czwartek, 29 stycznia 2026

III.II



Światło wschodzącego słońca przemykało przez rozbite szyby zrujnowanego laboratorium. Charlie Weasley po raz kolejny przyłapał się na tym, że stara się nie oddychać zbyt głęboko — powietrze w dawnym obozie w Murmańsku pachniało rdzą, spaloną skórą i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Jakby magia, która kiedyś tu działała, wciąż krążyła w powietrzu, uwięziona między ścianami jak duch. Z każdą minutą, którą spędzał w ruinach, czuł się coraz mniej jak smokolog, a coraz bardziej jak intruz w miejscu, gdzie magia zostawiła ślad zbyt głęboki, by mógł się zatrzeć.

Śnieg skrzypiał pod jego butami, a gdy poruszył różdżką, iskra zaklęcia Lumos Maxima odbiła się od czegoś metalicznego w rogu pomieszczenia. To nie była skrzynia. To była klatka. Żelazne pręty były stopione, jakby coś próbowało się z nich wydostać. Charlie uniósł różdżkę wyżej i dostrzegł na ścianach ciemne ślady — nie ognia, lecz czegoś gorszego: magicznych wyładowań. Przypomniał sobie podobny widok z rezerwatu rumuńskiego, kiedy jedna z Hybryd, przywieziona niedawno, zaczęła świadomie podgryzać swoje skrzydła po nieudanym zaklęciu leczniczym. Tylko że tutaj ślady były zbyt regularne, zbyt celowe.
Na zbutwiałym biurku leżały pęknięte fiolki, kilka piór i stary mugolski gramofon z korbką i mosiężną tubą, przykryty płótnem. Obok stała metalowa skrzynia z wyrytymi inicjałami: MR — Maria Rosenthal. Otworzył ją powoli, spodziewając się pergaminów albo zaklętych artefaktów, lecz zamiast nich znalazł kasety magnetofonowe — czarne prostokąty z cienką taśmą widoczną przez przezroczyste okienko. Uśmiechnął się krótko mimo chłodu. Mugolski sprzęt w smoczym laboratorium. No proszę, Maria, ty sprytna bestio.

Na jednej z etykiet widniał numer: Sekwencja IX. Nie miał pojęcia, jak ją odsłuchać, lecz przypomniał sobie opowieści ojca o urządzeniach, które „połykają taśmy i mówią ludzkim głosem”. Zajrzał do szafki. W środku, obok zardzewiałych narzędzi, leżał stary magnetofon z zakurzonymi przyciskami, częściowo stopiony przez ciepło. Przyłożył różdżkę do gniazda zasilania. — Reparo. 
Metal zadrżał, zaiskrzył, ale urządzenie nie zadziałało. Kolejne zaklęcia także zawiodły, więc w końcu wyjął z torby srebrną baterię przetwornikową — mugolski gadżet, który kiedyś podarował mu ojciec. „Na wypadek, gdybyś musiał ożywić coś nienormalnego” — powiedział wtedy z dumą.
Podłączył przewód. Urządzenie zapiszczało, a potem, ku jego zdumieniu, zagrało. Najpierw była cisza i szum, aż wreszcie rozległ się kobiecy głos. 

„Raport — dzień trzydziesty czwarty projektu Symbion. Hybrydy reagują zgodnie z planem. Próba połączenia mentalnego zakończona sukcesem u dwóch osobników.” 

Charlie znieruchomiał, czując, jak po karku przebiega mu dreszcz. 

„Nie kontrolują się w pełni, ale są zsynchronizowane. Kiedy jeden reaguje na ból, drugi milknie. To… piękne. Złożone. Ale niestabilne."

 Po krótkiej przerwie głos dodał: 

„Zniszczyły klatkę. I… człowieka.” 

Zadrżał tylko raz, po czym znów nabrał chłodnej, naukowej obojętności. 

„Projekt przenoszę do Transylwanii. Hybrydy, które przeżyły, zostaną przewiezione pod przykrywką programu reprodukcyjnego.”

Taśma zatrzeszczała. Nagle rozległ się stłumiony, przeciągły ryk smoka, jakby nagrany z wnętrza zamkniętej przestrzeni. Charlie wstrzymał oddech. Smoki nie reagowały w ten sposób bez powodu. To był ryk bólu, ale też strachu.

Sięgnął po drugą kasetę. Sekwencja X. Tym razem nagranie zaczynało się chaosem: krzykami, eksplozjami, trzaskiem zaklęć ochronnych. Potem znów odezwał się jej głos, spokojny i przeszywająco zimny.

 „To nie koniec. Ich więź przetrwała śmierć. Jeśli potrafią ją zachować mimo zniszczenia, to znaczy, że dotknęłam samej struktury magii. Hybrydy są przyszłością, nie błędem. Muszę tylko nauczyć się nimi kierować.” 

Magnetofon zawył i zgasł.

Charlie odsunął się gwałtownie, czując, jak iskra przeskakuje między metalem a jego dłonią. Powietrze zrobiło się ciężkie, jakby nagranie zostawiło w nim resztki magii — starych zaklęć, które wciąż chciały działać. Rozejrzał się po laboratorium i wtedy zrozumiał, że nie był tu sam. Na śniegu przed wejściem dostrzegł świeże ślady. Nie swoje. Ktoś tu był wcześniej. Albo… wciąż jest.

Zabrał kasety, wsunął je do torby i wyszedł w śnieg, nie oglądając się za siebie. Murmańsk atakował go ciszą tak głęboką, że każdy jego oddech wydawał się obcym dźwiękiem w tym miejscu. Śnieg leżał gęsto na dachach zardzewiałych baraków dawnego rezerwatu, przysypując pozostałości po ogrodzeniach i klatkach, w których niegdyś trzymano smoki. To tutaj, zgodnie z raportami, zginęło sześć hybryd i jeden smokolog. Obóz uznano za przeklęty — zamknięty, zapomniany. Charlie jednak nie wierzył w przekleństwa. Wierzył w błędy ludzi.
Z trudem otworzył bramę, której zawiasy zawyły jak ranne zwierzę. Wszedł powoli, różdżkę trzymając w gotowości. — Lumos. Światło rozlało się po zaspach i zniszczonym metalu. Wszystko wydawało się martwe, do chwili gdy zauważył pierwszy szczegół: ślady. Nie jego, nie nowe, ale też nie tak stare, jak powinny być. Śnieg był w kilku miejscach rozdeptany, a tu i ówdzie widniały głębsze odciski, jakby ktoś przeciągał ciężki przedmiot. Maksymalnie sprzed tygodnia.

Ruszył w stronę głównego baraku, gdzie według dawnych planów znajdował się magazyn. Drzwi były uchylone, a w środku panował zaduch, jakby powietrze od dekady nie miało gdzie uciec. Na ścianach wisiały zardzewiałe haki, a podłoga była zasypana odłamkami szkła. A mimo to na biurku ktoś niedawno zgarnął śnieg. Gdy Charlie zdmuchnął resztę z powierzchni, zobaczył odcisk dłoni — świeży, ludzki. W tym samym momencie gdzieś za ścianą coś skrzypnęło.

Wyszedł na zewnątrz, zataczając krąg światłem różdżki. Ślady prowadziły ku klatkom, a przy jednej z nich błysk odbił się od czegoś połyskującego. Była to łuska — cienka, niemal przezroczysta, ale nienależąca do żadnego znanego gatunku. Gdy dotknął jej ostrożnie, poczuł ciepło. To było niemożliwe. Na zboczu, gdzie dawniej znajdował się wybieg dla młodych, migotał słaby płomień. Nie naturalny — ciepły w barwie. Charlie zgasił swoją różdżkę i obserwował, aż światło zniknęło. Gdy dotarł na miejsce, znalazł dwa niedopałki papierosów i rozgrzany kamień — znak użycia czaru grzewczego. Nigdzie nie było jednak śladów teleportacji. Ktokolwiek tu był, odszedł pieszo.

Wrócił do magazynu. W jednej z szafek wisiał nowy płaszcz. Wnętrze kołnierza pokrywała zakrzepła czarna substancja, która pod dotykiem różdżki błyszczała jak perła. Charlie cofnął rękę. Czuł, że to miejsce nie zostało porzucone przypadkowo.

I wtedy, w ciszy obozu, rozległ się dźwięk — szum i trzaski. Z półki dobiegało nagranie. Stary magnetofon, uszkodzony, ale wciąż działający, kręcił kasetę, jakby ktoś dopiero co ją włożył. 

„…nie powinnam była…” — wyszeptał kobiecy, zmęczony głos. 

Nastąpił trzask, pisk, jakby coś ciężkiego uderzyło w mikrofon, i cisza.

Charlie odsunął się powoli. Przez ułamek sekundy był pewien, że słyszy jej głos — ten sam chłodny, kontrolowany ton, który znał z rezerwatu, ale zaraz potem przyszła wątpliwość. Może to tylko echo wcześniejszych nagrań, lub jego własna wyobraźnia, karmiona strachem i podejrzeniami.

Głos był kobiecy, lecz nie pasował w pełni. Był młodszy. Bardziej roztrzęsiony, a jeśli kaseta była świeża, znaczyło to tylko tyle, że ktoś tu wrócił. Ktoś, kto znał Projekt Symbion.
A to było gorsze niż jedno nazwisko.

~~~

Rezerwat rumuński przywitał Charliego zapachem mokrego kamienia i dymu z porannych ognisk. Teleportacyjny wir rozproszył się za jego plecami, a znajomy chłód gór wdarł się pod płaszcz. Przez moment stał nieruchomo, pozwalając, by serce zwolniło rytm. Na zewnątrz wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Smoki na otwartych wybiegach poruszały się w swoim zwyczajnym rytmie. Jedne przeciągały skrzydła, inne leniwie ziewały, wypuszczając smugi dymu. Starszy walijski zielony w oddali ryknął krótko, a echo odbiło się od skalnych ścian. Dźwięk był prawdziwy. Chaotyczny. Żywy.
Charlie poczuł ulgę — i zaraz potem niepokój.
Bo wiedział, że prawdziwe zmiany nie będą widoczne tutaj.
Ruszył w stronę głównej ścieżki, pozdrawiając strażników i opiekunów, którzy witali go jak zawsze. Uśmiechał się, odpowiadał półsłówkami, odgrywał swoją rolę: zmęczonego smokologa wracającego z rutynowej inspekcji.

— Widziałeś raporty? — zagadnął go jeden z młodszych smokologów. — Od trzech tygodni zero incydentów. Żadnych ucieczek, żadnych niekontrolowanych wybuchów ognia. Nawet starsze osobniki są… inne. Spokojniejsze.

— Spokojniejsze — powtórzył Charlie, czując, jak słowo to brzmi w jego ustach obco.

— Pani Luca twierdzi, że to efekt nowego programu adaptacyjnego — dodał chłopak. — Coś związanego z Hybrydami. Nie wszystko rozumiem, ale… działa, prawda?

Charlie skinął głową, choć w jego myślach coś krzyczało, że właśnie to „działa” jest najbardziej niepokojące. Jeszcze przez chwilę rozmawiali, lecz Charlie ani na moment nie pozwolił, by Murmańsk wybrzmiał w jego głosie. To jest jedna z tych rzeczy, których nauczył się od Annabel. Dopiero później gdy skręcił w boczny korytarz, prowadzący ku nowej, wydzielonej strefie, poczuł zmianę w powietrzu.
Nie było tu otwartej przestrzeni ani skalnych tarasów. Wysokie, zaklęte ściany tłumiły dźwięk, a światło miało nienaturalnie równą barwę. Strażnicy przy bramie nie zadawali pytań — Szefowa osobiście wydała pozwolenia na jego dostęp. 

Na metalowej tablicy widniał napis:
SEKTOR C — PROGRAM ADAPTACYJNY

W środku panowała cisza, która nie miała nic wspólnego z odpoczynkiem.
Hybrydy stały w swoich zagrodach, niemal nieruchome. Ich skrzydła były złożone zbyt równo, oddechy płytkie, spojrzenia utkwione w jednym punkcie, jakby nasłuchiwały czegoś, czego on nie potrafił usłyszeć.
Przechodził powoli, notując w pamięci każdy szczegół. Żadnych nagłych ruchów. Żadnych odgłosów.

I wtedy ją zobaczył.
Zephyr.

Jej łuski, o ciemnej barwie z zielonymi refleksami, matowiały w świetle zaklęć ochronnych. Skrzydła drżały lekko, choć powietrze było nieruchome. Nie patrzyła przed siebie jak inne. Patrzyła na niego.
Charlie zatrzymał się, czując, jak coś ściska mu gardło. Zephyr była jedną z pierwszych, którymi się opiekował. Znał jej oddech, jej rytm, sposób, w jaki reagowała na głos. Teraz jednak w jej spojrzeniu nie było ani rozpoznania, ani strachu.
Było napięcie, jakby coś w niej walczyło.

— Ciii… — wyszeptał, choć wiedział, że nie powinien.

W tym samym momencie Zephyr poruszyła skrzydłem. Minimalnie. A potem… wszystkie Hybrydy w sektorze zrobiły jednocześnie to samo. Metalowe kraty zadrżały cicho.
Charlie nie poruszył się. Serce waliło mu w piersi, ale twarz pozostała spokojna. Strażnicy stali nieruchomo, jakby niczego nie zauważyli.
Charlie podniósł kawałek mięsa, Zephyr nie podeszła. To był pierwszy znak.

Każda inna Hybryda w sektorze, nawet jeśli nieruchoma, reagowała na jego obecność delikatnym ruchem — drgnięciem skrzydła, napięciem szyi. Zephyr zrobiła krok w tył.
Jej pazury zarysowały metalową podłogę. Skrzydła, jeszcze przed chwilą drżące, rozłożyły się minimalnie, w geście obronnym. Obserwowała go jak drapieżnik, który nie wie, czy ofiara jest zagrożeniem, czy ratunkiem.

— To ja… — powiedział cicho, nie zbliżając się. — Pościgamy się?

Jej oczy rozjarzyły się na ułamek sekundy jaśniejszym światłem, po czym przygasły. Jakby coś w niej chciało odpowiedzieć, ale coś innego trzymało ją w miejscu. Zadrżała. A potem… odwróciła głowę. Ten gest uderzył go mocniej niż jakikolwiek ryk, lecz mimo to, paradoksalnie, poczuł iskierkę nadziei, bo w tej nieufności było jeszcze coś żywego. Zaś
alarm, który zabrzmiał kilkadziesiąt minut później nie był głośny. Nie rozdarł ciszy jak zwykle, nie uderzył w kości ostrym dźwiękiem. Był stłumiony, jakby ktoś zaklął go w połowie krzyku — niski, pulsujący ton, który wibrował w ścianach sektora C.
Charlie znajdował się właśnie przy wybiegu numer cztery, notując pozorne drobiazgi: nierówne bicie serca jednej z Hybryd, nienaturalnie równą temperaturę w powietrzu, brak zapachu, który zawsze towarzyszył smokom. Strażnik stojący przy bramie nawet nie drgnął, gdy dźwięk rozszedł się po korytarzu.

— Słyszałeś to? — zapytał Charlie.
Mężczyzna spojrzał na niego, jakby nie rozumiał pytania.

— To tylko test systemu — odpowiedział po chwili. — Nowe zabezpieczenia. Nic się nie stało.

Charlie skinął głową, choć napięcie w jego karku nie zelżało. System nie reagował jak zwykła magia ochronna. Brzmiał… jak oddech. Jakby coś w środku sektora żyło własnym rytmem. Wtem jedna z Hybryd poruszyła głową.
Powoli. Zbyt równo. Potem to samo zrobiła druga, a zaraz potem trzecia.  To był jednoczesny ruch — jak fala przechodząca przez ciało jednego stworzenia.

— Co to jest? — wyszeptał ktoś z tyłu.

Metalowe pręty wzdłuż wybiegu zadrżały. Na moment w powietrzu pojawił się błękitny błysk, cienki jak włos. Charlie poczuł znajome mrowienie na skórze — echo magii, której nie potrafił jeszcze nazwać, ale którą rozpoznał po Murmańsku.

— To nie jest zwykła ochrona — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do strażnika.
I wtedy Zephyr zadrżała. Jej skrzydła rozłożyły się gwałtowniej niż u pozostałych. Wciągnęła powietrze, jakby coś ją dusiło, a z jej gardła wyrwał się niski, urwany dźwięk. Nie ryk — raczej oddech kogoś, kto próbuje krzyczeć, ale nie może. Charlie zrobił krok w jej stronę, zapominając o roli,. którą miał tutaj odegrać.

— Zephyr…

Jej oczy zabłysły. Przez ułamek sekundy zobaczył w nich strach. A potem… coś innego. Jakby na moment odzyskała świadomość.
Metalowe kraty zaiskrzyły. Jedna z Hybryd uderzyła w barierę, nie z własnej woli — jej ciało poruszyło się, jakby pociągnięte niewidzialną nicią. Sam alarm po chwili przycichł.
Wszystko ucichło równie nagle, jak się zaczęło.
Hybrydy znów znieruchomiały, a srażnicy odetchnęli z ulgą.

— Widzisz? — powiedział jeden z nich. — Nic poważnego. System zadziałał.

Charlie cofnął się o krok.
Bo wiedział jedno.
To nie był system.
To było połączenie.
A Zephyr… była w jego centrum.

Margaret zaś pojawiła się dokładnie trzy minuty po tym, jak sektor C znów pogrążył się w ciszy.
Nie było zapowiedzi. Żadnego wezwania, żadnego biegu strażników po pomoc. Po prostu wyszła z bocznego korytarza, jakby od początku tam była. Jej płaszcz był idealnie ułożony, włosy spięte w ciasny kucyk bez jednego niesfornego kosmyka. Na twarzy miała ten sam spokojny wyraz, który Charlie pamiętał z setek odpraw.

— Co się stało? — zapytała miękko.

Strażnicy zaczęli mówić jeden przez drugiego. Test systemu. Krótkie zakłócenie. Nic poważnego. Margaret skinęła głową, słuchając, ale jej spojrzenie przesunęło się po sektorze, aż zatrzymało na Zephyr. Charlie zauważył to od razu.

— To była tylko reakcja adaptacyjna — powiedziała po chwili. — Nowe pole zabezpieczające czasem… rezonuje.

Rezonuje. To słowo zabrzmiało mu jak żart.

— Wyglądało na ból — odezwał się Charlie, starając się, by jego głos brzmiał neutralnie.

Margaret spojrzała na niego uważnie, ale bez cienia podejrzeń. Przynajmniej na pozór.

— Hybrydy reagują intensywniej. To przejściowe. — Uśmiechnęła się lekko. — Zresztą… zawsze byłeś zbyt empatyczny.

Te słowa zabolały bardziej, niż powinny.

Podeszła do terminala w ścianie i dotknęła kryształu sterującego. Na moment w powietrzu pojawiła się delikatna poświata, niemal niewidoczna. Hybrydy poruszyły głowami — wszystkie, w tym samym czasie.

— Widzisz? — powiedziała cicho. — Już po wszystkim.

Charlie spojrzał na Zephyr. Jej oczy były przygaszone, ale w głębi wciąż czaiło się coś, co wyglądało jak gniew.

— Skąd wiedziałaś? — zapytał nagle.

— Słucham?

— Że coś się wydarzyło. — Wzruszył ramionami, udając obojętność. — Systemy nie wysłały jeszcze raportu.

Margaret przez krótką chwilę nie odpowiedziała. A potem uśmiechnęła się.

— Mam dobre wyczucie.

I odeszła.
Charlie został w sektorze C, czując, jak to „wyczucie” ciążyla mu w myślach jak kamień przez resztę dnia.
Noc spłynęła na rezerwat powoli, jak atrament rozlewający się po papierze. Mgła zeszła z gór i osiadła między tarasami, tłumiąc dźwięki, które kiedyś były dla Charliego jak kołysanka: trzepot skrzydeł, chrzęst pazurów na kamieniu, gardłowe pomruki rozchodzące się po dolinach. Teraz wszystko było inne. Cichsze. Wygładzone. Jakby ktoś położył na świat warstwę szkła. Magia ochronna wnikała w powietrze jak chłodna woń, gasząc zapach dymu, potu i żywicy, który kiedyś był dla niego oddechem domu. Stał na starym tarasie, w miejscu, gdzie dawniej liczył młode wracające z pierwszych lotów. Poręcze były nowe, wzmocnione zaklęciami, nie skrzypiały pod jego ciężarem.  Nic tu już nie skrzypiało. W dole zwyczajne smoki poruszały się niespokojnie, jak zawsze — rywalizowały, krzyczały, podnosiły tumany kamieni. Ten chaos był życiem. Jedyną rzeczą, która mówiła mu, że świat jeszcze się nie skończył. A jednak nie potrafił już przywołać dawnego brzmienia rezerwatu. Zniknęło gdzieś między raportami, nowymi procedurami i uśmiechem Margaret, który zawsze znaczył: jest lepiej, ale wcale nie było. Było tylko ciszej.
A cisza była jak bandaż na ranę, która wciąż krwawiła. Myśli jego jak bumerang wróciły do sektora C. Do spojrzenia Zephyr, które nie należało już do niej samej. Do ruchu skrzydeł, który nie był decyzją, tylko rozkazem. Poczuł w gardle coś gorzkiego, co nie chciało zamienić się w łzy.

— Przepraszam… — wyszeptał w noc, nie wiedząc, do kogo mówi.

Murmańsk wrócił. Klatka stopiona od środka. Ryk bólu zapisany na taśmie. Głos Marii, spokojny i obojętny, mówiący o śmierci jak o danych. Tamten świat spłonął, bo nikt nie chciał zobaczyć potwora, dopóki nie było za późno, a teraz ktoś ubrał go w sterylne szaty i nazwał to postępem. Żarty. Rozumiał wręcz coś, co ścisnęło mu serce: nie bał się już tylko o smoki.
Bał się, że one już zaczęły o nim zapominać, że ich świat powoli zamienia się w coś, w czym nie ma miejsca na dzikość, na wybór, na błąd — a bez tego nie ma życia. Jedna z młodych jak na wezwanie jego myśli poderwała się do lotu i zawahała przez ułamek sekundy, jakby czekała na pozwolenie, którego nikt nie wydał. Potem wzbiła się w powietrze równo i perfekcyjnie. 
Charlie zamknął oczy. Pomyślał o Annabel, o jej doskonałości, jej dłoniach, które zawsze były ciepłe, nawet gdy świat się rozpadał, a także jej głosie, który przypominał mu, że nie wszystko trzeba kontrolować, by było bezpieczne, a potem o Luminin, było prawdą to, że pierwszego nigdy się nie zapomina. O tym smoku, który już odszedł, bo dojrzał. Miał przez to prawo wybrać własne niebo. One nie.
Wściekłe ścisnął palce na poręczy - jeśli pozwoli, by świat Margaret zwyciężył, nie zostanie już nic, co mogłoby odejść z własnej woli. Wiedział, że nie walczy tylko o przyszłość smoków. Chciał by pamięć o tym, czym były naprawdę, nie zniknęła na zawsze.

~~~

Najpierw był ogień.
Nie ten, który niszczy.
Ten, który wie.

Był w piersi jak rytm, w skrzydłach jak napięcie przed lotem, w kościach jak pamięć nieba. Mówił jej, kim jest, zanim ktokolwiek próbował jej to odebrać.

Teraz ogień śpi.
Nie zgasł.
Został uciszony.

Świat stał się gładki. Równy i cichy aż do przesady. Kamień nie drżał pod pazurami, powietrze nie miało zapachu burzy ani strachu. Wszystko było zamknięte w jednym, chłodnym rytmie. Stała w miejscu, choć nie była stworzona do bezruchu.

Nie trzymały jej kraty.
Trzymało ją coś w środku.
Cienka nić, wpięta w serce.

Gdy jedna z nich poruszała się, poruszały się wszystkie.
Nie dlatego, że chciały.
Dlatego, że musiały.

Czasem próbowała zrobić coś sama.
Unieść skrzydło.
Odwrócić głowę.
Cofnąć się, lecz wtedy ból przychodził szybciej niż myśl.
Nie rozdzierał ciała.
Rozdzierał ja.

To nie była kara.
To była korekta.

Pamiętała inne światło.
Nie zimne.
Nie równe.

Było jak ciepły cień wśród burzy magii. Jak obecność, która nie dotykała jej ciała, ale poruszała coś głębiej. Nie było smocze, a jednak znajome. Napięcie, które w nim tkwiło, przypominało jej własne — jakby świat w tym miejscu też był rozdarty i próbował oddychać przez pęknięcie.

Nie rozumiała tego.
Po prostu czuła.

Kiedy o nim myślała, nić w jej wnętrzu drżała, jakby przez ułamek chwili nie była sama.
A potem był on.

Nie jak inne dwunożne istoty, które pachniały strachem i żelazem. Ten pachniał dymem, skórą i niebem. Jego głos nie był rozkazem. Był jak wiatr, który nie popycha, tylko pokazuje kierunek.

Kiedy był blisko, świat odzyskiwał głębię.
Kamień znów miał temperaturę.
Powietrze miało smak.
Nić słabła.
Jakby coś zapominało, że ma ją trzymać.
Ale on zawsze odchodził.
A nić wracała.
Mocniejsza.

W nocy echo stawało się głośniejsze.
Nie miało słów.
Miało ciężar.

Jakby w ziemi pod nią wciąż było uwięzione coś, co kiedyś krzyczało. To coś dotykało jej wnętrza i budziło obrazy, które nie były jej: zamknięty ogień, kamień zamiast nieba i
ryk, który nie mógł wyjść

To nie była teraźniejszość.
To była rana świata.

Czasem w jej piersi coś drgało.
Nie był to ogień.
Jeszcze nie.
To było wspomnienie lotu.
Nieba, które nie miało granic.
Cienia, który nie był klatką. Trzymała się tego uczucia jak ostatniej iskry. Bo wiedziała , że jeśli nić pęknie, świat znów będzie miał zapach.
A ona — imię.