjami i dowodami. Współpraca z klanem MacFausty była kluczowa, więc postanowił skonsultować się ponownie z partnerką, ale wcześniej przekazał jej, że Pani Luca wzywa ją do swojego gabinetu.

 

Annabel przekroczyła próg biura Pani Margaret, jej kroki zdawały się wibrować od napięcia. Czuła, jakby stąpała na terenie obcego stada smoków, gdzie każdy ruch wymagał ostrożności. Nieufność do szefowej była jak kamień, który ciążył jej na sercu od momentu objęcia pracownicy Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami pozycji, która wcześniej należała do kogoś innego. Jej przekonanie, że Pani Luca zajęła miejsce ich poprzedniego szefa, było nieodłącznym elementem każdej interakcji z nową liderką rezerwatu smoków. W jej oczach Pani Margaret była osobą, która przyczyniła się do zwolnienia Pana Mateia, oskarżając go o rażące zaniedbania w prowadzeniu rezerwatu, a także o zagrożenie życia młodych podopiecznych, zamieszkujących ten teren. Natomiast prawdą było to, że on jako jedyny zrobił dla nich więcej niż całe Ministerstwo razem wzięte przez ostatnie lata.

Gdy Annabel usiadła naprzeciwko Pani Margaret, spojrzała na nią z powątpiewaniem, próbując odczytać z jej wyrazu twarzy jakiekolwiek ukryte intencje. Otrzymała jednak tylko enigmatyczny uśmiech, który nie napawał jej zaufaniem. Pani Margaret spoglądała na nią, a Annabel wyraźnie dostrzegła w tych oczach coś, co nie dawało się łatwo zinterpretować. Wydawało się, że szefowa znała wszystkie karty, ale wciąż trzymała swoje zamiary w głębokim ukryciu. W powietrzu unosiła się zaś atmosfera napięcia, jak w przedstawieniu, w którym każda z postaci walczy o swoje terytorium.

– Panno Foutley, zapraszam – odezwała się Pani Margaret, wskazując na fotel naprzeciwko swojego biurka.

Dziewczyna posłusznie usiadła, trzymając na kolanach pergaminy pełne notatek. W jej oczach migotał ogień nieufności, gotów do wybuchu w każdej chwili. Pani Luca spojrzała na Annabel, a ich spojrzenia zderzyły się w powietrzu jak iskry elektryczne. W biurze unosiła się atmosfera, którą można było ciąć nożem. Chociaż szefowa starała się utrzymać neutralne oblicze, to w oczach dziewczyny dostrzegła coś, co nie dawało jej spokoju.

– Wiem, że ostatnio mamy pewne różnice zdań co do wydarzeń w Rezerwacie i co do mojej roli tutaj – Annabel spojrzała na nią pytająco, czekając na dalsze wyjaśnienia. Jej dłonie nerwowo zaciskały się na pergaminach, a oczy przeszywał intensywny wzrok szefowej. – Zanim zaczniemy, chciałabym, żebyś zrozumiała, że nie jestem tu, aby zająć miejsce Pana Mateia. Był on niezaprzeczalnie kompetentnym pracownikiem, ale ubiegłoroczna sytuacja z handlarzami wymagała pewnego rodzaju konsekwencji.

– Pan Matei był bardzo dobrym szefem. Jedną dobrze przemyślaną sytuacją doprowadził do uwięzienia handlarzy, znajdujących się niedaleko Rezerwatu. Zwolnienie go z posady było okrutną karą za ten heroiczny czyn.

– Nie przewidziano takiego zakresu jego odpowiedzialności, panno Foutley. Potrzebujemy kogoś, kto podejmie jednak bezpieczniejsze i zgodne z regulaminem kroki w zakresie ochrony smoków, oraz pracowników i utrzymania równowagi w Rezerwacie.

Annabel wiedziała, że musi uważać na każde słowo. Nie było miejsca na błędy w rozmowie z Panią Lucą. Jej niepodważalna wiara, dotycząca niewłaściwości opinii szefowej wynikało z głębokiego szacunku do Pana Mateia, a także z przekonania, że to on sam byłby w stanie lepiej chronić smoki i utrzymać harmonię w Rezerwacie. Rozmowa między Annabel a Panią Margaret toczyła się więc jak taniec na linie napięcia i nieufności. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że musi dobrze wyważyć swoje słowa, aby nie narazić się na dodatkowe kłopoty. Jej oddanie dla smoków i Rezerwatu było głębokie, a przekonanie o niewłaściwości zwolnienia Pana Mateia tkwiło głęboko w jej sercu.

– Musimy skoncentrować się na przyszłości Rezerwatu. Niezaprzeczalnie osiągnął on sukcesy, ale jedna operacja nie wystarcza, aby zagwarantować bezpieczeństwo smoków na dłuższą metę.

– Pan Matei nie tylko znał smoki, ale też rozumiał ich potrzeby. Przez lata zyskał ich zaufanie. Uważam, że w tej chwili potrzebujemy kogoś, kto ma takie umiejętności i doświadczenie – stwierdziła, utrzymując spokojny ton.

Pani Margaret spojrzała na nią z zaciekawieniem. W jej oczach pojawił się ślad zrozumienia w powątpiewanie młodej smokolog w predyspozycje swojej zwierzchniczki do prowadzenia Rezerwatu, ale jednocześnie utrzymywała prawidłowy dla jej stanowiska dystans.

– Panno Foutley, doceniam twoje zaangażowanie w ochronę smoków, ale sytuacja zmieniła się od czasu, gdy Pan Matei sprawował nadzór. Nadszedł moment, abyśmy podjęli nowe środki bezpieczeństwa i działania, a ja jestem tu, aby zapewnić, że te zmiany zostaną przeprowadzone z myślą o dobru smoków.

Annabel czuła, że to tylko część prawdy. Była jednak zdecydowana bronić swojego stanowiska i przekonań, jednak nie mogła w taki sposób kontynuować dyskusji, rozmawiała przecież ze swoją przełożoną, która mogłaby bez zająknięcia zwolnić ją z Rezerwatu.

– Z jakiego powodu zostałam tutaj wezwana? – spytała bezpardonowo, próbując, chociaż na razie ukrócić dyskusję, którą przecież sama tak niedawno zaczęła. Wiedziała bowiem, że musi znaleźć sposób na przekonanie Pani Luci do swojego punktu widzenia, jednocześnie unikając konfrontacji, która mogłaby zaszkodzić jej pracy w Rezerwacie.

– Panno Foutley, chcę, abyś zrozumiała, jak poważna jest sytuacja. Ministerstwo dokładnie monitoruje działania handlarzy, a niedawno udało się nam rozbicie jednego z ich obozów w północnej Macedonii. Znaleźliśmy tam coś, co nas zaniepokoiło — samicę smoka, którą określamy jako „Projekt Zephyr”. To stworzenie ma cechy, które do złudzenia przypominają te Aseriela i Luminiego.

Annabel zamarła na chwilę, jej serce mocniej zabiło. Myśli krążyły w jej głowie jak wściekłe pszczoły. Pojęcie „Projekt Zephyr” rozbrzmiewało w jej umyśle niczym dzwonek alarmowy. Wiedziała, że Aseriel i Lumini byli dwoma najbardziej wartościowymi smokami w Rezerwacie, a także najbliższymi jej sercu, ale czy to oznaczało, że takich jak oni jest więcej?

– Nie rozumiem.

– Tę samicę znaleziono w opłakanym stanie, ranną i agresywną Panno Foutley. Nikt nie potrafi nad nią zapanować. Jej obecność stanowiła poważne zagrożenie dla personelu oraz innych smoków w Rezerwacie. To właśnie dlatego zgłosiłam ten przypadek do Ministerstwa, a teraz, patrząc na twoje umiejętności i doświadczenie, chcę, abyś zajęła się nią osobiście.

– Dlaczego to mnie powierzono zadanie takich gabarytów? Ten Rezerwat posiada najlepszych w swoim fachu smokologów. Na pewno sprawdzą się lepiej w tej sytuacji.

– Czasami musimy podejmować trudne decyzje. Twoje umiejętności są bez wątpienia imponujące, a z tego, co słyszałam, masz specjalny dar w nawiązywaniu więzi ze smokami. Jednakże, w przypadku tej smoczycy, jest coś więcej, co chcę, abyś odkryła sama. „Projekt Zephyr” obejmuje tak samo twojego dawnego podopiecznego, jak i wychowanka pana Weasley'a. Sądziłam, że chociażby ze względu na ten fakt zainteresujesz się tą sprawą.

Annabel wiedziała, że ta prośba to nie tylko kwestia opieki nad rannym stworzeniem, ale też czymś więcej, co w niedalekiej sytuacji przyjdzie jej poznać. Spojrzenie jej wędrowało po twarzy Pani Margaret, próbując zgłębić, co może kryć się za jej słowami.

– Dobrze, podejmuję się tego zadania, lecz chciałabym pełnej współpracy i otwartości w tej sprawie. Nie chcę działać w ciemnościach ani czuć, że zataja się przede mną jakiekolwiek informacje. – stwierdziła zdecydowanie.

Pani Margaret skinęła głową z aprobatą.

– To wszystko, czego od ciebie oczekuję, Panno Foutley. Jestem pewna, że odpowiednie podejście smoków przyniesie oczekiwane rezultaty. Musisz jednak być gotowa na wszystko, a odpowiedzi na twoje pytania mogą prowadzić do wielu interesujących odkryć.

Annabel pochyliła głowę w akcie posłuszeństwa, ale w jej wnętrzu płonęła resztka nieufności wobec Pani Margaret. Jednakże teraz miała zadanie do wykonania, a dla młodej smokolożki zawsze priorytetem było dobro smoków.

 
 
Główny plac rezerwatu pulsuje od oczekiwań, gdy Annabel i Charlie zastanawiają się nad tajemniczym „Projektem Zephyr”. Dyskusja między nimi jest intensywna, a teorie krążą w powietrzu jak motyle, jednak żadna z nich nie zdaje się stanowić odpowiedzi na zagadkę smoczycy.

– To musi być coś naprawdę nietypowego, skoro nawet Pani Luca nie była w stanie dostarczyć jasnych informacji – zauważyła Annabel, jej brwi zaciągnęły się w zastanowieniu.

Charlie kiwnął głową, zgadzając się z jej uwagą.

– Ale co może mieć Projekt Zephyr, czego nie reprezentowali Lumini i Aseriel? To przecież niesprawiedliwe, że musiała pojawić się ona, by w końcu zajęli się sprawą ingerencji w smoczy ekosystem. – zastanawiał się głośno, próbując zrozumieć naturę tej smoczej zagadki.

– Myślę, że to może być związane z eksperymentem genetycznym – mówiła Annabel, przerywając moment milczenia. – Pani Margaret wspomniała o cechach przypominających Aseriela i Luminiego. Może to być próba stworzenia tego samego gatunku smoka.

– Twierdzisz, że może ich być więcej? – spytał chłopak, a w jego głowie zapaliła się czerwona lampka, sugerująca, że cała ta sytuacja może tylko się przyczynić do osiągnięcia ich celu.

– Tak, wydaje mi się, że cała ta sytuacja może być próbą stworzenia większej ilości osobników tego unikalnego gatunku. – odpowiedziała Annabel, zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami. – Może to być nawet krok w eksploracji możliwości smoczej biologii, coś, co wykracza poza to, co w pewnym momencie życia osiągnęli Lumini i Aseriel.

Charlie zamyślił się na chwilę, zastanawiając się nad tym, co powiedziała Annabel.

– Ale czy to nie grozi zakłóceniem naturalnego porządku rzeczy? Smoki są integralną częścią środowiska świata magicznego od wieków, czy próba masowego rozpłodu nowego gatunku może prowadzić do nieprzewidywalnych konsekwencji?

– To jedno z głównych pytań, które musimy sobie postawić. Czy takie postępowanie to innowacyjny krok naprzód, czy może ryzykowny eksperyment, który może naruszyć delikatną równowagę ekosystemu smoczego? – Charlie skinął głową ze zrozumieniem. – Niepokoi mnie tylko fakt, że nasza szefowa macza w tym swoje palce.

– Sugerujesz, że zechce kontynuować dzieło handlarzy? – spytał szeptem. – Czy Ministerstwo nie powinno w jakiś sposób zareagować?

– Nic nie sugeruję bez powodu Charlie, ale jej niezdrowa fascynacja tą sprawą jest co najmniej niepokojąca. Za mocno ciskała się na procesie Mateia, żeby go zwolniono. Może już wtedy wiedziała, że zajmie jego miejsce i będzie mogła przyjrzeć się bliżej tej hybrydzie.

W centrum rezerwatu, w miejscu, gdzie oczekiwanie pulsuje najmocniej, nagle pojawił się potężny łomot. Z dala dało się słyszeć ludzkie krzyki i wrzawę. Wszyscy, którzy znajdowali się na placu, obrócili się, aby spojrzeć w kierunku źródła tego zamieszania. Główny plac wypełniony był coraz większą liczbą smokologów, którzy z niecierpliwością oczekiwali na spektakularne wydarzenie — wprowadzenie tajemniczego smoka do rezerwatu w ramach Projektu Zephyr. Wszyscy byli zdumieni, gdy ogromne drzwi hali otworzyły się, ujawniając metaliczny klatkowóz zabezpieczający nastoletniego już smoka.

Smoczyca był imponująca jak na jej wiek, ale jej ciało było pokryte bliznami i ranami. Płaty łusek były postrzępione, a niektóre z nich świeciły się zielonkawym światłem, co od razu zwróciło uwagę smokologów, świadcząc o tym, że rzeczywiście miała więcej wspólnego z ich dawnymi podopiecznymi niż jakikolwiek inny smok zamieszkujący Rezerwat. Jej skrzydła, choć potężne, były połamane, a ogon zdawał się znajdować w stanie permanentnego skrętu. Gdy smoczyca zbliżała się do ludzi, agresywnie reagowała na każde zbliżające się stworzenie. Wzgardliwie prychała i trzaskała zębami, wysyłając strumienie dymu znośnego zapachu. Jej ogon kiwał z niepohamowanym gniewem, przewracając wściekłe spojrzenia na każdą stronę. Wokół placu rezerwatu zebrały się też inne Długorogi, ale były zaniepokojone i zaintrygowane pojawieniem się nowego osobnika. Atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta, gdy wszyscy obserwowali, co wydarzy się dalej. Smoczyca zdominowana uczuciem niepokoju wobec innych, otaczających ją smoków rozejrzała się dziko wokół siebie, wysyłając gorące strumienie ognia w różne kierunki. Czarodzieje na placu cofnęli się, a niektórzy z nich wytworzyli tarczę chroniącą ich przed palącym oddechem smoka. To samo zrobił Charlie, który jakby wyczuwając, że jej następny podmuch ognia będzie wyslany w ich stronę, szybko chwycił za różdżkę i otoczył siebie oraz Annabel potężną tarczą. Wtedy ich pełne zaniepokojenia spojrzenia spotkały się w pewnym momencie. Smok wydawał się egzytować w agonii, a jednocześnie był wściekły, jakby całe jego istnienie było jednym wielkim bólem.

– Patrz, jak cierpi. To jest nieludzkie. Jak oni mogli ją przewieźć tutaj w takim opłakanym stanie? – szepnął Charlie, ale jego słowa zostały zagłuszone przez huk ognistych strumieni.

Gdy smoczyca poruszała się po placu, widać było, że jej ruchy są niezdolne do swobodnego poruszania. Chociaż starano się ją uspokoić, reagowała agresywnie na każdą próbę zbliżenia się do niej. Ogniste płomienie wypływały z jej pyska, a oczy wyrażały agresję przez strach.

– Ona potrzebuje pomocy, a nie traktowania jej jak monstrum na pokaz. Jestem za nią odpowiedzialna – odpowiedziała mu, a zaraz potem wybiegła spod tarczy i rzuciła na siebie własne protego.

– Annabel, tak bez planu?! – krzyknął za nią Charlie, ale jego partnerka była już za daleko, aby w tym harmidrze móc to usłyszeć.

W międzyczasie tłum na placu podzielił się na dwa obozy — ci, którzy oburzali się widokiem cierpiącego smoka, i ci, którzy uważali go za potencjalne zagrożenie, które byli gotowi utrzymać z dala od swoich namiotów. Sytuacja stała się gorąca, a atmosfera w rezerwacie napięta. Tymczasem Annabel, otoczona osłoną własnej tarczy, zbliżyła się do smoczycy z determinacją. Jej serce biło mocno, widząc istotę w tak złym stanie. Wszystko to wydawało się sprzeczne z duchem Projektu Zephyr, który przecież zakładał ochronę smoków, takich jak ona. Charlie, zaniepokojony, utrzymywał nad sobą tarczę ochronną, gotów na każde możliwe niebezpieczeństwo.

Smoczyca, choć agresywna, wydawała się reagować na Annabel w sposób bardziej spokojny. Czarownica ostrożnie próbowała się do niej zbliżyć, odbijając każde z wystrzeliwanych płomieni. Jej determinacja wynikała zarówno z troski o istotę cierpiącą, jak i z chęci zrozumienia, co kryje się za tym niespodziewanym i dramatycznym przybyciem. Brała do siebie każdy rozpaczliwy krzyk smoczycy. Wydźwięk ryków szumiał jej w uszach i zagłuszał logiczne myślenie, które nakazywało jej postąpić zgodnie z zasadami Rezerwatu i pozostawić próbę poskromienia jej starszym smokologom.

– Jesteśmy tutaj, aby ci pomóc, spokojnie – odparła, starając się dotrzeć do smoczycy za pomocą łagodnego tonu głosu, jednak ta pozostawała nieufna i wściekła.

Charlie, obserwując rozwijającą się scenę, zastanawiał się, jak doszło do tego punktu. Czy Projekt Zephyr miał naprawdę na celu dobro smoków, czy może było to coś znacznie bardziej złożonego? W tle pojawiły się szepty i spekulacje, a atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Sytuacja, taka jak ta zdarzała się w Rezerwacie bardzo często, szczególnie przy wprowadzaniu nowego osobnika, ale nigdy nie rozwijała się taką skalę, jak zrobiła to dzisiaj.

W miarę jak Annabel zbliżała się do smoczycy, ta zaczęła reagować coraz bardziej spokojnie. Jej płomienie stawały się mniej intensywne, a oczy wyrażały już niepewność i przerażenie. Czarownica zdała sobie sprawę, że smoczyca potrzebuje pomocy, a jej stan zdrowia i zachowanie mogą być wynikiem trudnych doświadczeń, w których była zmuszona w przeszłości uczestniczyć.

– Jesteśmy tutaj, aby cię ochronić i pomóc. Nikt cię nie skrzywdzi – mówiła Annabel, starając się przekonać smoczycę do zaufania. Jej umiejętności komunikacyjne były kluczowe w tej sytuacji, ponieważ każdy błąd mógłby spowodować eskalację agresji.

Tymczasem Charlie obserwował całą sytuację z zaniepokojeniem. Chociaż rozumiał troskę Annabel, to obawa przed ewentualnym niebezpieczeństwem, jakie niesie za sobą agresywny smok, nie opuszczała go ani przez sekundę. Jednak w sercu chłopaka tliła się nadzieja, że smoczyca wyczuje podobieństwo do siebie w dzikszym obliczu jego partnerki.

– Annabel bądź ostrożna! – krzyknął, informując o gotowości do interwencji w razie potrzeby.

Smoczyca, chociaż nieco uspokojona, wciąż trzymała się na dystans od Annabel. Trącała dziewczynę nosem, a ta starała się stać w jednym miejscu i nie robić żadnych gwałtownych ruchów. Pewne było to, że bestia w jakiś sposób wyczuła w niej coś więcej niż tylko zwykłe człowieczeństwo. W pewnym momencie słysząc, jak oddech smoczycy łagodnieje, Annabel postanowiła użyć swoich umiejętności magicznych, aby delikatnie złagodzić ból i cierpienie smoczycy. Vulnera Sanentur — Zaczęła wypowiadać zaklęcia lecznicze, kierując je w stronę rannego stworzenia, by wyleczyć jego rany.

W czasie, jak zaklęcia docierały do smoczycy, jej ruchy stawały się bardziej płynne, a opór słabł. Charlie zaś przygotował się do rzucenia mocniejszych czarów ochronnych, gotów na każdy możliwy rozwój sytuacji.

– Vulnera Sanentur. – Ponowiła zaklęcie, aby zasklepić całkowicie rany, a krąg wytworzony przez jej dłoń objął całkowicie ciało cierpiącej już coraz mniej bestii, która na ten moment otoczona należną opieką, zaczęła zmieniać się przed oczami zgromadzonej publiczności. Jej skrzydła zaczęły się zrastać, a blizny na ciele powoli zanikały.

– Uda jej się... – szepnął Charlie, próbując uspokoić swoje nerwy.

Młoda smokolog kontynuowała zaklęcia, mając nadzieję, że zaklęcie pomoże smoczycy odzyskać zdrowie. Wokół niej zapanowała cisza, a wszyscy patrzyli przezornie na to zjawisko, gotowi do wspólnej ochrony jednej z nich. Scena w rezerwacie była teraz nasycona napięciem, ale jednocześnie pełna oczekiwania na dalszy rozwój tej sytuacji. Bestia, która jeszcze niedawno tak mocno cierpiała, teraz zmieniała się przed oczami smokologów, regenerując swoje ciało i nabierając nowego życia.

– Udało jej się. – wyszeptał ktoś z tłumu, a te słowa szybko rozchodziły się lawinowo po placu. – Odzyskaliśmy ją!

Annabel kontynuowała rzucanie różnych zaklęć leczniczych, skupiając swoją magię na procesie uzdrawiania smoczycy. Jej serce biło mocno, a oczy świeciły się intensywnym błękitnym blaskiem, który tylko Charlie mógł odpowiednio zinterpretować. Teraz gdy hybryda była stabilna, Annabel zdecydowała się zbliżyć do niej. Delikatnie dotknęła jej łusek, sprawdzając, czy wszelkie rany zniknęły. Smoczyca odpowiedziała na ten gest ciepłem, które wydzielała, wyrażając wdzięczność wobec swojej wybawicielki.

Tłum wokół nich zaczął reagować z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony była radość z uspokojenia smoczej istoty, z drugiej jednak pojawiały się pytania i obawy co do samego Projektu Zephyr.

– Musimy poinformować o tym Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. – powiedział Charlie, patrząc na partnerkę z powagą. – Ta sytuacja nie może pozostać bez echa.

Annabel kiwnęła głową, zgadzając się z nim. Oboje zdawali sobie sprawę, że muszą zgłosić to, czego doświadczyli i zastanowić się, czy Projekt Zephyr rzeczywiście służy dobru smoków, czy może kryje w sobie coś więcej.
 
Czy smoczyca była efektem miotu genetycznego, o którym wcześniej mówili? Czy Projekt Zephyr miał na celu ocalenie smoków, które są unikatowe? Te pytania krążyły w powietrzu, podobnie jak ich wcześniejsze teorie. Jedno było pewne – ta tajemnicza hybryda przyciągnęła uwagę wszystkich smokologów, a jej obecność w rezerwacie stała się punktem zwrotnym dla całego Projektu Zephyr.

piątek, 17 listopada 2023

II.II

"Cierpienie jest rzeczą równie ludzką co oddychanie. " 

 

Oślepiły ją promiennie mocnego, letniego słońca, tworząc barierę, przez którą ciężko było cokolwiek dostrzec. Widziała nieostre kształty pojedynczych drzew, które majestatycznie wzbijały się w powietrze, górując nad żywo-zielonymi gołymi polami traw dokładnie tak, jakby ich gałęzie chciały wzbić się do chmur. Próbowała wyostrzyć wzrok, ale na marne. Wbrew wszystkiemu spojrzała w górę, a z ręki utworzyła imitację dachu, aby odciąć skrzenie się słońca od jej oczu. Poczuła lekki wiatr, który na kilka sekund dał jej ukojenie w upalny dzień, a gdy ostatni jego podmuch odbił się od jej pleców, odwróciła się na pięcie. Za nią rozciągała się niekończąca się droga, pokryta lekko trzcinami i zielonkawym mchem. Na horyzoncie widziała jedynie malutką wieś, otoczoną drzewami i polami uprawnymi, a decyzja, którą podjęła, wisiała w powietrzu jak tamta nierozwiązana zagadka.

– Księżniczko, kocham cię całym sercem, jesteś dla mnie jak córka, której mi poskąpiono. Wszakże nie wiem, czy będę w stanie okłamywać Króla w tak niebotycznej sprawie, jaką jest zaginięcie jego siostry.

Annabel spojrzała w kierunku wieży, która była jedynym punktem orientacyjnym w tej okolicy. Wiedziała, że zwykle była zamieszkana przez ludzi, którzy mogliby ją rozpoznać i niepotrzebnie ukrócić zaufanie, którym bezsprzecznie Agatha cieszyła się wśród arystokracji zamieszkującej zamek.

– Agatho, doskonale wiesz, że Victor jest mężczyzną surowym i nieprzeniknionym. Jeśli nie spróbuje odnaleźć swojej zaginionej siostry, to kto inny to zrobi?  – spytała retoryczne Annabel, a na jej twarzy odbijały się promienie słońca, jakby pokazując wsparcie niebios w jej wyborze. – Nie możemy przymykać oczu na to, iż mój kuzyn wiele nie zrobił, aby odnaleźć Christine, ale coś karze mi ufać, że gdy tylko otrzyma jakąś wskazówkę, zrobi co w swojej mocy, aby ją odzyskać. Nie może tylko wiedzieć, że ta wskazówka wyszła ode mnie. Jest na to zbyt dumny.

Agatha wahała się rozważając dylemat przedstawiony przez Annabel. Spojrzała na nią z niepewnością, a jej czoło zaczęło marszczyć się w zamyśleniu, sprawiając, iż przez ten moment, na twarzy przybyło jej dziesięć lat więcej.

– Dlaczego księżniczko? Dlaczego? Wielką niesprawiedliwością jest stawiać mnie przed wyborem pomiędzy lojalnością wobec Króla, czy wobec ciebie. – zauważyła, chociaż zabrzmiała bardziej na zaniepokojoną niż kategoryczną.

– Rozumiem twoje obawy i wiem, że stawiam cię w trudnej sytuacji, ale proszę, zrób to dla mnie i dla Christine. Niech Victor nie wie, że to ja przekazałam ci tę informację. Musimy zachować dyskrecję. Jeśli znajdziemy jakąś wskazówkę, która może pomóc w odnalezieniu mojej kuzynki, to musimy działać szybko. Sam Bóg wie, co oni planują jej zrobić. – Annabel spojrzała na Agathę, świadoma trudności sytuacji, w jakiej postawiła swoją przyjaciółkę. Słońce w dalszym ciągu padało z nieustającą mocą, a gorący wiatr powoli przemieszczał się przez zielonkawe pola, unosząc zapach trawy i kwiatów.  – Serce mi się kraje, gdy pomyślę o tym, co mogło się jej przytrafić. 

– To nie jest tak proste. Nie tylko o moją lojalność chodzi, Księżniczko. Jeśli zataimy przed Królem fakt, że posiadasz informacje dotyczące zaginięcia jego siostry, to sami staniemy się podejrzani. A jeśli Król uzna to za zdradę? – Agatha westchnęła głęboko, zaciskając dłonie na sukni. Jej wewnętrzna walka malowała się na twarzy.

– Rozumiem ryzyko, ale musisz uwierzyć, że to jedyna szansa na odnalezienie Christine. Victor ma dostęp do zasobów i informacji, których my nie mamy. Wszak mamy moralny obowiązek pomóc Christine, a jeśli tego nie zrobimy, Flockhart może wykorzystać sytuację dla swoich podstępnych celów. Nie chcę, aby moja kuzynka stała się pionkiem w jego grze. Już wystarczająco smutny jest fakt, że brat wydał ją za mąż dla swoich własnych celów. – Annabel pochyliła się lekko ku swojej opiekunce, biorąc jej dłonie w swoje.– Musisz mi obiecać, że nikt nie dowie się, że to ja przekazałam ci informacje. Zostaniesz w cieniu, a ja zajmę się resztą.

Agatha przyglądała się Annabel, zastanawiając się nad jej słowami. Głęboko oddała się służbie rodzinie królewskiej, ale także była wierna swojej opinii. Jej serce drgało wewnętrznym konfliktem przez chwilę, ale w końcu wydała ciche westchnienie i skinęła głową.

– Rozumiem. Zgadzam się, że musimy działać szybko i w tajemnicy przed Victorem. Jeśli takie jest twoje życzenie, to uczynię to dla ciebie.

– Ryzyko jest ogromne Agatho, a jeśli Victor przyłapie cię na zatajaniu faktów, stracę jedynego sprzymierzeńca na Islay. Musisz działać roztropnie.

– Stoisz na skraju głębokiego morza, moja Pani. Ryzykujesz wiele, ale musisz wiedzieć, iż takich jak ja, którzy w dalszym ciągu uważają cię za prawowitą następczynię tronu, jest wiele.

Siła słońca nadal opalała krajobraz, a w oczach księżniczki migotała zdecydowana determinacja. Agatha zaś, wewnętrznie walcząc z lojalnością wobec króla i oddaniem dla Annabel, patrzyła na nią z głębokim zrozumieniem. Zanim jednak zdążyła wyrazić swoje dalsze wątpliwości, dziewczyna przerwała ciszę.

– Moim celem nigdy nie było to, ażeby zasiadać na tronie. Moja matka, choć zrezygnowała na rzecz swojego brata, zrobiła to, by uchronić nasze dziedzictwo przed ciężarem korony. Nie chcę być marionetką w rękach czarodziejów czy intrygantów dworskich, a przede wszystkim, nie chcę, aby historia powtórzyła się z moim udziałem tak, jak to było z moją matką.

Agatha skinęła głową, aczkolwiek jej spojrzenie było pełne troski. Jako jedna z nielicznych wiedziała o smoczym dziedzictwie swojej podopiecznej. Nie znosiła tej wiedzy, która wywoływała u niej niepokój za każdym razem, gdy kategorycznie odmawiała czegoś młodej Annabel. Obawiała się jej daru, którego nie potrafiła wówczas kontrolować, ale jako jedyna w jej otoczeniu miała magiczne zdolności, które nie raz potrafiły zapanować nad roszczeniowym wówczas charakterkiem dziewczynki.

– Księżniczko, rozumiem twoje obawy. Jednakże, w obliczu zaginięcia twojej kuzynki i zagrożenia ze strony Flockharta, musisz zrozumieć, że twój los jest ściśle związany z losem całego królestwa. Jeśli mimo informacji, które udało ci się ustalić, Mości Król nie podejmie działań, aby odnaleźć  Lady Christine, to nie tylko ona będzie zagrożona, ale również cała wasza dynastia.

– Działać będę dla dobra królestwa, Agatho. - odparła zniecierpliwiona, kontrolując wybuch cynizmu, którzy tlił się gdzieś w jej głębi. – Jednak to nie oznacza, że muszę być królową. Wykorzystaj swoje umiejętności, swoje koneksje, abyśmy mogły odnaleźć Christine. Jednak nie mów nikomu o moim zaangażowaniu. Chcę działać w cieniu, bez świateł reflektorów. Victor toczy swój własny taniec intryg, a Flockhart jest gotów grać nieczysto. 

Agatha pochyliła głowę, akceptując zadanie postawione przed nią przez Annabel. Choć wewnętrznie wahała się i czuła ciężar odpowiedzialności, wiedziała, że musi działać zgodnie z wolą księżniczki.

– Rozumiem.– odparła ciężko, ale widać było, że słowa Annabel nie przypadły jej do gustu.– Postaram się działać dyskretnie i skorzystam ze wszystkich dostępnych środków, aby odnaleźć Christine.

– Dziękuję, Agatho Informuj mnie regularnie o postępach, ale uważaj, byś nie wpadła w sidła intryg. Flockhart jest niebezpieczny, a mój kuzyn... cóż, z jego strony też można się spodziewać wielu niespodzianek.

Agatha skinęła głową, zrozumiała ważność zadania przed nią postawionego. Obydwie kobiety, każda z własnymi obawami i celami, stanęły na skraju tej opowieści, która miała zadecydować o losach Księżniczki Christine. Słońce nadal świeciło mocnym blaskiem, a wiatr delikatnie ułatwiał chwilę zadumy. 

Myśli Annabel zabłądziły natenczas w krainie tajemnic, gdzie wcześniej szukała śladów zaginionej kuzynki. Jednocześnie wzrok jej utkwił w wieży, która zdawała się przechodzić przez transformację, zatopioną w złocistym blasku palącego słońca.


 

Charlie Weasley przebywał w swoim namiocie na obrzeżach Rezerwatu smoków, otulony gęstym zapachem dymu i przypalonej drewnianej podłogi. W pokoju panowała ciężka atmosfera, a żarzące się oczy Charliego podkreślały zmęczenie i zmartwienie. Drewniana podłoga zaś skrzypiała pod ciężarem jego myśli, gdy przemieszczał się z jednego końca pokoju na drugi. Za oknem, niebo przybierało odcienie pomarańczy pod wpływem zachodzącego słońca, a na ścianie wisiał stary koc z rdzawymi wypalonymi śladami. Charlie obracał w dłoniach jedną ciemnozielonych łusek, gładząc ją mechanicznie. Usiadł na skórzanym fotelu, opierając głowę na dłoniach, które osłaniały twarz. W jego myślach toczyły się burzliwe obrazy ostatnich dni — chwile, w których Lumini rozwinął skrzydła, unosząc się w powietrzu, tym samym odlatując w świat smoków, który stał już przed nim otworem. Charlie czuł dumę, ale jednocześnie w sercu miał głęboką ranę.

Niedaleko leżała sterta notatek i podręczników o smokach, porozrzucanych na podłodze. Charlie zgubił się w pyłach wiedzy, próbując zrozumieć, dlaczego nawet teoretyczne przygotowanie nie zdołało ułatwić mu rozstania się z Luminim. Na stoliku przed nim wiły się także zszargane notatki. Rozmyślał nad każdym szczegółem związanym z opieką nad smokami, a wszystkie myśli krążyły mu wokół jednego punktu. Ostatnim zadaniem dla młodego smokologa było zawarcie w swoich notatkach wszystkich, nawet najdrobniejszych informacji dotyczących rozwoju i zachowań Luminiego. Chciał dostarczyć Ministerstwu kompletnych informacji, aby jego podopieczny mógł zostać uznany za nowy gatunek, co otworzyłoby drogę do specjalnej opieki Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Było to jego obowiązkiem, ale również źródłem niepokoju dla samego Charliego. Zatopiony w fotelu, masując skronie, próbował złapać oddech. Jego myśli krążyły między zadaniem smokologa a troską o Annabel, która oddała notatki dotyczące Aseriela już kilka dni wcześniej, a towarzyszące jej słowa, „To tylko przysporzy ci cierpienia,” brzmiały mu w głowie. Jednocześnie widział w jej oczach ukryty żal, który w tym czasie tak skrzętnie próbowała przed nim ukryć.

Niebo za oknem stopniowo tonęło w mroku, a jedyne światło w namiocie pochodziło z trzęsącego się ogniska. Charlie spojrzał na nie, widząc w płomieniach tańczące cienie, które odzwierciedlały jego własne wewnętrzne zamieszanie. Wstał z fotela, podszedł do okna i przeciągnął zasłony, odsłaniając ostatnie promienie zachodzącego słońca. Patrzył w dal, a zarazem widział tylko kontury Luminiego unoszącego się na tle purpurowego nieba. To był obraz, który pozostawił w jego umyśle głęboką wiarę. Postanowił ponadto zebrać rozrzucone notatki, próbując w ten sposób poukładać w sobie myśli. Zajęcie to miało także symboliczne znaczenie — jak gdyby porządkowanie archiwaliów miało przyczynić się do uporządkowania jego roztrzaskanego świata. Rękami przesuwał papiery, a każda strona zawierała kawałek tej niezwykłej historii, która teraz zdawała się mu wymykać.

Głęboko pogrążył się w pracy nad dokumentacją, próbując zgromadzić wszelkie informacje na temat Luminiego. Jego myśli krążyły między teoretycznymi aspektami smokologii a osobistym doświadczeniem utraty. Z każdym przewróconym arkuszem papieru odkrywał kolejne szczegóły związane z rozwojem i zachowaniami smoka. 
W miarę jak zapisywał kolejne obserwacje, Charlie zdał sobie sprawę, że jego zadanie jako smokologa stawało się również rodzajem terapii. To wydawało się jedyne, co teraz posiadał — skupienie na pracy, analizowanie faktów i tworzenie porządku z chaosu emocji. Podczas gdy słońce chyliło się ku zachodowi, Charlie wciąż przeglądał notatki, zastanawiając się, czy da się znaleźć sens w tym, co się stało. Wiedział, że jego praca może przyczynić się do uzyskania specjalnej ochrony dla Luminiego ze strony Ministerstwa, co mimo ogromnego bólu, który nawiedził jego nadgarstek, dawało mu dodatkową motywację do działania.

W pewnym momencie zauważył ostatnie promienie zachodzącego słońca, które oświetlały namiot, tworząc złote refleksy na ścianach. Zdecydował się przerwać pracę na chwilę i spojrzeć na to widowisko. Zewsząd płynące dźwięki Rezerwatu smoków — od odległych ryku do subtelnych szmerów nocy — wypełniły namiot, a nadmiar myśli i ogrom ciężkiej pracy posłał go w objęcia Morfeusza


Annabel powróciła do Rezerwatu w nocnej ciszy, gdzie gwiazdy migotały na niebie niczym odległe punkty magicznej choreografii. Wcześniejsza mżawka deszczu ustąpiła miejsca wilgotnej atmosferze, a ścieżki były oświetlone bladym światłem księżyca. Jednak nawet ta malownicza sceneria nie mogła ukoić wewnętrznego chaosu młodej smokolożki.

W miarę jak przemierzała Rezerwat, mroczne myśli krążyły w jej umyśle niczym cienie. Rozmowa z Agathą ciągle powracała, a przymus wypuszczenia Aseriela na wolność nadal wzbudzał w niej smutek i głęboką niesprawiedliwość. Wewnątrz czuła ciężar odpowiedzialności za los smoka, który stał się nie tylko jednym z najbliższych jej sercu istot w Rezerwacie, a także w pewnym sensie potomstwem, którego jej smocza część przygarnęła i otoczyła należytą opieką. Pamięć przenosiła ją do chwil, kiedy Aseriel był jeszcze młodym smokiem, pełnym beztroski i radości. Widziała go, jak bezgranicznie bawił się w kaskadzie płomieni, które sam wytworzył. Jego czarne łuski lśniły w blasku ognia, a oczy świeciły się z radości. W jej sercu tęsknota mieszała się z żalem. Odczuwała utratę, jakby coś ważnego zostało oderwane z jej życia. Rozmowa z Agathą dodatkowo pogłębiła wewnętrzny konflikt. Z jednej strony lojalność wobec rodziny królewskiej, do której przecież już nie powinna należeć a z drugiej, tęsknota za tym, co utraciła — za Aserielem, który teraz musiał znaleźć swoje miejsce w dzikim, wolnym świecie.

Zamiast wrócić do namiotu, Annabel szła bez celu po Rezerwacie. Każdy krok przypominał jej o dawnych czasach, o chwilach, gdy Aseriel był jeszcze małym smoczym podopiecznym. Wspomnienia powoli ożywały przed jej oczami. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie, kiedy to znalazła poranionego smoka w gęstwinie. Jego łuskowate ciało było niewielkie, a oczy pełne lęku. Annabel musiała go przygarnąć, a w miarę upływu czasu ich więź rosła. Mały Aseriel podążał za nią wszędzie, niczym ciekawe dziecko, odkrywając piękno Rezerwatu i tajemnice otaczające ich świat.

Te wspólne przeżycia stanowiły kolorową mozaikę, teraz jednak poplamioną łzami tęsknoty. Pierwszy raz, gdy Aseriel wzbił się w niebo, rozbłysła w jej pamięci. Jego łuski migotały w świetle wschodzącego słońca, a Annabel czuła, że świadkowie ich szczęścia to nie tylko gwiazdy, lecz także same siły natury. Natomiast teraz, tamte chwile były jak bajkowy sen, zbyt krótki i efemeryczny.

Z tą myślą postanowiła wrócić do namiotu, lecz zanim to zrobiła, rzuciła ostatnie spojrzenie na scenerię, która świadczyła o ich wspólnych przygodach. Jej serce zabiło w piersi, a myśli krążyły wokół obecnej sytuacji. Decyzja o wypuszczeniu Aseriela była bolesna, ale konieczna. Smok musiał znaleźć swoje miejsce w świecie, a Annabel miała za zadanie znaleźć siłę, by kontynuować walkę o bezpieczeństwo rodziny królewskiej i odnalezienie zaginionej Christine.

Zbierając ostatnie wspomnienia z Rezerwatu, Annabel ruszyła w kierunku namiotu, a przeplatające się myśli o Aserielu, Rezerwacie i zaginionej krewnej sprawiały, że czuła się jak narrator nieodgadnionej opowieści, która nadal miała przed sobą wiele rozdziałów.

Namiot w Rezerwacie przywitał ją ciepłem i blaskiem światła. Annabel usiadła, pochylając się nad mapami,  próbując rozwiązać skomplikowany układ, który ukrywał odpowiedzi na pytania o losy Christine. Chociaż zewsząd dobiegały dźwięki nocnej przyrody, w jej umyśle nadal echały rozmowy z Agathą. Podejmowanie trudnych decyzji było nieuchronną częścią jej roli, ale teraz musiała spojrzeć w przyszłość i zebrać siły, by kontynuować poszukiwania. Odpowiedzi tkwiły gdzieś w podziemiach wyspy, a Annabel była zdeterminowana, by je odnaleźć.



 

Następnego dnia, o poranku, Annabel spotkała się z Charliem przy drewnianym stole na tarasie, gdzie śniadanie serwowano pod otwartym niebem. Delikatny wiatr rozwiewał zapachy świeżo naparzonej herbaty i rozkładających się owoców, a ptaki śpiewały wesoło na tle szumiących liści, tworząc harmonię natury, zakłóconą jedynie żwawą dyskusją pomiędzy partnerami.

– Musiałam z nią porozmawiać, Charlie. Musiałam powiedzieć, co wiem, Agatha jest jedyną czarownicą na dworze, której lojalność jest niepodważalna.

– Lojalność wobec kogo, Annabel? – Charlie leniwie odłożył łyżeczkę, którą przed chwilą energicznie mieszał w swoim kubku pełnym kawy. – Wobec ciebie, czy Króla?

Annabel spojrzała na Charliego, a w jej oczach pojawiło się rozterka. Delikatny cień niepewności mknął po jej twarzy, ale zaraz potem ustawiła się prosto i odpowiedziała, utrzymując kontakt wzrokowy.

– Nie jestem pewna, Charlie. Może obu, ale to nie jest teraz ważne. Agatha potrafi czarować i jestem przekonana, że dowie się o czymś, czego ja nie jestem w stanie z poziomu Rezerwatu uczynić. Znam ją tyle lat. Jest mądra i całą pewnością nie zrobi niczego, co pogrzebałoby szanse na odnalezienie Christine.

– Ale co z Victorem? – spytał nagle, ucinając temat kobiety. – Nie znasz przecież wszystkich kart, jakie chowa w rękawie, a te mogą być nawet takie, że twój kuzyn doskonale wie, gdzie może znajdować się jego siostra, ale z jakiejś przyczyny nie zamierza jej szukać.

– Co masz na myśli? – spytała, a Charlie spojrzał na nią z pewnym zastanowieniem, próbując dojść do sedna sprawy.

– Chodzi mi o to, że może istnieć jakiś układ, umowa, czy tajemnica, której nie znamy. Victor może mieć swoje własne powody, dlaczego jest taki bierny w tej sytuacji. Nie możemy zakładać, że wszystko jest takie, jakim się wydaje. W końcu jego siostra zaginęła, a doskonale pamiętam, jak mi mówiłaś, że zrobił absolutnie minimum, aby ją odnaleźć. – przerwał, ukradkiem spoglądając na reakcję swojej partnerki. – Gdyby to był ktoś z mojego rodzeństwa, zrobiłbym wszystko, aby ich uratować. Postąpiłbym jak ty, nie jak on.

Annabel spojrzała na Charliego z wyrazem zdumienia i niepewności. Jego słowa o Victorze budziły w niej wątpliwości i niepokój. Mimo że ufała w intencje swojego kuzyna, teraz zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście znała go tak dobrze, jak sądziła.

– Charlie, nie możemy zakładać najgorszego. Victor może mieć swoje powody, których nikt nie zna. – próbowała tłumaczyć, starając się znaleźć usprawiedliwienie dla jego działań.

– Annabel, to o jego siostrze mówimy. Księżniczce Islay. Co więcej o jego możliwej zastępczyni. Gdybyś ty zniknęła, czy ja siedziałbym bezczynnie i czekał na cud? Nie wydaje ci się, że Victor powinien robić więcej? – spojrzał na nią poważnie, dostrzegając w jej oczach refleksje, a słońce coraz wyżej wznosiło się na niebie, rzucając złote promienie na ich rozmowę. – Ludzie potrafią być zaskakująco skomplikowani, zwłaszcza gdy chodzi o ukrywanie prawdy.

Annabel spojrzała na Charliego z głębokim westchnieniem, a ich rozmowa na chwilę ustała. Wokół nich świat migotał w blasku porannego słońca, które sprawiało, że liście drzew tańczyły w rytmie delikatnego wiatru. Odczuwała, jak atmosfera wokół nich staje się coraz bardziej nasycona emocjami, lecz poranna cisza, tylko przełamana szumem liści i śpiewem ptaków, zdawała się stanowić idealne tło dla ich rozważań. 

Charlie spoglądał na nią z intensywnym wyrazem twarzy, a światło słońca podkreślało cienie na jej rysach. Jego słowa brzmiały jak sensowna analiza sytuacji, która sprawiła, że przez chwilę Annabel pomyślała, iż może istnieć coś więcej niż tylko pozorna oczywistość. Jednak nie była do końca przekonana, czy emocje, odnośnie niechęci do jej kuzyna nie biorą góry nad jego zdrowym osądem. Oczywiście istniała również możliwość, że to właśnie Charlie patrzy na sprawę trzeźwo, a to ona robi to zupełnie na odwrót, kierując się jakimiś niedorzecznymi ideałami, które wpajano jej od dziecka. 

Była jednak zmuszona podejść do sytuacji z rozwagą, ale zarazem nie mogła wykluczyć żadnej możliwości. Oddawała jego spojrzenie z wewnętrznym konfliktem, próbując zbalansować swoje uczucia wobec Victora i zdrowe podejście do rzeczywistości. Zdawała sobie sprawę, że świat dworskich intryg jest pełen sprzeczności i niewiadomych, a jej lojalność wobec rodziny w jakiś sposób kolidowała z troską o bezpieczeństwo zaginionej Christine. Charlie zaś z powagą wskazywał na możliwość ukrytych motywacji i tajemnic, które mogły kryć się za biernością Victora. Nie umknął jej jednak fakt, iż ten poznał Króla tylko od tej gorszej strony. Niewykluczone nawet jest to, że to właśnie ona nieświadomie w jakiś sposób wpłynęła na jego opinię, stawiając go w niekorzystnym świetle.

– Masz rację Charlie, ale nie chcę postrzegać zgoła swojego kuzyna jako zdrajcy. Znam go zbyt dobrze, by uwierzyć, że mógłby działać wbrew dobru wyspy. Trzeba znaleźć równowagę między zrozumieniem a byciem gotowym na odkrycie prawdy – powiedziała Annabel, starając się wyrazić swoje wewnętrzne rozterki. – Może być też tak, że oboje mamy po części słuszność.

– Annabel, nie sugeruję, żebyś od razu zakładała, że Victor jest zdrajcą. Po prostu radzę, żebyś była ostrożna i nie ufała mu w taki ślepy sposób. Działanie w tej sytuacji wymaga równowagi między lojalnością a zdrowym sceptycyzmem. Musimy działać ostrożnie i z głową – kontynuował Charlie. – Spróbujmy dowiedzieć się więcej, bez podejmowania pochopnych decyzji. Poczekajmy na to, co ustali Agatha. Dobrze?

Annabel przytaknęła w geście zgody. Wobec powyższego postanowili kontynuować śniadanie, głęboko zanurzeni w rozmowie o strategii, jaką w późniejszym czasie przyjmą w poszukiwaniach Christine. Drewniany stół na tarasie stał się miejscem narad, gdzie w cieniu porannego słońca rozważali każdy możliwy trop. Jednak w miarę pogłębiającej się rozmowy Annabel zauważyła zmęczenie, które coraz bardziej malowało się na twarzy Charliego. Dzień dopiero się zaczął, a jej partner nigdy nie miał problemu ze snem. Jego zazwyczaj żywe oczy były trochę przygaszone, a mimika twarzy wydawała się bardziej przygnębiona niż zwykle.

– Czy wszystko z tobą w porządku? – zapytała z troską, jednocześnie podnosząc filiżankę z herbatą do ust. – Wydajesz się być wycieńczony.

Chłopak uniósł wzrok z talerza, na którym rozłożone były resztki śniadania, i uśmiechnął się lekko, choć był to grymas pełen wytężonego wysiłku.

– Po prostu źle spałem – odpowiedział, starając się brzmieć jak najbardziej przekonująco.

– Charlie, znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy kłamiesz. Co się dzieje naprawdę? Zdajesz się być przytłoczony czymś większym niż tylko zwykłą nieprzespaną nocą.

Charlie wzruszył lekko ramionami, ale w jego oczach malował się ślad niepokoju. Annabel nigdy nie miała problemu z rozszyfrowaniem jego emocji. Tym samym nigdy nie pozwalała mu błądzić samemu wewnątrz swoich myśli. Była to rzecz nieprzeciętnie cudowna, ale jednocześnie niepokojąco gorzka.

– Przez połowę nocy zastanawiałem się nad Luminim. Notatki, które przygotowuję dla Ministerstwa, nie wydają mi się wystarczająco dobre. Obawiam się, że przez to nie uzna go za nowy gatunek smoka.

– Jesteś zbyt krytyczny wobec siebie. – odparła bez namysłu. – Zawsze jesteś niezwykle zaangażowany w swoją pracę, zwłaszcza jeśli chodziło o Luminiego.

– Ministerstwo jest surowe, a ja nie wiem, czy uznają moje odkrycia za wystarczające, by uznać moją rację. Nie martwi cię to, że ta sama zasada dotyczy Aseriela? – spytał z dozą ironii.

Annabel spojrzała na niego z wyrazem zrozumienia, zdając sobie sprawę, że Charlie często narzekał na siebie, nawet wtedy, gdy jego osiągnięcia były imponujące. Często obarczał się również niepotrzebnym stresem związanym z pracą, tak jakby martwiąc się tym, co może zyskać czy stracić w oczach innych ludzi.

– Wiem, że nie można kontrolować, jak Ministerstwo oceni nasze odkrycia. To, co dla ciebie jest fascynujące i ważne, może wymagać czasu, aby zostać zrozumiane przez innych. Możesz być spokojny. Bądź co bądź, nikt nie zna Luminiego i biurokratycznych wymagań tak dobrze jak ty. 

Charlie spojrzał na Annabel z refleksją. Jej słowa brzmiały jak balsam na jego zranione ego, które często poddawało się wątpliwościom. Jednak nadal nie był przekonany co do jej słów, mimo, iż Annabel zawsze była dla niego wsparciem, zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy smokologa.

– Może masz rację, być może to tylko moje nadmierne zmartwienie. – Charlie uśmiechnął się, ale w jego spojrzeniu pozostał pewien cień niepewności.

Annabel wiedziała, że nie może pozostawiać Charliego samego z tym obciążającym go poczuciem niepewności. Chociaż nie była w stanie rozwiązać wszystkich jego problemów, postanowiła zrobić wszystko, co w jej mocy, aby go wesprzeć. Podniosła się z krzesła i podszedła do niego, obejmując go delikatnie. Czuła, jak jego ciało się rozluźnia w jej objęciach, a on oparł głowę na jej ramieniu.

– Charlie, nie musisz być perfekcyjny, żeby być wspaniałym smokologiem. Nasza praca jest niesamowita, a ty jesteś jednym z najbardziej utalentowanych ludzi, jakich znam. Nie pozwól, aby niewątpliwości w takiej sytuacji cię przytłoczyły. Zaufaj sobie, tak jak ja ufam tobie. – powiedziała, starając się przekazać mu swoją pewność.– I powiem nawet więcej – odparła, dodatkowo łapiąc go za rękę. – Pójdziemy do twojego namiotu i razem przejrzymy notatki. Może zobaczymy, że są lepsze, niż mi się wydawało. 

Charlie spojrzał na nią z uznaniem i wdzięcznością. Ujął delikatnie dłoń Annabel i pocałował jej grzbiet, ukazując swoje zobowiązanie. Zaraz potem energicznie wystrzelił w górę i jakby odzyskując swój optymizm, pociągnął ją za sobą do namiotu, gdzie czekały na nich zeszyty, notatki i wszelkie dokumenty związane z anatomią ich podopiecznych, oraz badaniami nad nimi. W ciągu kolejnych godzin Annabel i Charlie zanurzyli się w tym morzu informacji, analizując każdy szczegół. Razem starali się znaleźć kluczowe elementy, które mogłyby przekonać Ministerstwo o odkryciu nowego gatunku smoka i o wartości ich pracy.

W trakcie analizy notatek Annabel coraz bardziej fascynowała się nietypową anatomią ich smoków. Jej oczy świeciły się entuzjazmem, a Charlie nie mógł oprzeć się uśmiechowi, obserwując, jak jego partnerka zanurza się w szczegółach. Tak samo jej uwaga nie skupiała się tylko na treści naukowej, ale także na twarzy Charliego, na wyrazie jego pasji i trudu, jakie wkładał w swoje badania. Wspólnie rozważali każdy szczegół, dzieląc się pomysłami i spostrzeżeniami.

Wtedy właśnie Annabel zdawała sobie sprawę, że czasem jego perfekcjonizm i samokrytyka przysłaniały mu oczy na własne sukcesy. Działała więc wtedy jak lusterko, odzwierciedlając jego wartość i wkład w badania, a z czasem Charlie zaczął doceniać jej obecność jeszcze bardziej niż wcześniej.