poniedziałek, 8 czerwca 2020

XII


Sie­działa w naj­da­lej odsu­nię­tym kącie celi, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad sobą. W jed­nym momen­cie oba głosy – jak jej się wyda­wało jej wła­sny i drugi, skrze­czący brzmiący teraz jakby wydo­by­wał się z innego świata wypeł­niał każdą komórkę w jej mózgu. Ku nie­zro­zu­mie­niu swo­jego współ­to­wa­rzy­sza nie­doli odkąd po jaskini zabrzmiały odgłosy tak dobrze im znane cho­wała swoją głowę mię­dzy nogami, głę­biej i głę­biej.
Tylko ona rozu­miała, że były to piski stra­chu.
Char­lie rów­nież je sły­szał, ale nie mógł pojąć jak bar­dzo żało­śnie one brzmią. Chciał się na nich sku­pić, ale widok tak nie­co­dzien­nie zacho­wu­ją­cej się Anna­bel po sto­kroć bar­dziej odwra­cał jego uwagę. Pró­bo­wał do niej podejść już z trzy razy, ale a każ­dym razem czu­jąc aurę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czył sta­wał w pół kroku i stał zdę­biały niczym naj­star­sze drzewo w naj­więk­szych lasach Rumu­nii.
Pod­czas kiedy ona wal­czyła ze smo­kiem gnież­dżą­cym się wewnątrz niej. Woła­jące o pomoc piski Ase­riela i Lumi­niego sta­wały się coraz dono­śniej­sze, wier­cąc ogromną dziurę w brzu­chu dziew­czyny. Wtedy też, jej zmysł słu­chu wzmoc­nił się o pra­wie połowę, przez co zerwała się z miej­sca i strą­ca­jąc po dro­dze Char­liego pod­bie­gła po krat i wyściu­biła nos na zewnątrz.
Kilka sekund póź­niej, przy celi zna­lazł się męż­czy­zna. Był ubrany w czarną, nieco pod­pa­laną szatę, która nie­wąt­pli­wie świad­czyła o jego sta­no­wi­sku. Na gło­wie nosił kap­tur, z któ­rego wyróż­niały się jedy­nie mocno wysta­jące kości policz­kowe, a także zimny wzrok pozba­wiony emo­cji. Był o głowę wyż­szy od Anna­bel i z całą pew­no­ścią od niej chud­szy. Jego pele­ryna lekko powie­wała w różne strony, co jedy­nie pod­kre­ślało jego lichą syl­wetkę.
– Natych­miast nas stąd wypuść. – roz­ka­zała tonem, któ­rego nie powsty­dzi­łaby się nawet jej rodzina.
Męż­czy­zna w odwe­cie zaśmiał się kpiąco.
– Nie sądzę, bym mógł to zro­bić.
– Ty chyba nie wiesz z kim masz do czy­nie­nia.
– Z dwójką zło­dziei, któ­rzy poła­sili się na cudze zdo­by­cze, oczy­wi­ście. – roz­cią­gnął usta w obrzy­dli­wym uśmie­chu.
– Lumini i Ase­riel nie są niczyją wła­sno­ścią, a tym bar­dziej ludzi któ­rzy zosta­wili je na śmierć, o ile można was tak nazwać. – ode­zwał się Char­lie w dal­szym ciągu nie zbli­ża­jąc się do Anna­bel.
 – Dam wam radę na przy­szłość o ile takowa na Was jesz­cze czeka. Nigdy nie przy­wią­zuj się do nikogo, ani niczego, prę­dzej czy póź­niej i tak to utra­cisz.
– Nie obcho­dzi nas Twoja histo­ria, cza­ro­dzieju. – Anna­bel wypro­sto­wała się dum­nie. – Możesz wie­rzyć, lub nie w cokol­wiek chcesz, ale Twój głos nie zosta­nie wysłu­chany.
Przez chwilę po twa­rzy męż­czy­zny prze­le­ciała nurka roz­go­ry­cze­nia.
– Wyda­wało mi się, że to wy jeste­ście uwię­zieni i że to wła­śnie Wy powin­ni­ście bła­gać o litość.
– Tylko fizycz­nie, ale z tej celi da się uciec. – Unio­sła głowę nie oka­zu­jąc żad­nego stra­chu. – Psy­chiczne wię­zie­nie i zni­koma moral­ność zawsze pro­wa­dzą do zguby.
– Kimże ty jesteś, żeby tak pochop­nie oce­niać inne osoby?
– Kimś, kogo ni­gdy nie powi­nie­neś spo­ty­kać na swo­jej dro­dze.
Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi. Przez chwilę można było odnieść wra­że­nie, że słowa Anna­bel w jakimś stop­niu do niego dotarły, ale był to zgubny trop. Jego usta roz­cią­gnęły się w jesz­cze szer­szym szy­der­czym uśmie­chu, odwró­cił się na pię­cie i roz­ba­wiony znik­nął za ścianą, co zanie­po­ko­iło przysłu­chującego się tej nie­przy­jem­nej wymia­nie zdań Char­liego.
– Anna­bel słu­chaj, nie powin­naś się z nimi spie­rać, przy­naj­mniej do czasu, póki nie będziemy mieć kon­kret­nego planu, jak stąd wyjść. – zwró­cił się do niej, ale nie uzy­skał żad­nej odpo­wie­dzi, więc pod­szedł do niej i poło­żył rękę na jej ramie­niu. – Nie możemy się teraz wychy­lać, mogą nam coś zro­bić, albo co gor­sza mło­dym.
Brwi dziew­czyny ści­snęły się, a na jej czole poja­wiły się zmarszczki, któ­rymi mogłaby się poszczy­cić osoba dwa razy star­sza niż Anna­bel.
– Wiem co robię. – mruk­nęła posęp­nie i strze­pała rękę chło­paka z swo­jego ramie­nia.
– Czyżby…
Puściła tę znie­wagę mimo uszu i przy­bli­żyła się bar­dziej do krat. Char­lie miał wra­że­nie, że ta odle­głość jest taka nie­wielka, że jeśliby tylko skró­cić dystans pomię­dzy jej cia­łem, a kratką, odgra­dza­jącą ich od wyj­ścia o mili­metr mogłaby dosłow­nie przez nią przejść.
– Anna­bel, ja… wła­ści­wie co ty pla­nu­jesz?
Towa­rzyszka nie­doli kiw­nęła ręką, na wznak, że ma być cicho i wysta­wiła ucho za kratę.
Zamknęła oczy, aby dodat­kowo wyostrzyć już swój i tak doskonały słuch, a sekundę póź­niej do jej ucha dobiegł dźwięk dia­logu toczą­cego się około kilo­me­tra dalej.
– Młode znowu nie chcą nic zjeść, zanim znaj­dziemy na nie odpo­wied­niego kupca, zmar­nieją w oczach i odstra­szą poten­cjal­nych klien­tów. – ode­zwał się jeden głos.
– Jak myślisz kre­ty­nie, że po nam była tamta dwójka. – odpo­wie­dział mu drugi, w któ­rym Anna­bel roz­po­znała tego, z któ­rym przed chwilą roz­ma­wiała.
– Ale sze­fie, jak mamy ich zmu­sić do tego?
– Sami na to pójdą, zdaje się, że zdą­żyli już się do nich przy­wią­zać. – odpo­wie­dział, pra­wie wyplu­wa­jąc to ostat­nie słowo.
Anna­bel pomy­ślała, że męż­czy­zna musiał mieć naprawdę nie­przy­jemną prze­szłość, skoro wypo­wiada się w taki sposób o przy­wią­za­niu do cze­go­kol­wiek.
– Jesz­cze jedno Arde­lean, sprawdź mi co to za cza­row­nica. Chcę wie­dzieć o niej wszystko – skąd pocho­dzi, kim byli jej rodzice, przy­ja­ciele, nawet jaki roz­miar buta nosi. Wszystko jasne? – głos na chwilę ucichł, zapewne jego wła­ści­ciel cze­kał na potwier­dze­nie. – Jesz­cze jedno, nie roz­ma­wiaj o tym z nikim, tylko od razu przyjdź do mnie.
Rozmowa uci­chła, a Anna­bel zna­cząco pobla­dła po twa­rzy. Wie­działa, że jej toż­sa­mość jest bar­dzo dobrze ukryta przez Mini­ster­stwo, ba nawet na potrzeby nauki w szkole Magii i Cza­ro­dziej­stwa, jej życio­rys uległ ogrom­nej zmia­nie, tak aby była mak­sy­mal­nie chro­niona, ale nie miała pew­no­ści czego mogła się spo­dzie­wać po naj­więk­szej gru­pie han­dlu­ją­cej smo­kami na świe­cie i jak daleko się­gają ich zna­jo­mo­ści. W jed­nym momen­cie pod­dała w wąt­pli­wość to, że na­dal może pozo­stać tą samą zwy­czajną Anna­bel Fou­tley, którą tak odda­nie grała przez połowę swo­jego życia, a w jej gło­wie zaczęły się plą­sać sce­na­riu­sze, w któ­rych zostaje ujaw­niona jesz­cze jedna – nawet wię­cej zna­cząca prawda o jej pocho­dze­niu.



Tym­cza­sem nad obóz smo­ko­lo­gów w Rumu­nii zawi­sły czarne chmury, pierw­szy raz od ponad trzy­dzie­stu lat komu­kol­wiek udało się prze­bić przez potężną barierę, ochra­nia­jącą cały obóz. Co wię­cej han­dla­rzom udało się por­wać kil­koro mło­dych smo­ków, a także dwójkę spra­wu­ją­cych nad nim opiekę cza­ro­dzie­jów.
– Kent, do godziny chcę mieć wypeł­niony raport doty­czący zagi­nio­nych smo­ków. – odparł Matei, który w tym momen­cie został oto­czony przez swo­ich pod­wład­nych, obej­mu­ją­cych waż­niej­sze funk­cje w obo­zie.
Star­szy męż­czy­zna o nieco przy­gar­bio­nej syl­wetce i mocno zary­so­wa­nej szczęce ukło­nił się nisko i odszedł w stronę budynku, w któ­rym swą ostoje miały naj­młod­sze z bestii zamiesz­ku­ją­cych rezer­wat.
– Ilie­scu. – tym razem Matei zwró­cił się do Cza­ro­dzieja na oko czter­dzie­sto­let­niego, o sze­ro­kich bar­kach, nie­mal nie­wia­ry­god­nym wcię­ciem w tali, oraz o spo­koj­nych, ale suro­wych oczach. – Zbierz swo­ich ludzi. Straż­nicy któ­rzy nie ucier­pieli w walce przy­da­dzą się do stwo­rze­nia nowej, o wiele moc­niej­szej bariery, ale nie takiej chu­sty jak wcze­śniej.
– Sze­fie…– prze­rwał mu nie­mal piskli­wym gło­sem młody asy­stent, który zazwy­czaj swoją rolę ogra­ni­czał do przy­nieś podaj poza­mia­taj.– Depar­ta­ment Mię­dzy­na­ro­do­wej Współ­pracy Cza­ro­dzie­jów przy­słał do nas swo­jego przed­sta­wi­ciela z Bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa Magii, chce zadać Panu kilka pytań doty­czących dwójki pra­cow­ni­ków, por­wa­nych pod­czas ataku.
– I tak póź­niej niż zazwy­czaj. – syk­nął zmę­cze­nie cza­ro­dziej, po czym przy­jaź­nie pogła­dził po ramie­niu Nadzorcę straży w Rezer­wa­cie.

Gdy tylko Matei wszedł do swo­jego namiotu od razu spo­strzegł zna­jomą syl­wetkę.
– Vla­di­mir Ena­che; Depar­ta­ment Mię­dzy­na­ro­do­wej Współ­pracy Cza­ro­dzie­jów. – prze­sta­wił się męż­czy­zna, ubrany w nie­tu­zin­kowy, bogaty jak na te czasy gar­ni­tur i wycią­gnął rękę,
– Wiem kim jesteś. – odparł Vasille, który z nie­ukry­waną nie­chę­cią do swo­jego roz­mówcy, udał się w stronę biurka, igno­ru­jąc jego dłoń.
Vla­di­mir odchrząk­nął, po czym zajął miej­sce naprze­ciwko Matei’a.
– Oczy­wi­ście, że wiesz, ale pro­ce­dury. Sam rozu­miesz. – uśmiech­nął się nie­mal przy­ja­ciel­sko.
Każdy czło­wiek miał histo­rię ze swo­jej prze­szło­ści, o któ­rej chciałby jak naj­szyb­ciej zapo­mnieć. Matei rów­nież miał swoje tajem­nice, a tak bli­ska obec­ność tego kon­kret­nego męż­czy­zny przy­po­mi­nała mu o naj­gor­szym. O cza­sach, gdy ugiął się pod naci­skami Czar­nego Pana i stał się jed­nym z jego poplecz­ni­ków nie wie­dząc z tym to się wiąże, a ten czło­wiek ści­gał go tyle lat.
– Myśla­łem, że przy­ślą kogoś, mniej jed­no­stron­nego. – odparł krzy­wiąc się lekko.
– Pamię­tliwy a cie­bie czło­wiek, Matei. – oczy mu się zaświe­ciły. – Ale bez obaw, czasy naszych sprze­czek skoń­czyły się jede­na­ście lat temu.
– Dla mnie są wieczne żywe, Ena­che. Twoja twarz prze­śla­duje mnie co noc… – mruk­nął sucho. – … w naj­gor­szych kosz­ma­rach.
Cza­ro­dziej ciu­mknął ustami.
– To nie moja twarz cię prze­śla­duje, przy­ja­cielu. Tylko obli­cza tych, któ­rych skrzyw­dzi­łeś… ja oczy­wi­ście jestem tylko skrom­nym pośred­ni­kiem. – uśmiech­nął się zja­dli­wie, po czym wyjął z kie­szeni pióro, naskro­bał coś na per­ga­mi­nie i ponow­nie spoj­rzał na prze­słu­chi­wa­nego. – Wra­ca­jąc do powodu mojej wizyty tutaj chciał­bym wie­dzieć, jak to się stało, że dwójka stu­diu­ją­cych tutaj życie smo­ków cza­ro­dzie­jów zostało upro­wa­dzo­nych z tak dobrze strze­żo­nego obozu?
Matei skie­ro­wał oczy na biurko, a póź­niej na roz­mówcę, a potem znowu na biurko.
– Han­dla­rze znali zaklę­cia, które mogły uszko­dzić naszą tar­czę, wie­dzieli dokład­nie gdzie znaj­dują się młode smoki. Nie­wy­klu­czone, że ktoś z obozu z nimi współ­pra­cuje.
– Nie­dawno wska­zał Pan nie­jaką Anna­bel Foutley jako podej­rzaną bez żad­nych powo­dów, teraz ona była jedną z dwójki por­wa­nych osób, czy na­dal utrzy­mu­jesz, że to ona mogła być tą osobą?
Matei wraz spoj­rzał na twarz swo­jego roz­mówcy, który na­dal noto­wał coś na swoim per­ga­mi­nie.
– Nie twier­dzi­łem, że jest podej­rzana, wspo­mnia­łem jedy­nie o tym, że jej urlop pokrył się nie­spo­dzie­wa­nie z pierw­szym najaz­dem na obóz. Pro­szę nie prze­krę­cać moich słów.
– Panna Anna­bel, tak samo jak i Pan Char­les Wesley dostali pod swoją opiekę smoki, co nie jest do końca zgodne z zasa­dami Rezer­watu. – zigno­ro­wał go. – Dla­czego?
– Tutej­sze Mini­ster­stwo wie, że był to jedyny spo­sób, aby dobro­wol­nie kar­mić młode. Panna Foutley, tak samo jak i Pan Weasley, zna­leźli te młode. Podej­rze­wam, że mogły wcze­śniej znaj­do­wać się pod opieką kogoś innego. Nie do końca wiem, co prze­żyły będąc tam, ale począt­kowo były bar­dzo nie­ufne, nie przyj­mo­wały poży­wie­nia z rąk innych opie­ku­nów. Smoki zapa­mię­tują twa­rze, lepiej niż ludzie, czy inne istoty, po pro­stu musiały sko­ja­rzyć ich twa­rze z wol­no­ścią, dla­tego oso­bi­ście zawia­do­mi­łem tutej­sze wła­dze o koniecz­no­ści wdro­że­nia ich do pro­jektu, zarze­ka­jąc się jed­no­cze­śnie o wzmo­żo­nej kon­troli ich poczy­nań.
– Rozu­miem. – mruk­nął pochy­la­jąc się nad per­ga­mi­nem i obej­mu­jąc tekst napi­sany na nim wzro­kiem. – Ase­riel i Lumini, bo tam ma tutaj napi­sane. Jak dobrze sko­ja­rzy­łem były jedy­nymi mło­dymi, które zostały por­wane. Jak więc wyja­śni Pan fakt, że mając obok resztę pod­opiecz­nych, te zostały zigno­ro­wane przez naj­więk­szą grupę han­dla­rzy smo­kami w tej czę­ści świata?
– Tego nie potra­fię wyja­śnić, nie zauwa­ży­łem żeby były one spe­cjal­nie wyjąt­kowe. Cho­ciaż ich sto­su­nek do sie­bie jest bar­dzo spe­cy­ficzny, tak jakby wycho­wy­wały się ze sobą od naj­młod­szych lat.
– Pro­szę zasta­no­wić się dokład­nie, mogło coś wam umknąć i zapewne tak było. – Ena­che spoj­rzał w końcu na swo­jego roz­mówcę, a dostrze­ga­jąc na jego twa­rzy nutkę znie­cier­pli­wie­nia, roz­cią­gnął usta w sze­ro­kim, a jed­no­cze­śnie kpią­cym uśmie­chu.
Chwila ciszy, na zewnątrz było sły­chać głosy które jed­no­cze­śnie świad­czyły, że na zewnątrz zro­biło się więk­sze zamie­sza­nie, niż wtedy kiedy wycho­dził, mimo to przy­po­mniał sobie jedną rzecz.
– Ase­riel na początku nie potra­fił ziać ogniem, miał z tym nie małe pro­blemy co było dziwne patrząc na to, że Hebrydz­kie uczą się tej sztuczki o wiele szyb­ciej niż przed­sta­wi­ciele innych ras. Poza tym jego cechy cha­rak­te­ry­styczne w jakimś stop­niu róż­niły się od cech mło­dego Hebrydz­kiego, jed­nak nauka zna takie przy­padki, kiedy to róż­nice pomię­dzy gatun­kami pogłę­biały się wraz z wie­kiem…– prze­rwał sły­sząc jak har­mi­der w Rezer­wa­cie zro­bił się więk­szy.– Czy możemy już skoń­czyć to prze­słu­cha­nie, moi pra­cow­nicy muszą…– wstał, ale pio­ru­nu­jący wzrok wysłan­nika Bry­tyj­skiego Mini­ster­stwa Magii przy­gwo­ździł go z powro­tem do krze­sła.
– Pań­scy pra­cow­nicy na pewno zro­zu­mieją, że zagi­nię­cie dwójki z nich to poważna sprawa i z całą pew­no­ścią pora­dzą sobie jesz­cze chwilę, czy dwie. – odparł lodo­wato, aż Matei w pew­nym momen­cie poczuł się mniej pew­nie niż zwy­kle w jego towa­rzy­stwie. – Odnaj­duję tu jesz­cze kilka nie­ści­sło­ści, które mam nadzieję zostaną dzi­siaj wyja­śnione.



Zoba­czyli naj­pierw kawa­łek klatki, a sekundę póź­niej jeden z nie­zna­nych im han­dla­rzy prze­niósł przez drzwi Ase­riela, który jakby wyczu­wa­jąc obec­ność jego opie­kunki zaskrze­czał i wyściu­bił nos przez klatkę. Był prze­ra­żony.
Anna­bel rów­nież dostrze­ga­jąc mło­dego pomniej­szo­nego o pra­wie połowę jego wyso­ko­ści w bar­dzo cia­snej klatce, zupeł­nie nie przy­sto­so­wa­nej do prze­trzy­my­wa­nia mło­dych smo­ków, zerwała się na rów­nie nogi i kom­plet­nie zapo­mi­na­jąc o łań­cu­chu, który ogra­ni­czał im dystans do mini­mum krzyk­nęła z bólu.
– Gdzie Lumini? – spy­tał sucho Weasley, orien­tu­jąc się, że w klatce znaj­duje się tylko Hebrydzki.
Młody chło­pak o wiel­kich zie­lo­nych oczach wpa­trzo­nych gdzieś w prze­strzeń, nie odpo­wie­dział, pamię­ta­jąc o zaka­zie komu­ni­ko­wa­nia się z kim­kol­wiek.
– Ase­riel. – odparła Anna­bel, nacie­ra­jąc na kratę tak bar­dzo jak tylko było to moż­liwe. – Nie martw się, jestem tutaj.
Na te słowa młody pró­bo­wał jak naj­szyb­ciej wydo­stać się z klatki i despe­racko ude­rzył główką o jeden z jej żela­znych prę­tów.
– Nie, nie rób tak. Musisz być dzielny. Czy ty nie widzisz, co on robi? – zwró­ciła się do chło­paka. – Zrobi sobie krzywdę, jeśli go do mnie nie przy­bli­żysz.
Ase­riel zaskrze­czał ponow­nie. Chło­pak jakby igno­ru­jąc jej słowa uniósł czer­wone, obite wia­derko drugą ręką i odparł:
– Pora kar­mie­nia. – poło­żył go tak bli­sko kraty, żeby Anna­bel mogła spo­koj­nie ope­ro­wać ręką, a obok rzu­cił klatką z smo­kiem z wiel­kim hukiem, zaraz póź­niej pod­szedł do wrót i przy­niósł Lumi­niego w oddziel­nej klatce tak samo pomniej­szo­nego jak Ase­riela, na co Weasley wyrósł obok dziew­czyny jak spod ziemi.
– Spo­kojne Ase­riel. – mruk­nęła łagod­nie cza­row­nica i opusz­kiem palca wska­zu­ją­cego pogła­dziła prze­ra­żo­nego pod­opiecz­nego pod brodą. – Uwol­nię nas stąd, obie­cuję.
– To chyba nawet obok mięsa nie leżało. – odparł z obrzy­dze­niem Char­lie, wącha­jąc to czym mieli kar­mić młode.
Dopiero teraz Foutley zdała sobie sprawę z tego, po co tak naprawdę przy­nie­siono im smoki i praw­do­po­dob­nie to co było przy­czyną ich por­wa­nia, co jesz­cze bar­dziej utwier­dzało ją w prze­ko­na­niu, że ktoś sabo­tuje cały Rezer­wat.
Chwy­ciła w dło­nie coś co miało imi­to­wać mięso, jed­nak nie było to za świeże, o czym świad­czył nie tylko zapach, a także biała narośl zaj­mu­jąca 1/4 kawałka. Z obrzy­dze­niem ści­snęła to w dłoni, wyobra­ża­jąc sobie, że wci­ska to w gar­dło han­dla­rzy i przy­su­nęła do pyszczka mło­dego, na co ten ener­gicz­nie pokrę­cił nim na boki.
– Wiem, ze nie jest to zbyt dobre Ase­riel, ale musisz to zjeść, żeby mieć wię­cej siły. – zwró­ciła się do niego, a co ten żało­śnie zapisz­czał. – Char­lie, jak je…
– Niech sobie to pod­grzeje, na pewno zmieni to zapach, co do smaku nie mogę obie­cać.
Spoj­rzała na Char­liego, który w tym momen­cie uśmie­chał się do niej pokrze­pia­jąco, poczuła lekką ulgę i łagodny ścisk gdzieś w oko­licy żołądka. Mimo­wol­nie oddała mu uśmiech, a sekundę póź­niej coś gorą­cego dotarło do jej pal­ców. Spoj­rzała szybko w stronę mło­dego i pochwa­liła go, za uży­wa­nie logicz­nego myśle­nia, pod­czas gdy niektó­rzy - ona poczuła się odro­binę bez­silna.
Dopiero póź­niej gdy Ase­riel odwró­cił się, aby obrać dogodną pozę do pod­grza­nia więk­szego kawałka mięsa zauwa­żyła jakiś dziwny napis, jakby wypa­lony czymś na lewym udzie Ase­riela.
Już wie­działa, że posu­nęli za daleko w swo­ich dzia­ła­niach.

wtorek, 17 marca 2020

XI


Utrzy­mu­jąc nad sobą potężną tar­czę antyzaklę­ciową Anna­bel gnała przed sie­bie. Zatrzy­mała się na moment, aby zaj­rzeć na pada­jącą bramę. Zasta­na­wiała się, czy zacząć ata­ko­wać, czy w razie czego nie lepiej od razu będzie pobiec do budynku, gdzie znaj­do­wały się smoki. Okrę­ciła się dookoła osi i dostrze­gła wła­śnie dobie­ga­ją­cego do niej Damona, rów­nież osła­nia­ją­cego się zaklęciem protego.
– Czy ty cho­ciaż raz możesz zro­bić, to co ci karzą Foutley? Wra­cajmy do namio­tów, inni się tym zajmą. – odparł w pół wde­chu chło­pak. Mimo swo­jej postury miał na prawdę fatalną kon­dy­cję.
Puściła to mimo uszu. Rozglą­dała się dookoła, chło­nąc całe to zamie­sza­nie, jakie wytwo­rzyło się w obo­zie, a gdy brama upa­dła w wiel­kim hukiem, odwró­ciła się i pobie­gła chro­nić młode.
Nie myślała o niczym innym, jak o jak naj­szyb­szym dotar­ciu do swo­ich mło­dych i tak naprawdę, gdyby nie Damon, który biegł za nią i w razie czego odbi­jał ataki, zaklę­cia tra­fi­łyby ją już jakieś trzy razy. Chło­pak zasta­na­wiał się jak Anna­bel chce ochro­nić smoki, skoro nawet do porządku nie potra­fiła zadbać o sie­bie. Jed­nak nie mógł pozwo­lić, aby przez wła­sną głu­potę, dziew­czyna nara­ziła się na nie­bez­pie­czeń­stwo, dla­tego chcąc, nie chcąc biegł za nią wbrew woli szefa.
– Ktoś przedarł się do smo­ków. – prych­nęła naprędce Foutley, zauwa­ża­jąc jakąś zakap­turzoną postać prze­ni­ka­jącą barierę, chro­niącą schro­ni­sko pod­opiecz­nych obozu.
– Jaki masz plan? – spy­tał Damon, posy­ła­jąc jedno potężne zaklę­cie na naje­źdźcę, który jakby zni­kąd poja­wił się przed nimi, odgra­dza­jąc im drogę.
– Kim oni są? – rzu­ciła przez plecy nie­zra­żona umie­jęt­no­ściom han­dla­rzy.
– Naprawdę chcesz się teraz nad tym zasta­na­wiać? – spy­tał chło­pak, gdy prze­bie­gli przez drzwi.
Lumos. – mach­nęła różdżką, a ota­czający ich mrok został wypchnięty przez świa­tło. – Poszu­kajmy Ase­riela i Lumi­niego, zanim będzie za późno.
– A co z innymi mło­dymi?
– Cho­dzi im kon­kret­nie o tą dwójkę, Hut­che­anance. – odparła cicho wychy­la­jąc się przez ścianę.
– Skąd wiesz? Nie chcesz mi chyba powie­dzieć, że…
– Najazdy zbie­gły się z momen­tem, gdy poja­wiły się w obo­zie. Po za tym, za bar­dzo im zależy, żeby miało cho­dzić o zwy­kłą kra­dzież.
Podej­rze­wała to szyb­ciej, gdy tylko pierw­szy raz dowie­działa się od Weasley’a, o pró­bie wła­ma­nia do Rezer­watu, która dziw­nym tra­fem zda­rzyła się kilka tygo­dni, po tym jak zna­leźli w lesie przy­kute do pie­de­stału smoki.
– Dla­czego nie powie­dzia­łaś o tym Matei’owi?
– Już i tak wszy­scy mówią o moich rze­ko­mych powią­za­niach z nimi. Nie chcia­łam się wychy­lać. – mruk­nęła.
– Prze­cież wła­śnie się wychy­lasz Foutley. – odparł skon­fun­do­wany Damon. – Pomyśl tylko co się sta­nie jeśli nas tu odnajdą.
Dziew­czyna jedy­nie zmie­rzyła go pio­ru­nu­ją­cym i ruszyła szyb­ciej przed sie­bie. Nie liczyła na to, że kto­kol­wiek, kie­dy­kol­wiek zro­zu­mie jej zacho­wa­nie. Ona do końca sama nie potra­fiła go pojąć, jed­nak wiele razy zda­wała się być w takiej sytu­acji przez to czym jkonkretnie jest, a ten cichy war­kot w jej gło­wie; wrzask, który – gdy tylko sły­szałby go ktoś inny uznałby za zachętę do ucieczki, ni­gdy jej nie zawiódł, był jej naj­po­tęż­niej­szym sprzy­mie­rzeń­cem, pośred­ni­kiem zna­ją­cym ją na wylot. Był nią samą. A w tym momen­cie liczyły się dla nich dwóch tylko te młode.
Nic dziw­nego więc, że gdy tylko spo­strze­gła zakap­turzoną postać skra­da­jącą się na pal­cach, bez chwili namy­słu, ani ostrze­że­nia cisnęła zaklę­ciem w jej stronę.
– Drę­twota!
Czer­wone świa­tło ugo­dziło męż­czyznę pro­sto w plecy, nim ten zdo­łał się odwró­cić. Trza­snął ple­cami o pobli­ską ścianę i upadł oszo­ło­miony na podłogę. Anna­bel naprędce pod­bie­gła do niego i ręką odsło­niła jego twarz, zdej­mu­jąc mu kap­tur z głowy. Ku jej zdzi­wie­niu roz­po­znała w niej twarz Char­liego, który w tym momen­cie wyda­wał się nie­przy­tomny.
– Gra­tu­la­cje Foutley, zła­pałaś Weasleya. – Damon nie ukry­wał kpiny. – Nie­wielki powód do dumy.
– Co on tutaj robił?
– Praw­do­po­dob­nie to samo co my, łamie zakazy. – Damon zła­pał Anna­bel za ramię i mocno uści­snął. – Chodźmy stąd, zanim ktoś nas tu zoba­czy.
– Pusz­czaj Damon. – Anna­bel wyrwała się z jego uści­sku, po czym gwał­tow­nie wstała na pro­ste nogi i założyła ręce na siebie. – A co z nim?
– Rób co chcesz, ja nie zamie­rzam ryzy­ko­wać już wię­cej. – kiw­nął dło­nią obo­jęt­nie i wybiegł z budynku, nawet nie patrząc za sie­bie.
Anna­bel odpro­wa­dziła go wzro­kiem do wyj­ścia i unio­sła ramiona. Nie miała do niego żalu, sama zapewne postą­pi­łaby tak samo i ucie­kła w oba­wie o swoją pracę. Jed­nak on – spoj­rzała na twarz nieprzy­tom­nego chło­paka, został ugo­dzony zaklę­ciem, któ­rego ona użyła nie myśląc wiele, leżał tutaj bez­bronny nie mogąc się nawet bro­nić. Jako osoba oczy­tana, gdyż nie raz książki sta­no­wiły jej oso­bi­sta tar­czę przed innymi zacho­wała nie­mal uzdro­wi­ciel­ską pro­fe­sjo­nal­ność– wyko­nała sze­reg czyn­no­ści, które miały na celu spraw­dzić obecny stan chło­paka. Jed­nak nie zdo­łała skoń­czyć nim odgłosy bitwy uci­chły, a u wej­ścia bram ku jej zdzi­wie­niu poja­wiło się czte­rech zakap­tu­rzo­nych i celu­ją­cych w nią różdżką męż­czyzn. Nogi dziew­czyny zadrżały, mimo to unio­sła swoją różdżkę i wstała na równe nogi. Pod­bie­gła do wrót, za któ­rymi ukry­wały się młode i zagro­dziła je cia­łem.
– Jeśli sądzi­cie, że was prze­pusz­czę… – wypa­liła zacho­wu­jąc względną powagę – oba­wiam się, że jeste­ście w błę­dzie. – unio­sła różdżkę i po kolei celo­wała nią w każ­dego z naje­źdź­ców pró­bu­jąc zgad­nąć, który z nich jest naj­groź­niej­szy i prze­wo­dzi całej resz­cie.
Jej głos utrzy­my­wał natu­ralny ton z nutką powagi, mimo iż wewnątrz każda część ciała drżała i doma­gała się natych­mia­sto­wego odwrotu.
Wtem coś jakby przy­ćmiło jej mózg, przed oczyma poja­wiły się mroczki, a same utrzy­ma­nie się w pozy­cji pro­stej spra­wiało jej ból. Sta­rała się dziel­nie przetrzy­mać tą próbę, mimo iż wal­czyła z czymś, czego nie rozu­miała. Pró­bo­wała spy­tać o co cho­dzi, co się z nią dzieje, ale zamiast tego jaki nie­wy­raźny dźwięk wydały jej usta, nim upa­dła bez­wied­nie na podłogę.

Prze­bu­dziło ją mocne szarp­nię­cie. Pierw­sze co ujrzała to twarz przy­tom­nego już Weasleya, który klę­kał nad nią i pró­bo­wał w jakiś spo­sób przy­wró­cić jej świa­do­mość.
– Anna­bel, wró­ci­łaś. – mruk­nął Weasley, a na jego brud­nej twa­rzy zago­ścił cień uśmie­chu.
Dziew­czyna pod­parła się na ramio­nach i rozej­rzała się dookoła, wów­czas wtedy przy­po­mniała sobie, co wyda­rzyło się nim stra­ciła przy­tom­ność.
Zer­wała się na pro­ste nogi, jed­nak poczuła że coś z ogromną siłą ściąga ją na dół. Spoj­rzała na swoją kostkę – miej­sce, które zabo­lało ją naj­bar­dziej i dostrze­gła, że tą część stopy ota­cza ciężka, meta­lowa obręcz, przy­pięta łań­cu­chem do cze­goś co na pierw­szy rzut oka wyglą­dało jak śledź namio­towy, ale o wiele wytrzy­mal­szy. Odru­chowo się­gnęła do rękawa, aby wydo­być z niego różdżkę, jed­nak i tutaj jej dzia­ła­nie oka­zało się bez­ce­lowe.
– Zabrali nam różdżki. – wes­tchnął Char­lie, miał na twa­rzy wyraź­nie oznaki bójki, które Anna­bel dopiero teraz zauwa­żyła: kilka sinia­ków i roz­ciętą wargę. – Zabrali też Lumi­niego i Ase­riela.
– Musimy się stąd wydo­stać.
Była aż nazbyt spo­kojna w obli­czu takiej, a nie innej sytu­acji. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach rzu­ca­łaby się po całej celi, pró­bu­jąc stąd uciec, jed­nak musiała trzy­mać emo­cje na wodzy, cho­ciażby miały ją wewnętrz­nie roz­ry­wać, a w przy­padku gdy zdro­wie, a nawet życie ich pod­opiecz­nych było zagro­żone, a każdy – nawet naj­mniej­szy znak, że smo­kom coś złego się dzieje mógł dopro­wa­dzić do kata­strofy.
 – Pró­bo­wa­łem wszyst­kiego, na cele rzu­cono te same zaklę­cia, które oddzie­lały Rezer­wat od świata zewnętrz­nego. Matei miał rację – mamy szpiega pośród współ­pra­cow­ni­ków.
– W końcu wie­rzysz, że to nie ja?
– Możemy poroz­ma­wiać o tym jak już wymy­ślimy jak się stąd wydo­stać?
Rozej­rzeli się dookoła, cela była zbyt mała by móc pomie­ścić doro­słego smoka, ale była na tyle wysoka, że młode mogłyby swo­bod­nie wzno­sić się w powie­trze. Odra­pane kamienne ściany, które przy­po­mi­nały naszym boha­te­rom wnę­trze wul­kanu, oraz wyżło­bie­nia na krat­kach – ślady po małych, jesz­cze nie­zbyt dobrze roz­wi­nię­tych smo­czych kłach jed­no­znacz­nie świad­czyły o prze­zna­cze­niu tego miej­sca.
– Na moje oko smoki, uwię­zione tutaj mogły mieć naj­wy­żej kilka mie­sięcy. – stwier­dził Char­lie, po czym prze­je­chał raz jesz­cze pal­cem po jed­nej z szcze­li­nek.
 Przy­rów­nu­jąc swój palec do gru­bo­ści końca kła smoka, smo­ko­lo­dzy, któ­rzy spe­cja­li­zują się w tro­pie­niu tych stwo­rzeń sta­rają się okre­ślić prze­dział wie­kowy, w któ­rym owa istota mogła się znaj­do­wać. A jeżeli dodat­kowo w grę wcho­dzi ponad­prze­cięt­nie roz­wi­nięta wyobraź­nia pro­jek­cyjna, deli­kwent sto­su­jący tę sztuczkę mógł nawet wywnio­sko­wać, w któ­rej porze roku doszło do ich wylęgu.
– Te tutaj róż­nią się od pozo­sta­łych i wyglą­dają, jakby coś miało wyszczer­bione końce. – Anna­bel wyro­sła jak spod ziemi i zbli­żyła się o chło­paka. – Są grub­sze, tak jakby…
– … nóż, czy szty­let. – wszedł jej w słowo.
Anna­bel poki­wała twier­dząco głową.
– Chyba nie byli­śmy tutaj jedy­nymi ludz­kimi więź­niami.


Wydź­więk otwie­ra­nych wrót wybu­dził Króla Vic­tora z letargu sza­le­ją­cych myśli, w które coraz czę­ściej ostat­nio wpa­dał. Poru­szył się nie­spo­koj­nie na tro­nie, po czym pre­ten­sjo­nal­nie spoj­rzał na osobę, która śmiała zakłó­cić jego spo­kój przed pierw­szym star­ciem armii Islay, wzmoc­nio­nej siłami księ­cia Jere­miego ze Skye pod jego prze­wod­nic­twem, a stro­nami które opowie­działy się za Jurą, tym samym popie­ra­jąc ród Floc­khar­tów. Była to dopiero jedna z wielu bitew, jed­nak z waż­niej­szych dla Jego Wyso­ko­ści, ponie­waż miała się ona odbyć na tery­to­rium wroga.
– Królu – Jeremy Mar­shall wystą­pił przed sze­reg swo­ich wier­nych pod­da­nych i ukło­nił się nisko trzy­ma­jąc pod pachą ciężki, żeliwny hełm. – Moi ludzie są gotowi do odprawy.
Jeremy był tylko o kilka wio­sen star­szy od Vic­tora, a już stwo­rzył swoją wła­sną histo­rię serią zwy­cięstw pod Bar­dra­gun, gdzie przy pomocy sie­dem­dzie­się­ciu ludzi oraz swoim umie­jęt­no­ściom przy­wód­czo-logicz­nym prze­pę­dził ze swo­ich gra­nic armię, która stwo­rzyła ruch oporu prze­ciwko ich Kró­lowi, zapo­bie­ga­jąc tym samym i uci­na­jąc przy korze­niu wojnę domową na Skye.
– W Tobie cała nadzieja, Książę. – Vic­tor pod­szedł do Jeremy’ego, jak do sta­rego druha i obu­rącz zła­pał go za ramiona. – Ocal moich zwia­dow­ców; nie zasłu­żyli na takie trak­to­wa­nie.
– Zro­bię co w mojej mocy, Królu. – Książę wypchnął dum­nie pierś do przodu.
„Jego wynio­słość dorów­nuje tylko jego uro­dzie” – takie zda­nie o Księ­ciu Jere­mim powta­rzały jak man­trę wszyst­kie dwor­skie damy Skye, któ­rych posagi mogłyby co naj­mniej wykar­mić całe pomniej­sze wio­ski Islay, ozna­cza­jące się naj­więk­szym odset­kiem osób ubo­gich.
– W to nie wąt­pię, przy bra­mie czeka już na cie­bie moja sio­stra Chri­stine. Chcia­łaby oso­bi­ście życzyć powo­dze­nia swo­jemu narze­czo­nemu przed tak nie­bez­pieczną wyprawą.
Książę Jeremy po rak kolejny ukło­nił się nisko i skie­ro­wał swoje kroku ku wyj­ściu, a za nim w sze­regu podą­żyli jego towa­rzy­sze broni. Król odpro­wa­dził swo­jego sprzy­mie­rzeńca wzro­kiem, po czym ponow­nie usiadł na tron i oddał się temu, co ostat­nimi czasy pochła­nia cały jego wolny czas – obmy­śla­niu stra­te­gii, która mogłaby zapew­nić Islay prze­wagę w nad­cho­dzą­cej woj­nie.

– Moja Pani – mruk­nął Książę, kła­nia­jąc się nisko. – Czy zechcia­ła­byś ura­czyć poca­łun­kiem głow­nię mojego mie­cza, któ­rym wymie­rzę spra­wie­dli­wość wro­gom Two­jego brata, a naszego Króla?
– Z rado­ścią, mój ryce­rzu. – kąciki ust Księż­niczki Chri­stine powę­dro­wały ku górze, w taki spo­sób ażeby obda­ro­wany mógł wie­rzyć, iż jej inten­cje są szczere.
Schy­liła się deli­kat­nie, po czym zło­żyła suchy poca­łu­nek nie­da­leko ostrza mie­cza, które nie raz zapewne odbie­rało życie nie­win­nym ludziom. Jego meta­liczny posmak odrzu­cał ją na tyle, iż nie­szczery uśmiech ustą­pił na rzecz gry­masu odrzu­ce­nia, który po raz kolejny zago­ścił na jej twa­rzy.
Zama­sko­wała go, pod tym wzglę­dem była bar­dzo podobna do swo­jej kuzynki Anna­bel, którą zawsze podzi­wiała za jej wybory. Nie raz jej głowę nawie­dzały myśli, ażeby rzu­cić to wszystko i pójść wła­sną nie­zmie­rzoną jesz­cze ścieżką, wprost w ramiona tego, któ­rego wybrała już dawno temu.
– Z takim bło­go­sła­wień­stwem z całą pew­no­ścią wró­cimy zwy­cię­sko. – mruk­nął szar­mancko i posłał jej uśmiech, któ­rym czę­sto pod­bi­jał serca mło­dych dzie­wek w kró­le­stwie.
Jed­nak Chri­stine ni­gdy nie dawała się temu zwieść, dosko­nale potra­fiła roz­po­znać fałsz i obłudę, żyła w niej odkąd pamię­tała – odkąd jej moce dawały coraz to jaśniej­sze świa­tło na wyda­rze­nia powią­zane z kró­le­stwem i dzier­że­niem w swo­ich dło­niach wła­dzy, oku­pio­nej zbrod­nią i złot­ni­kami.
Zaraz po jego sło­wach odda­liła się od bramy wraz ze swo­imi dwiema służ­kami, które nie omiesz­kały wychwa­lić Jere­miego pod nie­bosa i ogło­sić ją naj­szczę­śliw­szą „Panną na wyda­niu” w całym kró­le­stwie.
W końcu dotarła do swo­jej kom­naty, gdzie została już cał­kiem sama. Usia­dła w fotelu, przy kominku i z utę­sk­nie­niem parzyła na pło­myki, tań­czące – jak jej się wyda­wało w rytm naj­smut­niej­szej melo­dii świata. Nikt nie wie­dział jak bar­dzo sytu­acja z obję­ciem przez jej brata wła­dzy odci­snęła na niej swoje piętno. Wie­działa, czuła że Vic­tor nie był men­talne przy­go­to­wany na tak dużą odpo­wie­dzial­ność. Ich ojciec zmarł tak nie­spo­dzie­wa­nie, zdra­dzony w naj­per­fid­niej­szy z moż­li­wych spo­so­bów – przez czło­wieka, któ­remu cał­ko­wi­cie ufał. A naj­gor­sze było to że owa sytu­acja śniła jej się kilka nocy wcze­śniej. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę z swo­ich umie­jęt­no­ści i nie miała żad­nego powodu, aby zigno­ro­wać to senne ostrze­że­nie, mimo wszystko zro­biła to, ska­zu­jąc tym samym poprzed­niego władcę na śmierć. Bała się tak mocno kon­se­kwen­cji, że omal nie popa­dła w obłęd. Było to sza­le­nie nie­spra­wie­dliwe, że osoba o tak sła­bej i kru­chej psy­chice dźwi­gała jarzmo pozna­wa­nia przy­szło­ści, a przy­naj­mniej jej czę­ści. Po tej sytu­acji zaprzy­się­gła przed sobą, że będzie robić wszystko, aby uchro­nić jej młod­szego brata przed nie­po­wo­dze­niem, nawet jeśli ozna­czało to wyj­ście za czło­wieka, któ­rego nie kochała i nie potra­fi­łaby ni­gdy poko­chać.
Pozba­wiona jakie­go­kol­wiek wspar­cia ze strony swo­jej kuzynki, która opu­ściła Islay, nawet się z nią nie żegna­jąc, zatra­ciła ostat­nią nadzieję, na życie według swo­ich zasad. Dobrze wie­działa, że gdyby Anna­bel zgo­dzi­łaby się pomóc Królestwu w woj­nie, budząc bestię, która sta­no­wiła jej część z całą pew­no­ścią zatra­ci­łaby swoje czło­wie­czeń­stwo. Nie chciała tego, była w potrza­sku, a naj­gor­sze było to że zaraz po ucieczce Anna­bel – miała kolejny sen, tym razem o potęż­nej oskrzy­dlo­nej bestii, zie­ją­cej nie­bie­skim ogniem, giną­cej ugo­dzoną jednym potęż­nym zaklę­ciem.

poniedziałek, 25 listopada 2019

X


– Ase­riel, w górę.
Anna­bel wypro­sto­wała się naprędce i unio­sła dłoń na któ­rej stał jej pod­opieczny. Smok zaskrze­czał gło­śno, poma­chał ogrom­nymi skrzy­dłami i wzbił się w powie­trze, tak wysoko, że aż dosię­gał bariery, która odci­nała Rezer­wat od świata wewnętrz­nego.
– Teraz uwa­żaj, tak samo jak na tre­ningu!
Unio­sła różdżkę w górę, a z jej końca wyle­ciała śred­niej wiel­ko­ści kula ognia, która pognała wprost na Ase­riela. Ten dostrze­ga­jąc zagro­że­nie, wcale nie zro­bił uniku, wręcz prze­ciw­nie – igno­ru­jąc pole­ce­nia Anna­bel w odpo­wied­nim momen­cie zio­nął ogniem tak potęż­nym, że aż zni­we­lo­wał siłę zaklę­cia, które w stycz­no­ści z jego ogniem roz­pły­nęło się w powie­trzu.
– Ase­riel. – mruk­nęła zre­zy­gno­wana dziew­czyna. – Mia­łeś po pro­stu unik­nąć zaklę­cia.
Od ostat­nich wyda­rzeń minął pra­wie mie­siąc, sprawa z han­dla­rzami zdo­łała ucich­nąć na tyle, ażeby dziew­czyna mogła ode­tchnąć pełną pier­sią. Wszystko powoli wra­cało do normy – Ase­riel ze względu na swój gatu­nek już dawno prze­rósł resztę mło­dych smo­ków zamiesz­ku­ją­cych Rezer­wat. Jego ogień sta­wał się potęż­niej­szy z dnia na dzień, co wyraź­nie go cie­szyło. Przy każ­dej lep­szej oka­zji pre­zen­to­wał jego maje­stat nie zwa­ża­jąc nawet na cel, który sobie obrał, co wyraź­nie mar­twiło jego opie­kunkę.
– Spo­koj­nie Anna­bel, celem tego ćwi­cze­nia jest obrona przed bez­po­śred­nim ata­kiem. Ase­riel bar­dzo dobrze robi. – odparł Char­lie, wyra­sta­jąc jak spod ziemi.
– Nie powi­nie­neś sku­pić się na Lumi­nim, Weasley? – spy­tała sucho.
Tak, jedna rzecz nie wró­ciła do normy. Rela­cja pomię­dzy Char­liem, a Anna­bel ogra­ni­czała się jedy­nie do wspól­nych tre­nin­gów ich pod­opiecznych. Już nawet pory kar­mie­nia Foutley usta­liła w taki spo­sób, aby na sie­bie nie nacho­dziły, argu­men­tu­jąc tym iż zauwa­żyła, że oby­dwa młode zaczęły pod­kra­dać sobie nawza­jem poży­wie­nie, co oczy­wi­ście nie miało nic wspól­nego z prawdą.
Nie roz­ma­wiali już wcale, jedy­nie na tematy zwią­zane bez­po­śred­nio z mło­dymi, które w dal­szym ciągu czuły się ze sobą zwią­zane przez wzgląd na to co wspól­nie prze­szły. Nie zja­dali wspól­nie posił­ków, ani nie spę­dzali czasu w zagro­dzie. Na samym początku Anna­bel było ciężko przy­wyk­nąć do osa­mot­nie­nia, jed­nak zdo­łała pojąć, że od zawsze była samotna, że tak w zasa­dzie nie powinna była zbyt­nio przej­mo­wać się taką sytu­acją i w kon­se­kwen­cji zaczęła odci­nać się coraz bar­dziej od wszyst­kich innych, poza Damo­nem, który jakimś dziw­nym spo­so­bem ni­gdy nie zdo­łał wypro­wa­dzić Foutley z rów­no­wagi, czym zasłu­żył sobie na wielki podziw ze strony Char­liego.
– Młode powinny się przede wszyst­kim słu­chać, bo gdy osią­gną pewien wiek ciężko nad nimi zapa­no­wać. – wtrą­cił Damon, nawet nie odwra­ca­jąc się w stronę dwóch młod­szych od sie­bie smo­ko­lo­gów. – Szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o Hebrydz­kie.
– Sły­sza­łeś, mógł­byś mi wię­cej nie prze­ry­wać? – zawró­ciła się twardo do rudzielca.
– A czy on mógłby się nie odzy­wać nie­pro­szony?
Damon spoj­rzał na Char­liego z spo­ko­jem w oczach, przy­wo­łał ruchem dłoni swo­jego pod­opiecz­nego o dwie wio­sny star­szego od Lumi­niego i Ase­riela, który niczym burzowa chmura zasło­nił słabe jesienne słońce jed­nym potęż­nym skrzy­dłem, po czym posłusz­nie wylą­do­wał na ziemi odga­nia­jąc mniej­szego Lumi­niego, który latał nad ich gło­wami i usiadł za ple­cami swo­jego opie­kuna.
Damon tylko pogła­skał swo­jego pod­opiecz­nego pod pyskiem, któ­rego sam ochrzcił dum­nym imie­niem Hiryu i zosta­wia­jąc go za sobą pod­szedł do chło­paka.
– Posłu­chaj no mnie tylko Weasley. – mruk­nął spo­koj­nie. – Jeśli masz do mnie jakiś pro­blem, to twoja sprawa. Mnie możesz trak­to­wać jak chcesz, wisi mi to nawet, ale jeśli Foutley nie chce z tobą roz­ma­wiać to powi­nie­neś to usza­no­wać.
Damon bar­dzo dobrze wie­dział co podziało się mię­dzy tą dwójką. Anna­bel nie omiesz­kała podzie­lić się całą tą sytu­acją, wów­czas wtedy gdy ten zapy­tał jej czego dowie­działa się od chło­paka.
– Tyle co wie­rzy w moją winę. – odparła z nie ukry­wa­nym i kom­plet­nie nie pasu­ją­cym do niej żalem.
Hut­che­anance stał nie­ru­chomo wpa­tru­jąc się w oczy Char­liego, ten nie zosta­wał mu dłużny. Z per­spek­tywy osoby patrzą­cej na to z boku można by sądzić, że toczą coś w rodzaju wojny na mru­ga­nie, ale Anna­bel dosko­nale wie­działa o co toczy się gra i nawet jeśli uznała, że Damon nie­po­trzeb­nie wtrąca się w jej sprawy nie powstrzy­mała ich. Mil­czała, tak po pro­stu stała i opie­ra­jąc się na nie­zdro­wej cie­ka­wo­ści cze­kała na dal­szy roz­wój wyda­rzeń.
Trwało to kilka sekund zanim Char­lie odwró­cił wzrok i z chy­trym uśmie­chem na ustach zro­bił dwa kroki w tył i rzekł:
– Ej, Hut­che­anance, znasz się na Hebrydz­kich tak? To może powiesz Anna­bel, dla­czego wcze­śniej wyrzu­cili cię z ich Rezer­watu? – odparł zło­śli­wie z satys­fak­cją w gło­sie. – Na pewno chęt­nie posłu­cha o two­ich doko­na­niach.
Wyraz twa­rzy star­szego smo­ko­loga zmie­nił się w sekundę. Foutley czuła, że złość wzbiera w nim coraz bar­dziej, mimo iż na zewnątrz wyglą­dało to tak, jakby poczuł jedy­nie lek­kie ukłu­cie żalu.
Szybka decy­zja. Co powinna zro­bić? I co na Hebrydzkie Damon wyra­biał w swo­jej poprzed­niej pracy, o czym Char­lie wie, a ona nie.
Ana­bel wsko­czyła mię­dzy nich, pró­bu­jąc odcią­gnąć chło­pa­ków od sie­bie, ale nawet nie zwró­cili na nią uwagi. Damon w dal­szym ciągu stał wpa­trzony w twarz rywala i bił się z myślami, a Char­lie jedy­nie pod­ju­dzał jego złość bar­dziej patrząc na niego z wyż­szo­ścią. Na Melina, czy ten chło­pak nie ma ani kszty instynktu samo­za­cho­waw­czego? Prze­cież Damon zmió­tłby go z powierzchni ziemi, gdyby tylko zechciał.
– Wystar­czy – rzu­ciła rosz­cze­niowo zauwa­żając ich napię­cie. – Czy wam odbiło? Co wy sobą repre­zen­tu­je­cie w tym momen­cie? Damon, odpuść to nie jest twoja sprawa i nie powi­nie­neś w nią inge­ro­wać, nikt cię o to nie pro­sił. A ty Weasley… – prze­rwała dostrze­ga­jąc jego zacie­ka­wiony wzrok skie­ro­wany tym razem w jej stronę.
Nie dokończyła. Roz­bły­sło się czer­wone świa­tło, a siła odśrod­kowa ode­pchnęła Char­liego kilka kro­ków dalej. Ugo­dzony zaklę­ciem chło­pak upadł ple­cami na zie­mię. Lumini wraz zaskrze­czał, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę innych smo­ko­lo­gów i boha­ter­sko ruszył na Damona, ale drogę zagro­dził mu Hiryu, który swoim ogniem odgo­nił młod­szego współ­ga­tun­kowca na bok.
Anna­bel za to pio­ru­no­wała chło­paka wzro­kiem, a ten uzna­jąc, że wystar­czy już kiw­nął obo­jęt­nie ręką i spo­koj­nie ruszył wgłąb pola tre­nin­go­wego, a jego pod­opieczny za nim.
– No i na co ci to było, Weasley? – spy­tała odwra­ca­jąc się do chło­paka, który wła­śnie pró­bo­wał się podnieść. – Mogłeś go nie pro­wo­ko­wać.
– Za bar­dzo się do cie­bie przy­mila ostat­nio. – mruk­nął pod nosem i otrze­pał się z ziemi. – Po co się z nim zada­jesz? On jest nie­nor­malny.
– A co Ci do tego, kto się do mnie przy­mila? Jeśli można to tak w ogóle nazwać.
– Jest nie­bez­pieczny, patrz co tutaj odwa­lił.
– Spro­wo­ko­wa­łeś go. – odparła sucho.
– Dla­czego go tak bro­nisz?
– Ja go wcale nie bro­nię, stwier­dzam fakty. – odparła ostro. – Ase­riel co się dzieje?
Anna­bel była tak pochło­nięta dys­ku­sją z Char­liem, że dopiero co zdo­łała dosły­szeć pomruki Ase­riela, wydo­by­wa­jące się gdzieś zza jej ple­ców. Odwró­ciła się na pię­cie i zauwa­żyła Lumi­niego, który ner­wowo obli­zy­wał sobie skrzy­dło, wyda­jąc z sie­bie co chwilę słabe piski.
– Lumini? – pode­szła bli­żej do smoka.
Dopiero teraz zauwa­żyła, że dłu­go­róg ma lekko popa­rzone skrzy­dło. Najwyraź­niej nie zdo­łał na czas unik­nąć ataku star­szego smoka.
– Hej, młody co jest? – spy­tał tro­skli­wie chło­pak i pod­biegł do swo­jego pod­opiecz­nego. Deli­kat­nie ujął w dło­nie obo­lałe skrzy­dło, że aż ten cicho zapisz­czał.
– Ktoś chyba powi­nien je obej­rzeć. – ode­zwała się Foutley, nachy­la­jąc się nad nim.
Weasley zigno­ro­wał jej słowa, patrzył na ranę Lumi­niego jak w amoku. Anna­bel była w sta­nie pra­wie wyczuć jego nie­spo­kojny puls w tym momen­cie. Dłu­go­róg jedy­nie cicho pomru­ki­wał, czu­jąc jak zimne powie­trze nie­mi­ło­sier­nie obija się o to popa­rze­nie. Jed­nak nie cier­piał tak bar­dzo, obec­ność jego opie­kuna poma­gała mu zni­we­lo­wać objawy i cier­pli­wie cze­kać na dal­sze kroki Char­liego.
Wraz chło­pak wycią­gnął z rękawa różdżkę i wyce­lo­wał nią w skrzy­dło swo­jego pod­opiecz­nego.
Foutley nie spodo­bało się to co on zamie­rza zro­bić w tym momen­cie, jed­nak spo­kojny wzrok smoka i wewnętrzny głos, który mówił jej że nie powinna się przej­mo­wać, sku­tecz­nie ukró­cił jej obawy.
Poło­żyła swoją dłoń na jego ramie­niu, ale on nie zare­ago­wał. Różdżką nary­so­wał w powie­trzu wzór. Chwila nie­pew­no­ści, puls Char­liego przy­śpie­szył na moment, ale wraz z powol­nym zani­ka­niem rany na skrzy­dle zwal­niał, aż w końcu opa­rze­nie cał­ko­wi­cie znik­nęło.
Char­lie ode­tchnął, a Lumini czu­jąc tą ulgę nie­mal od razu wzbił się w powie­trze, prze­kro­czył kilka razy obręcz tre­nin­gową z zawrotną szyb­ko­ścią.
– Jed­nak Anna­bel miała rację, prawda Lumini! – krzyk­nął wsta­jąc na równe nogi. – Chyba musimy popra­co­wać nas zwin­no­ścią!
Wyżej wspo­mniana uśmiech­nęła się do sie­bie i prze­nio­sła wzrok na Lumi­niego, który wdzięcz­nie ruszył w stronę swo­jego opie­kuna. Wle­ciał w niego tak szybko, że aż niczego nie spo­dzie­wa­jący się chło­pak stra­cił rów­no­wagę i po raz kolejny upadł na zie­mię. Usiadł na niego, liżąc go przy tym po całej twa­rzy. Weasley pró­bo­wał go zrzu­cić z sie­bie, ale bezsku­tecz­nie. Śmiał się przy tym jak małe dziecko, a Anna­bel miała wra­że­nie, że dosko­nale się bawił.
Wobec tego nie zosta­wało jej nic innego jak wzru­szyć ramio­nami i zosta­wić ich samych sobie.
– Ase­riel, my też musimy jesz­cze potre­no­wać. – zwró­ciła się do mło­dego Hebrydz­kiego. Jed­nak dostrze­ga­jąc, że i on dołą­czył do „gnę­bie­nia” Char­liego szep­nęła do sie­bie z dumą – Moja krew.
Tym­cza­sem, z nieba zaczął padać pierw­szy śnieg.

Król nie był przy­zwy­cza­jony do cier­pli­wo­ści. Od dziecka nauczony tego, że zawsze dosta­wał wszystko czego chciał, w tym samym momen­cie. Nie dzi­wota więc, że brak infor­ma­cji od jego zwia­dow­ców przez kolej­nych kilka dni dawał mu się we znaki. Krą­żył po sali tro­no­wej od kąta w kąt. Jego kroki obi­jały się o świeżo wypo­le­ro­waną, mar­mu­rową podłogę, a dźwięki przez nie wyda­wane przy­wo­dziły mu na myśl tajem­ni­cze stu­ka­nie wewnątrz dawno już zamknię­tej, drew­nia­nej trumny.
Usiadł na swój tron – zro­biony według naj­star­szej legendy Islay z dawno już prze­to­pio­nej boskiej stali, a który od jakie­goś czasu powo­do­wał u niego bóle ple­ców.
Medy­cyna Islay, ze względu na swoje mocno zako­rze­nione tra­dy­cje, pia­sto­wane od śre­dnio­wie­cza opie­rała się jedy­nie na mie­szan­kach ziół i dobro­dziejstw zie­mii i nie była tak sku­teczna jak ta z innych zakąt­ków pla­nety w tych cza­sach. Vic­tor bowiem wie­dział, że ciało czło­wieka jest zupeł­nie ina­czej przy­sto­so­wane do życia niż było to kie­dyś, z tego względu potrze­buje nieco moc­niej­szych skład­ni­ków, ażeby ukoić róż­nego rodzaju bóle i dole­gli­wo­ści. Wła­śnie dla­tego, posta­no­wił, że przy następ­nej wizy­cie swo­jej kuzynki poprosi o jakieś medy­ka­menty z tam­tych rejo­nów.
Wstał nagle i wol­nym kro­kiem pod­szedł do jed­nego z ogrom­nych okien, znaj­du­ją­cych się w sali. Były to okna z wido­kiem na całą „bogatą sto­licę”, umoż­li­wia­jące zaglą­da­nie nawet do naj­bar­dziej utaj­nio­nych zakąt­ków Dres­den. Jed­nak nie tego w tym momen­cie szu­kał, prze­je­chał jesz­cze pal­cem po wyżło­bie­niach w drew­nia­nej ramie, które w pierw­szym namy­śle miały sym­bo­li­zo­wać pierw­szą dużą wojnę o wyspę i tak po kolei. Okien było w sumie osiem, usta­wio­nych w rów­nych odstę­pach, po jed­nej stro­nie pięć, po dru­giej trzy. Co ozna­czało jed­no­cze­śnie osiem wiel­kich, zwy­cię­skich bitew sto­czo­nych przez ryce­rzy róż­nych wiar o byt Islay.
W jed­nym momen­cie ogar­nęła go nostal­gia. Ści­snął dłoń w pięść, a jego kroki skie­ro­wały się ku miej­scu, gdzie – okre­śla­jąc wzro­kowo w przy­padku tej wygra­nej bitwy, która bez­sprzecz­nie dorów­nuje ośmiu pozo­sta­łym mało by powstać kolejne okno sym­bo­li­zu­jące wygraną.
Dotk­nął ściany i zamknął na chwilę oczy, nie wie­dział, czy powo­dem tego stanu był, fakt, żeby jakoś zapew­nić sobie roz­rywkę pod­czas żmud­nego ocze­ki­wa­nia na tak ważne infor­ma­cje, czy to, że czuję z tym kon­kret­nym miej­scem więź, przez to, że wojna ta toczy się pod jego dowódz­twem.
Z letargu wyrwały go kroki zza drzwi zmie­rza­jące ku sali. Dźwięk otwie­ra­nych wrót, spowo­do­wał że tempo jego serca przy­śpie­szyło. Gwał­tow­nie odłą­czył rękę od ściany i odwró­cił się w tamtą stronę.
W wej­ściu stał jeden jego ryce­rzy, nie­wy­soki, łysy męż­czy­zna w srebr­nej zbroi, o nie­po­ko­ją­cym gry­ma­sie na twa­rzy. W dło­niach trzy­mał pogięty per­ga­min, uma­zany ciem­no­czer­woną sub­stan­cją – chyba krwią.
– Królu, nasi zwia­dowcy, wysłani na Jurę, zostali odkryci. Zeszli do pod­zie­mia, połowa nie żyje. Zdo­łali jesz­cze przy­słać ten list kru­kiem. – powie­dział jed­nym tchem, prze­ka­zu­jąc list Kró­lowi po czym ukło­nił się nisko – Mie­li­śmy rację Sojusz Trzech Wysp rze­czy­wi­ście idzie na Islay. Wraz z nadej­ściem wio­sny, roz­pęta się tutaj praw­dziwe pie­kło
Vic­tor spoj­rzał szybko na list prze­le­ciał wzro­kiem po tre­ści, z któ­rej jasno wyni­kało, że Floc­khart zwer­bo­wał do swo­ich wojsk siły z dwóch sąsied­nich wysp. Co zde­cy­do­wa­nie prze­chyla szalę zwy­cię­stwa na jego stronę.
– Powia­do­mić o zaist­nia­łej sytu­acji star­szych. Musimy zro­bić naradę! I wysłać woj­ska ratun­kowe na Jurę. Wyko­nać natych­miast. – zarzą­dził.
Jego głos brzmiał dostoj­nie, a zara­zem dono­śnie, co wzbu­dziło w ryce­rzu wolę walki. Nikt ni­gdy nie spo­dzie­wałby się, że za pali­sadą spo­koju i opa­no­wa­nia ukrywa się prze­stra­szone dziecko, które zaraz po prze­czy­ta­niu listu pomy­ślało: „Kuzynko, pro­szę Cię. Wróć. „



– Damon! Co to do cho­lery miało zna­czyć!- Rozeź­lony głos Anna­bel roz­niósł się po całym dzie­dzińcu.
Inni smo­ko­lo­dzy w oko­licy zain­try­go­wani tym nie­co­dzien­nym wido­kiem zeźlo­nej współ­pra­cow­niczki, nie­mal od razi skie­ro­wali swe spoj­rze­nia na dziew­czynę, którą szep­cząc coś mię­dzy sobą odpro­wa­dzili wzro­kiem pro­sto przed obli­cze Hut­che­anan­ce’a.
– A wyra­zisz się tro­chę jaśniej? – odparł spo­koj­nie ata­ko­wany chło­pak, popra­wia­jąc swój sza­lik.
 – Jak mogłeś pozwo­lić Hiryu uży­wać ognia na młod­szym Lumi­nim? To wbrew regu­la­mi­nowi. Matei nie jest zachwy­cony całą to sytuacją.
– Weasley już zdą­żył się pochwa­lić widzę… – mruk­nął obo­jęt­nie.
– Nie Damon, to ja opo­wie­dzia­łam mu o tym co tam zaszło. Weasley nie chciał tego robić, bo uwa­żał że to sprawa pomię­dzy wami ale Lumini mógł prze­cież stra­cić skrzy­dło, a Hiryu jest przy­naj­mniej dla mnie za bar­dzo agre­sywny. To nie skończy się dobrze.
Anna­bel wyda­wało się, że przez chwilę, że żela­zna twarz Damona skrzy­wiła się pod wpły­wem jej słów, jed­nak trwało to tylko chwilę. Nie­mal od razu skrzy­żo­wał ręce na piersi i z przy­mru­żo­nymi oczami spoj­rzał na traw­nik.
 – A może powi­nien. – mruk­nął pod nosem.
– Słu­cham? – odparła obu­rzona, echo jej głosu po raz kolejny zwróciło uwagę innych smokologów.
– Czy tobie się wydaje, że mógł­bym naumyśl­nie skrzyw­dzić w taki spo­sób mło­dego smoka? – Przy­bli­żył swoją twarz do niej w taki spo­sób, że dziew­czyna mogła aż poczuć jego zimny oddech. – Otóż nie, ja tylko chcia­łem poka­zać temu rudziel­cowi w jaki spo­sób jego zacho­wa­nie krzyw­dzi to młode. - wyszeptał, tak żeby tylko ona słyszała.
W tym samym momen­cie po obo­zie roz­szedł się dźwięk alarmu bez­pie­czeń­stwa. Anna­bel unio­sła głowę, a nad nią dostrze­gła „nie­znisz­czalną” barierę, która pod wpły­wem jed­nego potęż­nego zaklę­cia znik­nęła jak kam­fora. Po nie­bie roz­prze­strze­niła się magiczna kula, ema­nu­jąca błę­kit­nym świa­tłem z któ­rej wydo­by­wał się szorstki głos Mateia, a która prze­miesz­czała się szybko z jed­nej strony obozu do dru­giej.
 – Rezer­wat został zaata­ko­wany. Pra­cow­nicy pro­szeni są o uda­nie się do swo­ich namio­tów natych­mia­stowo.
Anna­bel zmarsz­czyła czoło i spoj­rzała w stronę bramy, która ugi­nała się pod natar­ciami naje­źdź­ców, któ­rych mogłoby się wyda­wać było o wiele za wiele. Bez zasta­no­wie­nia wycią­gnęła różdżkę z rękawa i igno­ru­jąc pole­ce­nia szefa w te pędy pognała w tamtą stronę, a zaraz za nią Damon.

niedziela, 6 października 2019

IX

Nie cze­kała dłu­żej. Po dotar­ciu do obozu nie­mal od razu jej kroki skie­ro­wały się ku miej­scu, gdzie znaj­do­wała się zagroda mło­dych smo­ków. Podróż trwała zde­cy­do­wa­nie za długo, Anna­bel nie mogła docze­kać się w końcu tego, aby zacząć ponow­nie żyć nor­mal­nie i opieką nad Lumi­nim, oraz Ase­rie­lem wygnać z głowy złe myśli i zawód jaki prze­żyła na Islay. Wygła­dziła ręką swój uni­fom, który chro­nił przed smo­czym ogniem, a także sta­no­wił natu­ralną część odzie­nia opie­ku­nów i prze­szła przez furtkę. Więk­szość mło­dych smo­ków, które obec­nie prze­by­wały na wybiegu zaskrze­czało i zato­czyło w powie­trzu koło na wznak, że są gotowe do zabawy. Jed­nak Anna­bel gła­dząc jed­nego z nich po gło­wie oglą­dała się dookoła w poszu­ki­wa­niu swo­ich pod­opiecznych, któ­rzy – wedle roz­pi­ski, którą dała Weasley­owi przed swoim wyjaz­dem powinni prze­by­wać obec­nie tutaj.
Wtem poczuła zna­jome ukłu­cie w oko­licy ramie­nia, spoj­rzała w bok i uśmiech­nęła się sze­roko. Na jej ramie­niu stał Ase­riel, który naj­pierw przy­bli­żył pysk do jej twa­rzy i przy­mi­lił się do niej, a zaraz póź­niej zary­czał zazdro­śnie w stronę innych mło­dzia­ków, któ­rzy zebrali się dookoła Anna­bel, na co oni obo­jęt­nie ruszyli w swoje strony.
– Widzę, że masz się dobrze Ase­riel. – pogła­dziła mło­dego po szyi,
Zado­wo­lony zaskrze­czał, a sama Anna­bel poczuła jakby dosłow­nie pod jej doty­kiem Ase­riel roz­pły­wał się w powie­trzu.
Gdzieś kątem oka dostrze­gła śpią­cego Weasleya, wygod­nie uło­żo­nego pod drze­wem. Zmarsz­czyła czoło i zało­żyła ręce na piersi. Nie potra­fiła zro­zu­mieć jak Char­lie może być tak nie­od­po­wie­dzialny i lek­ko­myślny opie­ku­jąc się mło­dymi. Pode­szła do niego, a zaraz przed nią jakby spod ziemi wyło­nił się Lumini, który z rado­ści wypu­ścił z pyszczka kilka iskier i tak samo jak Ase­riel usiadł na dru­gim ramie­niu Anna­bel.
– Weasley, co ty wyra­biasz? – spy­tała gło­śno, pró­bu­jąc go zbu­dzić.
Jed­nak on zamru­czał jedy­nie coś pod nosem i odwró­cił głowę na inną stronę. Zde­ner­wo­wana Anna­bel pode­szła bli­żej i kuca­jąc na jedno kolano spoj­rzała na nie­obecną, muskaną przez pro­mie­nie sła­bego słońca twarz mło­dzieńca. Przy­glą­da­jąc się mu, stwier­dziła że jeśli nie kła­pie zbyt dużo ustami jest nawet przy­stojny. Zaraz póź­niej jej wzrok powę­dro­wał na Lumi­niego.
– Wiesz co robić młody. – odparła tajem­ni­czo.
Rogo­gon roz­ło­żył dum­nie skrzy­dła, jakby rozu­mie­jąc jej słowa i prze­sko­czył z jej ramie­nia na nogi swo­jego opie­kuna, prze­szedł kawa­łek dalej, aż dotarł do jego twa­rzy. Uka­zał rząd ostrych jak szpilka, małych ząb­ków i ugryzł ucho Char­liego.
Ten jak rażony prą­dem zerwał się z miej­sca i zła­pał się za bolące miejsce.
– Lumini, cho­lera, to bolało. – syknął, zauwa­ża­jąc obok sie­bie smoka.
– Czy do two­ich obo­wiąz­ków Weasley, należy uci­na­nie sobie drze­mek pod­czas pracy? – spy­tała pre­ten­sjo­nal­nie.
– Anna­bel? – wstał tro­chę sko­ło­wany i podra­pał się po gło­wie – Umm, nie? A co ty tu robisz? Nie mia­łaś wró­cić dopiero poju­trze?
– Mia­łam, ale mia­łam też prze­czu­cie, że nie powin­nam zosta­wiać ci mło­dych pod opieką na tak długo. – żach­nęła się. – Miałam rację... nie sądzisz, że to skraj­nie nie­od­po­wie­dzialne zasy­piać, gdy smoki są same na wybiegu?
– Nie są same, mają prze­cież towa­rzy­stwo. – wska­zał wzro­kiem stadko małych rogo­go­nów, bawią­cych i gry­zą­cych się nawza­jem. – A bariera nie pozwoli im przez nią prze­le­cieć.
– To są młode smoki Weasley. Młod­sze niż tamte.-– mruknęła wytrą­cona lekko z rów­no­wagi. – Nie mogą same latać po zagro­dzie, mogłoby dojść do walki, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o Ase­riela.
– Wiem to, wiem. – mruk­nął pod nosem. – Są zbyt ruchliwe ostat­nio, latają wszę­dzie…– prze­rwał.– …zobacz, nawet teraz oby­dwoje sie­dzą ci jakby ni­gdy nic spo­koj­nie na ramionach. Gdy­byś tu była ze mną nic takiego nie mia­łoby miej­sca.
Anna­bel nic nie odpo­wie­działa, ści­snęła moc­niej ręce na piersi, ażeby ukryć nagły ścisk żołądka, który nastą­pił po tym, gdy usły­szała te słowa. Nie była w sta­nie wytłu­ma­czyć tej reak­cji, prze­cież od dawna wie­działa, że jeśli cho­dzi o opiekę na smo­kami, mało kto może jej dorów­nać. Może po pro­stu była nie­do­war­to­ścio­wana, lub sko­ło­wana tym, że obcy dla niej czło­wiek jest o wiele bar­dziej życz­liwy niżeli jej wła­sny kuzyn.
– Czasu nie cof­niemy. – wes­tchnęła ciężko i pogła­dziła oba smoki pod szyją. – Jest już pora kar­mie­nia, zro­bić to, czy wolisz wró­cić do spa­nia? – spy­tała z mimowolnym uśmie­chem.
Char­lie wstał na równe nogi tak szybko, że o mało nie prze­wró­cił się na gli­nie leżą­cej na ziemi nie­opo­dal jego legowiska. W ostat­nim momen­cie utrzy­mał się na nogach i gry­ma­sem wstydu na twa­rzy wymi­nął ją w te pędy waz z wygłod­nia­łymi smo­kami, które na wieść o jedze­niu nie­mal od razu pode­rwały się do góry i jesz­cze szyb­ciej pole­ciały za opie­ku­nem.
– Wła­ści­wie to chęt­nie je z tobą nakar­mię, muszę ci coś pokazać i tak.. – mruk­nął tajem­ni­czo nawet nie odwra­ca­jąc się w jej kie­runku.
Poki­wała głową z dez­a­pro­batą nie móc wyobra­zić sobie jak kto­kol­wiek może być takim lek­ko­du­chem, zaraz póź­niej ruszyła za nim zasta­na­wia­jąc sobie co tak wła­ści­wie Char­lie miał na myśli mówiąc, że musie jej coś poka­zać.
– Patrz Foutley. – uśmiech­nął się chy­trze i rzu­cił wysoko w górę kawa­łek mięsa macza­nego w krwi kur­czaka. – Ase­riel!
Wtem młody jakby ni­gdy nic pode­rwał się w górę z ramie­nia opie­kunki, prze­le­ciał kilka razy nad jej głową i zio­nął ogniem w taki spo­sób, aby pod­grzać sobie poży­wie­nie.
Anna­bel nie mogła uwie­rzyć wła­snym oczom, nie było jej zale­d­wie kilka dni.
Wie­działa, że powinna cie­szyć się z tego powodu, że jej pod­opieczny nauczył się ziać ogniem, jed­nak nie potra­fiła ukryć sama przed sobą, a już szcze­gól­nie przed jej współ­pra­cow­ni­kiem, że poczuła nie­przy­jemny ścisk zazdro­ści. Zało­żyła ręce na piersi i mogłoby się wyda­wać, że za chwilę wrza­śnie na Char­liego z nie­zna­nego nikomu powodu. Jed­nakże nic takiego nie miało miej­sca, zamiast tego stała i mil­cze­niu i wpa­try­wała się w Ase­riela pochła­nia­ją­cego ze sma­kiem swój kawa­łek miej­sca.
– Jak to zro­bi­łeś? – spy­tała sucho nie odry­wa­jąc od niego oczu. – Ja pró­bo­wa­łam tylu spo­so­bów, ale nic nie dawały.
– A widzisz. – mruk­nął pociesz­nie, igno­ru­jąc jej pierw­sze pyta­nie. – Kwe­stia podej­ścia.
Anna­bel spoj­rzała spode łba na chło­paka, który ucie­szony uniósł brew w górę, jakby chciał poka­zać na nią swoją wyż­szość. Prze­klęła go w myślach i jego dzieci na kilka poko­leń wprzód rów­nież. Unio­sła wysoko głowę i w mil­cze­niu kar­miła Lumi­niego, który co rusz pod­la­ty­wał do niej nie­na­sy­cony.
Char­lie za to tym razem zaj­mo­wał się Ase­rie­lem, który wypusz­czał z pyszczka coraz co moc­niej­sze iskry ognia, za co dosta­wał kolejne pochwały od Weasleya. Wyglą­dało to mniej wię­cej tak jakby to wła­śnie chło­pak stał się ulu­bień­cem Hebrydz­kiego, zastę­pu­jąc tym samym nijako miej­sce Anna­bel.
Trwało to jakiś czas, póki przy moc­niej­szym podmu­chu wia­tru, swe­ter nie zsu­nął się nagle z jej ramienia.
– Co ci się stało w ramię? – spy­tał chło­pak dostrze­ga­jąc dosyć obszerną bli­znę po cię­ciu w oko­licy pra­wego ramie­nia dziew­czyny.
Anna­bel nie odpo­wie­działa od razu, nie­mal natych­miast podnio­sła swe­ter prze­kli­na­jąc się w myślach za swoją krótką pamięć, przez którą zapo­mniała o tym aby zli­kwi­do­wać tą bli­znę.
– Nie sądzę, aby była to twoja sprawa. – ucięła temat.
Char­lie jed­nak usły­szał jej słowa, a w gło­wie poja­wił mu się obraz Anna­bel odzia­nej jak tamci han­dla­rze dwie noce wprzód, pró­bu­jącą wykraść młode smoki i w odwe­cie raniąc się przy walce z jed­nym ze straż­ni­ków. Naszła go chwila zwąt­pie­nia, przez ostat­nie dnie sku­teczne chro­nił ją przed zarzu­tami Matei’a, jed­nak dostrze­ga­jąc owe prze­cię­cie zaczął poważ­nie zasta­na­wiać się nad jej moty­wa­cją. Poki­wał jed­nak głową z dez­a­pro­batą i pochło­nięty myślami już mniej ocho­czo kar­mił Ase­riela co jakiś czas nie­po­strze­że­nie zer­ka­jąc na swoją współ­pra­cow­niczkę w cało­ści pochło­nię­tej opieką nad Lumi­nim.



Szła wła­śnie przez dzie­dzi­niec ledwo trzy­ma­jąc się na nogach. W nocy męczyły ją demony rodem wycią­gnięte z Islay, a w brzu­chu czuła nie­przy­jemne ści­ski spo­wo­do­wane gło­dem. Poch­ło­nięta w cało­ści myśle­niem nad bie­żą­cymi spra­wami nie zauwa­żyła nawet docie­kli­wych spoj­rzeń innych opie­ku­nów, któ­rzy jakimś cudem dowie­dzieli się o wtar­gnię­ciu han­dla­rzy na teren rezer­watu i podej­rze­niami wzglę­dem Anna­bel. Teoria rodem z fil­mów o zdra­dzie mię­dzy współ­pra­cow­ni­kami zna­lazła wśród nich wielu zwo­len­ni­ków, któ­rzy usta­lili mię­dzy sobą, że każdy krok Foutley będzie przez nich moni­to­ro­wany w taki spo­sób, jakby wyrok o jej winie oka­zał się prawdą.
Jej osoba zawsze wzbu­dzała kon­tro­wer­sje u innych, dla­tego przy­wy­kła już do tego rodzaju spoj­rzeń, dla­tego – gdy tylko rozej­rzała się dookoła i zoba­czyła wszystko to co działo się wokół niej, zigno­ro­wała to i nieświadomie ruszyła na śnia­da­nie.

Jadal­nia – jak na tą porę dnia zda­wała się pusta, z tacką wypeł­nioną po brzegi usia­dła przy pierw­szym lep­szym (i wol­nym) stole. Skrzy­wiła się lekko porów­nu­jąc tą breję, która w pierw­szym namy­śle miała być jajecz­nicą, a wykwint­nymi posił­kami, które jadała na zamku. Jed­nak mimo wszystko posta­no­wiła odciąć się od tam­tych bole­snych wspo­mnień i zabrała się za jedze­nie.
Chwilę sie­działa w kom­plet­nej ciszy, gdy w drzwiach dostrze­gła Damona, który roz­glą­dał się dookoła. Unio­sła dłoń, aby zwró­cić na sie­bie jego uwagę, gdy strze­lił jak z procy i w sekun­dzie zna­lazł się obok niej. Jed­nak nie usiadł przy tym samym stole, a w sąsied­nim, do tego odwró­cił się ple­cami.
– Foutley – szep­nął przez ramię.
– Dla­czego się tak dziw­nie zacho­wu­jesz? – spy­tała rów­nież szep­cząc.
– Zada­jesz się z han­dla­rzami smo­ków?
Na dźwięk tych słów omal nie zakrztu­siła się kawał­kiem chleba, odchrząk­nęła raz, czy dwa pró­bu­jąc wyzbyć się intruza z gar­dła. A potem jakby ni­gdy nic odło­żyła sztućce i przy­ci­snęła się bar­dziej do ple­ców chło­paka.
– To nie­do­rzeczne. Zwa­rio­wa­łeś?
– Zwa­rio­wał­bym, gdyby miało oka­zać się to prawdą. – mruk­nął bez emo­cji, niejako przecząc zachowaniem swoim słowom.
– Skąd takie wnio­ski?
– Słu­chaj, kilka dni temu han­dla­rze pró­bo­wali się tutaj wła­mać i upro­wa­dzić młode smoki z Rezer­watu…
– To chyba nor­malne, że skoro jest tutaj taka grupa to zain­te­re­suje się jed­nym z naj­więk­szych rezer­wa­tów dla smo­ków. – mruk­nęła iro­nicz­nie. – To się musiało wyda­rzyć, ale nie potra­fię zro­zu­mieć co ja mam mieć z tym wspól­nego.
– Nie­wiele wiem, tyle co sły­szę dookoła. Ale to nic, wiesz kto jeszcze brał czynny udział w ochro­nie mło­dych?
– Nie, ale za chwilę się dowiem.
– Weasley…– mruk­nął jed­nym sło­wem.
Na dźwięk tego nazwi­ska Anna­bel wypro­sto­wała plecy. Nie potra­fiła zro­zu­mieć jak wydźwięk tego nazwi­ska za każ­dym razem budził w niej takie kon­tro­wer­sje, jakby ktoś wspo­mi­nał co naj­mniej o jej daw­nej miło­ści. Tłu­ma­czyła to sobie swoją smo­czą stroną, która zawsze pod­po­wia­dała jej, że to czło­wiek godny zaufa­nia i która miała do niego sła­bość, a którą nie­rzadko potra­fiła utrzy­mać na wodzy i cał­ko­wi­cie nią zawład­nąć.
– …ponoć czę­sto ucina sobie poga­wędki z Matei’em. – dodał sucho, jakby suge­ru­jąc z kim powinna jak najszyb­ciej poroz­ma­wiać.
Anna­bel kiw­nęła głową poro­zu­mie­waw­czo i wstała na nogi. Rozej­rzała się dookoła, a jej spoj­rze­nie skrzy­żo­wało się z kil­koma innymi. Dopiero wtedy pojęła ogrom sprawy, ale i tak dziel­nie spo­glą­dała na innych współ­pra­cow­ni­ków dając im do zro­zu­mie­nia tym samym, że nie jest niczemu winna, a tym bar­dziej nie ma się czego wsty­dzić. Żach­nęła się i pew­nym sie­bie kro­kiem wyszła z jadalni, zapom­ina­jąc kom­plet­nie o posiłku.

Jej kroki skie­ro­wały się wprost do namiotu, w któ­rym miesz­kała w zamia­rze prze­my­śle­nia zaist­nia­łej sytu­acji. Zasta­na­wiała się, co takiego mogła zro­bić, ażeby zostać podej­rzaną w tak ciężkiej sytu­acji. Prze­twa­rzała w myślach ostat­nie wyda­rze­nia i dum­nie, bądź nie musiała stwier­dzić, że ogrom złych wia­do­mo­ści ostat­nimi czasy prze­bił jej rekord życiowy.
Westch­nęła bez­bron­nie, o ile zawsze sytu­acje takiego typu roz­wią­zy­wały się same w miarę ich moż­li­wo­ści, tak teraz stra­ciła cier­pli­wość co do nie­któ­rych spraw i zatrzy­mała się wpół kroku. Podjęła ostateczną decyzję. Odwró­ciła się na pię­cie i prze­szła cały dzie­dzi­niec, aż dotarła do namiotu Char­liego. Zapu­kała raz, potem dwa, aż w końcu jego ruda czu­pryna poja­wiła się u wej­ścia.
Chło­pak – dostrze­ga­jąc ją w drzwiach aż wyba­łu­szył oczy ze zdzi­wie­nia.
Prawdą było to, że miał w obo­zie wielu przy­ja­ciół, ale rzadko kto go odwie­dzał, tym bar­dziej bez zapo­wie­dzi. Szcze­gól­nie, jeśli był to ktoś taki odsu­nięty od innych jak Anna­bel.
– Wszystko w porządku? – spy­tał, zauwa­ża­jąc jej skrzy­wioną twarz.
– Możemy poroz­ma­wiać? Tylko nie tutaj. – dodała pośpiesz­nie i nie cze­kając na zapro­sze­nie wymi­nęła chło­paka i weszła do środka.
Od razu do jej oczu dobiegł, nie­spo­ty­kany wręcz porzą­dek. Oczy­wi­ście – na zamku miała służbę sprzą­ta­jącą, która zaj­mo­wała się kom­na­tami, ale jesz­cze ni­gdy nie było aż tak czy­sto. Książki – głów­nie o smo­kach prze­pla­tały się wraz z tymi – jak wnio­sko­wała po tytule o zabar­wie­niu histo­rycz­nym. Uło­żone od A-Z, dodat­kowo i wiel­ko­ściowo rów­nież. Podłoga lśniła w taki spo­sób, że można było się w niej przej­rzeć. Przedmioty magiczne, pamiątki z Hogwartu dokład­nie uło­żone wedle prze­zna­cze­nia. Rozglą­dała się dookoła z podzi­wem, aż obok nie poja­wił się Char­lie.
– Masz jakieś pro­blemy? – wypa­liła, przy­po­mi­na­jąc sobie histo­rię jed­nej służki nie­gdyś pra­cu­ją­cej na zamku o nie­by­wa­łym wstrę­cie do brudu, to scho­rze­nie miało jakąś spe­cja­li­styczną nazwę, któ­rej Anna­bel nie potra­fiła na moment obecny sobie przy­po­mnieć.
– Co? Szyb­ciej ty, co wilki cię cho­wały? – obu­rzył się Char­lie. – Mogłaś cho­ciaż pocze­kać na zaproszenie do środka.
Anna­bel puściła tę uwagę mimo uszu. Pode­szła do półki, na któ­rej znaj­do­wały się rodzinne zdję­cia. Ku jej zdzi­wie­niu wszyst­kie osoby posia­dały gęste rude włosy.
– Masz sporo rodzeń­stwa. – odparła pró­bu­jąc doli­czyć się wszyst­kich głów.
– Rodzice sobie nie żało­wali. – odparł uno­sząc ramiona. – To mój tata, pra­cuje w Mini­ster­stwie w dziale uży­cia przedmio­tów mugoli… – Char­lie wska­zał pal­cem naj­star­szego i naj­tęż­szego męż­czy­znę pośród nich. – To moja mama, pra­cuje w domu i naprawdę zna się na zaklę­ciach lecz­ni­czych. To jest mój star­szy brat – Bill, pra­cuje dla banku Grin­gotta jako łamacz klątw w Egip­cie. Zapro­sił nas tam w waka­cje, mamy go odwie­dzić całą rodziną, ale nie wiem czy dam radę się wyrwać – Prze­je­chał pal­cem nieco niżej i wska­zał na kolej­nego członka swo­jej rodziny. – Mój młod­szy brat Percy, chyba naj­bar­dziej sztywny ze wszyst­kich. Potem bliź­niaki Fred i George, ci to mają głowę do żar­tów nie powiem. Obok nich naj­mniej­sza i naj­słod­sza Ginny. A to jest Ron, wła­śnie zaczął swój pierw­szy rok w Hogwar­cie. Jak wszy­scy tra­fił do Gry­fin­doru, razem z Har­rym Pot­te­rem.
– Har­rym Pot­te­rem? – powtó­rzyła jak w tran­sie.
– Tylko nie mów mi, że nie wiesz kto to. – odparł wyso­kim tonem. – Prze­cież to on pozba­wił mocy Sama-Wiesz-Kogo jako dziecko.
Anna­bel spoj­rzała na niego spode łba. Rze­czy­wi­ście jego „wyczyn” dotarł nawet na Islay, ale ni­gdy nie zachwy­cała się tym chłop­cem w taki spo­sób. Dla niej ta sprawa z poko­na­niem Czar­nego Pana przez nie­mow­laka w dal­szym ciągu prze­czyła logice.
– Skąd pew­ność, że był to on? – wzru­szyła ramio­nami i obo­jęt­nie wró­ciła do grun­tow­nego ana­li­zo­wa­nia rodzin­nego zdję­cia rodziny Weasleyów.
Char­lie sta­nął jak wryty.
– No jak to skąd, każdy zna tą histo­rię.
– Pomyśl Weasley, dziecko nie mogło wykoń­czyć tak potęż­nego cza­ro­dzieja jakim był Vol­de­mort. – mruk­nęła bez zająk­nię­cia, co już kom­plet­nie wybiło chło­paka z rytmu.
– Typowe myśle­nie Śli­zgoń­skie. – mruk­nął zre­zy­gno­wany po nosem.
– Słu­cham? – obu­rzona Anna­bel odwró­ciła się do niego na pię­cie.
– Nie nic… – uciął przy­ga­szony. – No powiesz mi w końcu o czym chcia­łaś ze mną roz­ma­wiać?
– Wła­śnie, czemu nic nie wspo­mnia­łeś o wtar­gnię­ciu han­dla­rzy do rezer­watu?
Chło­pak od razu zmar­kot­niał.
– A powi­nie­nem?
– Tak, szcze­gól­nie jeśli śmiesz knuć z Matei’em, żeby za wszystko obwi­nić mnie.
– To nie tak…– mruk­nął sia­da­jąc na sofie – Po pro­stu jesteś podej­rzana i tyle. Nie ma dowo­dów ani nic. Błą­kasz się po nocach z dziw­nymi ludźmi, izo­lu­jesz się, a atak zda­rzył się aku­rat wtedy, gdy cie­bie w obo­zie nie było. – wypa­lił, a dopiero zauwa­ża­jąc wyraz twa­rzy Anna­bel, dotarło do niego to jak bar­dzo nie­prze­my­ślane były jego słowa.
– Rze­czy­wi­ście solidne dowody. – odparła sucho.
– Nie, cze­kaj. Usiądź, poroz­ma­wiamy na spo­koj­nie, okey?
– Chyba nie mamy o czym, skoro już jesteś pewien, że to ja im poma­gam.
Mówiąc te słowa, pró­bo­wała wymi­nąć chło­paka i odpu­ścić namiot w któ­rym nagle zro­biło się jej duszno. W ostat­nim momen­cie poczuła jak czy­jeś ręce zaci­skają się na jej ramie­niu.
Ziry­to­wana strze­pała dłoń chło­paka z swo­ich ramion i wcze­śniej posy­ła­jąc mu jeden z swo­ich gry­ma­sów wybie­gła na zewnątrz.
Pobiegł za nią, żeby w jakiś spo­sób pró­bo­wać się wytłu­ma­czyć, mimo iż wie­dział że przez wzgląd na cha­rak­ter Anna­bel jego tłu­ma­cze­nia będą bez­owocne.
– Cze­kaj! – wrza­snął gdy tylko dostrzegł ją w zasięgu wzroku.
Zatrzy­mała się w miej­scu i odwró­ciła na pię­cie. Spoj­rzała na niego w bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny dla jej mocy spo­sób. Ten zaś czu­jąc nie­przy­jemną aurę na sobie, wydo­by­wa­jące się jakby bez­po­śred­nio z jej ciała zatrzy­mał się mimo­wol­nie, a Anna­bel roz­pły­nęła się w powie­trzu. Nie byłoby w tej sytu­acji nic dziw­nego – dwójka kłó­cą­cych się współ­pra­cow­ni­ków, gdyby nie fakt, że zni­ka­jąc Char­lie zdo­łał zauwa­żyć dziwny i nie­na­tu­ralny błę­kitny błysk w jej oku.

wtorek, 20 sierpnia 2019

VIII


W powie­trzu uno­sił się stary kurz i duszący pył. Sir Euan zabrał ze sobą pochod­nię ze ściany, w zamia­rze oświe­tle­nia im drogi. Zapach cze­goś na zapach szczyn uno­sił się w powie­trzu, a tunel był tak wąski i ciemny, że prak­tycz­nie nic nie widzieli przed sobą. Anna­bel cie­szyła się w duchu, że nie było tam żad­nych roz­ga­łę­zień, więc nie mogli się zgu­bić, jed­nak dla pew­no­ści wodziła po omacku dło­nią po ścia­nie, aż wresz­cie dotarli do pro­wi­zo­rycz­nych scho­dów, po któ­rych weszli na naj­niż­szy poziom. Rycerz spoj­rzał jesz­cze raz na księż­niczkę, w nadziei, że zoba­czy na jej twa­rzy skru­chę pomie­szaną ze stra­chem, bowiem po dru­giej stro­nie, zgod­nie z usta­le­niami władz znaj­dują się naj­więksi zbrod­nia­rze jakich wyspa kie­dy­kol­wiek widziała, jed­nak kamienny wyraz jej twa­rzy suge­ro­wał, że nie zamie­rzała odpu­ścić. Obrońcy impo­no­wała jej odwaga, jed­nak ni­gdy nie byłby w sta­nie tego przed nią przy­znać.
– To inny świat, księż­niczko. Zupeł­nie ci obcy.
W isto­cie miał rację, wcho­dząc do środka Anna­bel sądziła, że loch ten niczym nie będzie się róż­nił, od tego, w któ­rym miesz­kała ucząc się w Hogwar­cie. Jed­nak grubo się pomy­liła. Uchy­la­jąc, grube zbite cegłą drzwi do ich noz­drzy dole­ciał zapach śmierci.
Loch ten, prze­zna­czony był dla osób, które zostały posłane na śmierć gło­dową, a w naj­lep­szym przy­padku na ścię­cie. Anna­bel skrzy­żo­wała ręce na piersi, czu­jąc zimne powie­trze na skó­rze.
Wiele mówiło się o tych lochach, ska­zańcy czę­sto popeł­niali tutaj samo­bój­stwa w oba­wie przez publicz­nymi egze­ku­cjami, jesz­cze inni cier­pieli katu­sze za swoje zbrod­nie.
Anna­bel nie mogła uwie­rzyć, że służka tra­fiła tutaj bez żad­nego pro­cesu. Miej­sce to zala­ty­wało okru­cień­stwem, a sama księż­niczka czuła, że nawet jeśli dziew­czyna rze­czy­wi­ście miała w zamia­rze ją otruć, ni­gdy nie życzy­łaby jej odsia­dy­wa­nia wyroku w takim miej­scu. Pobla­dła na twa­rzy, wyobra­ża­jąc się sie­bie na jej miej­scu. Czy gdyby sprze­ci­wiła się woli Vic­tora, ona rów­nież wylą­do­wa­łaby tutaj?
Sir Euan wolno kro­czył po kory­ta­rzu i dotąd sta­rał się uni­kać wzroku Anna­bel, jed­nak dostrze­ga­jąc jej stan zatrzy­mał się na środku, blo­ku­jąc przej­ście.
– Głę­biej będzie jesz­cze gorze, księż­niczko. Czy jesteś prze­ko­nana, że nie chcia­ła­byś wró­cić do swych kom­nat, ocze­ku­jąc w nich na pro­ces słu­żą­cej?
Przez chwilę zda­wało mu się, że Anna­bel pod cię­ża­rem jego słów zawa­hała się, ale było to złudne prze­czu­cie. Unio­sła wysoko głowę i mimo bla­do­ści cery, w jej oczach było widać deter­mi­na­cję.
– Jak długo zamie­rzasz jesz­cze odwle­kać mnie od pomy­słu spo­tka­nia się z tą dziew­czyną, sir? – spy­tała pre­ten­sjo­nal­nie.
Nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, zauwa­żył w oddali, że jakiś ciężki przedmiot leci wprost na księż­niczkę. Zare­ago­wał od razu, rzu­cił się na nią i oto­czył ramio­nami. Spro­wo­ko­wana cię­ża­rem jego ciała upa­dła na zimną posadzkę, nie­opo­dal miej­sca, gdzie zale­gała kałuża wysu­szo­nej krwi.
Owym przedmio­tem oka­zał się kawa­łek cegły, który odpadł ze ściany. Któ­ryś z więź­niów, naj­wy­raź­niej zgor­szony obec­no­ścią księż­niczki wraz z ryce­rzem w lochach, posta­no­wił dać upust swej zło­ści wła­śnie w taki nie­na­wistny spo­sób.
Gdy tylko Anna­bel zna­la­zła się twa­rzą w twarz ze swoim obrońcą, ochra­nia­ją­cym ją wła­snym cia­łem onie­miała. Leżeli tak przez chwilę wpa­tru­jąc się nawza­jem w swoje oczy. Jed­nak gdy tylko dotarła do ryce­rza nie­zręcz­ność tej chwili, natych­miast podniósł się z ziemi jak spło­szony, otrze­pał zbroję z pyłu i żeby bar­dziej nie stra­cić w oczach księż­niczki, podał jej dłoń jak na ryce­rza przy­stało.
Anna­bel nie­mal od razu zaci­snęła na niej swoje palce i dała się unieść w górę.
Po raz kolejny spo­tkały się ich spoj­rze­nia. Spe­szona dziew­czyna, nie cze­ka­jąc na jaką­kol­wiek reak­cję ze strony „swo­jego” ryce­rza, wyprze­dziła go w popło­chu i ruszyła dalej przed sie­bie.

W mil­cze­niu prze­mie­rzyli resztę lochu w poszu­ka­niu celi, gdzie prze­trzy­my­wana była służka śmiąca, wedle wła­snej woli, lub też nie podać księż­niczce Anna­beli zatruty tru­nek. Sir Euan wska­zał ową celę i osu­nął się w cień tak głę­boko, że ciężko było jej go dostrzec. Foutley otrze­pała swą jedwabną suk­nię z kurzu, przy­wo­łała na swoją twarz jeden z jej czo­ło­wych gry­ma­sów i przy­sta­nęła naprze­ciwko uwię­zio­nej. Ta zaś jak dotąd sku­lona w kącie, nie­mal od razu pod­bie­gła do krat, chwy­ciła je w palce i przy­bli­żyła swoją twarz do księż­niczki.
– Księż­niczka Anna­bel. – odparła cia­cho, pocią­ga­jąc nosem. – Pro­szę mnie oszczę­dzić.
– Wyrok jesz­cze nie zapadł, służko. – spe­cjal­nie zaak­cen­to­wała to ostat­nie słowo, jed­nak nie zapomi­na­jąc iż w dal­szym ciągu znała jej imię.
– Ja naprawdę pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć sobie co kie­ro­wało moim zacho­wa­niem, jed­nak nie potra­fię tego zro­bić. Pro­szę mi wie­rzyć. Służę na dwo­rze odkąd skoń­czy­łam szes­na­ście lat, jestem wdzięczna kró­lowi, iż pozwo­lił mi tutaj zamiesz­kać. Nie mia­ła­bym powodu, aby chcieć Two­jej śmierci Pani.
Anna­bel ści­snęła wargi w wąską linię, jesz­cze przed pię­cioma minu­tami miała w gło­wie plan całego prze­słu­cha­nia, wie­działa o co chciała zapy­tać, miała nawet wyobra­że­nia w jaki spo­sób zmu­sić ją do wyzna­nia win, ale teraz – sto­jąc przed nią cała pew­ność ulot­niła się niczym wiatr.
W prze­szło­ści rów­nież kil­ka­krot­nie wyobra­żała sobie sytu­acje, które mogłyby się wyda­rzyć i w isto­cie z każ­dej z nich – nawet tej naj­trud­niej­szej w jej mnie­ma­niu wycho­dziła obronną ręką, demon­stru­jąc tym samym siłę swo­jego cha­rak­teru. Być może miała zbyt duże mnie­ma­nie o sobie, z resztą jak każdy i ślepo wie­rzyła, że wystar­czy odpo­wied­nie nasta­wie­nie i nie­ogra­ni­czona wiara w słusz­ność swo­ich decy­zji, aby wszystko uło­żyło się po jej myśli. Teraz było ina­czej, nało­gowo uży­wała magii do roz­wią­zy­wa­nia swo­ich pro­ble­mów, opie­rała na niej swój sys­tem war­to­ści, a teraz gdy została pozba­wiona różdżki, została odcięta od swo­jego najwięk­szego sprzy­mie­rzeńca i prawda była taka, że nie była w sta­nie nawet samo­dziel­nie funk­cjo­no­wać.
– Dla chwały, pie­nię­dzy? – spy­tała oschle. – Pozy­cji spo­łecz­nej? Lub po pro­stu dla wyż­szych celów.
– Daj Boże, Pani. To zwy­kłe pomó­wie­nia.
– Dla­czego mia­ła­bym dać wiarę tym sło­wom? Wypo­wia­da­nym bojaź­li­wie przez kogoś mi nie­zna­nego, bez krzty zająk­nię­cia?
Służka spu­ściła głowę i spoj­rzała na swoje palce, które z nie­po­ko­jem opla­tały się wza­jem­nie.
– Zaw­dzię­czam Kró­lowi odzie­nie, jadło oraz dach nad głową. Moi rodzice słu­żyli na dwo­rze zanim się uro­dzi­łam. Tydzień po moich szes­na­stych uro­dzi­nach, wro­gie woj­ska napa­dły na jeden z ich obo­zów zwia­dow­czych. Prze­bili im serca szty­le­tem. Król Wil­liam zgo­dził się przy­jąć wszyst­kie sie­roty, które wów­czas stra­ciły rodzi­ców. Chłop­ców posłał do cze­lad­ni­ków, aby uczyli się zawodu, a dziew­czynki przy­jął do służby w zamku. W życiu nie potra­fi­ła­bym się wywdzię­czyć mu za całe to dobro, któ­rym nas ota­czał.
Anna­bel w dal­szym ciągu stała nie­ru­szona naprze­ciw służki. Cho­ciaż nie wyczu­wała w jej gło­sie i przede wszyst­kim nasta­wie­niu kłam­stwa, była pełna sprzecz­no­ści. Ckliwe histo­ryjki, prze­waż­nie ni­gdy nie robiły na niej więk­szego wra­że­nia, może przez to że sama doświad­czyła wcze­śniej cze­goś podob­nego. Nau­czyła się wów­czas być odporną na wszel­kie słowa, które kogoś innego mogłyby zra­nić i wzbu­dzić w nim uczu­cia, któ­rych dotąd nie zaznał, ale przede wszyst­kim wyro­biła w sobie zdol­ność patrze­nia na wszystko z więk­szym dystan­sem niż jest to wyma­gane.
– Jeśli to co mówisz jest prawdą, to jesteś w sta­nie wska­zać osobę, która mogłaby to zro­bić?
Nie­zręczna cisza, oczy służki roz­sze­rzyły się nie­po­ko­jąco, z jej twa­rzy można było wyczyać wiele, strach pomie­szany z ulgą, nie­do­wie­rza­nie i chęć przy­tu­le­nia księż­niczki za jej wiarę w swoją nie­win­ność. Powieki Anna­bel za to na­dal nie drgnęły, wpa­try­wała się ocze­ku­jąco w dziew­czynę i nie omiesz­kała nawet w tej sytu­acji odno­sić się dumą.
– Wiem, że służki wie­dzą naj­le­piej co dzieje się w zamku, lepiej nawet nie­kiedy od samego Króla. – dodała cicho.
– Wasza Wyso­kość, jedna z nas – pozwo­lisz, że nie wskażę po imie­niu. Widziała raz jak rycerz o dum­nym imie­niu Mal­colm spo­ty­kał się po cichu z jedną posłan­niczką z Jury. Sądząc po odzie­niu mogłaby być zwia­dow­czy­nią naszych wro­gów. A zaś póź­niej zale­cał się do kobiety, która miała pod swoją pie­czą porzą­dek w kuchni.
– Sir Mal­colm to jeden z czo­ło­wych ryce­rzy mego kuzyna…– pod­su­mo­wała jakby do sie­bie.
– Miało to wyglą­dać jak spo­tka­nie kochan­ków.
Anna­bel kiw­nęła poro­zu­mie­waw­czo głową w stronę służki. Mówiąc jej to Beatry­cze nara­ziła się na ogromne niebez­pie­czeń­stwo ze strony czło­wieka, który mógłby się oka­zać zdrajcą. Dosk­nale też zda­wała sobie z tego sprawę, jed­nak wiszące nad jej głową jarzmo śmierci roz­plą­tały jej język na tyle, aby księż­niczka mogła stwier­dzić, kto tak naprawdę stoi za próbą jej otru­cia.
Kiw­nęła ręką sir Euanowi, który dotąd bacz­nie patro­lo­wał kory­tarz i co rusz posy­łał ostrze­gaw­cze spoj­rze­nia więź­niom, nader ziry­to­wa­nym ich obec­no­ścią. Teraz jed­nak był odpo­wie­dzialny za bez­pie­czeń­stwo Anna­bel i zamie­rzał wywią­zać się z swo­jego zada­nia.





W tym samym cza­sie, Rumu­nia. Obóz smo­ko­lo­gów.

Po kolej­nym wyczer­pu­ją­cym dniu opieki nad dwoma bar­dzo ruchli­wymi, mło­dymi smo­kami Char­lie opadł z sił. Kochał to co robił, jed­nak nie zda­wał sobie sprawy z tego, ile ener­gii trzeba poświę­cić na pil­no­wa­nie ich. Młode poczuły się ostat­nio bar­dzo pew­nie w obo­zie. Latały z kąta w kąt w poszu­ki­wa­niu nie­zna­nego wywo­łu­jąc tym samym ból głowy u swo­ich star­szych współ­ga­tun­kow­ców, czę­ściej zamknię­tych w swo­ich klat­kach i cze­ka­ją­cych na wyma­rzoną wol­ność, oraz swo­jego opie­kuna.
Char­lie opadł bez­wład­nie na łóżko, nie zdo­łał zdjąć nawet butów, a gdy jego poli­czek styk­nął się z miękką, świeżo upraną pościelą od razu roz­pły­nął się w obję­cia Mor­fe­usza, mając w gło­wie twarz Anna­bel. Bożek snu zro­zu­miał jego sła­bość, dla­tego też posłał mu jeden z naj­pięk­niej­szych snów, jaki Weasley mógł mieć: Uno­sił się wysoko nad hory­zon­tem, latał pomię­dzy chmu­rami. Omi­jał zwin­nie góry, sto­jące na jego dro­dze i leciał dokład­nie tam, gdzie pra­gnął. Podzi­wiał widoki, a jego twarz zda­wała się być deli­kat­nie muskana przez pro­mie­nie zani­ka­ją­cego już słońca. Spo­glą­dał co rusz na swoje ręce, które zda­wały mu się być skrzy­dłami. Machał nimi z całych sił, uno­sząc się wyżej i wyżej. Gdzieś tam w oddali usły­szał wrza­ski szczę­śli­wych stwo­rzeń, które cenił nad życie. Przy­śpie­szył, a w mgnie­niu oka zna­lazł się pomię­dzy nimi.
Coś trza­sło. Mimo swo­jego wyczer­pa­nia, nawet w trak­cie snu Char­lie potra­fił być czujny, przed to czę­sto nie wysy­piał się tak dobrze jak inni. Zbu­dził się na chwilę, rozej­rzał się w około, a jego wzrok zatrzy­mał się na jedy­nym źró­dle świa­tła, jaki znaj­do­wał się w pokoju – świecy, wpół zuży­tej świecy, któ­rej ogień tań­czył słabo w rytm nie­zna­nej mu muzyki. Ziew­nął i obró­cił się na drugi bok, przy­krył się koł­drą, aż po brodę, gdy po raz kolejny coś trza­sło.
Zer­wał się na równe nogi, zła­pał w dłoń różdżkę, którą trzy­mał pod poduszką i wol­nym kro­kiem wyszedł na zewnątrz. Jego namiot znaj­do­wał się nie­da­leko miej­sca, gdzie trzy­mani byli ich pod­opieczni, dla­tego był w sta­nie zauwa­żyć kil­koro dziw­nych postaci, odzia­nych – jak mu się wydaje w ciemne szaty pró­bu­ją­cych zaklę­ciami roz­bić barierę chro­niącą młode smoki przed ucieczką.
Nie zda­wało mu się, że mogli być to inni opie­kuni, dla­tego nie­po­strze­że­nie wbiegł za ścianę znaj­du­jącą się najbli­żej tego zbie­go­wi­ska. Pech chciał, że był to namiot ich szefa- Matei’a, któ­rego rów­nież zbu­dziły świa­tła rzu­ca­nych zaklęć.
– Co pan tu robi, Panie Weasley? – mruk­nął, chwy­ta­jąc go za ramię.
Char­lie odsko­czył do tyłu, myśląc, że został odkryty.
– Ci ludzie chyba chcą dostać się do środka. – odparł cicho, dostrze­ga­jąc zna­jo­mego mu cza­ro­dzieja.
– Wie­dzia­łem, że raz przyjdą i do nas.
– Wie szef, kto to jest?
– Han­dla­rze smo­ków. – splu­nął nie­na­wist­nie. – Kręcą się po całym kraju i wykra­dają młode smoki z gniazd. Dla zysku, ewnentu­al­nie rogów i łusek.
– Jak oni dostali się do obozu? Przy tylu zaklę­ciach ochron­nych?
– Tego nawet sam Mer­lin nie wie, Weasley.
– To co robimy? – spy­tał, mając nadzieję, że jed­nak nie będą musieli sami inge­ro­wać.
– Nie­da­leko znaj­duje się miej­sce, dzięki któ­remu można zaalar­mo­wać star­szych opie­ku­nów-straż­ni­ków, ale oba­wiam się, że mogą mnie zauwa­żyć.
Char­lie spo­glą­dał nie­cier­pli­wie na ludzi, pró­bu­ją­cych por­wać młode smoki. Bariera zaczęła się łamać pod ich zaklę­ciami. Musieli to być potężni cza­ro­dzieje, aby móc tego doko­nać, lub musiała ich być spora grupka. Wealey wie­dział, że jeśli spró­bują się z nimi zmie­rzyć, prze­grają. Prze­kli­nał w tym momen­cie innych opie­ku­nów, że w sytu­acji zagro­że­nia potra­fią spo­koj­nie spać. Ści­snął w dło­niach swoją różdżkę i gorącz­kowo patrzył dookoła.
W tym samym momen­cie Matei wska­zał na drzewo nie­opo­dal budynku, Char­lie ski­nął głową i poj­mu­jąc istotę jego planu, wyce­lo­wał w drzewo różdżką rzu­ca­jąc zaklę­cie tnące.
Dif­findo!
Białe świa­tło ude­rzyło w cel. Drzewo, pozba­wione cią­gło­ści upa­dło trza­ska­jąc w zie­mię i odwra­ca­jąc tym samym uwagę naje­źdź­ców. Matei wyko­rzy­stując ich chwilę nie­uwagi pod­biegł do wcze­śniej nie zauwa­żo­nego przez Char­liego kamien­nego pie­de­stału i poma­chał nad nim dwa razy różdżką.
Po kilku sekun­dach cały obóz zapeł­nił się cza­ro­dzie­jami, któ­rzy co rusz poja­wiali się wokół budynku z mło­dymi smo­kami. Rozwią­zała się krótka walka. Prze­waga liczebna straż­ni­ków przy­tła­czała han­dla­rzy, dla­tego tamci wznie­śli okrzyk odwrotu.
Char­lie przy­glą­dał się tej sytu­acji z eks­cy­ta­cją. Od kiedy pra­co­wał w tym obo­zie nie był śwa­domy tego, jaka och­rona czuwa nad bez­pie­czeń­stwem tych istot, a co za tym idzie opie­ku­nów także.
Kątem oka zauwa­żył, jak jeden z naje­źdź­ców pró­buje uciec w drugą stronę, wtem zaklę­cie tra­fiło w jego plecy. Upadł od razu, a jego ciało oplo­tły cia­sne sznury, pozba­wia­jąc go swo­bod­nego ruchu.
Obok stał Matei, który naj­wy­raź­niej rzu­cił na ucie­ki­niera zaklę­cie wią­żące, a swoim straż­ni­kom kazał podnieść go i zamknąć w klatce.
– Panie Weasley, pro­szę za mną. – roz­ka­zał chwilę potem.
Chło­pak usłu­chał pole­ce­nia i udał się wraz z sze­fem do jego namiotu.
– Usiądź. – wska­zał krze­sło ręką. – Czy możesz przy­się­gnąć, że to co tutaj zoba­czy­łeś zosta­nie mię­dzy
nami?
– Nie rozu­miem, dla­czego to ma być tajem­nica? Daję głowę, że wszy­scy opie­ku­no­wie czuli by się bez­piecz­niejsi, wie­dząc, że ta grupa dba o bez­pie­czeń­stwo.
– Głowę sobie zostaw, panie Weasley, przyda ci się jesz­cze. – mruk­nął nie do końca poważ­nie. – Ci ludzie już wie­lo­krot­nie pró­bo­wali wedrzeć się na nasze tereny, ale zaklę­cia obronne sku­tecz­nie gasiły ich zapał.
– Nie wie­dzia­łem… ale co szef ma przez to na myśli?
– Ot to, że ktoś wewnątrz obozu musi z nimi współ­pra­co­wać. Przedar­cie się przez naszą barierę to jedno, ale uszko­dze­nie tej chro­nią­cej smoki to dru­gie.
Char­lie skrzy­wił się na słowa Matei’a. Był dosyć popu­lar­ny­ wśród innych smo­ko­lo­gów, dzięki swo­jej aurze potra­fił każ­dego przy­cią­gnąć do sie­bie. Znał bar­dzo dobrze wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków. Zde­cy­do­wana więk­szość uwiel­biała smoki i przy­wią­zy­wała się do nich, dla­czego więc któ­rych z nich mógłby chcieć dla nich tak źle?
– Czy bariera nie powinna być moc­niej­sza?
Matei jak dotąd pogrą­żony w swoim świe­cie tym razem spoj­rzał na Char­liego wzro­kiem, który od razu przy­po­mniał mu gry­mas twa­rzy Snape’a.
– Mło­dzień­cze…– zaczął szorstko.– Bariera dosko­nale speł­nia swoją rolę, dla ludzi, któ­rzy nie są świ­adomi jej ist­nie­nia. Rozu­miesz?
– Tak… chyba tak. – odparł cicho skru­szony. – Dobrze, jest kret. Co dalej?
– Tym pro­szę sobie głowy nie zawra­cać, doj­dziemy prawdy i doło­żymy sta­rań, aby smoki były bez­pieczne.
– To dla­czego Pan mi to mówi. Cze­goś nie rozu­miem, czy jestem podej­rzany?
Matei oparł dło­nie o stół i spoj­rzał na ścianę, po jego zacho­wa­niu można było wnio­sko­wać, że bije się z myślami. Zaraz potem pod­szedł bli­żej i wyszep­tał mu do ucha zda­nie, które na długo zapi­sze się w jego pamięci.
”Pil­nuj Foutley, Weasley. Zdaje się, że może mieć z tą sprawą wiele wspól­nego”


Stała naprze­ciw Króla, któ­rego już dawno powinna opu­ścić. Dłoń miała wysta­wioną, a twarz zalała się czer­wie­nią. Jej wzrok bazy­liszka zdra­dzał wię­cej emo­cji niż zawsze, co tylko utwier­dziło go w fak­cie, że nie popu­ści tak łatwo.
– Anna­belo, nie powin­naś była tego robić. Prze­myśl to raz jesz­cze. – gesty­ku­lo­wał spo­koj­nie. – Wro­gie statki zbie­rają się na morzu, a Twoja zdol­ność zmiany może wygrać dla nas wojnę.
– Jak Ty sobie to wyobra­żasz, Królu. Mam spa­lić nie­win­nych ludzi, bo Twoi zwia­dowcy powie­dzieli, że sojusz trzech wysp, jest skie­ro­wany prze­ciwko Islay? A gdzie dowody? Jakie­kol­wiek potwier­dze­nie na ich słowa?
– Moi zwia­dowcy, kuzynko nie są bandą przy­pad­ko­wej zbie­ra­niny, a w pełni wyszko­lo­nym i zin­te­gro­wa­nymi ludźmi.
– Jak długo zamie­rza­łeś trzy­mać mnie w gar­ści? I jak mogłeś sądzić, że nikt nie usły­szy Two­jej roz­mowy z dorad­cami?
Anna­bel powoli zaczy­nała tra­cić nad sobą pano­wa­nie, co w skraj­nych sytu­acjach koń­czyło się nie naj­le­piej, szcze­gól­nie dla osoby, która była powo­dem jej iry­ta­cji. Nie dbała o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Jako jedyna potra­fiła sprze­ci­wić się Kró­lowi, bez obawy o wła­sne życie, ponie­waż wie­działa, że kuzyn potrze­buje jej mocy dla wła­snych celów i nawet jeśli nie zamie­rzała poma­gać mu w tej imi­ta­cji planu, wie­działa, że będzie drą­żył temat w nadziei, że uda mu się coś wskó­rać.
– Powiem to ostatni raz, Królu. Chcia­ła­bym odzy­skać swoją różdżkę, ażeby móc wró­cić do Rumu­nii, gdzie moje miej­sce. – podnio­sła dłoń wyżej.
Vic­tor nader spo­koj­nie stał naprze­ciwko kuzynki, szu­ka­jąc na jej twa­rzy cze­goś na kształt sku­chy. Po praw­dzie zda­wał sobie sprawę z tego, że mimo wszytko, gdyby tylko wyczy­tał z jej twa­rzy cho­ciażby cień zawa­ha­nia, wyko­rzy­stałby to i z całą pew­no­ścią prze­ko­nałby ją do tego planu. Ona rów­nież zda­wała sobie sprawę z wła­snej sła­bo­ści wzglę­dem kuzyna, dla­tego musiała pozo­stać nie­wzru­szona do momentu, póki nie osią­gnie względ­nej prze­wagi emo­cjo­nal­nej nad nim.
– Nie zamie­rzam cię tutaj zatrzy­my­wać kuzynko. – odparł w końcu i uca­ło­wał jej opuszki pal­ców. – Pro­szę tylko, miej na wzglę­dzie dobro wyspy i trwa­łość rodu. Jeśli potrze­bu­jesz wró­cić do Rumu­nii, nie powstrzy­mam cię, ale gdy już tam będziesz. Pomyśl, że gdy „Sojusz Trzech Wysp” wpu­ści swoje woj­ska na Islay, wszystko co znasz zrówna się z zie­mią, a ich woj­ska zmiaż­dżą nasze siły.
Zaraz po tych sło­wach odszedł od niej na kilka kro­ków pstryk­nął pal­cami. Nie minęło kilka sekund, a obok niej, jak spod ziemi wyrósł jeden z jego sług, trzy­ma­jąc w dło­niach tackę, na któ­rej znaj­do­wała się jej różdżka, a którą niemal od razu zła­pała w dło­nie.
– Nie miej mi tego za złe, Królu. – uspo­ko­iła się tro­chę. – Dla Islay jestem w sta­nie zro­bić naprawdę wiele, ale gdy­bym zro­biła to, o co mnie pro­sisz i stra­ci­ła­bym kon­trolę nad sobą, mogła­bym nie­świa­do­mie zmieść z powierzchni ziemi nie tylko wro­gie woj­ska, ale także całą wyspę.
Jej głos brzmiał smutno, co od razu wzbu­dziło w Królu mie­szane emo­cje. Z jed­nej strony kochał swoją kuzynkę, a z dru­giej nie był pewien przy­szło­ści swo­jej, oraz całej wyspy. Miał do dys­po­zy­cji jedy­nie zwitki roz­mów, przy­to­czo­nych mu przez zwia­dow­ców, jed­nak świad­czyły one jed­no­znacz­nie o ich póź­niej­szym ataku na Islay. Wobec tego pozo­stało mu tylko ocze­ki­wać na atak i pla­no­wać dal­sze posu­nię­cia, a nóż w przy­szło­ści Anna­bel sama zro­zu­mie, że wojnę zawsze trzeba oku­pić nie­winną krwią i wróci bezpiecznie do domu dopro­wa­dzić ten bez­sen­sowny kon­flikt do samego końca.