niedziela, 6 października 2019

IX

Nie cze­kała dłu­żej. Po dotar­ciu do obozu nie­mal od razu jej kroki skie­ro­wały się ku miej­scu, gdzie znaj­do­wała się zagroda mło­dych smo­ków. Podróż trwała zde­cy­do­wa­nie za długo, Anna­bel nie mogła docze­kać się w końcu tego, aby zacząć ponow­nie żyć nor­mal­nie i opieką nad Lumi­nim, oraz Ase­rie­lem wygnać z głowy złe myśli i zawód jaki prze­żyła na Islay. Wygła­dziła ręką swój uni­fom, który chro­nił przed smo­czym ogniem, a także sta­no­wił natu­ralną część odzie­nia opie­ku­nów i prze­szła przez furtkę. Więk­szość mło­dych smo­ków, które obec­nie prze­by­wały na wybiegu zaskrze­czało i zato­czyło w powie­trzu koło na wznak, że są gotowe do zabawy. Jed­nak Anna­bel gła­dząc jed­nego z nich po gło­wie oglą­dała się dookoła w poszu­ki­wa­niu swo­ich pod­opiecznych, któ­rzy – wedle roz­pi­ski, którą dała Weasley­owi przed swoim wyjaz­dem powinni prze­by­wać obec­nie tutaj.
Wtem poczuła zna­jome ukłu­cie w oko­licy ramie­nia, spoj­rzała w bok i uśmiech­nęła się sze­roko. Na jej ramie­niu stał Ase­riel, który naj­pierw przy­bli­żył pysk do jej twa­rzy i przy­mi­lił się do niej, a zaraz póź­niej zary­czał zazdro­śnie w stronę innych mło­dzia­ków, któ­rzy zebrali się dookoła Anna­bel, na co oni obo­jęt­nie ruszyli w swoje strony.
– Widzę, że masz się dobrze Ase­riel. – pogła­dziła mło­dego po szyi,
Zado­wo­lony zaskrze­czał, a sama Anna­bel poczuła jakby dosłow­nie pod jej doty­kiem Ase­riel roz­pły­wał się w powie­trzu.
Gdzieś kątem oka dostrze­gła śpią­cego Weasleya, wygod­nie uło­żo­nego pod drze­wem. Zmarsz­czyła czoło i zało­żyła ręce na piersi. Nie potra­fiła zro­zu­mieć jak Char­lie może być tak nie­od­po­wie­dzialny i lek­ko­myślny opie­ku­jąc się mło­dymi. Pode­szła do niego, a zaraz przed nią jakby spod ziemi wyło­nił się Lumini, który z rado­ści wypu­ścił z pyszczka kilka iskier i tak samo jak Ase­riel usiadł na dru­gim ramie­niu Anna­bel.
– Weasley, co ty wyra­biasz? – spy­tała gło­śno, pró­bu­jąc go zbu­dzić.
Jed­nak on zamru­czał jedy­nie coś pod nosem i odwró­cił głowę na inną stronę. Zde­ner­wo­wana Anna­bel pode­szła bli­żej i kuca­jąc na jedno kolano spoj­rzała na nie­obecną, muskaną przez pro­mie­nie sła­bego słońca twarz mło­dzieńca. Przy­glą­da­jąc się mu, stwier­dziła że jeśli nie kła­pie zbyt dużo ustami jest nawet przy­stojny. Zaraz póź­niej jej wzrok powę­dro­wał na Lumi­niego.
– Wiesz co robić młody. – odparła tajem­ni­czo.
Rogo­gon roz­ło­żył dum­nie skrzy­dła, jakby rozu­mie­jąc jej słowa i prze­sko­czył z jej ramie­nia na nogi swo­jego opie­kuna, prze­szedł kawa­łek dalej, aż dotarł do jego twa­rzy. Uka­zał rząd ostrych jak szpilka, małych ząb­ków i ugryzł ucho Char­liego.
Ten jak rażony prą­dem zerwał się z miej­sca i zła­pał się za bolące miejsce.
– Lumini, cho­lera, to bolało. – syknął, zauwa­ża­jąc obok sie­bie smoka.
– Czy do two­ich obo­wiąz­ków Weasley, należy uci­na­nie sobie drze­mek pod­czas pracy? – spy­tała pre­ten­sjo­nal­nie.
– Anna­bel? – wstał tro­chę sko­ło­wany i podra­pał się po gło­wie – Umm, nie? A co ty tu robisz? Nie mia­łaś wró­cić dopiero poju­trze?
– Mia­łam, ale mia­łam też prze­czu­cie, że nie powin­nam zosta­wiać ci mło­dych pod opieką na tak długo. – żach­nęła się. – Miałam rację... nie sądzisz, że to skraj­nie nie­od­po­wie­dzialne zasy­piać, gdy smoki są same na wybiegu?
– Nie są same, mają prze­cież towa­rzy­stwo. – wska­zał wzro­kiem stadko małych rogo­go­nów, bawią­cych i gry­zą­cych się nawza­jem. – A bariera nie pozwoli im przez nią prze­le­cieć.
– To są młode smoki Weasley. Młod­sze niż tamte.-– mruknęła wytrą­cona lekko z rów­no­wagi. – Nie mogą same latać po zagro­dzie, mogłoby dojść do walki, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o Ase­riela.
– Wiem to, wiem. – mruk­nął pod nosem. – Są zbyt ruchliwe ostat­nio, latają wszę­dzie…– prze­rwał.– …zobacz, nawet teraz oby­dwoje sie­dzą ci jakby ni­gdy nic spo­koj­nie na ramionach. Gdy­byś tu była ze mną nic takiego nie mia­łoby miej­sca.
Anna­bel nic nie odpo­wie­działa, ści­snęła moc­niej ręce na piersi, ażeby ukryć nagły ścisk żołądka, który nastą­pił po tym, gdy usły­szała te słowa. Nie była w sta­nie wytłu­ma­czyć tej reak­cji, prze­cież od dawna wie­działa, że jeśli cho­dzi o opiekę na smo­kami, mało kto może jej dorów­nać. Może po pro­stu była nie­do­war­to­ścio­wana, lub sko­ło­wana tym, że obcy dla niej czło­wiek jest o wiele bar­dziej życz­liwy niżeli jej wła­sny kuzyn.
– Czasu nie cof­niemy. – wes­tchnęła ciężko i pogła­dziła oba smoki pod szyją. – Jest już pora kar­mie­nia, zro­bić to, czy wolisz wró­cić do spa­nia? – spy­tała z mimowolnym uśmie­chem.
Char­lie wstał na równe nogi tak szybko, że o mało nie prze­wró­cił się na gli­nie leżą­cej na ziemi nie­opo­dal jego legowiska. W ostat­nim momen­cie utrzy­mał się na nogach i gry­ma­sem wstydu na twa­rzy wymi­nął ją w te pędy waz z wygłod­nia­łymi smo­kami, które na wieść o jedze­niu nie­mal od razu pode­rwały się do góry i jesz­cze szyb­ciej pole­ciały za opie­ku­nem.
– Wła­ści­wie to chęt­nie je z tobą nakar­mię, muszę ci coś pokazać i tak.. – mruk­nął tajem­ni­czo nawet nie odwra­ca­jąc się w jej kie­runku.
Poki­wała głową z dez­a­pro­batą nie móc wyobra­zić sobie jak kto­kol­wiek może być takim lek­ko­du­chem, zaraz póź­niej ruszyła za nim zasta­na­wia­jąc sobie co tak wła­ści­wie Char­lie miał na myśli mówiąc, że musie jej coś poka­zać.
– Patrz Foutley. – uśmiech­nął się chy­trze i rzu­cił wysoko w górę kawa­łek mięsa macza­nego w krwi kur­czaka. – Ase­riel!
Wtem młody jakby ni­gdy nic pode­rwał się w górę z ramie­nia opie­kunki, prze­le­ciał kilka razy nad jej głową i zio­nął ogniem w taki spo­sób, aby pod­grzać sobie poży­wie­nie.
Anna­bel nie mogła uwie­rzyć wła­snym oczom, nie było jej zale­d­wie kilka dni.
Wie­działa, że powinna cie­szyć się z tego powodu, że jej pod­opieczny nauczył się ziać ogniem, jed­nak nie potra­fiła ukryć sama przed sobą, a już szcze­gól­nie przed jej współ­pra­cow­ni­kiem, że poczuła nie­przy­jemny ścisk zazdro­ści. Zało­żyła ręce na piersi i mogłoby się wyda­wać, że za chwilę wrza­śnie na Char­liego z nie­zna­nego nikomu powodu. Jed­nakże nic takiego nie miało miej­sca, zamiast tego stała i mil­cze­niu i wpa­try­wała się w Ase­riela pochła­nia­ją­cego ze sma­kiem swój kawa­łek miej­sca.
– Jak to zro­bi­łeś? – spy­tała sucho nie odry­wa­jąc od niego oczu. – Ja pró­bo­wa­łam tylu spo­so­bów, ale nic nie dawały.
– A widzisz. – mruk­nął pociesz­nie, igno­ru­jąc jej pierw­sze pyta­nie. – Kwe­stia podej­ścia.
Anna­bel spoj­rzała spode łba na chło­paka, który ucie­szony uniósł brew w górę, jakby chciał poka­zać na nią swoją wyż­szość. Prze­klęła go w myślach i jego dzieci na kilka poko­leń wprzód rów­nież. Unio­sła wysoko głowę i w mil­cze­niu kar­miła Lumi­niego, który co rusz pod­la­ty­wał do niej nie­na­sy­cony.
Char­lie za to tym razem zaj­mo­wał się Ase­rie­lem, który wypusz­czał z pyszczka coraz co moc­niej­sze iskry ognia, za co dosta­wał kolejne pochwały od Weasleya. Wyglą­dało to mniej wię­cej tak jakby to wła­śnie chło­pak stał się ulu­bień­cem Hebrydz­kiego, zastę­pu­jąc tym samym nijako miej­sce Anna­bel.
Trwało to jakiś czas, póki przy moc­niej­szym podmu­chu wia­tru, swe­ter nie zsu­nął się nagle z jej ramienia.
– Co ci się stało w ramię? – spy­tał chło­pak dostrze­ga­jąc dosyć obszerną bli­znę po cię­ciu w oko­licy pra­wego ramie­nia dziew­czyny.
Anna­bel nie odpo­wie­działa od razu, nie­mal natych­miast podnio­sła swe­ter prze­kli­na­jąc się w myślach za swoją krótką pamięć, przez którą zapo­mniała o tym aby zli­kwi­do­wać tą bli­znę.
– Nie sądzę, aby była to twoja sprawa. – ucięła temat.
Char­lie jed­nak usły­szał jej słowa, a w gło­wie poja­wił mu się obraz Anna­bel odzia­nej jak tamci han­dla­rze dwie noce wprzód, pró­bu­jącą wykraść młode smoki i w odwe­cie raniąc się przy walce z jed­nym ze straż­ni­ków. Naszła go chwila zwąt­pie­nia, przez ostat­nie dnie sku­teczne chro­nił ją przed zarzu­tami Matei’a, jed­nak dostrze­ga­jąc owe prze­cię­cie zaczął poważ­nie zasta­na­wiać się nad jej moty­wa­cją. Poki­wał jed­nak głową z dez­a­pro­batą i pochło­nięty myślami już mniej ocho­czo kar­mił Ase­riela co jakiś czas nie­po­strze­że­nie zer­ka­jąc na swoją współ­pra­cow­niczkę w cało­ści pochło­nię­tej opieką nad Lumi­nim.



Szła wła­śnie przez dzie­dzi­niec ledwo trzy­ma­jąc się na nogach. W nocy męczyły ją demony rodem wycią­gnięte z Islay, a w brzu­chu czuła nie­przy­jemne ści­ski spo­wo­do­wane gło­dem. Poch­ło­nięta w cało­ści myśle­niem nad bie­żą­cymi spra­wami nie zauwa­żyła nawet docie­kli­wych spoj­rzeń innych opie­ku­nów, któ­rzy jakimś cudem dowie­dzieli się o wtar­gnię­ciu han­dla­rzy na teren rezer­watu i podej­rze­niami wzglę­dem Anna­bel. Teoria rodem z fil­mów o zdra­dzie mię­dzy współ­pra­cow­ni­kami zna­lazła wśród nich wielu zwo­len­ni­ków, któ­rzy usta­lili mię­dzy sobą, że każdy krok Foutley będzie przez nich moni­to­ro­wany w taki spo­sób, jakby wyrok o jej winie oka­zał się prawdą.
Jej osoba zawsze wzbu­dzała kon­tro­wer­sje u innych, dla­tego przy­wy­kła już do tego rodzaju spoj­rzeń, dla­tego – gdy tylko rozej­rzała się dookoła i zoba­czyła wszystko to co działo się wokół niej, zigno­ro­wała to i nieświadomie ruszyła na śnia­da­nie.

Jadal­nia – jak na tą porę dnia zda­wała się pusta, z tacką wypeł­nioną po brzegi usia­dła przy pierw­szym lep­szym (i wol­nym) stole. Skrzy­wiła się lekko porów­nu­jąc tą breję, która w pierw­szym namy­śle miała być jajecz­nicą, a wykwint­nymi posił­kami, które jadała na zamku. Jed­nak mimo wszystko posta­no­wiła odciąć się od tam­tych bole­snych wspo­mnień i zabrała się za jedze­nie.
Chwilę sie­działa w kom­plet­nej ciszy, gdy w drzwiach dostrze­gła Damona, który roz­glą­dał się dookoła. Unio­sła dłoń, aby zwró­cić na sie­bie jego uwagę, gdy strze­lił jak z procy i w sekun­dzie zna­lazł się obok niej. Jed­nak nie usiadł przy tym samym stole, a w sąsied­nim, do tego odwró­cił się ple­cami.
– Foutley – szep­nął przez ramię.
– Dla­czego się tak dziw­nie zacho­wu­jesz? – spy­tała rów­nież szep­cząc.
– Zada­jesz się z han­dla­rzami smo­ków?
Na dźwięk tych słów omal nie zakrztu­siła się kawał­kiem chleba, odchrząk­nęła raz, czy dwa pró­bu­jąc wyzbyć się intruza z gar­dła. A potem jakby ni­gdy nic odło­żyła sztućce i przy­ci­snęła się bar­dziej do ple­ców chło­paka.
– To nie­do­rzeczne. Zwa­rio­wa­łeś?
– Zwa­rio­wał­bym, gdyby miało oka­zać się to prawdą. – mruk­nął bez emo­cji, niejako przecząc zachowaniem swoim słowom.
– Skąd takie wnio­ski?
– Słu­chaj, kilka dni temu han­dla­rze pró­bo­wali się tutaj wła­mać i upro­wa­dzić młode smoki z Rezer­watu…
– To chyba nor­malne, że skoro jest tutaj taka grupa to zain­te­re­suje się jed­nym z naj­więk­szych rezer­wa­tów dla smo­ków. – mruk­nęła iro­nicz­nie. – To się musiało wyda­rzyć, ale nie potra­fię zro­zu­mieć co ja mam mieć z tym wspól­nego.
– Nie­wiele wiem, tyle co sły­szę dookoła. Ale to nic, wiesz kto jeszcze brał czynny udział w ochro­nie mło­dych?
– Nie, ale za chwilę się dowiem.
– Weasley…– mruk­nął jed­nym sło­wem.
Na dźwięk tego nazwi­ska Anna­bel wypro­sto­wała plecy. Nie potra­fiła zro­zu­mieć jak wydźwięk tego nazwi­ska za każ­dym razem budził w niej takie kon­tro­wer­sje, jakby ktoś wspo­mi­nał co naj­mniej o jej daw­nej miło­ści. Tłu­ma­czyła to sobie swoją smo­czą stroną, która zawsze pod­po­wia­dała jej, że to czło­wiek godny zaufa­nia i która miała do niego sła­bość, a którą nie­rzadko potra­fiła utrzy­mać na wodzy i cał­ko­wi­cie nią zawład­nąć.
– …ponoć czę­sto ucina sobie poga­wędki z Matei’em. – dodał sucho, jakby suge­ru­jąc z kim powinna jak najszyb­ciej poroz­ma­wiać.
Anna­bel kiw­nęła głową poro­zu­mie­waw­czo i wstała na nogi. Rozej­rzała się dookoła, a jej spoj­rze­nie skrzy­żo­wało się z kil­koma innymi. Dopiero wtedy pojęła ogrom sprawy, ale i tak dziel­nie spo­glą­dała na innych współ­pra­cow­ni­ków dając im do zro­zu­mie­nia tym samym, że nie jest niczemu winna, a tym bar­dziej nie ma się czego wsty­dzić. Żach­nęła się i pew­nym sie­bie kro­kiem wyszła z jadalni, zapom­ina­jąc kom­plet­nie o posiłku.

Jej kroki skie­ro­wały się wprost do namiotu, w któ­rym miesz­kała w zamia­rze prze­my­śle­nia zaist­nia­łej sytu­acji. Zasta­na­wiała się, co takiego mogła zro­bić, ażeby zostać podej­rzaną w tak ciężkiej sytu­acji. Prze­twa­rzała w myślach ostat­nie wyda­rze­nia i dum­nie, bądź nie musiała stwier­dzić, że ogrom złych wia­do­mo­ści ostat­nimi czasy prze­bił jej rekord życiowy.
Westch­nęła bez­bron­nie, o ile zawsze sytu­acje takiego typu roz­wią­zy­wały się same w miarę ich moż­li­wo­ści, tak teraz stra­ciła cier­pli­wość co do nie­któ­rych spraw i zatrzy­mała się wpół kroku. Podjęła ostateczną decyzję. Odwró­ciła się na pię­cie i prze­szła cały dzie­dzi­niec, aż dotarła do namiotu Char­liego. Zapu­kała raz, potem dwa, aż w końcu jego ruda czu­pryna poja­wiła się u wej­ścia.
Chło­pak – dostrze­ga­jąc ją w drzwiach aż wyba­łu­szył oczy ze zdzi­wie­nia.
Prawdą było to, że miał w obo­zie wielu przy­ja­ciół, ale rzadko kto go odwie­dzał, tym bar­dziej bez zapo­wie­dzi. Szcze­gól­nie, jeśli był to ktoś taki odsu­nięty od innych jak Anna­bel.
– Wszystko w porządku? – spy­tał, zauwa­ża­jąc jej skrzy­wioną twarz.
– Możemy poroz­ma­wiać? Tylko nie tutaj. – dodała pośpiesz­nie i nie cze­kając na zapro­sze­nie wymi­nęła chło­paka i weszła do środka.
Od razu do jej oczu dobiegł, nie­spo­ty­kany wręcz porzą­dek. Oczy­wi­ście – na zamku miała służbę sprzą­ta­jącą, która zaj­mo­wała się kom­na­tami, ale jesz­cze ni­gdy nie było aż tak czy­sto. Książki – głów­nie o smo­kach prze­pla­tały się wraz z tymi – jak wnio­sko­wała po tytule o zabar­wie­niu histo­rycz­nym. Uło­żone od A-Z, dodat­kowo i wiel­ko­ściowo rów­nież. Podłoga lśniła w taki spo­sób, że można było się w niej przej­rzeć. Przedmioty magiczne, pamiątki z Hogwartu dokład­nie uło­żone wedle prze­zna­cze­nia. Rozglą­dała się dookoła z podzi­wem, aż obok nie poja­wił się Char­lie.
– Masz jakieś pro­blemy? – wypa­liła, przy­po­mi­na­jąc sobie histo­rię jed­nej służki nie­gdyś pra­cu­ją­cej na zamku o nie­by­wa­łym wstrę­cie do brudu, to scho­rze­nie miało jakąś spe­cja­li­styczną nazwę, któ­rej Anna­bel nie potra­fiła na moment obecny sobie przy­po­mnieć.
– Co? Szyb­ciej ty, co wilki cię cho­wały? – obu­rzył się Char­lie. – Mogłaś cho­ciaż pocze­kać na zaproszenie do środka.
Anna­bel puściła tę uwagę mimo uszu. Pode­szła do półki, na któ­rej znaj­do­wały się rodzinne zdję­cia. Ku jej zdzi­wie­niu wszyst­kie osoby posia­dały gęste rude włosy.
– Masz sporo rodzeń­stwa. – odparła pró­bu­jąc doli­czyć się wszyst­kich głów.
– Rodzice sobie nie żało­wali. – odparł uno­sząc ramiona. – To mój tata, pra­cuje w Mini­ster­stwie w dziale uży­cia przedmio­tów mugoli… – Char­lie wska­zał pal­cem naj­star­szego i naj­tęż­szego męż­czy­znę pośród nich. – To moja mama, pra­cuje w domu i naprawdę zna się na zaklę­ciach lecz­ni­czych. To jest mój star­szy brat – Bill, pra­cuje dla banku Grin­gotta jako łamacz klątw w Egip­cie. Zapro­sił nas tam w waka­cje, mamy go odwie­dzić całą rodziną, ale nie wiem czy dam radę się wyrwać – Prze­je­chał pal­cem nieco niżej i wska­zał na kolej­nego członka swo­jej rodziny. – Mój młod­szy brat Percy, chyba naj­bar­dziej sztywny ze wszyst­kich. Potem bliź­niaki Fred i George, ci to mają głowę do żar­tów nie powiem. Obok nich naj­mniej­sza i naj­słod­sza Ginny. A to jest Ron, wła­śnie zaczął swój pierw­szy rok w Hogwar­cie. Jak wszy­scy tra­fił do Gry­fin­doru, razem z Har­rym Pot­te­rem.
– Har­rym Pot­te­rem? – powtó­rzyła jak w tran­sie.
– Tylko nie mów mi, że nie wiesz kto to. – odparł wyso­kim tonem. – Prze­cież to on pozba­wił mocy Sama-Wiesz-Kogo jako dziecko.
Anna­bel spoj­rzała na niego spode łba. Rze­czy­wi­ście jego „wyczyn” dotarł nawet na Islay, ale ni­gdy nie zachwy­cała się tym chłop­cem w taki spo­sób. Dla niej ta sprawa z poko­na­niem Czar­nego Pana przez nie­mow­laka w dal­szym ciągu prze­czyła logice.
– Skąd pew­ność, że był to on? – wzru­szyła ramio­nami i obo­jęt­nie wró­ciła do grun­tow­nego ana­li­zo­wa­nia rodzin­nego zdję­cia rodziny Weasleyów.
Char­lie sta­nął jak wryty.
– No jak to skąd, każdy zna tą histo­rię.
– Pomyśl Weasley, dziecko nie mogło wykoń­czyć tak potęż­nego cza­ro­dzieja jakim był Vol­de­mort. – mruk­nęła bez zająk­nię­cia, co już kom­plet­nie wybiło chło­paka z rytmu.
– Typowe myśle­nie Śli­zgoń­skie. – mruk­nął zre­zy­gno­wany po nosem.
– Słu­cham? – obu­rzona Anna­bel odwró­ciła się do niego na pię­cie.
– Nie nic… – uciął przy­ga­szony. – No powiesz mi w końcu o czym chcia­łaś ze mną roz­ma­wiać?
– Wła­śnie, czemu nic nie wspo­mnia­łeś o wtar­gnię­ciu han­dla­rzy do rezer­watu?
Chło­pak od razu zmar­kot­niał.
– A powi­nie­nem?
– Tak, szcze­gól­nie jeśli śmiesz knuć z Matei’em, żeby za wszystko obwi­nić mnie.
– To nie tak…– mruk­nął sia­da­jąc na sofie – Po pro­stu jesteś podej­rzana i tyle. Nie ma dowo­dów ani nic. Błą­kasz się po nocach z dziw­nymi ludźmi, izo­lu­jesz się, a atak zda­rzył się aku­rat wtedy, gdy cie­bie w obo­zie nie było. – wypa­lił, a dopiero zauwa­ża­jąc wyraz twa­rzy Anna­bel, dotarło do niego to jak bar­dzo nie­prze­my­ślane były jego słowa.
– Rze­czy­wi­ście solidne dowody. – odparła sucho.
– Nie, cze­kaj. Usiądź, poroz­ma­wiamy na spo­koj­nie, okey?
– Chyba nie mamy o czym, skoro już jesteś pewien, że to ja im poma­gam.
Mówiąc te słowa, pró­bo­wała wymi­nąć chło­paka i odpu­ścić namiot w któ­rym nagle zro­biło się jej duszno. W ostat­nim momen­cie poczuła jak czy­jeś ręce zaci­skają się na jej ramie­niu.
Ziry­to­wana strze­pała dłoń chło­paka z swo­ich ramion i wcze­śniej posy­ła­jąc mu jeden z swo­ich gry­ma­sów wybie­gła na zewnątrz.
Pobiegł za nią, żeby w jakiś spo­sób pró­bo­wać się wytłu­ma­czyć, mimo iż wie­dział że przez wzgląd na cha­rak­ter Anna­bel jego tłu­ma­cze­nia będą bez­owocne.
– Cze­kaj! – wrza­snął gdy tylko dostrzegł ją w zasięgu wzroku.
Zatrzy­mała się w miej­scu i odwró­ciła na pię­cie. Spoj­rzała na niego w bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny dla jej mocy spo­sób. Ten zaś czu­jąc nie­przy­jemną aurę na sobie, wydo­by­wa­jące się jakby bez­po­śred­nio z jej ciała zatrzy­mał się mimo­wol­nie, a Anna­bel roz­pły­nęła się w powie­trzu. Nie byłoby w tej sytu­acji nic dziw­nego – dwójka kłó­cą­cych się współ­pra­cow­ni­ków, gdyby nie fakt, że zni­ka­jąc Char­lie zdo­łał zauwa­żyć dziwny i nie­na­tu­ralny błę­kitny błysk w jej oku.

wtorek, 20 sierpnia 2019

VIII


W powie­trzu uno­sił się stary kurz i duszący pył. Sir Euan zabrał ze sobą pochod­nię ze ściany, w zamia­rze oświe­tle­nia im drogi. Zapach cze­goś na zapach szczyn uno­sił się w powie­trzu, a tunel był tak wąski i ciemny, że prak­tycz­nie nic nie widzieli przed sobą. Anna­bel cie­szyła się w duchu, że nie było tam żad­nych roz­ga­łę­zień, więc nie mogli się zgu­bić, jed­nak dla pew­no­ści wodziła po omacku dło­nią po ścia­nie, aż wresz­cie dotarli do pro­wi­zo­rycz­nych scho­dów, po któ­rych weszli na naj­niż­szy poziom. Rycerz spoj­rzał jesz­cze raz na księż­niczkę, w nadziei, że zoba­czy na jej twa­rzy skru­chę pomie­szaną ze stra­chem, bowiem po dru­giej stro­nie, zgod­nie z usta­le­niami władz znaj­dują się naj­więksi zbrod­nia­rze jakich wyspa kie­dy­kol­wiek widziała, jed­nak kamienny wyraz jej twa­rzy suge­ro­wał, że nie zamie­rzała odpu­ścić. Obrońcy impo­no­wała jej odwaga, jed­nak ni­gdy nie byłby w sta­nie tego przed nią przy­znać.
– To inny świat, księż­niczko. Zupeł­nie ci obcy.
W isto­cie miał rację, wcho­dząc do środka Anna­bel sądziła, że loch ten niczym nie będzie się róż­nił, od tego, w któ­rym miesz­kała ucząc się w Hogwar­cie. Jed­nak grubo się pomy­liła. Uchy­la­jąc, grube zbite cegłą drzwi do ich noz­drzy dole­ciał zapach śmierci.
Loch ten, prze­zna­czony był dla osób, które zostały posłane na śmierć gło­dową, a w naj­lep­szym przy­padku na ścię­cie. Anna­bel skrzy­żo­wała ręce na piersi, czu­jąc zimne powie­trze na skó­rze.
Wiele mówiło się o tych lochach, ska­zańcy czę­sto popeł­niali tutaj samo­bój­stwa w oba­wie przez publicz­nymi egze­ku­cjami, jesz­cze inni cier­pieli katu­sze za swoje zbrod­nie.
Anna­bel nie mogła uwie­rzyć, że służka tra­fiła tutaj bez żad­nego pro­cesu. Miej­sce to zala­ty­wało okru­cień­stwem, a sama księż­niczka czuła, że nawet jeśli dziew­czyna rze­czy­wi­ście miała w zamia­rze ją otruć, ni­gdy nie życzy­łaby jej odsia­dy­wa­nia wyroku w takim miej­scu. Pobla­dła na twa­rzy, wyobra­ża­jąc się sie­bie na jej miej­scu. Czy gdyby sprze­ci­wiła się woli Vic­tora, ona rów­nież wylą­do­wa­łaby tutaj?
Sir Euan wolno kro­czył po kory­ta­rzu i dotąd sta­rał się uni­kać wzroku Anna­bel, jed­nak dostrze­ga­jąc jej stan zatrzy­mał się na środku, blo­ku­jąc przej­ście.
– Głę­biej będzie jesz­cze gorze, księż­niczko. Czy jesteś prze­ko­nana, że nie chcia­ła­byś wró­cić do swych kom­nat, ocze­ku­jąc w nich na pro­ces słu­żą­cej?
Przez chwilę zda­wało mu się, że Anna­bel pod cię­ża­rem jego słów zawa­hała się, ale było to złudne prze­czu­cie. Unio­sła wysoko głowę i mimo bla­do­ści cery, w jej oczach było widać deter­mi­na­cję.
– Jak długo zamie­rzasz jesz­cze odwle­kać mnie od pomy­słu spo­tka­nia się z tą dziew­czyną, sir? – spy­tała pre­ten­sjo­nal­nie.
Nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, zauwa­żył w oddali, że jakiś ciężki przedmiot leci wprost na księż­niczkę. Zare­ago­wał od razu, rzu­cił się na nią i oto­czył ramio­nami. Spro­wo­ko­wana cię­ża­rem jego ciała upa­dła na zimną posadzkę, nie­opo­dal miej­sca, gdzie zale­gała kałuża wysu­szo­nej krwi.
Owym przedmio­tem oka­zał się kawa­łek cegły, który odpadł ze ściany. Któ­ryś z więź­niów, naj­wy­raź­niej zgor­szony obec­no­ścią księż­niczki wraz z ryce­rzem w lochach, posta­no­wił dać upust swej zło­ści wła­śnie w taki nie­na­wistny spo­sób.
Gdy tylko Anna­bel zna­la­zła się twa­rzą w twarz ze swoim obrońcą, ochra­nia­ją­cym ją wła­snym cia­łem onie­miała. Leżeli tak przez chwilę wpa­tru­jąc się nawza­jem w swoje oczy. Jed­nak gdy tylko dotarła do ryce­rza nie­zręcz­ność tej chwili, natych­miast podniósł się z ziemi jak spło­szony, otrze­pał zbroję z pyłu i żeby bar­dziej nie stra­cić w oczach księż­niczki, podał jej dłoń jak na ryce­rza przy­stało.
Anna­bel nie­mal od razu zaci­snęła na niej swoje palce i dała się unieść w górę.
Po raz kolejny spo­tkały się ich spoj­rze­nia. Spe­szona dziew­czyna, nie cze­ka­jąc na jaką­kol­wiek reak­cję ze strony „swo­jego” ryce­rza, wyprze­dziła go w popło­chu i ruszyła dalej przed sie­bie.

W mil­cze­niu prze­mie­rzyli resztę lochu w poszu­ka­niu celi, gdzie prze­trzy­my­wana była służka śmiąca, wedle wła­snej woli, lub też nie podać księż­niczce Anna­beli zatruty tru­nek. Sir Euan wska­zał ową celę i osu­nął się w cień tak głę­boko, że ciężko było jej go dostrzec. Foutley otrze­pała swą jedwabną suk­nię z kurzu, przy­wo­łała na swoją twarz jeden z jej czo­ło­wych gry­ma­sów i przy­sta­nęła naprze­ciwko uwię­zio­nej. Ta zaś jak dotąd sku­lona w kącie, nie­mal od razu pod­bie­gła do krat, chwy­ciła je w palce i przy­bli­żyła swoją twarz do księż­niczki.
– Księż­niczka Anna­bel. – odparła cia­cho, pocią­ga­jąc nosem. – Pro­szę mnie oszczę­dzić.
– Wyrok jesz­cze nie zapadł, służko. – spe­cjal­nie zaak­cen­to­wała to ostat­nie słowo, jed­nak nie zapomi­na­jąc iż w dal­szym ciągu znała jej imię.
– Ja naprawdę pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć sobie co kie­ro­wało moim zacho­wa­niem, jed­nak nie potra­fię tego zro­bić. Pro­szę mi wie­rzyć. Służę na dwo­rze odkąd skoń­czy­łam szes­na­ście lat, jestem wdzięczna kró­lowi, iż pozwo­lił mi tutaj zamiesz­kać. Nie mia­ła­bym powodu, aby chcieć Two­jej śmierci Pani.
Anna­bel ści­snęła wargi w wąską linię, jesz­cze przed pię­cioma minu­tami miała w gło­wie plan całego prze­słu­cha­nia, wie­działa o co chciała zapy­tać, miała nawet wyobra­że­nia w jaki spo­sób zmu­sić ją do wyzna­nia win, ale teraz – sto­jąc przed nią cała pew­ność ulot­niła się niczym wiatr.
W prze­szło­ści rów­nież kil­ka­krot­nie wyobra­żała sobie sytu­acje, które mogłyby się wyda­rzyć i w isto­cie z każ­dej z nich – nawet tej naj­trud­niej­szej w jej mnie­ma­niu wycho­dziła obronną ręką, demon­stru­jąc tym samym siłę swo­jego cha­rak­teru. Być może miała zbyt duże mnie­ma­nie o sobie, z resztą jak każdy i ślepo wie­rzyła, że wystar­czy odpo­wied­nie nasta­wie­nie i nie­ogra­ni­czona wiara w słusz­ność swo­ich decy­zji, aby wszystko uło­żyło się po jej myśli. Teraz było ina­czej, nało­gowo uży­wała magii do roz­wią­zy­wa­nia swo­ich pro­ble­mów, opie­rała na niej swój sys­tem war­to­ści, a teraz gdy została pozba­wiona różdżki, została odcięta od swo­jego najwięk­szego sprzy­mie­rzeńca i prawda była taka, że nie była w sta­nie nawet samo­dziel­nie funk­cjo­no­wać.
– Dla chwały, pie­nię­dzy? – spy­tała oschle. – Pozy­cji spo­łecz­nej? Lub po pro­stu dla wyż­szych celów.
– Daj Boże, Pani. To zwy­kłe pomó­wie­nia.
– Dla­czego mia­ła­bym dać wiarę tym sło­wom? Wypo­wia­da­nym bojaź­li­wie przez kogoś mi nie­zna­nego, bez krzty zająk­nię­cia?
Służka spu­ściła głowę i spoj­rzała na swoje palce, które z nie­po­ko­jem opla­tały się wza­jem­nie.
– Zaw­dzię­czam Kró­lowi odzie­nie, jadło oraz dach nad głową. Moi rodzice słu­żyli na dwo­rze zanim się uro­dzi­łam. Tydzień po moich szes­na­stych uro­dzi­nach, wro­gie woj­ska napa­dły na jeden z ich obo­zów zwia­dow­czych. Prze­bili im serca szty­le­tem. Król Wil­liam zgo­dził się przy­jąć wszyst­kie sie­roty, które wów­czas stra­ciły rodzi­ców. Chłop­ców posłał do cze­lad­ni­ków, aby uczyli się zawodu, a dziew­czynki przy­jął do służby w zamku. W życiu nie potra­fi­ła­bym się wywdzię­czyć mu za całe to dobro, któ­rym nas ota­czał.
Anna­bel w dal­szym ciągu stała nie­ru­szona naprze­ciw służki. Cho­ciaż nie wyczu­wała w jej gło­sie i przede wszyst­kim nasta­wie­niu kłam­stwa, była pełna sprzecz­no­ści. Ckliwe histo­ryjki, prze­waż­nie ni­gdy nie robiły na niej więk­szego wra­że­nia, może przez to że sama doświad­czyła wcze­śniej cze­goś podob­nego. Nau­czyła się wów­czas być odporną na wszel­kie słowa, które kogoś innego mogłyby zra­nić i wzbu­dzić w nim uczu­cia, któ­rych dotąd nie zaznał, ale przede wszyst­kim wyro­biła w sobie zdol­ność patrze­nia na wszystko z więk­szym dystan­sem niż jest to wyma­gane.
– Jeśli to co mówisz jest prawdą, to jesteś w sta­nie wska­zać osobę, która mogłaby to zro­bić?
Nie­zręczna cisza, oczy służki roz­sze­rzyły się nie­po­ko­jąco, z jej twa­rzy można było wyczyać wiele, strach pomie­szany z ulgą, nie­do­wie­rza­nie i chęć przy­tu­le­nia księż­niczki za jej wiarę w swoją nie­win­ność. Powieki Anna­bel za to na­dal nie drgnęły, wpa­try­wała się ocze­ku­jąco w dziew­czynę i nie omiesz­kała nawet w tej sytu­acji odno­sić się dumą.
– Wiem, że służki wie­dzą naj­le­piej co dzieje się w zamku, lepiej nawet nie­kiedy od samego Króla. – dodała cicho.
– Wasza Wyso­kość, jedna z nas – pozwo­lisz, że nie wskażę po imie­niu. Widziała raz jak rycerz o dum­nym imie­niu Mal­colm spo­ty­kał się po cichu z jedną posłan­niczką z Jury. Sądząc po odzie­niu mogłaby być zwia­dow­czy­nią naszych wro­gów. A zaś póź­niej zale­cał się do kobiety, która miała pod swoją pie­czą porzą­dek w kuchni.
– Sir Mal­colm to jeden z czo­ło­wych ryce­rzy mego kuzyna…– pod­su­mo­wała jakby do sie­bie.
– Miało to wyglą­dać jak spo­tka­nie kochan­ków.
Anna­bel kiw­nęła poro­zu­mie­waw­czo głową w stronę służki. Mówiąc jej to Beatry­cze nara­ziła się na ogromne niebez­pie­czeń­stwo ze strony czło­wieka, który mógłby się oka­zać zdrajcą. Dosk­nale też zda­wała sobie z tego sprawę, jed­nak wiszące nad jej głową jarzmo śmierci roz­plą­tały jej język na tyle, aby księż­niczka mogła stwier­dzić, kto tak naprawdę stoi za próbą jej otru­cia.
Kiw­nęła ręką sir Euanowi, który dotąd bacz­nie patro­lo­wał kory­tarz i co rusz posy­łał ostrze­gaw­cze spoj­rze­nia więź­niom, nader ziry­to­wa­nym ich obec­no­ścią. Teraz jed­nak był odpo­wie­dzialny za bez­pie­czeń­stwo Anna­bel i zamie­rzał wywią­zać się z swo­jego zada­nia.





W tym samym cza­sie, Rumu­nia. Obóz smo­ko­lo­gów.

Po kolej­nym wyczer­pu­ją­cym dniu opieki nad dwoma bar­dzo ruchli­wymi, mło­dymi smo­kami Char­lie opadł z sił. Kochał to co robił, jed­nak nie zda­wał sobie sprawy z tego, ile ener­gii trzeba poświę­cić na pil­no­wa­nie ich. Młode poczuły się ostat­nio bar­dzo pew­nie w obo­zie. Latały z kąta w kąt w poszu­ki­wa­niu nie­zna­nego wywo­łu­jąc tym samym ból głowy u swo­ich star­szych współ­ga­tun­kow­ców, czę­ściej zamknię­tych w swo­ich klat­kach i cze­ka­ją­cych na wyma­rzoną wol­ność, oraz swo­jego opie­kuna.
Char­lie opadł bez­wład­nie na łóżko, nie zdo­łał zdjąć nawet butów, a gdy jego poli­czek styk­nął się z miękką, świeżo upraną pościelą od razu roz­pły­nął się w obję­cia Mor­fe­usza, mając w gło­wie twarz Anna­bel. Bożek snu zro­zu­miał jego sła­bość, dla­tego też posłał mu jeden z naj­pięk­niej­szych snów, jaki Weasley mógł mieć: Uno­sił się wysoko nad hory­zon­tem, latał pomię­dzy chmu­rami. Omi­jał zwin­nie góry, sto­jące na jego dro­dze i leciał dokład­nie tam, gdzie pra­gnął. Podzi­wiał widoki, a jego twarz zda­wała się być deli­kat­nie muskana przez pro­mie­nie zani­ka­ją­cego już słońca. Spo­glą­dał co rusz na swoje ręce, które zda­wały mu się być skrzy­dłami. Machał nimi z całych sił, uno­sząc się wyżej i wyżej. Gdzieś tam w oddali usły­szał wrza­ski szczę­śli­wych stwo­rzeń, które cenił nad życie. Przy­śpie­szył, a w mgnie­niu oka zna­lazł się pomię­dzy nimi.
Coś trza­sło. Mimo swo­jego wyczer­pa­nia, nawet w trak­cie snu Char­lie potra­fił być czujny, przed to czę­sto nie wysy­piał się tak dobrze jak inni. Zbu­dził się na chwilę, rozej­rzał się w około, a jego wzrok zatrzy­mał się na jedy­nym źró­dle świa­tła, jaki znaj­do­wał się w pokoju – świecy, wpół zuży­tej świecy, któ­rej ogień tań­czył słabo w rytm nie­zna­nej mu muzyki. Ziew­nął i obró­cił się na drugi bok, przy­krył się koł­drą, aż po brodę, gdy po raz kolejny coś trza­sło.
Zer­wał się na równe nogi, zła­pał w dłoń różdżkę, którą trzy­mał pod poduszką i wol­nym kro­kiem wyszedł na zewnątrz. Jego namiot znaj­do­wał się nie­da­leko miej­sca, gdzie trzy­mani byli ich pod­opieczni, dla­tego był w sta­nie zauwa­żyć kil­koro dziw­nych postaci, odzia­nych – jak mu się wydaje w ciemne szaty pró­bu­ją­cych zaklę­ciami roz­bić barierę chro­niącą młode smoki przed ucieczką.
Nie zda­wało mu się, że mogli być to inni opie­kuni, dla­tego nie­po­strze­że­nie wbiegł za ścianę znaj­du­jącą się najbli­żej tego zbie­go­wi­ska. Pech chciał, że był to namiot ich szefa- Matei’a, któ­rego rów­nież zbu­dziły świa­tła rzu­ca­nych zaklęć.
– Co pan tu robi, Panie Weasley? – mruk­nął, chwy­ta­jąc go za ramię.
Char­lie odsko­czył do tyłu, myśląc, że został odkryty.
– Ci ludzie chyba chcą dostać się do środka. – odparł cicho, dostrze­ga­jąc zna­jo­mego mu cza­ro­dzieja.
– Wie­dzia­łem, że raz przyjdą i do nas.
– Wie szef, kto to jest?
– Han­dla­rze smo­ków. – splu­nął nie­na­wist­nie. – Kręcą się po całym kraju i wykra­dają młode smoki z gniazd. Dla zysku, ewnentu­al­nie rogów i łusek.
– Jak oni dostali się do obozu? Przy tylu zaklę­ciach ochron­nych?
– Tego nawet sam Mer­lin nie wie, Weasley.
– To co robimy? – spy­tał, mając nadzieję, że jed­nak nie będą musieli sami inge­ro­wać.
– Nie­da­leko znaj­duje się miej­sce, dzięki któ­remu można zaalar­mo­wać star­szych opie­ku­nów-straż­ni­ków, ale oba­wiam się, że mogą mnie zauwa­żyć.
Char­lie spo­glą­dał nie­cier­pli­wie na ludzi, pró­bu­ją­cych por­wać młode smoki. Bariera zaczęła się łamać pod ich zaklę­ciami. Musieli to być potężni cza­ro­dzieje, aby móc tego doko­nać, lub musiała ich być spora grupka. Wealey wie­dział, że jeśli spró­bują się z nimi zmie­rzyć, prze­grają. Prze­kli­nał w tym momen­cie innych opie­ku­nów, że w sytu­acji zagro­że­nia potra­fią spo­koj­nie spać. Ści­snął w dło­niach swoją różdżkę i gorącz­kowo patrzył dookoła.
W tym samym momen­cie Matei wska­zał na drzewo nie­opo­dal budynku, Char­lie ski­nął głową i poj­mu­jąc istotę jego planu, wyce­lo­wał w drzewo różdżką rzu­ca­jąc zaklę­cie tnące.
Dif­findo!
Białe świa­tło ude­rzyło w cel. Drzewo, pozba­wione cią­gło­ści upa­dło trza­ska­jąc w zie­mię i odwra­ca­jąc tym samym uwagę naje­źdź­ców. Matei wyko­rzy­stując ich chwilę nie­uwagi pod­biegł do wcze­śniej nie zauwa­żo­nego przez Char­liego kamien­nego pie­de­stału i poma­chał nad nim dwa razy różdżką.
Po kilku sekun­dach cały obóz zapeł­nił się cza­ro­dzie­jami, któ­rzy co rusz poja­wiali się wokół budynku z mło­dymi smo­kami. Rozwią­zała się krótka walka. Prze­waga liczebna straż­ni­ków przy­tła­czała han­dla­rzy, dla­tego tamci wznie­śli okrzyk odwrotu.
Char­lie przy­glą­dał się tej sytu­acji z eks­cy­ta­cją. Od kiedy pra­co­wał w tym obo­zie nie był śwa­domy tego, jaka och­rona czuwa nad bez­pie­czeń­stwem tych istot, a co za tym idzie opie­ku­nów także.
Kątem oka zauwa­żył, jak jeden z naje­źdź­ców pró­buje uciec w drugą stronę, wtem zaklę­cie tra­fiło w jego plecy. Upadł od razu, a jego ciało oplo­tły cia­sne sznury, pozba­wia­jąc go swo­bod­nego ruchu.
Obok stał Matei, który naj­wy­raź­niej rzu­cił na ucie­ki­niera zaklę­cie wią­żące, a swoim straż­ni­kom kazał podnieść go i zamknąć w klatce.
– Panie Weasley, pro­szę za mną. – roz­ka­zał chwilę potem.
Chło­pak usłu­chał pole­ce­nia i udał się wraz z sze­fem do jego namiotu.
– Usiądź. – wska­zał krze­sło ręką. – Czy możesz przy­się­gnąć, że to co tutaj zoba­czy­łeś zosta­nie mię­dzy
nami?
– Nie rozu­miem, dla­czego to ma być tajem­nica? Daję głowę, że wszy­scy opie­ku­no­wie czuli by się bez­piecz­niejsi, wie­dząc, że ta grupa dba o bez­pie­czeń­stwo.
– Głowę sobie zostaw, panie Weasley, przyda ci się jesz­cze. – mruk­nął nie do końca poważ­nie. – Ci ludzie już wie­lo­krot­nie pró­bo­wali wedrzeć się na nasze tereny, ale zaklę­cia obronne sku­tecz­nie gasiły ich zapał.
– Nie wie­dzia­łem… ale co szef ma przez to na myśli?
– Ot to, że ktoś wewnątrz obozu musi z nimi współ­pra­co­wać. Przedar­cie się przez naszą barierę to jedno, ale uszko­dze­nie tej chro­nią­cej smoki to dru­gie.
Char­lie skrzy­wił się na słowa Matei’a. Był dosyć popu­lar­ny­ wśród innych smo­ko­lo­gów, dzięki swo­jej aurze potra­fił każ­dego przy­cią­gnąć do sie­bie. Znał bar­dzo dobrze wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków. Zde­cy­do­wana więk­szość uwiel­biała smoki i przy­wią­zy­wała się do nich, dla­czego więc któ­rych z nich mógłby chcieć dla nich tak źle?
– Czy bariera nie powinna być moc­niej­sza?
Matei jak dotąd pogrą­żony w swoim świe­cie tym razem spoj­rzał na Char­liego wzro­kiem, który od razu przy­po­mniał mu gry­mas twa­rzy Snape’a.
– Mło­dzień­cze…– zaczął szorstko.– Bariera dosko­nale speł­nia swoją rolę, dla ludzi, któ­rzy nie są świ­adomi jej ist­nie­nia. Rozu­miesz?
– Tak… chyba tak. – odparł cicho skru­szony. – Dobrze, jest kret. Co dalej?
– Tym pro­szę sobie głowy nie zawra­cać, doj­dziemy prawdy i doło­żymy sta­rań, aby smoki były bez­pieczne.
– To dla­czego Pan mi to mówi. Cze­goś nie rozu­miem, czy jestem podej­rzany?
Matei oparł dło­nie o stół i spoj­rzał na ścianę, po jego zacho­wa­niu można było wnio­sko­wać, że bije się z myślami. Zaraz potem pod­szedł bli­żej i wyszep­tał mu do ucha zda­nie, które na długo zapi­sze się w jego pamięci.
”Pil­nuj Foutley, Weasley. Zdaje się, że może mieć z tą sprawą wiele wspól­nego”


Stała naprze­ciw Króla, któ­rego już dawno powinna opu­ścić. Dłoń miała wysta­wioną, a twarz zalała się czer­wie­nią. Jej wzrok bazy­liszka zdra­dzał wię­cej emo­cji niż zawsze, co tylko utwier­dziło go w fak­cie, że nie popu­ści tak łatwo.
– Anna­belo, nie powin­naś była tego robić. Prze­myśl to raz jesz­cze. – gesty­ku­lo­wał spo­koj­nie. – Wro­gie statki zbie­rają się na morzu, a Twoja zdol­ność zmiany może wygrać dla nas wojnę.
– Jak Ty sobie to wyobra­żasz, Królu. Mam spa­lić nie­win­nych ludzi, bo Twoi zwia­dowcy powie­dzieli, że sojusz trzech wysp, jest skie­ro­wany prze­ciwko Islay? A gdzie dowody? Jakie­kol­wiek potwier­dze­nie na ich słowa?
– Moi zwia­dowcy, kuzynko nie są bandą przy­pad­ko­wej zbie­ra­niny, a w pełni wyszko­lo­nym i zin­te­gro­wa­nymi ludźmi.
– Jak długo zamie­rza­łeś trzy­mać mnie w gar­ści? I jak mogłeś sądzić, że nikt nie usły­szy Two­jej roz­mowy z dorad­cami?
Anna­bel powoli zaczy­nała tra­cić nad sobą pano­wa­nie, co w skraj­nych sytu­acjach koń­czyło się nie naj­le­piej, szcze­gól­nie dla osoby, która była powo­dem jej iry­ta­cji. Nie dbała o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Jako jedyna potra­fiła sprze­ci­wić się Kró­lowi, bez obawy o wła­sne życie, ponie­waż wie­działa, że kuzyn potrze­buje jej mocy dla wła­snych celów i nawet jeśli nie zamie­rzała poma­gać mu w tej imi­ta­cji planu, wie­działa, że będzie drą­żył temat w nadziei, że uda mu się coś wskó­rać.
– Powiem to ostatni raz, Królu. Chcia­ła­bym odzy­skać swoją różdżkę, ażeby móc wró­cić do Rumu­nii, gdzie moje miej­sce. – podnio­sła dłoń wyżej.
Vic­tor nader spo­koj­nie stał naprze­ciwko kuzynki, szu­ka­jąc na jej twa­rzy cze­goś na kształt sku­chy. Po praw­dzie zda­wał sobie sprawę z tego, że mimo wszytko, gdyby tylko wyczy­tał z jej twa­rzy cho­ciażby cień zawa­ha­nia, wyko­rzy­stałby to i z całą pew­no­ścią prze­ko­nałby ją do tego planu. Ona rów­nież zda­wała sobie sprawę z wła­snej sła­bo­ści wzglę­dem kuzyna, dla­tego musiała pozo­stać nie­wzru­szona do momentu, póki nie osią­gnie względ­nej prze­wagi emo­cjo­nal­nej nad nim.
– Nie zamie­rzam cię tutaj zatrzy­my­wać kuzynko. – odparł w końcu i uca­ło­wał jej opuszki pal­ców. – Pro­szę tylko, miej na wzglę­dzie dobro wyspy i trwa­łość rodu. Jeśli potrze­bu­jesz wró­cić do Rumu­nii, nie powstrzy­mam cię, ale gdy już tam będziesz. Pomyśl, że gdy „Sojusz Trzech Wysp” wpu­ści swoje woj­ska na Islay, wszystko co znasz zrówna się z zie­mią, a ich woj­ska zmiaż­dżą nasze siły.
Zaraz po tych sło­wach odszedł od niej na kilka kro­ków pstryk­nął pal­cami. Nie minęło kilka sekund, a obok niej, jak spod ziemi wyrósł jeden z jego sług, trzy­ma­jąc w dło­niach tackę, na któ­rej znaj­do­wała się jej różdżka, a którą niemal od razu zła­pała w dło­nie.
– Nie miej mi tego za złe, Królu. – uspo­ko­iła się tro­chę. – Dla Islay jestem w sta­nie zro­bić naprawdę wiele, ale gdy­bym zro­biła to, o co mnie pro­sisz i stra­ci­ła­bym kon­trolę nad sobą, mogła­bym nie­świa­do­mie zmieść z powierzchni ziemi nie tylko wro­gie woj­ska, ale także całą wyspę.
Jej głos brzmiał smutno, co od razu wzbu­dziło w Królu mie­szane emo­cje. Z jed­nej strony kochał swoją kuzynkę, a z dru­giej nie był pewien przy­szło­ści swo­jej, oraz całej wyspy. Miał do dys­po­zy­cji jedy­nie zwitki roz­mów, przy­to­czo­nych mu przez zwia­dow­ców, jed­nak świad­czyły one jed­no­znacz­nie o ich póź­niej­szym ataku na Islay. Wobec tego pozo­stało mu tylko ocze­ki­wać na atak i pla­no­wać dal­sze posu­nię­cia, a nóż w przy­szło­ści Anna­bel sama zro­zu­mie, że wojnę zawsze trzeba oku­pić nie­winną krwią i wróci bezpiecznie do domu dopro­wa­dzić ten bez­sen­sowny kon­flikt do samego końca.

środa, 10 lipca 2019

VII


ZAPRASZAM NA MOJĄ NOWĄ PODSTRONĘ "LEGILIMENS", NA KTÓREJ ZNAJDUJĄ SIĘ... A Z RESZTĄ SAMI SIĘ PRZEKONAJCIE ;)

Następ­nego dnia Anna­bel wstała z ogrom­nym bólem głowy. Ze względu na wyda­rze­nia zeszłego wie­czora nie spała zbyt dobrze. Nie sądziła, że słowa Chri­stine wzbu­dzą w niej takie nega­tywne emo­cje. Zra­niło ją to, że jej kuzyn zapro­sił ją nie z powodu tęsk­noty, a z kom­plet­nie innego. Miała wiele domy­słów, pośród któ­rych naj­wy­żej wybi­jała się per­spek­tywa zna­le­zie­nia dla niej męża, dla wojsk i towa­rów, które mogłyby pomóc Islay w woj­nie.
Pod­nio­sła się leni­wie z łóżka, prze­cią­ga­jąc się jak kot. Rozma­so­wa­nia skroń głową i mniej wię­cej w tym samym cza­sie usły­szała puka­nie do drzwi. Zawo­łała służkę do środka i spo­strze­gła, że nie była to ta sama tęga kobieta, która odwie­dzała ją kilka razy w prze­ciągu ostat­nich dni.
Ta dziew­czyna była o wiele młod­sza, młod­sza nawet od Anna­bel, kru­cha i po zacho­wa­niu sądząc nie była zbyt śmiała.
– Jak cię zwą służko?
Dziew­czyna, sły­sząc słowa księż­niczki nie­mal od razu wypro­sto­wała się i schy­liła nisko.
– Eli­za­beth, moja Pani. – odpowie­działa pośpiesz­nie.
Anna­bel spoj­rzała na nią uważ­nie. Gołym okiem było widać, że dziew­czyna jest bar­dzo wystra­szona, cho­ciaż nie miała ku temu powodu. Drżą­cymi rękoma pró­bo­wała nało­żyć strawę na talerz, jed­nak nie wycho­dziło jej to naj­le­piej. Okru­chy świeżo upie­czo­nego chleba spa­dały na stół, jed­nak Anna­bel wcale nie pró­bo­wała przy­wo­ły­wać jej do porządku, ani tym bar­dziej wyty­kać błę­dów. Zamiast tego usia­dła na krze­śle i odwró­ciła się w stronę służki.
– Nie musisz się tak dener­wo­wać, może usią­dziesz na chwilę i odpocz­niesz?
Służka zamarła na chwilę, ale wcale nie spoj­rzała Anna­bel w oczy, w dal­szym ciągu patrzyła na tacę. Pró­bo­wała wła­śnie prze­two­rzyć to, co usły­szała. Nie wie­działa jak się zacho­wać, z jed­nej strony nie wypa­dało odmó­wić jej Pani, a z dru­giej na dwo­rze kró­lew­skim pano­wała zasada, że służ­bie nie wolno było sia­dać przy tym samym stole, przy któ­rym sie­dzą człon­ko­wie rodziny kró­lew­skiej.
– To bar­dzo miłe z two­jej strony, księż­niczko. Jeśli pozwo­lisz postoję obok, nie wypada mi robić takich rze­czy.
Anna­bel przy­tak­nęła, służka tak bar­dzo przy­po­mi­nała jej Chri­stine, gdy były młod­sze, że nie miała serca spe­cjal­nie jej testo­wać. Pró­bo­wała zatem roz­ła­do­wać napię­cie roz­mową. Zada­wała kilka pytań doty­czą­cych jej osoby, że nawet nie zauwa­żyła momentu, gdy Eli­za­beth stała się bar­dzo nie­spo­kojna. Księż­niczka ni­gdy nie nale­żała do osób szcze­gól­nie deli­kat­nych w roz­mo­wie i wcale nie rozu­miała, że w ten spo­sób robi słu­żą­cej krzywdę. Zaś ta była zestre­so­wana do tego stop­nia, że wraz wylała grzane wino na stół i z ogromną skru­chą zaczęła prze­pra­szać Anna­bel za swoją nie­kom­pe­ten­cję.
– Tak mi przy­kro moja Pani, zaraz to wytrę. – odarła drżą­cym gło­sem.
Chwy­ciła za szmatkę, którą do tej pory miała prze­rzu­coną przez rękę i gorącz­kowo zaczęła wycie­rać stół. Jed­nak tylko pogar­szała sytu­ację, jej gwał­towne ruchy spra­wiły, że wino zaczęło roz­le­wać się na podłogę. Anna­bel chcąc pomóc słu­żą­cej, zła­pała w rękę chustkę, którą zazwy­czaj wycie­rała się po posiłku i chy­ląc się na kola­nach, zaczęła ście­rać ciem­no­czer­woną sub­stan­cję z podłogi.
Jej spoj­rze­nie na chwilę skrzy­żo­wało się z wylę­kłym spoj­rze­niem służki, która zasta­na­wiała się co wła­ści­wie księż­niczka chce zro­bić. Anna­bel uśmiech­nęła się deli­kat­nie, aby spró­bo­wać dodać jej otu­chy i wzro­kiem wska­zała na zni­ka­jącą powoli plamę. Służka domy­śla­jąc się o co cho­dzi rów­nież zaczęła sprzą­tać już nieco spo­koj­niej niż wcze­śniej.
W pew­nym momen­cie napój zaczął paro­wać, a póź­niej zamie­nił się w czarną smołę. Anna­bel wie­dząc, że była to jedna z rodzaju tru­cizn magicz­nych od razu wstała na równe nogi i spoj­rzała na służkę, która zda­wała się być tak samo zdzi­wiona jak Anna­bel.
– Straż! – zawo­łała nie­uf­nie Foutley, wie­dząc, iż sir Euan powi­nien już od dawna spra­wo­wać zmianę pod jej kom­natami.
Nie­mal od razu wyżej wspo­mniany rycerz poja­wił się u wrót i dostrze­ga­jąc całą sytu­ację na podło­dze chwy­cił za ramię służki, która przy­nio­sła jej napój, a która w tym momen­cie pró­bo­wała naprędce opu­ścić kom­natę Anna­bel. Zaraz za nim poja­wiło się dwóch innych straż­ni­ków.
– Nie zdą­ży­łaś tego wypić, księż­niczko? – spy­tał war­tow­nik trzy­mając w dru­giej dłoni puchar wraz z resztkami smo­li­stej sub­stan­cji
Anna­bel przy­tak­nęła głową lekko i spoj­rzała gniew­nym wzro­kiem na służkę.
– Ta kobieta chciała mnie otruć. – odparła twardo.
– Nie, to nie jest prawdą. Moja Pani, ja ni­gdy…
– Zabrać ją do lochu. – wtrą­ciła Anna­bel, nawet nie chcąc słu­chać wyja­śnień słu­żą­cej.
Sir Euan popchnął Eli­za­beth w stronę pozo­sta­łych dwóch straż­ni­ków, któ­rzy od razu wynie­śli dziew­czynę z kom­nat księż­niczki.

Znie­cier­pli­wiona przez cały czas prze­kła­dała nogę na nogę. Obser­wo­wała uważ­nie Króla, który w tym momen­cie kro­czył od jed­nego kąta w drugi. Przy­kła­dał palec do pod­bródka i mru­czał coś do sie­bie. Popra­wiła się na krze­śle i spoj­rzała a dwóch straż­ni­ków, pil­nu­ją­cych jej bez­pie­czeń­stwa. Odkąd przy­je­chała do Dres­den po raz pierw­szy widziała nie­spo­koj­nego Vic­tora, który od razu przy­wo­dził jej na myśl, tego nie­sfor­nego chłopca, któ­rego żegnała w por­cie, a za któ­rym zdą­żyła zatę­sk­nić już kilka razy. Jej głowa była pełna myśli, a ona sama pra­gnęła jak naj­szyb­ciej wyje­chać do spo­koj­nej Rumu­nii i już ni­gdy nie wra­cać na wyspę. Cza­iło się tutaj o wiele za dużo nie­bez­pie­czeństw, niż w świe­cie magicz­nym. Żało­wała, że wró­ciła, już wolała trwać w głu­pim prze­ko­na­niu, że wyspa jest bez­pieczna i ni­gdy już nie doświad­czać destruk­cyj­nej siły prawdy.
– Kuzynko, czy jest coś o czym jesz­cze nie wiem? – odwró­cił się do niej, trzy­ma­jąc w dło­niach świ­stek papieru, który straż­nicy zna­leźli w jej kom­natach. – Czy masz może podej­rze­nia, kto mógłby wysłać tą wia­do­mość?
Vic­tor rzu­cił przed nią pogięty per­ga­min, na któ­rym dostrze­gła już wcze­śniej znaną jej groźbę „Uwa­żaj, co pijesz”. Anna­bel przy­gry­zła wargę, pró­bu­jąc wymy­ślić jakieś sen­sowne wytłu­ma­cze­nie i unik­nąć nie­wy­god­nych pytań, jed­nak zamiast tego skrzy­żo­wała dło­nie na piersi.
– Nie­stety nie, Wasza wyso­kość. Jeśli mogła­bym jednak coś zasu­ge­ro­wać, to pro­po­nuję, aby bli­żej przyj­rzeć się wszel­kim stra­wom i napo­jom prze­trzy­my­wa­nym w kuchni. Ta tru­ci­zna mogła rów­nie dobrze być dodana do czegoś innego.
Anna­bel spoj­rzała ukrad­kiem na zapła­kaną twarz Elizabeth, która mil­cząc wpa­try­wała się w podłogę. Miała skute dło­nie, a za nią stał sir Euan, który ści­skał ją za ramię.
– Czy spo­tka­łaś kie­dy­kol­wiek tą dziew­czynę na swo­jej dro­dze? – spy­tał, dostrze­ga­jąc tą sytu­ację.
– Nie potra­fiłabym spa­mię­tać wszyst­kich twa­rzy, które spo­ty­kam na swo­jej dro­dze Królu. Jed­nak wydaje mi się, że nie. Prawdopodobnie pochodzi z Dresden.
Vic­tor spoj­rzał sro­go na Anna­bel i zlu­stro­wał ją wzro­kiem, zaraz potem kiw­nął straż­ni­kom, aby opu­ścili salę tro­nową wraz z służką. A gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Król nie­mal od razu przy­bli­żył się do swo­jej kuzynki.
– Nie wie­rzę w żadne twoje słowo Anna­bel. – mruk­nął w jej stronę. – Ukry­wasz coś waż­nego, a ja nie potra­fię pojąć dla­czego chro­nisz kogoś, kto mógłby chcieć cię zabić.
– Nie­wiele wiem, Królu. Przy­się­gam. – pokło­niła się wolno, cho­ciaż w środku czuła, że coś ści­ska jej wnętrz­no­ści. Nie zwy­kła kła­mać Kró­lowi w żywe oczy, a przysięga rzucana na wiatr nie wypadała księżniczce.
– W takim razie, dla­czego ukry­wa­łaś ten list?
Ton króla wcale nie podo­bał się Anna­bel, wyda­wało jej się, że w tym momen­cie Vic­tor trak­tuje ją jak dziecko, któ­rym natych­miast trzeba się zająć, a prze­cież był młod­szy od niej. Pró­bo­wał wymu­sić na niej zezna­nia, sądząc, że gdy zostaną sami wszystko będzie prost­sze. Jed­nak ni­gdy nie spo­dzie­wałby się, że Foutley jako jedyna w kró­le­stwie będzie w sta­nie mu się sta­wiać.
– Mia­łam ku temu powody, ku temu i wielu innym rzeczom dla­tego też nie podoba mi się, że kaza­łeś straż­ni­kom przeszu­kać moje kom­naty. – sta­rała się brzmieć spo­koj­nie, jed­nak sama zda­wała sobie sprawę z tego, że jej głos brzmi bar­dzo nie­na­tu­ral­nie. – Naru­szono moją prze­strzeń oso­bi­stą.
– Takie prze­mil­cza­nie istot­nych spraw dla Pań­stwa jest surowo karane – odparł z wyrzu­tem – To była sub­stan­cja z świata magii, mam rację?
Anna­bel zmarsz­czyła brwi, stała na prze­gra­nej pozy­cji. Przez cały czas prze­słu­cha­nia wyda­wało się jej, że Król wie o wiele wię­cej co się u niej dzieje niż powi­nien. Wszystko co próbowała powiedzieć na swoją obronę od razu zostawało przegadane przez Króla.
Nie mogła się teraz nad tym zasta­na­wiać, bar­dzo dobrze wie­działa, że gdyby Król usły­szał o jej domy­słach wzglę­dem Floc­kha­rów, mógłby popaść w więk­szy obłęd niż teraz odczuwa i zro­bić coś, czego poża­ło­wałby w nie­da­le­kiej przy­szło­ści. Mógłby drą­żyć teamat i nawet zaka­zać jej powrotu do Rumu­nii dowie­dziaw­szy się, że Bur­gess wie, gdzie się znaj­duje. Dla­tego też, dla jego wła­snego dobra i ze wzgląd na swoją opi­nię, a także powrót do pracy musiała na­dal uda­wać nie­wie­dzę.
– Królu, nie­ znam się zbyt dobrze na kontaktach między ludźmi, ale wydaje mi się, że z tym momen­cie pró­bu­jesz mi gro­zić. Czyż­bym się myliła?
Vic­tor spoj­rzał spode łba na Anna­bel. Sądził iż dziew­czyna będzie bar­dziej skora do współ­pracy i zapre­zen­tuje sobą wier­ność wzglę­dem kraju. Jed­nak ona tylko przez ten cały czas wodziła go za nos, cały czas zmieniała temat i unikała odwiedzi na jego pytania.
– To póki co nie jest groźbą księż­niczko, a upo­mnie­niem. Nie mogę pozwo­lić, aby stała ci się krzywda, dla­tego od teraz masz zakaz wycho­dze­nia na dzie­dzi­niec chyba że pod nad­zo­rem. Posiłki będzie dostar­czała ci spe­cjal­nie wyzna­czona osoba. Jest jesz­cze coś – pro­sił­bym, abyś na ten czas oddała mi swoją różdżkę.
Anna­bel w tym momen­cie poczuła się jakby dostała w twarz. Usły­szała głow­nie to ostat­nie zda­nie i nie mogła pojąć dla­czego Król chce jej pozba­wić magii. Spo­glą­dała jedy­nie na kamienną twarz swo­jego kuzyna w nadziei, że nie mówił tego poważ­nie, jed­nak nic takiego nie dostrze­gła. Król tylko stał przed nią ocze­ku­jąco wysta­wia­jąc dłoń.
– Królu…– zaczęła ści­szo­nym gło­sem.– … jeśli mar­twisz się o moje bez­pie­czeń­stwo, to w razie nie­bez­pie­czeń­stwa nie ma lep­szego sprzy­mie­rzeńca niż magia.
– To zbyt ryzy­kowne Anna­bel. – mruk­nął Król spo­koj­niej, widząc jej nie­pew­ność. – Nie mogę pozwo­lić sobie na to, żebyś znowu wymy­kała się z zamku i nara­żała swoją opi­nię jak wcze­śniej. A jeśli cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo to straż­nicy w każ­dym momen­cie służą swo­imi mie­czami. Sir Euan jest naj­lep­szym szer­mie­rzem w Kró­le­stwie, od teraz będzie zabez­pie­czał twoje tyły.
Foutley ści­snęła wargę w wąską linię i spoj­rzała w zimne oczy swo­jego kuzyna. Się­gnęła ręką do swo­jej kie­szeni, gdzie znaj­do­wała się różdżka i odda­liła ją od razu. Chciała być obojętna, jednak zro­biła to kil­ka­krot­nie, zanim wycią­gnęła ją w cało­ści i drżą­cymi rękoma poło­żyła ją na dłoni Vic­tora, która nie­mal od razu zaci­snęła się jej wła­sno­ści.
W magicz­nym świe­cie pozba­wia­nie różdżki cza­ro­dzieja, po za poje­dyn­kiem byłoby nie do pomy­śle­nia, jed­nak na Islay pano­wało inne prawo, uwzględ­nia­jące wyłącz­ność Króla do wszyst­kiego co znaj­duje się na jej tery­to­rium. Nie­dy­spo­zy­cja była surowo karana, dla­tego Anna­bel była zmu­szona speł­nić prośbę swo­jego kuzyna, nawet jeśli nie miała na to ochoty.
– Czy mogła­bym wró­cić swo­ich kom­nat? – odparła sucho nawet nie patrząc na Vic­tora i nawet nie cze­ka­jąc na jego odpo­wiedź odwró­ciła się obra­żona na pię­cie i szybko wyszła z sali tro­no­wej.
 Trza­snęła drzwiami wymow­nie, aby cho­ciaż w taki spo­sób dać upust swoim emo­cjom. Jak ni­gdy zbyt­nio nie prze­pa­dała za magią, tak teraz bez różdżki czuła się jakby wła­śnie utra­ciła jakąś część sie­bie. Przy­sta­nęła naprze­ciwko wrót po dru­giej stro­nie i zasty­gła w bez­ru­chu. Spoj­rzała na bogate wykoń­cze­nia drewna, a w jej gło­wie poja­wiło się pewne wspo­mnie­nie.

Kilka lat wcześniej
(ulica Pokątna)

Błą­kała się po wąskich uli­cach pokąt­nej. Była pełna obaw i nie­wy­obra­żal­nej eks­cy­ta­cji. Jako jede­na­sto­latka, która cał­kiem nie­dawno dowie­działa się o swo­jej magicz­nej mocy i która sama błą­kała się po obcych ścież­kach w towa­rzy­stwie jed­nej z jej słu­żek potra­fiła cał­kiem nie­źle pano­wać nad emo­cjami, które wbrew pozo­rom roz­ry­wały ją od środka.
Swoim boga­tym wyglą­dem i apa­ry­cją nie­mal kró­lew­ską zwra­cała na sie­bie uwagę innych zwie­dza­ją­cych, jed­nak była tak sku­piona na pognie­cio­nym papi­ru­sie, który trzy­mała w chu­dych rącz­kach, że nawet nie zauwa­żyła, że ludzie przy­glą­dają jej się z zacie­ka­wie­niem.
Skre­ślała w myślach poszcze­gólne przedmioty, które już zdo­łała nabyć. Mil­czała, nie przy­wy­kła do tak dużych tłu­mów cza­ro­dziei, nie­mal w więk­szo­ści przy­wo­dzących jej na myśl jej dzie­cięce wyobra­że­nia o obrzy­dli­wych cza­row­ni­cach rodem z bajek dla dzieci. Nie roz­ma­wiała nawet ze swoją towa­rzyszką, która rów­nież posia­dała podobną moc do niej, a która wyrze­kła się magii na rzecz służby na dwo­rze.
Anna­bel nie rozu­miała tego, jak można było wyrzec się takiej mocy na rzecz służby, dla jej dzie­cię­cego umy­słu było to nie do pomy­śle­nia. Jed­nak musiała przy­znać iż kobieta wie­działa gdzie czego szu­kać, praw­do­po­dob­nie też za cza­sów swo­jej mło­do­ści rów­nież została zapi­sana do Szkoły Magii i Cza­ro­dziej­stwa w Hogwar­cie gdzie uczęsz­czała przez sie­dem dłu­gich lat. Dla­tego też dostała roz­kaz, aby pil­no­wać jej i słu­żyć swoją radą księż­niczce.
– Została jesz­cze mio­tła i różdżka, Aga­tho. – mruk­nęła donio­słym tonem i spoj­rzała na służkę.
– Sklep z różdż­kami jest tutaj nie­da­leko, ksież­niczko. – jej głos zda­wał się taki cie­pły, przy­wo­dzący Anna­bel na myśl mat­czyny ton. – Olli­van­derowie są bar­dzo uzdol­nieni jeśli cho­dzi o wytwór róż­dżek i z pew­no­ścią znajdą dla Cie­bie jakąś odpo­wied­nią.
Księż­niczka przy­tak­nęła i dum­nym cho­dem szła przed sie­bie. Nie rozu­miała dla­czego, ale czuła się tutaj jak uskrzy­dlona. Praw­do­po­dob­nie było to spo­wo­do­wane tym, iż zda­wała sobie sprawę tego, że wcze­śniej tyli uli­cami cho­dziła jej mama i tak samo jak ona była bar­dzo pod­eks­cy­to­wana, a za którą tęsk­niła każ­dego dnia.
Wresz­cie dotarł­szy na miej­sce Aga­tha poka­zała pal­cem na bar­dzo stary i zanie­dbany budy­nek, z wiel­kim i jako jedy­nym oczysz­czo­nym szyl­dem z złoto lite­ro­wym napi­sem „OLLIVANDERS”.
Anna­bel nie spodo­bał się ten widok, po wychwa­la­nym przez tyle osób skle­pie spo­dzie­wała się raczej uno­wo­cze­śnio­nej arma­tury o pre­sti­żo­wym wyglą­dzie. Spoj­rzała więc pyta­ją­cym wzro­kiem na swoją służkę, na co ta ski­nęła głową potwier­dza­jąco.
Ruszyła przez sie­bie, chwy­ciła za brudną, mosiężną klamkę, a kurz zosta­wił ciemną plamę na jej skó­rze. Pocią­gnęła za nią, a drzwi ze skrzy­pie­niem otwarły się nie­mal cał­ko­wi­cie na oscież.
Spoj­rzała jesz­cze za sie­bie jakby chcąc upew­nić się, że Aga­tha na­dal stoi na swoim miej­scu i weszła do środka. Rozej­rzała się dookoła. Sklep oka­zał się mniej­szy niż podej­rze­wała. Pełno w nim było rega­łów z różdż­kami, które trzy­mane były w pude­łecz­kach, a całe to miej­sce pokry­wała cienka war­stwa kurzu. W rogu stało krze­sło, a po środku skle­piku – biurko sprze­dawcy. Anna­bel mimo­wol­nie kich­nęła, gdy do jej nosa doszedł zapach kurzu, nie była przy­zwy­cza­jona do takich miejsc.
– Prze­pra­szam bar­dzo. – mruk­nęła dono­śnie, nie dostrze­ga­jąc nikogo wię­cej wewnątrz pomiesz­cze­nia. – Czy ktoś może tu przyjść? – spy­tała gło­śniej.
Nie­mal od razu zza rogu wychy­lił się pewien tajem­ni­czy sta­ru­szek. Miał prze­ni­kliwe, duże, srebrne oczy i badaw­cze spoj­rze­nie, które od razu skie­ro­wało się na Anna­bel. Ukło­niła się nisko, jak uczono ją na dwo­rze i przy­wi­tała się z panem Olli­van­derem twier­dząc, że chcia­łaby zaku­pić swoją pierw­szą różdżkę.
Nie odpowie­dział jej, tylko zaczął się krzą­tać pomię­dzy rega­łami. Foutley stwier­dziła, że nie zacho­wał się za ład­nie tak ją igno­ru­jąc, jed­nak jako dziecko o ulot­nej uwa­dze zapo­mniała o tym i wędro­wała wzro­kiem za sta­rusz­kiem, który pod­szedł do niej i wci­snął jej w dłoń różdżkę.
– No, poma­chaj nią. – odparł w końcu.
Anna­bel wyko­nała pole­ce­nie, zamach­nęła się różdżką, a w tym samym momen­cie kilka róż­dżek wraz z pudeł­kami mimo­wol­nie wypa­dło w pobli­skiego regału. Dziew­czynka spoj­rzała w tamtą stronę, a jej czy­sto brą­zowe oczy powięk­szyły się do roz­miaru nie­mal piłeczki ping-pon­go­wej.
– To nie ta. – mruk­nął i wycią­gnął z jej dłoni różdżkę. Wło­żył do pudełka i odło­żył na regał. Po raz kolejny cho­dził pomię­dzy pół­kami, szu­ka­jąc odpo­wied­niej dla niej różdżki. Dziew­czynka kom­plet­nie ogłu­piała, nie rozu­miała tego, ale nie miała w zwy­czaju prze­ry­wać, więc cze­kała cier­pli­wie.
Olli­van­der po raz kolejny wci­snął w jej dłoń drugą różdżkę i spoj­rzał na nią wycze­ku­jąco.
Anna­bel zamach­nęła się, a w sekun­dzie bujna, siwa czu­pryna sta­ruszka zaczęła pło­nąć. Na ten widok nie­mal od razu odsko­czyła do tyłu i ner­wowo odło­żyła ją na ladę, aby nie naro­bić wię­cej szkód. Olli­vad­ner zaś pełen spo­koju zamach­nął się swoją różdżką i w sekun­dzie uga­sił pożar. Nie był zły na Anna­bel, ani nie wygo­nił jej ze sklepu, jak począt­kowo sądziła, co świad­czyło tylko o tym, że takie rze­czy zda­rzały się bar­dzo czę­sto. Zamiast tego wziął się ponow­nie za poszu­ki­wa­nia.
Poka­zał dziew­czynkę jesz­cze dwie inne różdżki, ale żadna z nich jej nie wybrała. Zaczęła powoli wąt­pić w jego umie­jęt­no­ści przez taką liczbę pomy­łek.
Dopiero po raz piąty, gdy tylko od nie­chce­nia zła­pała za różdżkę, mach­nęła obo­jęt­nie, a od razu jakby wewnątrz jej ciała poja­wiło się świa­tło i wycho­dziło na zewnątrz. Poczuła dziwne cie­pło, a lekka bryza dnia sło­necz­nego oto­czyła ją zewsząd dookoła.
Olli­va­ner uśmiech­nął się spryt­nie, po raz pierw­szy od jej wizyty.
– To wyjąt­kowa różdżka, księż­niczko Foutley. – ode­zwał się cie­pło i spoj­rzał na nią. – Rzad­kie połą­cze­nie Sosna i Heban, 10 i pól cala, szpon Hipo­gryfa, sztywna. Bar­dzo wierna różdżka, zdy­stan­so­wana do świata i zin­dy­wi­du­ali­zo­wana. Zupeł­nie jak ty. Pamię­taj jed­nak, że bar­dzo musisz chcieć rzu­cić zaklę­cie, w prze­ciw­nym razie wszystko zakoń­czy się fia­skiem.
Anna­bel spoj­rzała na sta­ruszka, naprawdę wie­dział co robi. Popeł­niła błąd, że uwa­żała iż jest ina­czej. Znał się na swoim fachu i z różdżki cza­ro­dzieja potra­fił wyczy­tać wiele o jego cha­rak­te­rze. Zaim­po­no­wał jej, dla­tego więc zapła­ciła, podzię­ko­wała uprzej­mie za poradę i ukło­niła się jesz­cze niżej niż wcze­śniej. Zaraz póź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wana wyszła z skle­piku i pode­szła do Aga­thy, nie mogąc docze­kać się jakie jesz­cze sekrety odkryje w tym „innym świe­cie”.

– Księż­niczko Anna­bel. – męski głos spro­wa­dził ją na zie­mię. – Czy dobrze się czu­jesz?
Foutley spoj­rzała na sir Euana zim­nym wzro­kiem, co od razu zaalar­mo­wało go o jej humo­rze. Przy­sta­nął więc pro­sto i scho­wał dło­nie za plecy, pre­zen­tu­jąc swoją rycer­skość.
– Pro­wadź mnie do lochów, ryce­rzu. – roz­ka­zała, igno­ru­jąc jego zapy­ta­nie.
– Nie sądzę, aby był to dobry pomysł księż­niczko. W lochu trzy­mamy naj­nie­bez­piecz­niej­szych zbrod­nia­rzy, jest tam ciemno i zupeł­nie nie przy­stoi prze­by­wa­nie tam Waszej Miło­ści.
Anna­bel zmarsz­czyła czoło i tak była już w bar­dzo złym humo­rze ze względu na ode­bra­nie jej różdżki. Chciała ją jak naj­szyb­ciej odzy­skać, a nie zro­bi­łaby tego, dopóki nie roz­wiąże się sprawa próby jej otru­cia. Nie mogła nawet cze­kać na prze­słu­cha­nie, sama chciała to zro­bić. Czuła, że na Islay już na nikogo nie mogła liczyć. Musiała zadbać sama o sie­bie, tak jak robiła to do tej pory po za domem i dosko­nale sobie z tym radziła.
– Zdaje mi się, sir Euanie, że to ja mam roz­ka­zy­wać tobie, a nie ty mnie. – odparła spo­koj­nie, krzy­żu­jąc ręce na piersi. – Radzi­ła­bym więc nie podwa­żać wię­cej moich decy­zji. Potra­fisz to zro­zu­mieć?
Sir Euan zda­wał się jakby zbity z tropu, Anna­bel miała wra­że­nie, że gdyby nie miał na gło­wie hełmu wła­śnie teraz odra­pałby się po gło­wie. Jed­nak tak samo jak i ona, nie dawał niczego po sobie poznać i sku­tecz­nie dusił emo­cje.
– Księż­niczko… a czy mógł­bym jed­nak…
– Nie, sir. Pro­wadź do lochów. – odparła tonem nie wno­szą­cym sprze­ciwu.
Rycerz nie miał wyj­ścia, nie chciał nara­żać się na jej gniew, tym bar­dziej nie w tej sytu­acji, gdy roz­mowa z kró­lem nie prze­bie­gła tak, jak powinna. Poło­żył więc jedną dłoń na broni, drugą puścił wolno i ruszył przed sie­bie dziar­skim kro­kiem, a za nim (nie)spo­koj­nie ruszyła Anna­bel.

wtorek, 4 czerwca 2019

VI

Wybiła godzina wieczerzy. Jadalnia, zwykle wypełniona mieszkańcami zamku, tym razem sprawiała wrażenie niemal opustoszałej. Przy wielkim, dębowym stole siedziały tylko dwie osoby – brat i siostra. Rodzeństwo, bliższe sobie już być nie mogło. Kiedyś gotowi byli skoczyć za sobą w ogień, dziś z trudem potrafili spojrzeć sobie w oczy.
Oboje niecierpliwie wyczekiwali pojawienia się gościa, który przerwie niezręczną ciszę. Co chwilę zerkali na stojący pod ścianą zegar, którego miarowe tykanie było jedynymdźwiękiem rozbrzmiewającym w sali.
Pięć minut.
Dziesięć.
Piętnaście.
Król z coraz większą irytacją wystukiwał ciężkim, mosiężnym pierścieniem rytm o blat stołu. Nie znosił spóźnialskich. Aby dać temu wyraz, sam zawsze pojawiał się na miejscu przed wyznaczoną godziną.
Jedno było pewne – jeszcze nigdy nikt nie kazał mu czekać tak długo.
Z każdą chwilą uderzenia stawały się głośniejsze i częstsze. Choć na jego twarzy wciąż malował się spokój, Christine znała brata aż nazbyt dobrze. Nieśmiało zerknęła w jego stronę. Odpowiedział jej uśmiechem, który wydał się jej chłodny i wymuszony.
– Jak minęło spotkanie z księciem Skye, Christine? – odezwał się w końcu Victor, najwyraźniej chcąc przerwać ciszę.
– Skye jest bardzo piękną wyspą, Wasza Wysokość. Książę okazał się niezwykle uprzejmy, a jego poddani przyjęli mnie z ogromną serdecznością.
Christine mówiła ostrożnie, ograniczając się do najbardziej ogólnych informacji. Nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo niepokoją ją decyzje brata związane z wojną. Wysłanie jej w ramiona obcego mężczyzny w imię politycznego sojuszu było dla niej ceną zbyt wysoką.
Od dziecka uczono ją posłuszeństwa. Najpierw wobec króla, później wobec przyszłego męża. Nieważne, że miała własny rozum i własne pragnienia. Miała być ozdobą u boku wybranego dla niej mężczyzny, a z czasem królową i matką następcy tronu. Choć czuła się sprzedana niczym element politycznej układanki, nie potrafiła sprzeciwić się własnemu losowi. Nigdy nie przygotowano jej do samodzielnego życia.
– Jeremy wydawał się zachwycony twoją urodą, siostro. – Victor upił łyk wina. – Napisał mi nawet, że z niecierpliwością wyczekuje dnia waszego ślubu.
Christine mimowolnie zadrżała.
Doskonale wiedziała, co oznacza małżeństwo. Nie chciała o tym myśleć. Liczyła na cud. Na zakończenie wojny. Albo na kogoś, kto odważy się przemówić królowi do rozsądku, nie obawiając się jego gniewu.
W tej samej chwili drzwi jadalni otworzyły się i do środka weszła Annabel.
Była lekko zadyszana, choć usilnie starała się to ukryć. Zatrzymała się kilka kroków od stołu, skłoniła się nisko i uśmiechnęła z uprzejmością.
– Proszę wybaczyć spóźnienie, Wasza Wysokość. Zgubiłam drogę w ogrodach. Ich piękno okazało się... wyjątkowo zwodnicze.
– Martwiliśmy się o ciebie, kuzynko. – Victor zmarszczył brwi. – Sir Euan powinien przez cały czas pozostawać do twojej dyspozycji. Nie powinien dopuścić do podobnej sytuacji.
– Sir Euan wykonuje swoje obowiązki bez zarzutu, Wasza Wysokość. To ja poprosiłam go, by zostawił mnie samą, a później nierozważnie oddaliłam się zbyt daleko.
Nie zamierzała wplątywać rycerza w swoje sprawy. Od pierwszego dnia sprawiał wrażenie bezgranicznie lojalnego wobec króla i trudno byłoby komukolwiek uwierzyć, że zaniedbał swoje obowiązki. Poza tym nie wiedział nic o jej wcześniejszej wyprawie poza granice Dresden. Gdyby został przesłuchany, mógłby nieświadomie zaszkodzić bardziej sobie niż jej.
Dlatego bez wahania wzięła całą winę na siebie, przekonana, że Victor i tak nie zdecyduje się jej ukarać.
– Annabel...
Usłyszała cichy głos.
Dopiero wtedy spojrzała na osobę siedzącą naprzeciwko.
Na moment zabrakło jej tchu.
Jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem ukochanej kuzynki, z którą dzieliła najpiękniejsze wspomnienia dzieciństwa. Całkowicie zapomniała o królu. Istniała już tylko Christine.
Przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.
Wyrosła na niezwykle piękną kobietę. Jej twarz zachowała delikatne rysy, cera była niemal nieskazitelna, a jasne włosy połyskiwały w świetle świec niczym jedwab. Już jako dziecko uchodziła za najpiękniejszą dziewczynkę w całym królestwie. Teraz jej uroda wydawała się jeszcze bardziej olśniewająca.
Jednak to nie ona przyciągała uwagę Annabel.
Najwięcej mówiły oczy.
A oczy Christine przepełniał ból.
Nawet starannie ukryte cienie pod nimi nie były w stanie zamaskować zmęczenia i cierpienia, które od pierwszej chwili dostrzegła kuzynka.
– Christine...
Księżniczka poderwała się z miejsca i bez chwili wahania podbiegła do Annabel. Objęła ją z całej siły, jak dziecko odnajdujące po latach najbliższą sobie osobę.
Annabel odwzajemniła uścisk.
Nie zamierzała go przerywać.
Doskonale rozumiała, jak wiele musiała przeżyć Christine. Wojna odcisnęła swoje piętno również na niej, a atmosfera panująca w zamku tylko pogłębiała rany, których nie było widać gołym okiem.
– Myliłam się... – szepnęła jej do ucha. – Jesteś silniejsza ode mnie, Christine.
Księżniczka nic nie odpowiedziała.
Przytuliła ją jeszcze mocniej.
– Fizycznie również... – dodała Annabel z rozbawieniem, z trudem łapiąc oddech.
Christine natychmiast odsunęła się od niej i spojrzała z zakłopotaniem.
Annabel odpowiedziała jej ciepłym uśmiechem.
Po chwili obie wybuchnęły szczerym śmiechem.Victor obserwował je przez chwilę w milczeniu. Na jego twarzy pojawił się cień dawnego uśmiechu, tego samego, którym niegdyś witał je po dziecięcych psotach. Wstał od stołu i z właściwą sobie dworską elegancją podszedł do obu kuzynek.
– Chodźcie. Kolacja wystygnie szybciej, niż zdążymy nadrobić wszystkie lata rozłąki.
Ujął obie pod ramiona i odprowadził je do stołu. Najpierw odsunął krzesło Christine, potem Annabel, dopiero na końcu sam zajął swoje miejsce u szczytu stołu.
Przez dłuższy czas jedynym dźwiękiem pozostawał cichy stuk sztućców i trzask drewna płonącego w kominku. Potrawy przygotowane przez królewskich kucharzy nie przypominały skromnych posiłków, do których Annabel przywykła w Rumunii. Pachniały rozmarynem, pieczonym mięsem i świeżym chlebem. Przez krótką chwilę mogła niemal uwierzyć, że nic się nie zmieniło, że wojna nie dotarła jeszcze na Islay, a oni znów byli tylko trójką dzieci wychowujących się pod jednym dachem.
Rozmowa toczyła się spokojnie. Wspominali dawne zabawy w zamkowych ogrodach, lekcje etykiety, przed którymi wszyscy troje próbowali uciekać, i liczne psoty, za które później odpowiadali przed królową. Victor nawet kilka razy się roześmiał, a Christine na krótką chwilę odzyskała dawny blask w oczach.
Jednak pod tą pozorną normalnością kryło się napięcie.
Annabel zauważyła je niemal od razu.
Ilekroć Victor zwracał się do siostry, Christine odpowiadała krótko i uprzejmie, nie podnosząc wzroku znad talerza. Z kolei król niemal ostentacyjnie unikał patrzenia jej w oczy. Ich słowa były poprawne, lecz całkowicie pozbawione rodzinnego ciepła.
Siedząc pomiędzy nimi, Annabel czuła się coraz bardziej nieswojo.
Kilkakrotnie przenosiła spojrzenie z jednego na drugie, licząc, że któreś z nich zdradzi choćby najmniejszy ślad tego, co wydarzyło się podczas jej nieobecności.
Bezskutecznie.
Victor jedynie uśmiechał się z uprzejmością i od czasu do czasu unosił kielich z winem.
Christine odpowiadała jej krótkimi spojrzeniami, w których kryła się wyraźna prośba.
Nie teraz.
Nie przy nim.
Po pewnym czasie rozmowa zeszła na Rumunię.
Rodzeństwo z zainteresowaniem wypytywało Annabel o życie w rezerwacie, o ludzi, których tam poznała, i o smoki, którymi się opiekowała. Słuchali z prawdziwym zdumieniem, gdy opowiadała o codziennych obowiązkach smokologa i o dwóch młodych smokach, które przypadły jej pod opiekę.
Dla nich nie było tajemnicą, kim naprawdę była.
Znali jej drugą naturę.
Wiedzieli również, że plotki o magicznych zdolnościach jej matki nie były jedynie dworskimi wymysłami. To właśnie przez nie królowa przed laty została zmuszona do opuszczenia Islay, pozostawiając rodzinę i znikając bez śladu.
Annabel odpowiadała spokojnie na kolejne pytania, lecz coraz trudniej było jej skupić się na rozmowie.
Od chwili przyjazdu na wyspę nosiła w sobie jedno pytanie, które nie dawało jej spokoju.
Obraz zniszczonych wiosek.
Przerażonych mieszkańców.
Rycerza, którego spotkała poza murami miasta.
I słowa o wojnie, która pochłaniała coraz więcej istnień.Wszystko to wracało do niej z każdą kolejną minutą. Nie potrafiła już dłużej udawać, że nic się nie dzieje.
– Kuzynko, cieszy mnie to, jak dobrze odnalazłaś się w Rumunii. – Victor odłożył kielich i spojrzał na nią z łagodnym uśmiechem. – Przyznam jednak, że wolałbym widywać cię częściej i mieć pewność, że nic ci nie zagraża.

– To bardzo miłe z twojej strony, Wasza Wysokość. Mogę cię jednak zapewnić, że potrafię o siebie zadbać. W Rumunii jestem bezpieczniejsza niż w wielu innych miejscach.
– W to akurat nie wątpię. Zawsze byłaś wyjątkowa.
Sposób, w jaki wypowiedział ostatnie zdanie, sprawił, że Annabel mimowolnie zmarszczyła brwi. W jego głosie zabrzmiała dziwna oficjalność, zupełnie niepasująca do rodzinnej kolacji. Spojrzała pytająco na Christine, lecz ta jedynie bezradnie wzruszyła ramionami.
– Tam naprawdę niczego mi nie brakuje. – Annabel mówiła spokojnie, choć uważnie obserwowała kuzyna. – Ale skoro już rozmawiamy o bezpieczeństwie... martwi mnie sytuacja na Islay. Dochodzą do mnie bardzo niepokojące wieści.
Victor powoli wstał od stołu i zaczął przechadzać się po sali.
– Większość z tych opowieści to zwykłe plotki. – Jego głos pozostawał opanowany. – A przecież doskonale wiesz, jak łatwo plotki potrafią zniszczyć człowieka.
Słowa te uderzyły Annabel mocniej, niż przypuszczał. Przed oczami natychmiast stanęła jej matka. To właśnie plotki doprowadziły kiedyś do jej abdykacji.
– Tak... wiem. – Przerwała na chwilę. – Ale zastanawia mnie coś innego. Skąd bierzecie środki na utrzymanie tak licznej armii?
Victor zatrzymał się.
Przez krótką chwilę w sali panowała całkowita cisza. Król odwrócił się powoli i spojrzał na nią uważnie.
– To sprawa państwowa, Annabel.
– Wiem. Ale ludzie mówią...
– Od kiedy zaczęłaś wierzyć ludziom bardziej niż własnej rodzinie? – przerwał jej chłodno.
Annabel zamilkła.
Nie spodziewała się tak ostrej odpowiedzi.
– Już ci powiedziałem. Plotki należy traktować z dużym dystansem.
Tym razem w jego głosie zabrzmiał wyraźny rozkaz.Dziewczyna opuściła wzrok.
Jeszcze kilka lat wcześniej odpowiedziałaby bez wahania. Pokłóciłaby się z nim, próbowałaby przekonać go do swoich racji, być może nawet obraziła się i wyszła z sali.
Teraz było inaczej. Nie rozmawiała z kuzynem, a z królem. Słowa monarchy ważyły znacznie więcej niż słowa chłopca, z którym niegdyś biegała po zamkowych korytarzach.
Victor westchnął ciężko. Najwyraźniej sam uznał, że posunął się o krok za daleko.
Podszedł do Annabel i wyciągnął w jej stronę dłoń.Dziewczyna uniosła wzrok. Na jego twarzy nie było już chłodu, lecz szczery żal.
Zawahała się tylko przez moment, po czym ujęła jego rękę i wstała od stołu.
Victor delikatnie zamknął jej dłonie w swoich i zgodnie z dawnym dworskim zwyczajem ucałował je.
– Wybacz mi, kuzynko. Nie powinienem był odpowiadać w ten sposób. Rozumiem, że martwisz się o Islay. Po tylu latach rozłąki masz do tego pełne prawo.
Annabel poczuła ukłucie wyrzutów sumienia.
Może rzeczywiście posunęła się za daleko.
Może osądziła go zbyt pochopnie, opierając się wyłącznie na słowach obcego człowieka i własnych podejrzeniach.
Już chciała odpowiedzieć, gdy ciszę rozdarł gwałtowny trzask zamykanych drzwi.
Oboje odwrócili głowy. Christine zniknęła.
Annabel natychmiast spojrzała na Victora. Król odprowadził wzrokiem zamknięte drzwi, po czym jedynie ciężko westchnął.
– Musisz wybaczyć jej zachowanie. – Uśmiechnął się blado. – Nie najlepiej znosi myśl o zbliżającym się ślubie.
Annabel nie odpowiedziała od razu. Coś w sposobie, w jaki to powiedział, wydało jej się nienaturalne.
– Wasza Wysokość... czy mogłabym już odejść? Chciałabym porozmawiać z Christine.
Victor przez chwilę przyglądał się jej uważnie, jakby rozważał, czy powinien się zgodzić. Ostatecznie skinął głową.
– Oczywiście.
Nie czekając ani chwili dłużej, Annabel opuściła jadalnię.
Na zamkowych korytarzach panowała cisza. Jedynie echo jej kroków odbijało się od kamiennych ścian. Nie wiedziała, dokąd pobiegła Christine, lecz dzięki sir Euanowi szybko odnalazła komnaty księżniczki.
Zapukała cicho. Nie usłyszała odpowiedzi. Po chwili ostrożnie nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Christine siedziała na łóżku, pochylona nad niewielkim, błyszczącym przedmiotem, który obracała w dłoniach z niezwykłą ostrożnością.
Annabel od razu go rozpoznała.
– Christine... – odezwała się cicho. – Mogę wejść?
Księżniczka drgnęła.
Szybko wsunęła przedmiot pod poduszkę, otarła rękawem policzki i spróbowała opanować drżący oddech.
Dopiero wtedy Annabel zauważyła ślady łez na jej twarzy.
Odwróciła się jeszcze do sir Euana.
– Zaczekaj przed drzwiami. I nie wpuszczaj nikogo, dopóki cię nie zawołam.
Rycerz skinął głową.
Annabel zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok kuzynki.
– Nie musiałaś tego przede mną chować.
Christine spuściła wzrok.
– Nie chciałam, żebyś mnie oceniała. Pewnie myślisz, że już dawno o nim zapomniałam.
– Nie powiedziałabym tego. – Annabel uśmiechnęła się smutno. – Choć rzeczywiście... dość niezwykłe jest przechowywanie prezentu od innego mężczyzny, kiedy jest się zaręczoną.
Na twarzy Christine pojawiło się poczucie winy.
Annabel westchnęła cicho.
Od dziecka wiedziała, komu naprawdę oddała serce jej kuzynka.
– Dlaczego ukrywasz swoje uczucia przed królem? – zapytała cicho.
Pytanie było właściwie retoryczne. Odpowiedź znała od dawna. Christine gorzko się uśmiechnęła.
– Chyba z tego samego powodu, dla którego ty wymykasz się z zamku bez wiedzy mojego brata.
Annabel znieruchomiała. Zmarszczyła brwi. Skąd Christine mogła o tym wiedzieć?
Przecież przez kilka dni nie było jej na wyspie.
Czy jej dar jasnowidzenia rozwinął się jeszcze bardziej?
Przez chwilę milczała.
Nie widziała sensu okłamywać jedynej osoby, której nadal ufała.
– Christine... próbowałam dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się na Islay. Chciałam zrozumieć, dlaczego wszyscy są tak przerażeni. Zamiast odpowiedzi narobiłam tylko więcej zamieszania.
– Wieści rozchodzą się po Dresten szybciej, niż myślisz. – Christine spojrzała na nią ze smutkiem. – Ludzie już zaczynają mówić o tobie tak samo, jak kiedyś mówili o twojej matce. Powinnaś była wezwać strażników, a nie działać sama. Nachyliła się bliżej i niemal wyszeptała:
– Jeśli będziesz postępować w ten sposób... ludzie zaczną się ciebie bać.
– Wiem. – Annabel opuściła wzrok. – To nie było rozsądne. Ale nie mogłam pozwolić, żeby tamta rodzina zginęła.
Po chwili podniosła głowę.
– Powiedz mi tylko jedno. Czy strażnicy naprawdę okradają ubogich z rozkazu Victora?
Christine parsknęła cichym, gorzkim śmiechem. Reakcja kuzynki całkowicie wybiła Annabel z rytmu. Dziewczyna milczała, wpatrując się w nią z narastającym niepokojem.
– Wiem, że pod tą maską chłodu i dystansu kryje się osoba o dobrym sercu, Annabel. – Christine mówiła łagodnie. – Ale czasami potrafisz być naiwna jak dziecko.
Annabel spuściła wzrok.
– Znasz mojego brata równie dobrze jak ja. A może nawet lepiej. Naprawdę uwierzyłaś, że świadomie rozkazałby swoim ludziom okradać własnych poddanych?
– Ja...
– Victorowi można zarzucić wiele. – Christine westchnęła ciężko. – Nie rządzi tak, jak powinien. Bywa porywczy, uparty i zbyt łatwo daje się ponieść emocjom. Ale nie dopuściłby się czegoś takiego... przynajmniej nie świadomie.
– Co masz na myśli?
– To, że często przymyka oczy na sprawy, którymi powinien się zająć. Całą uwagę poświęca wojnie. Chce ją wygrać za wszelką cenę i przez to nie dostrzega wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Annabel zamilkła. Tego nie brała pod uwagę. Jeżeli Christine miała rację, Victor nie musiał wydawać podobnych rozkazów osobiście. Wystarczyło, że przestał kontrolować ludzi działających w jego imieniu.
– Czyli uważasz, że pragnie ochronić wyspę... ale zatraca się w tym celu?
– Właśnie tak.
Zapadła długa cisza.
Christine nagle chwyciła Annabel za ramiona.
Jej jasne, nienaturalnie błękitne oczy ponownie zaszkliły się od łez.
– Proszę cię... wyjedź stąd jak najszybciej.
Annabel spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Dopiero przyjechałam.
– Właśnie dlatego.
Christine puściła jej ramiona i usiadła z powrotem na łóżku. Przez chwilę wpatrywała się w błyszczący przedmiot, który znów obracała w dłoniach.
– Mój brat nie zaprosił cię tutaj bez powodu.
Serce Annabel zabiło mocniej.
Od początku czuła, że za tym zaproszeniem kryje się coś więcej.
– Wiesz, o co chodzi.
Christine nie odpowiedziała.
– Wiesz... prawda?
– Victor sam powinien ci to powiedzieć. – Jej głos był ledwie słyszalny. – I tak powiedziałam już zbyt wiele.
Annabel gwałtownie wstała. Gniew, niepokój i poczucie wykorzystania narastały z każdą chwilą.
– Sama z niego to wyciągnę.
Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem opuściła komnatę. Za jej plecami Christine nie próbowała jej zatrzymać.
Siedziała nieruchomo na łóżku, zaciskając w dłoni niewielki przedmiot ukryty wcześniej pod poduszką. Doskonale wiedziała, że od tej chwili nic już nie będzie takie jak dawniej.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

V


Miała rację. Sto­jąc naprze­ciw niego nie potra­fiła wydu­sić z sie­bie słowa. On rów­nież zamarł, jed­nak nie z tego powodu co ona. Po pro­stu nie potra­fił uwie­rzyć jak bar­dzo wyro­sła. Stała się piękną kobietą o iście kró­lew­skim wyglą­dzie, wyglą­dała tak samo jak jej matka która prze­cież sta­no­wiła wzór szla­chec­kiego pocho­dze­nia.
Od wie­ków wyspą Islay rzą­dziły osoby o brą­zowych wło­sach i dużych oczach podob­nego koloru, nawet rysy twa­rzy miała iden­tyczne. On, oraz jego sio­stra róż­nili się od tych ide­ałów – Król posia­dał włosy tego samego koloru co Annabel, ale jego oczy były nie­bie­skie po matce. Tak samo jak oczy Chri­stine, która posia­dała jeszcze blond włosy swej rodzi­celki.
Foutley rów­nież zauwa­żyła pewne zmiany w jego wyglą­dzie, włosy miał ciem­niej­sze, ponadto jego budowa do złu­dze­nia przy­po­mi­nała Anna­bel wuja – świę­tej pamięci poprzed­niego Króla Islay. Nie posia­dał on jed­nak Jego długiego zaro­stu, ze względu na swój młody wiek, a który od poko­leń sta­nowił siłę, oraz męskość poprzed­nich wład­ców. Pod­szedł do niej i delikatnie ucałował jej dło­nie. Czu­łość jaką można było zauwa­żyć świad­czyła o tym jak bar­dzo oboje stę­sk­nili się za sobą przez te wszyst­kie lata. Z per­spek­tywy osoby patrzą­cej na całą zaist­niałą sytu­ację można było stwier­dzić, iż ta dwójka to para kochan­ków, któ­rzy spo­ty­kają się po kilku latach roz­łąki nie zmie­niaw­szy uczuć do sie­bie. Było jed­nak ina­czej, ta rela­cja – z resztą jak każda inna w któ­rej jedną ze stron sta­no­wiła Anna­bel była spe­cy­ficzna.
– Królu. – mruk­nęła dziew­czyna i uklą­kła niczym praw­dziwa dama. – Dobrze móc znów cię ujrzeć.
– Uro­dziwa z cie­bie nie­wia­sta, kuzynko.
Nastą­piła chwila ciszy, po czym uśmiechnęli się do siebie i usci­skali się na powi­ta­nie. Całe napię­cie minęło, a Anna­bel na nowo poczuła się jak nie­spełna dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka darząca szcze­gól­nym uczu­ciem swo­jego krew­niaka.
– Jak się odnaj­du­jesz w roli Króla? – spytała troskliwie.
– Skła­mał­bym mówiąc, że nie sta­nowi to dla mnie żad­nego pro­blemu. Tym bar­dziej w świe­tle ostat­nich wyda­rzeń.
– Pra­gnę wyra­zić głę­boki żal w związku ze śmier­cią twojego ojca, Panie. Był wspa­nia­łym przy­wódcą.
– Jed­nym z naj­lep­szych, jed­nak przy­szedł czas, że śmierć zawe­zwała go do sie­bie uprzednio odbierając mu rozum do cna.
– Co przez to rozu­miesz, Królu?
Vic­tor uśmiech­nął się cie­pło do Anna­bel i zaproponował swoje ramię. Dziewczyna zacisnęła dłoń na jego ramieniu. A zaraz potem w ślad za nim wędrowała po korytarzach zamku.
– Ostat­nie jego decy­zje były wielce nieprzemyślane. Pra­gnął pod­pi­sać trak­tat poko­jowy z rodziną Floc­khar­tów, która prze­cież od lat niszczyła błogi spokój na wyspie.
– Jakże to… – prze­rwała mu.
– Sądził, że tym spo­so­bem zdoła ukró­cić dzia­ła­nia wojenne przed swoją śmier­cią. Ofe­ro­wał im wschod­nią część wyspy na wła­sność.
Anna­bel otwo­rzyła aż oczy ze zdzi­wie­nia, dla­czego poprzedni Król mogłby zechcieć oddać wro­gom tak ważną dla Islay część jej tery­to­riów. Prze­cież sta­no­wiły one pod­porę finan­sową całego Pań­stwa ze względu na wysoko roz­wi­nięty han­del dzie­łami sztuki, a może po prostu coś innego kryło się za tym rozejmem?
– Moż­liwe, iż mogło być to tylko pod­stę­pem? – spy­tała docie­kli­wie.
– Nikt tak nie uwa­żał, mój ojciec, od zawsze był  nazbyt skory do zawierania niekorzystnych umów.
– Ale jeśli… ?
– Nie zgi­nąłby w tak bez­sen­sowny spo­sób.
Zamy­śliła się na chwilę. Miała wra­że­nie, że myliła się przez pół życia, sądząc iż powo­dem wybu­chu wojny na Islay było opa­no­wa­nie całej wyspy, nie tylko jej naj­bo­gat­szej czę­ści. Jed­nak coś nie pozwa­lało jej myśleć w taki spo­sób, prze­cież rodzina Floc­khar­tów od zawsze nie prze­bie­rała w środ­kach dążąc do więk­szej wła­dzy. W końcu Jura – naj­bo­gat­sza wyspa w Hebry­dach Wew­nętrz­nych była pod ich wła­da­niem, a znaj­do­wała się tylko kil­ka­na­ście kilo­me­trów na pół­nocy wschód od Islay. Dla­tego wła­śnie nie mie­liby powodu, ażeby rzą­dać jedy­nie jej wschod­niej czę­ści skoro panują już nad o wiele bogat­szą Jurą. Czyż mogło to ozna­czać, że poprzedni król dowie­dział się o czymś, na czym bar­dzo zale­żało Anthony’emu, a czym nie zdą­żył się podzie­lić ze swo­imi namiestnikami?
– Coś cię niepokoi, Annabel?
– Racz wyba­czyć Panie za moją nie­uwagę, ale przez to, czego doświadczyłam od przybycia tutaj, w mojej gło­wie naro­dziło się wiele nowych pytań bez odpo­wie­dzi.
- Co przez to rozumiesz, moja Pani?
- Wyspa bardzo zmieniła się pod moją nieobecność.- odparła łagodnie.
Nie chciała spierać się z Królem, a do tego jej nagły atak na niego mógł doprowadzić, tym bardziej, że widzieli się po raz pierwszy od kilku lat. Czuła od niego ogromną dumę z własnego pochodzenia, której wcześniej nie doświadczała, dlatego też chciała delikatnie dobierać słowa i nie wywierać na kuzynie presji większej niż potrzeba.
- Nie wątpię w to, dziewięć lat to bardzo wiele czasu, a wojna nadal paraliżuje mieszkańców.
- Czyżby nie było widać nigdzie końca?
- Końca wojny? - spytał spokojnie.
- Może odwilż przyniesie Islay dawny blask... Nie sądzisz kuzynie, iż pokój z rodem Flockhartów, podpisany tak, lub inaczej byłby najlepszym rozwiązaniem? - spytała niepewnie.
Annabel naprawdę chciałaby, ażeby to Islay była górą w tej wojnie, ale biorąc pod uwagę obecny stan wyspy i zdrowie poddanych byłaby skłonna do pokoju nawet za taką cenę, ale czy Król mógł myśleć podobnie?
Vic­tor przy­sta­nął w miej­scu i spoj­rzał raz jesz­cze na Anna­bel ignorując słowa dziewczyny. Jej uroda zwa­liła go z nóg. Pogła­dził deli­kat­nie pal­cem jej poli­czek. Poczuła dziwny gorąc na swo­jej skó­rze w tam­tym miej­scu, ale mimo to zacho­wa­nie męż­czy­zny było dla niej nie­po­jęte, wyglądało na to, że mógł pró­bo­wać ją uwieść Nie mogła na to pozwo­lić, dla­tego zro­biła mały krok w tył, aby nieco odda­lić się od niego. Ten, jakby nie zauwa­ża­jąc jej skrę­po­wa­nia pocią­gnął ją za sobą wgłąb zamku. Chciał jak naj­szyb­ciej poka­zać jej jak bar­dzo ich dom roz­rósł się pod jej nie­obe­cość. Z dumą roz­pra­wiał o wal­kach jakie sto­czył z wrogą armią i szcze­gó­łowo przed­sta­wiał jej histo­rię jak dotąd nie zmie­rzo­nych przez nią kom­nat, prze­pla­ta­jąc to ze wspo­min­kami o ich dzie­ciń­stwie. Anna­bel po­szłusz­nie słu­chała każ­dej z tych histo­rii, mimo iż więk­szość wyda­wała się nudna. Już nie wspomibając o tym, iż jej rozmówca nie miał najmniejszej ochoty, aby na razie kontynuować rozmowy na temat wyspy.
Myślała, że uda jej się wycią­gnąć wię­cej odpo­wie­dzi na pyta­nia, które męczyły ją od przy­jazdu na Islay, ale tak się nie stało. Wobec tego, uznała że nie warto nisz­czyć dobrego nastroju kuzyna tego ranka, ale obie­cała sobie, że gdy tylko następ­nym razem przyj­dzie im ze sobą poroz­ma­wiać, nie uchyli się od zada­wa­nia Kró­lowi nie­wy­god­nych pytań. Jed­nak póki co chciała poroz­mia­wać z kimś jesz­cze, za kim zdą­żyła po sto­kroć się stę­sk­nić.
– A w któ­rym to miej­scu prze­bywa Chri­stine? Nie mia­łam przy­jem­no­ści jesz­cze jej ujrzeć.
– Oba­wiam się, że w tym momen­cie jest bar­dzo zajęta.
– Czymże?
– Przy­go­to­wa­niami do swo­ich zaślu­bin?
– Zaślu­bin?
Anna­bel spo­dzie­wała się wielu rze­czy w związku z swoim przy­jaz­dem do domu, ale ostat­nią z rze­czy jakich mogłaby ocze­ki­wać to wieść o mał­żeń­stwie jej kuzynki. Już szyb­ciej uwie­rzy­łaby w kró­lew­ską kapi­tu­lacę, niż w to. Czyżby Chri­stine naprawdę zyskała tak wielką pew­ność sie­bie, ażeby wycho­dzić za mąż? Foutley musiała to spraw­dzić moż­li­wie jak naj­szyb­ciej.
– W takim razie, kiedy mogła­bym się spo­dzie­wać ponow­nego spo­tka­nia z nią?
– Kaza­łem służ­bie przy­go­to­wać uro­czy­stą wie­cze­rzę spe­cjal­nie na twoje przy­by­cie, Anna­bel. Chri­stine rów­nież powinna się poja­wić. Czy przyj­miesz moje zapro­sze­nie?
– To dla mnie zaszczyt, Wasza Wyso­kość.
 Anna­bel nie usie­działa w miej­scu zbyt długo, musiała w jakiś spo­sób zre­du­ko­wać pyta­nia kłę­biące się w jej gło­wie. Nie­długi czas po roz­mo­wie z Kró­lem zawe­zwała sir Euana do swo­ich kom­nat i popro­siła w bar­dzo wymowny spo­sób o to, ażeby towa­rzy­szył jej w zwie­dza­niu sto­licy. Nie chciała cze­kać do wie­czor­nej uczty. Posta­no­wiła więc spo­żyt­ko­wać ten czas na to, aby rozej­rzeć się po oko­licy i spraw­dzić jak wie­dzie się jej miesz­kań­com. Rycerz – nie­chęt­nie, ale w końcu zgo­dził się dotrzy­mać jej towa­rzy­stwa. Nie uwa­żał, że był to dobry pomysł. Mimo tego, co powie­dział jej wcze­śniej bar­dzo dobrze orien­to­wał się w dra­ma­tycz­nej syta­cji panu­ją­cej w sto­licy, już o pomniej­szych mistecz­kach na obrze­żach kraju nie wspo­mi­na­jąc. Jed­nak nie byłby w sta­nie powie­dzieć jej wprost w czym leży pro­blem bez uprzed­niej kon­sul­ta­cji z Kró­lem.
Wewnątrz czuł, że Anna­bel mogłaby lepiej rzą­dzić wyspą i przy­wró­cić jej dawną świet­ność, ale Władca miał nieco inne plany zwią­zane bez­po­śred­nio ze swoją kuzynką.
Anna­bel –oczy­wi­ście prze­czu­wała, że sir Euan ukrywa jakąś istot­nią rzecz przed nią, jed­nak dosko­nale wie­działa, że musi wyko­ny­wać roz­kazy Vic­tora. Dzie­liła ich po pro­stu pali­sada stra­chu, dla­tego posta­no­wiła dzia­łać na wła­sną rękę. Jed­nak na­dal zda­wała sobie sprawę  z tego, że na zewnątrz może być po pro­stu nie­bez­piecz­nie, a czary używane w świetle dnia stanowiłyby dowód prawdziwej głupoty. Bała się jednak tego, czego może tam doświad­czyć i jeśli były to tylko bez­pod­stawne obawy, wolała mieć czy­jąś ochronę. Stąd wła­śnie naro­dził się pomysł wdro­że­nia do jej planu jakie­goś zaufa­nego czło­wieka. Wybór padł na sir Euana, prze­czu­wała że był odpowiednim towarzyszem, jed­nak prze­ko­ny­wała tylko samą sie­bie. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, że nie znała nikogo innego, kto mógłby oprowadzać ją po mieście.
Na dwo­rze wyda­wało się zim­niej niż wcze­śniej. Anna­bel krą­żąc pomię­dzy domo­stwami co rusz popra­wiała jedwabny szal deli­kat­nie opla­ta­jący jej szyję. Nie odziała się zbyt cie­pło ponie­waż ostat­nią rze­czą o któ­rej kobieta mogła pomy­śleć była panu­jąca na dwo­rze pogoda. Sir Euan widząc jej drga­nia kilka razy pró­bo­wał odwieść księż­niczkę od pomy­słu pałę­ta­nia się po sto­licy bez wyraź­nego powodu, jed­nak Anna­bel zosta­wała nie­ugięta. Jej wyra­fi­no­wa­nie wpra­wiało go nie raz w osłu­pie­nie, dla­tego nic nie mógł zara­dzić na jej posta­no­wie­nie. Miał tylko nadzieję, że tą samą fine­zyj­ność zachowa zauwa­ża­jąc zły stan kraju i nie zrobi nic nie­od­po­wied­niego.
Obeszli naj­waż­niej­sze ulice sto­licy, ale nie zauwa­żyli niczego nie­wła­ści­wego, za to wieść o powro­cie Anna­bel roze­szła się po Pań­stwie niczym jakaś epi­de­mia. Wielu szlach­cia­nów dostrze­ga­jąc ją krą­żącą po mie­ście nie potra­fiło uwie­rzyć w to jak ta mała dziew­czynka wyro­sła i jak bar­dzo wyglą­dem przy­po­mina swoją matkę. Kła­niali się gdy tylko mijała ich na ulicy, kilku śmiał­ków posta­no­wiło nawet zacze­pić ją roz­mową na wsze­la­kie tematy, na co sir Euan zawsze reago­wał agre­syw­nie. Anna­bel jed­nak nie nale­żała do osób, które uchy­lają się od odpo­wie­dzi i trak­tują niż­szych pocho­dze­niem z góry, mimo wra­że­nia które na pierw­szy rzut oka ktoś mógłby odnieść. Dla­tego wła­śnie uspo­ka­jała ryce­rza, gdy tylko miał stra­cić nad sobą kon­trolę. Dziel­nie mie­rzyła się z każdą roz­mową, aż w końcu dostrze­ga­jąc jak wiele czasu stra­ciła prze­pro­siła uciąż­li­wych szlach­cia­nów i ruszyła w dal­szą drogę.
Sto­lica wyglą­dała dokładnie tak, jak sobie wybra­żała gdy tylko wró­ciła do domu. Była zwy­czajna, wiele się nie zmie­niło, te same bogato zdo­bione domy, uroz­ma­icona roślin­ność, han­del nad­zwy­czaj roz­wi­nięty, straż­nicy wałę­sa­jący się po uli­cach w poszu­ki­wa­niu osób, które nie miały dostępu do sto­licy, oraz monar­cho­wie ubrani w bogato zdo­bione szaty, roz­pra­wia­jący głów­nie o swo­ich podró­żach po świe­cie, a także monar­chi­nie, damy z wyż­szych sfer w wysoko spię­tych fry­zu­rach, wyma­lo­wa­nych twa­rzach, oraz sze­ro­kich u dołu suk­niach. Ktoś, kto nie znał sytu­acji panu­ją­cej w kraju mógłby z czy­stym ser­cem stwier­dzić, że Islay jest wyspą opły­wa­jącą w luk­susy. Jed­nak była to zmyłka, sto­lica – zawsze musi pozo­stać bogata, bez względu na finanse kraju. Bieda oraz wojna naj­bar­dziej dotyka tych pomniej­szych miast oraz wsi, dla­tego też następ­nym celem odwie­dzin Anna­bel miały sta­no­wić wio­ski. Z tego też względu nie mając ochoty na dalsze narze­ka­nia sir Euana posta­no­wiła, że jesz­cze przed wie­cze­rzą wymknie się z zamku i odwie­dzi naj­bied­niej­sze miej­sca na wyspie, aby prze­pro­wa­dzić wywiad.
Odcze­kała te kilka godzin samot­nie w pokoju, aż zawa­żyła, że zmierzch powoli dosię­gał jej okien. Zało­żyła na sie­bie tą samą czer­woną pele­rynę z głę­bokim kap­tu­rem, którą miała na sobie gdy przy­pły­nęła na wyspę i wymknęła się po cichu z swo­ich kom­nat. Na całe szczę­ście sir Euan musiał na chwilę opu­ścić swój poste­ru­nek, ponie­waż mógłby sta­nąć jej na dro­dze i z roz­kazu króla nie puścić jej na samotną wyprawę. (Czy ten czło­wiek w ogóle spał i jadł?) Zau­ażyła też, że na kory­ta­rzach wędro­wało kilku straż­ni­ków strze­gą­cych kom­nat, ale dla doświad­czo­nej cza­ro­wicy jaką była Anna­bel nie sta­no­wiło to pro­blemu. Rzu­ciła na sie­bie zaklę­cie kame­le­ona i z nie­by­wałą gra­cją udała się na dwór. Odszu­kała wzro­kiem sta­jen­nego i uśpiła go zaklę­ciem, aby móc dosio­dłać konia. Pod­czas kiedy ten smacz­nie chra­pał śli­niąc się niczym dziecko Anna­bel wybrała wierz­chowca, który swiom umasz­cze­niem naj­bar­dziej wyróż­niał się z oto­cze­nia. Skórę jego pokry­wał śnież­no­biały, dostrze­galny nawet w sła­bym świe­tle pochodni kolor. Nie było to naj­mą­drzej­szym wybo­rem, zwa­ża­jąc na to, że Foutley chciała nie rzu­cać się w oczy, jed­nak nie potra­fiła się powstrzy­mać.
Cicho ścią­gnęła z wie­szaka sio­dło i ogło­wie, co rusz patrząc czy sta­jenny nie wybu­dza się przed­wcze­śnie. Pode­szła do wybra­nego konia, na co ten poru­szył się nie­spo­koj­nie i cof­nął się do tyłu wystra­szony. Anna­bel zage­sty­ku­lo­wała lekko i spoj­rzała na jego łeb, szep­nęła do niego, aby się nie oba­wiał przy oka­zji modląc się, by nie wydał z sie­bie gło­śnego dzwięku. Jej modły zostały wysłu­chane, zwie­rzę uspo­ko­iło się i już nie ucie­kało, pozwoliło się nawet pogłaskać po grzywie. Zało­żyła nie­dbale sio­dło na jego grzbiet, obie­cu­jąc sobie, że poprawi je gdy tylko znajdą się po za murami zamku. Usia­dła na nie i raz jesz­cze prze­lot­nie spoj­rzała na maste­le­rza, po czym ruszyła przed sie­bie.
Dzię­ko­wała Mer­li­nowi, że był to zwy­czajny koń niezbyt roz­wi­nię­tym zmy­śle wyczu­wa­nia jak istoty z magicz­nego świata, nie czuł w niej nic groź­nego, dla­tego też zamiast wyda­wać z sie­bie okropne dzwięki i na siłę pró­bo­wać uciec, zacho­wy­wał się jak zwy­czajne zwie­rzę oba­wia­jące się nie­znanego czło­wieka.

Wspo­mnie­nie I
 (Kilka lat wcze­śniej, Hogwarcki dzie­dzi­niec)


Świeże powie­trze, las i drzewa dookoła. To wszystko przy­po­mi­nało jej o domie, który opu­ściła jakiś czas wcze­śniej. Wzięła głę­boki oddech i spoj­rzała w błę­kitne niebo. Gdzie­nie­gdzie poja­wiały się poje­dyn­cze chmury, był to koniec lata. Słońce deli­kat­nie muskało po jej twa­rzy. Uwiel­biała to, oczy­wi­ście nie w tej sytu­acji.
Rozwy­drzeni ucznio­wie Hogwartu zebrali się na dzie­dzińcu w ocze­ki­wa­niu na pierw­szą w ich życiu lek­cję opieki nad magicz­nymi zwie­rzętami. Nadal nie rozu­miała jak to moż­liwe, że trzy­na­sto­latki mają prawo sta­no­wić pie­czę nad isto­tami żywymi, tak kru­chymi bez uprzed­niego opa­no­wa­nia teo­rii na ten temat.
Odgar­nęła nie­sforny kosmyk ze swo­jej twa­rzy. Nikt nie spo­dzie­wał się, że dziew­czyna o tak łagod­nym wyglą­dzie skrywa pewien sekret, który nie powi­nien zostać ujaw­niony.
Jej ciało wzdry­gnęło się lekko na widok pro­fe­sora Ket­tle­burna, który dziar­skim kro­kiem przy­był na dzie­dzi­niec i ogło­sił wszyst­kim, że lek­cja wła­śnie się zaczęła.
Wto­piła się w tłum uczniów masze­ru­ją­cych zgod­nie za Pro­fe­sorem, ści­ska­jąc w dło­niach pod­ręcz­nik „Fan­ta­styczne zwie­rzęta i gdzie je zna­leźć” jakby był on naj­więk­szym skar­bem, który miała oka­zję nabyć. Pra­gnęła zostać nie­zau­wa­żona i nie zwra­cać na sie­bie zbyt­niej uwagi.
Ucz­nio­wie zatrzy­mali się przy jed­nym z tych więk­szych drzew. Pro­fe­sor nie cze­ka­jąc dłu­żej wska­zał gałąź na któ­rej znaj­do­wała się mała na około osiem cali istotka. Spra­wiała wra­że­nie jakby skła­dała się z kory, głą­zek i dwóch małych brą­zo­wych oczek.
Dziew­czyna od razu wie­działa co to było za zwie­rzątko. Można rzec, że nawet roz­czu­lił ją ten widok, jed­nak nie z powodu jego słod­ko­ści. Uczu­cie to wywo­łało u niej wspo­mnie­nie spę­dza­nia wspól­nego czasu z jej matką, która z entu­zja­zmem opo­wia­dała jej o takich wła­śnie stwo­rzon­kach.
Po raz kolejny zna­la­zła się w wła­snym świe­cie, igno­ru­jąc kom­plet­nie to o czym opo­wia­dał Pro­fe­sor. Mimo jed­nego oka nie umknęło jego uwa­dze zacho­wa­nie jed­nej z uczen­nic, która zda­wała się nie­obecna.  Nim się obej­rzała została wywo­łana z tłumu i zmu­szona była sta­nąc naprze­ciw Ket­tle­burna i zbra­tać się z tą małą istotką. Wie­działa jak to robić, wszyst­kiego nauczyła ją matka, któ­rej jakimś cudem udało się zatrzeć gra­nicę pomię­dzy stra­chem ze strony magicz­nych istot.
Oba­wiała się jed­nak reak­cji z jego strony. Dosko­nale wie­działa, że nie jest zwy­czajna i mimo tego, że posia­dała ogromną wie­dzę o stwo­rzon­kach tego pokroju ni­gdy nie potra­fiła stwo­rzyć z nimi sil­nej więzi. 

Pro­fe­sor wci­snął jej w dłoń pudełko z kor­nikami, któ­rymi miała nakar­mić Nie­śmiałka.
Wzięła głę­boki oddech i ruszyła przed sie­bie w akom­pa­nia­men­cie ostrze­żeń pro­fe­sora o tym, żeby pod żad­nym pozo­rem nie naru­szać gałęzi i pnia. Przez te słowa nie potra­fiła się sku­pić, pra­gnęła tylko jed­nego- aby stwo­rzonko nie ucie­kło, a wszyst­kie inne infor­ma­cje były zbędne.
Przy­sta­nęła na chwilę patrząc w te malu­tie brą­zowe oczka. Zro­biła jesz­cze kilka kro­ków przed sie­bie, tak aby zbi­żyć się na odpo­wied­nią odle­głość do kar­mie­nia.
Opa­no­wała emo­cje, a gdy osią­gnęła wyma­gany dystans, pre­cy­zyj­nie rzu­ciła jed­nego kor­nika przed „nogi” nie­śmiałka. Ten w odwe­cie spoj­rzał na zie­mię, zła­pał malut­kimi gałąz­kami insekta. Gdy tylko nie wyczuł w nim nic nie­bez­piecz­nego, zaczął poże­rać swoją ofiarę
Zda­wa­łoby się, że dziew­czyna była w siód­mym nie­bie. Nie chciała się zbłaź­nić przez wzgląd na woją matkę, któ­rej nie udało się nauczyć córki współ­gra­nia z innymi magicz­nymi isto­tami przed swoją ucieczką z wyspy. Dla­tego też z dumą obse­ro­wała jak stwo­rzonko ze sma­kiem zjada poży­wie­nie.
Mimo­wol­nie uśmiech­nęła się sze­roko i świę­cie prze­ko­nana iż udało jej się doko­nać wtedy nie­moż­li­wego zaczęła pod­cho­dzić do niej bliżej. Ta jakby ode­rwana z letargu porzu­ciła swoje poży­wie­nie i ucie­kła w długą wyda­jąc z sie­bie bli­żej nie­znane dźwięki, które po chwili prze­kształ­ciły się w gło­śne śmie­chy swo­ich rówie­śni­ków z tru­dem poskra­miane przez nauczy­ciela. 



Szybko prze­bie­gła przez mury myśląc inten­sy­nie o tej sytu­acji. Ze stolicy było jedy­nie kilka kilo­me­tów do jed­nej z bied­niej­szych wio­sek – Ten­plonu, co aku­rat wystar­czyło jej na nega­tyne roz­pa­trze­nie tam­tego trau­ma­tycz­nego dla niej wyda­rze­nia.
Zatrzy­mała się zaraz u bram. Do jej nosa dotarła mie­szanka róż­nego rodzaju nie­przy­jem­nych zapa­chów, a wcie­le­nie smoka wcale nie poma­gało jej w czuć ich mniej. Jed­nak nie zra­ziła się tym, uzbro­jona w różdżkę i ogromne samo­za­par­cie galo­po­wała przed sie­bie. Mijała brudne ulice, roz­pa­da­jące się domki, wychu­dzone zwie­rzęta, a nawet biedne sie­roty dwa razy młod­sze od niej, śpiące mię­dzy końmi na sia­nie i odziane w podziu­ra­wione łach­many, przed które było widać ich kości­ste ciało. Nawet w takim stroju Anna­bel wyróż­niała się pośród innych schlud­no­ścią, co nie uszło uwa­dze miesz­kań­com slum­sów. Zau­wa­ża­jąc ją z daleka pro­sto­wali się sądząc iż była to osoba posia­da­jąca przy sobie srebr­niki które mogłaby im poda­ro­wać, pośród nich prze­bi­jały się także dzieci. Jed­nak Anna­bel nie zatrzy­my­wała się przy nich. Nie mogła ryzy­ko­wać tym, że ktoś mógłby ją roz­po­znać. Współ­czuła im, ponie­waż jako osoba, która prze­waż­nie była trzy­mana w czte­rech ścia­nach zamku ni­gdy nie doświa­czyła takiego losu. Wie­działa, że w jej Pań­stwie ist­nieją takie miej­sca, jed­nak ni­gdy nie zda­wała sobie sprawy z tego, że pro­blem ten jest roz­cią­gnięty aż na tak dużą skalę. Zawio­dła się na swo­jej rodzi­nie, która naj­wi­docz­niej przy­my­kała oczy na te sprawy, cho­ciaż zawsze zda­wała sobie sprawę z tego, że nikt nie jest w sta­nie pozbyć się biedy w społeczeństwie.
Minęła bied­niej­szą część Ten­plonu i zna­la­zła się w jej nieco bogat­szej oko­licy. Mimo, że na­dal była w złym sta­nie domy wyglą­dały o wiele lepiej niż tam. Zatrzy­mała konia na jed­nej z głów­nych ulic, nawet nie zdą­żyła się rozej­rzeć, a do jej uszu dobiegł pisk jakiejś kobiety i trza­ski docho­dzące w pobli­skiej gospody. Nie cze­ka­jąc dłu­żej Anna­bel w iście hero­icz­nym geście ruszyła w tamtą stronę. Jej ciało obie­gły ciarki, gdy po raz kolejny zatrzy­mała konia i zesko­czyła z sio­dła. Zła­pała w dło­nie różdżkę i w akom­pa­nia­men­cie gło­śniej­szego już huku pode­szła cicho do okna, aby zorien­to­wać się w sytu­acji. Nie wie­działa czemu zare­ago­wała w taki spo­sób skoro sama była wystra­szona, jed­nak cały czas powta­rzała sobie, że ma do dys­po­zy­cji czary, a cie­ka­wość po raz kolejny już raz prze­jęła nad nią kon­trolę. Wychy­liła się z okna i dostrze­gła dwóch straż­ników kró­lew­skich trzy­ma­jących w dło­niach mie­cze. Roz­ma­wiali oni o czymś z miesz­kań­cami chaty. Przech chwilę ucie­szyła się, że straż­nicy zna­leźli się w tym miej­scu i najpew­niej prze­go­nili wła­śnie zago­ro­że­nie, ale coś nie dawało jej spo­koju. Rodzina sto­jąca naprze­ciw nich wcale nie wyglą­dała na zado­wo­loną, a wręcz prze­ciw­nie była prze­ra­żona całą sytu­acją. W środku chaty pano­wał bała­gan, a bywalcy roz­ma­wiali teraz mię­dzy sobą. Z ich twa­rzy można było wyczy­tać iry­ta­cję i znie­cier­pli­wie­nie.
W końcu jeden ze straż­ników zwró­cił się do star­szego męż­czy­zny i wyce­lo­wał w niego mie­czem, na co ten od razu upadł na kolana. Nie minęło pieć sekund, a straż­nik ruszył wprost na swoją ofiarę. Anna­bel nie zasta­na­wia­jąc się jakie ci dwoje mają mię­dzy sobą pora­chunki wbie­gła do środka i nie myśląc wiele rzu­ciła w niego drę­twotę. Zaklę­cie prze­biło się przez jego meta­lową zbroję, a sam straż­nik odle­ciał daleko do tyłu i ude­rzył cia­łem w sto­jącą przy ścianę szafę, roz­wa­la­jąc tym samym jej kru­chą struk­turę.
– Co to czorta?
W tym momen­cie wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na nią. Stała u wej­ścia trzy­ma­jąc w ręcę różdżkę i celu­jąc nią w dru­giego napast­nika.
– Księż­niczka Anna­bel? – gdzieś obok sie­bie usły­szała kobiecy głos. – Czyżby to była prawda?
Nie brzmiał on spo­koj­nie, ani wdzięcz­nie, kobieta wypo­wia­da­jąca te słowa nie mogła uwie­rzyć w to co zoba­czyła. Ludzie z wyspy nie przy­wy­kli do cza­rów, zde­cy­do­wana część z nich była mugo­lami nawet nie marzą­cymi o takich umie­jęt­no­ściach. Dodat­kowo pikan­teri doda­wał fakt, iż tak samo jak za daw­nych cza­sów na wyspie pano­wało prze­ko­na­nie o tym, że wiedźmy są prze­kleń­stwem, które trzeba jak naj­szyb­ciej znisz­czyć.
– Wszystko w porządku? – spy­tała klę­czą­cego Anna­bel, spo­glą­da­jąc w jego stronę.
Nie odpo­wie­dział jej, szybko poki­wał głową, wstał i pod­szedł do swo­jej rodziny. Objął mocno żonę i swo­jego syna, sta­ra­jąc się nie pro­wo­ko­wać ataku z jej strony.
– Któż by się tego spo­dzie­wał, księż­niczka Anna­bel. – odparł char­cząco straż­nik i zro­bił kilka kro­ków ku niej. – Jed­nak odzie­dzi­czy­łaś po matce cos wię­cej niż tylko urodę szlach­cianki.
Dziew­czyna od razu zare­ago­wała, unio­sła różdżkę jesz­cze wyżej i wyce­lo­wała nią w prze­ciw­nika, ten natych­miast przysta­nął.
– Nie waż się ruszyć, ryce­rzu.
Spoj­rzał na jej twarz, był kom­plet­nie zdo­ło­wany co nie prze­szka­dzało mu w tym, aby uśmie­chać się zło­śli­wie do Cza­row­nicy. Spo­glą­dał po jej twa­rzy kry­jąc się za fasadą zło­śli­wo­ści. Uniósł ręce do góry i deli­kat­nie gesty­ku­ju­jąc sta­rał się zapew­nić iż wszystko jest naj­lep­szym porządku i wcale nie wygląda na to co mogłoby się zda­wać na pierw­szy rzut oka. Jed­nak Anna­bel nie dawała się nabra, nie pró­bo­wała nawet wcho­dzić z nim w żadne interakcje.
– Dla­czego ata­ku­je­cie bie­da­ków? – spy­tała ostro, nie opusz­cza­jąc ani na chwilę różdżki.
– A cze­muż to księż­niczko? – odparł łagod­nie. – Czyżby król nie raczył powie­dzieć swo­jej dro­giej kuzynce o tym, jak zara­bia na nowe woj­ska?
– Łżesz ryce­rzu. Król ni­gdy nie kazałby ata­ko­wać nędza­rzy. – prych­nęła sucho.
Tak bar­dzo chciała wie­rzyć w te słowa. Kie­dyś i może chro­ni­łaby dobre imię Króla, jed­nak po tym czego doświad­czyła wcze­śniej już niczego na wyspie nie mogłaby być pewna.
– Cóż jest złego w podat­kach Wasza Wyso­kość? Od zara­nia dzie­jów ist­nieją one na świe­cie.
– Świat jest inny, a podatki mają obowiązywać jedynie szlachcianów? Jednak i wtedy nie zostawały one ściągane groźbą.
– Groźbą, a nawet siłą. – Anna­bel ści­snęła usta sły­sząc jak spo­koj­nie o tym mówi. –  Skąd dopiero przybyła miałaby wiedzieć o tym, co dzieje się na wyspie. Odłóż to co masz w dłoni o Pani, a z chę­cią opo­wiem o wszy­skich kno­wa­niach Króla o któ­rych mia­łem nie­przy­jem­ność słu­chać.
Anna­bel musiała przy­znać, że był z niego nie­zły mani­pu­lant, z pew­no­ścią prze­ko­nałby wielu głup­ców do swo­ich prawd, jed­nak ona się do nich nie zali­czała. Jego twarz aż ema­no­wała jadem, a oczy były wypeł­nione prze­bie­gło­ścią. Jak ktoś taki mógł słu­żyć na dwo­rze?
– Poro­zma­wiajmy księż­niczko. – dodał i ruszył w jej stronę.
Musiał poczuć się zbyt pew­nie, albo po pro­stu nie doce­niał kró­lewny. Jak śmiał sprze­ci­wić się jej roz­ka­zowi, musiała dać mu nauczkę. Od razu ude­rzyła w niego Depul­sem, siła odśrod­kowa zde­rzyła się z jego brzu­chem i zwa­liła go z nóg. Upadł na kolana i zgiął się w pół. Odgłos zaklę­cia połą­czony z jego upad­kiem, a także krzy­kiem chłopca wstra­szo­nego cza­rami mogłaby osta­wić na nogi cały zamek. Jed­nak tutaj było to nor­malne i nikt nie dzi­wił się wrza­skom.
Klę­czący rycerz zwi­jał się z bólu. Pró­bo­wał coś powie­dzieć, ale ból zaparł mu dech w pier­siach, ciężko oddy­chał, nie­malże ksztu­sząc się wła­sną śliną.
– Ostrze­ga­łam cię sir. A nie mam w zwy­czaju powta­rzać się wię­cej niż raz. – odparła z wyż­szo­ścią i pode­szła do klę­czą­cego męż­czy­zny, spoj­rzała na niego z góry.
Miała ochotę go opluć, ale duma jej na to nie pozwa­lała, nawet w takiej sytu­acji musiała zacho­wać się odpo­wied­nio. Kątem oka zauwa­żyła, że miesz­kańcy na­dal przy­glą­dają się tej sytu­acji z boku. Byli wyraź­nie zmie­szani, a Anna­bel miała wra­że­nie, że nie jest tu mile widziana i wzbu­dza w nich odrazę ze względu na to co potrafi. Przy­wy­kła do tego, jej kuzyni reago­wali podob­nie na samym początku i unikali jej jak ognia. Nie mogła jed­nak nikogo za to winić. To w co ci ludzie wie­rzą było pie­lę­gno­wane przez kil­ka­set lat i oparte jedynie na chęci wyjaśnienia czegoś dla nich niepojętego w tak brutalny sposób.
– Ty wiedźmo! – krzyk­nął rycerz, odzy­sku­jąc głos.
Anna­bel od razu odwró­ciła się w jego stronę. Zeź­lony męż­czy­zna rzu­cił się na nią, trzy­ma­jąc w dło­niach broń. W ostat­nim momen­cie zdo­łała prze­te­por­to­wać się kawa­łek dalej, mimo iż miecz swym ostrzem dosię­gnął jej ramie­nia. Poczuła pie­kący ból w tam­tych oko­li­cach, a małżeństwo wstrzymało oddech, przy okazji przykrywając oczy swojego syna. Ów rycerz stał w miej­scu odę­biały pró­bu­jąc prze­two­rzyć to, co wła­śnie się stało. Księż­niczka prze­je­chała dło­nią po ran­nym ramie­niu. Dostrze­gła krew na swo­ich pal­cach, a wtedy jej oczy przy­brały błę­kitny odcień. Unio­sła różdżkę raz jesz­cze i wyce­lo­wała nią w jego serce, rycerz odwró­cił się w jej stronę i sta­nął zesztyw­niały dotrze­ga­jąc to, co działo się z jej źre­nia­cami. Nie śmiał wypo­wie­dzieć ni słowa ze stra­chu. Anna­bel za to stała naprze­ciw niego, a jej kamienna twarz była bar­dziej tajem­ni­cza niż kie­dy­kol­wiek indziej. Coś pod­po­wia­dało jej, żeby go zabić za unie­sie­nie ostrza na kogoś z rodziny kró­lew­skiej, co byłoby nawet zgodne z pra­wem Islay, ale mimo to na­dal myślała logicz­nie. Wie­działa, że mogłaby zostać pozba­wiona różdżki za zamor­do­wa­nie mugola i zostać wygnana ze świata cza­ro­dziei, a na to nie mogła pozwo­lić. Myślała głów­nie o Char­liem, Ase­rielu, Lumi­nim i innych smo­kach z rezer­watu. Wobec tego uspo­ko­iła swoje rządze. Rzu­ciła jedy­nie drę­twotę na swego napast­nika, który wobec mocy magicz­nej był bez­bronny, odle­ciał do tyłu jak uprzed­nio jego towa­rzysz i upadł na zie­mię jak długi.
Pode­szła do niego i bez wyrzu­tów sumie­nia pozba­wiła go wspo­mnień, z resztą tak samo jak i dru­giego ryce­rza. Zro­biła rów­nież to samo z całą rodziną zamiesz­ku­jącą tamtą chatkę, uprzed­nio zawia­da­mia­jąc straż, aby zatrzy­mała zdraj­ców.
Zaraz póź­niej ucie­kła nie­po­strze­że­nie z Tenplonu­ i zauwa­ża­jąc, że wie­cze­rza zacznie się lada moment prze­nio­sła się spo­wro­tem do zamku zapo­mi­na­jąc o tym, że przed wyjaz­dem obie­cy­wała sobie nie uży­wać magii bez wyraź­nej potrzeby.